Ludzie pracujący w IT są specyficzni, czyż nie?
Czasem odczuwam wręcz presję, by wpisać się w stereotyp. Ludzie oczekują ode mnie pewnych cech (np. flanelowej koszuli czy potarganych włosów), traktując to jako potwierdzenie mojego profesjonalizmu i przynależności do branży. Czasem to wykorzystuję by podbić sobie "lansrank" (wystarczy w odpowiednim momencie zachwycić się jakimś kawałkiem kodu, puścić po firmie link do giczego filmiku na YT czy wpisać sobie odpowiednio stereotypowy tekst do sygnaturki)
O ile stereotypy mnie śmieszą, o tyle faktycznie jest coś w tym, że większość ludzi, których poznałem w IT posiada jakieś wyróżniające ich cechy, których trzymają się uparcie. Jakiś ekscentryzm.
Dzisiaj na przykład zauważyłem, że siedzący naprzeciw mnie koder (Litwin, swoją drogą) ma pod biurkiem prywatny wzmacniacz audio. Jest to pudło większe od stojącego obok komputera midi-tower. Nie wiem jak (i kiedy) on go tu przywlókł, no ale ma. Widać był potrzebny do zasilenia jego ulubionych roboczych słuchawek (Audio-Technica). No to już wiem, że kolega jest audiofilem.
...i dlatego też niepewnie czuję się przy "technicznych", którzy nie mają żadnego widocznego bzika.
Znajomy polecił mi niedawno Spotify. Jest to klient do streamowania muzyki z sieci (nasuwa się tu od razu porównanie z klientem last.fm), ale od "internetowego radia" różni się jednak dość znacznie. Mianowicie muzykę się wyszukuje (przeglądając multimedialną bibliotekę), a potem kolejkuje/odtwarza. Spotify streamuje dokładnie te utwory które chcemy, w dokładnie takiej kolejności jakiej sobie życzymy. Mam ochotę na "Therapy?" -- żaden problem. A może chcę odsłuchać najnowszy album Lily Allen? Albo płytę "Deadwing" Porcupine Tree?
I to już w wersji darmowej. Gdzie tkwi haczyk? No cóż, co jakiś czas (co kilka-kilkanaście utworów) włącza się nam spot reklamowy (zwykła, krótka, radiowa reklama). Poza tym jest to czysta playlista. Może nie wyprze to mojej domowej kolekcji muzyki, ale w pracy sprawdza się znakomicie -- nie muszę przynosić muzyki z domu, a i tak mogę posłuchać dokładnie tego, na co mam akurat ochotę (no, prawie)...
Minusy są cztery -- po pierwsze, zbiory Spotify są naprawdę duże, ale nie ma co liczyć na naprawdę kompletne dyskografie. Hmm, wybredny jestem :)
Po drugie, Spotify wymaga(ło) zaproszeń. Teraz częściowo je zlikwidowano i przynajmniej w niektórych krajach można zarejestrować się od razu -- ale jeśli ktoś potrzebowałby invitki, to niech da znać, mam parę w zapasie.
Minus trzeci jest IMO najgorszy -- Spotify ogranicza content w zależności od kraju z którego się łączysz. To niestety zostało niedawno wymuszone przez lobby "biednych" gigantów muzycznych, którzy nadal dzielą świat na obszary, rejony i strefy. Nie wiem jaką część muzyki można pobierać łącząc się z Polski (łączę się z UK...)
Minus czwarty to aplikacje klienckie -- wersje dla Windows i Maka, Linux niewspierany. Aczkolwiek zamieścili instrukcje dot. Wine...
Poza tym Spotify ma też jakiś komponent typowego radia internetowego, ale prawdę mówiąc ani razu go jeszcze nie użyłem -- samodzielne układanie playlisty jest bardziej pociągające :)
A, i CHYBA przesyłają muzykę w formacie Vorbis. No proszę.
Zainstalowałem sobie LogonStudio Vista (takie proste narzędzie do zmieniania podkładu na ekranie logowania Visty) i wymieniłem domyślną abstrakcję na jedną z moich ulubionych tłustych wiewiórek. Od razu sympatyczniej :)
Jest sobie takie narzędzie "PerfectDisk" do defragmentacji dysków pod Windows. Nie jest demonem prędkości ani konfigurowalności, ale robi swoje i (w odróżnieniu od większości innych programów tego typu) umie ładnie zdefragmentować MFT, scalić wolną przestrzeń i zgromadzić dane na początku partycji. Okazało się to nieocenione gdy Aniołek dostał nowego służbowego laptopa i chciałem pomóc jej wydzielić osobną partycję, zmniejszając partycję systemową. Zainstalowana tam Vista potrafiła to zrobić, ale tylko pod warunkiem, że żadne dane nie "wyłaziły" poza nową granicę partycji. No i trial PD ładnie się tu spisał.
Mój największy zarzut przeciwko PD to dość powolna praca, dlatego gdy usłyszałem, że ruszyły beta-testy PD v.10 i jednym z ulepszeń jest właśnie większa prędkość pracy, to machnąłem do nich maila z prośbą o dołączenie mnie do ekipy testerów. Akurat zastanawiałem się nad zakupem defraggera i wahałem między droższym i szybszym Diskeeperem, a tańszym i wolniejszym (a jednocześnie bardziej mi leżącym ze względu na prostotę) PD. Więc gdybym mógł obejrzeć betę, to by mi pomogło w wyborze.
Koniec końców zaprosili mnie do testów, dali testową "dziesiątkę", pobawiłem się, odinstalowałem, wypełniłem ankietkę. Może i była szybsza, ale jak na mój gust nadal dość ślamazarna.
I zapomniałem o sprawie. Ale jakiś tydzień temu zostałem zaskoczony -- ludzie od PerfectDiska podesłali mi linka do (przedpremierowego nadal) PD10 razem z numerkiem rejestracyjnym. W zamian za pomoc w betatestach podarowali mi licencję.
Nadal nie wiem którego defraga wybrać, z tym że mam już jednego za darmo. No i jakoś tak uważam PD za bardzo sympatyczną firmę, przez co prawdopodobnie pozostanę przy ich produkcie.
Wniosek na przyszłość: wciskać się do betatestów. Nigdy nic nie wiadomo.
Szkoda, że MS nie przyzna darmowych licencji wszystkim ludziom testującym Windows 7... Tak coś czuję, że będzie mnie to trochę kosztowało... (...)
Czytaj dalej...Od paru tygodniu mam nową pracę (o tym przy innej okazji). Z okazji świąt i nowego roku większość pracowników jest na urlopie i w firmie siedzi może jedna piąta załogi.
A recepcjonistka razem z babeczką i facetem z business teamu właśnie wyżywa się w salce konferencyjnej na jakimś wii-karaoke. Do tej pory myślałem, że w pracy najbardziej dekoncentrują mnie dzwoniące telefony. Ale muszę przyznać, że wydzieranie się do "Livin' On A Prayer" jest skuteczniejsze.
