Sądząc po tym artykule w Times Online i tym w Payment News całkiem niedługo zacznę cieszyć się na brytyjskiej ziemi czymś podobnym do Elixir-u.
Gdyby ktoś nie wiedział, to UK ma wspaniały skansen bankowości -- przelewy między bankami "idą" tu 3 dni robocze, oprócz kart płatniczych do kont osobistych wydaje się standardowo również książeczki czekowe, a do "wpłatomatów" większości banków należy wrzucać czeki bądź koperty z gotówką.
Dlatego wizja przelewów wykonujących się w ciągu 1 dnia bardzo mnie cieszy :)
Zamówiłem sobie parę drobiazgów.
Pan obsługujący sklep zrobił coś, co wprawiło mnie w zdumienie -- wysłał maila, że właśnie zapakowali mój zakup i zaraz go wyślą, a w mailu załączył zdjęcie koperty z naklejoną nalepką z moim adresem, znaczkami i pieczątką "Air Mail". No dosłownie na chwilę przez wysłaniem musiał pstryknąć.
To trochę dziwne (ale przyjemne!) uczucie zobaczyć przesyłkę nim się ją osobiście dostanie. Od razu człowiek nabiera przeświadczenia, że jest traktowany indywidualnie (nawet jeśli sklep obsługuje miesięcznie ponad tysiąc podobnych do mnie klientów :)
Fajny chwyt marketingowy. Kosztuje sprzedawcę trochę zachodu, ale przynajmniej teraz zapamiętam sobie ten sklep, bo się czymś ciekawym wyróżnił.
Po raz kolejny w tym roku dorobiłem się kataru. Dzięki katarowi mój angielski znacznie się poprawił.
Spędziłem pół dnia tropiąc przykrą usterkę w kodzie. Ścigając go przemierzyłem dżunglę logiki zaszytej w XSL-u, rozległe stepy triggerów Oracle, ba, musiałem nawet przekopać się przez megabajty kryptycznych logów i uruchomić kilka eksperymentalnych konstrukcji SQL, przy okazji podglądając transmisję HTTP między serwerem a Firefoksem.
By naprawić błąd musiałem usunąć jedno "and $deleted = 1" oraz jedno "or not($reinsurer-syndicate-id)"
Najgorsze błędy są zawsze powodowane przez malutkie detale. Wiem o tym, przyzwyczaiłem się dawno temu. Miło jest naprawić poważny błąd malutkim, ledwo widocznym cięciem, lecz mimo tego odczuwam dziś pewną... nieadekwatność. Ech.
Do tej pory siedziałem obok "chińskiego muru" -- ściany zbudowanej z kartonów, monitorów, starych komputerów i bliżej niesprecyzowanych gratów, które gromadzą się z czasem w każdej firmie. Wszystko lądowało w jednym miejscu i w końcu wybudowano z tego "mur", niechcący oddzielając developerów od testerów.
Dzisiaj od rana trwał demontaż muru, połączony ze sprzątaniem szafki z zapasami biurowymi (notatnikami, ołówkami, długopisami itp.). Gdzieś wśród zapasów biurowych, za paczkami z tonerem odnalazł się niespodziewany bonusik -- kilkadziesiąt pudełek z męskimi slipami CK. Na dodatek z małym logo firmy (ha, "company branding" :) Oczywiście jak zawsze w takich sytuacjach wszystko zostało błyskawicznie rozgrabione przez załogę (w tym i mnie).
Zastanawialiśmy się czym firma zajmowała się nim weszła w software development ;)
PS: Żeńska część załogi właśnie zaczęła się domagać kontyngentu damskiej bielizny.