ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kindle, drugie wrażenia

Jak na razie najnowszy czytnik Amazona sprawdza się bardzo dobrze.

Ekran jest całkowicie statyczny, nie emituje własnego światła, więc faktycznie wrażenia są takie, jak z patrzenia na klasyczny druk. Nie jest biały (to raczej jasnoszary), ale czyta się go wygodnie. Ma też więcej połysku niż kartka papieru, ale dużo mniej niż ekrany LCD, czy dotykowe ekrany e-ink z nowych czytników Sony.

Prędkość działania i kontrastowość ekranu jest lepsza, niż w czytnikach poprzednich generacji. Przewrócenie kartki trwa na ogół ok. 0.5-0.8s, ale że proces ten ma kilka faz (w tym etap, w którym przez chwilę na ekranie widać negatyw kartki -- co może niektórym bardzo przeszkadzać), ma się iluzję większej responsywności.

Kindle obsługuje natywnie DRM-owy format Amazona oraz pliki .MOBI bez DRM. Przy czytaniu tych formatów dostępna jest regulacja wielkości liter, szerokości marginesów i odstępów między wierszami, plus parę fontów do wyboru, więc można sobie w pewnym stopniu dopasować wrażenia z czytania.

Szkoda, że Kindle nie obsługuje ultra-popularnego formatu EPUB, ale na szczęście istnieją konwertery (chwilowo używam Calibre do tego celu)

Z PDF-ami jest dużo gorzej. Kindle renderuje je natywnie (i robi to zadziwiająco szybko), ale większość PDF-ów jest zaprojektowana z myślą o formacie A4, więc ściśnięte na małym ekraniku czyta się je równie wygodnie, co szkolną ściągę. Można obrócić ekran by zwiększyć długość wiersza i czytać strony po kawałku (górna połowa strony, dolna połowa, następna strona, ...), ale jest to średnio wygodne. Można też zmienić skalę podglądu PDF-a, ale to jeszcze bardziej kłopotliwe. Istnieją programy konwertujące PDF-y na coś bardziej ebookowego, ale użycie takiego automatu kończy się zwykle mniejszą lub większą sieczką. PDF to dokument o bardzo określonym układzie, opisujący formę w najdrobniejszych detalach, podczas gdy ebook ma być elastyczny i dopasowywać się do ekranu oraz preferencji użytkownika. Trudno to pogodzić ze sobą i nawet czytniki specjalizujące się w PDF-ach (np. sprzętowy czytnik marki Foxit) radzą sobie w najlepszym wypadku "średnio". (...)

Czytaj dalej...
Amazon Kindle

Od jakiegoś już czasu "chodziła" za mną myśl o sprawieniu sobie czytnika ebooków. Lubię czytać książki, ale w klasycznym papierowym wydaniu zajmują tyle miejsca, że składowanie ich zaczyna być kłopotliwe. Nie wspominając już o tym, ile ważą podczas przeprowadzki...

Poza tym z czasem uzbierało mi się na dysku conieco najróżniejszych RTF-ów, PDF-ów i szeroko rozumianych ebooków, które chętnie bym poczytał, ale powstrzymuje mnie myśl o wielogodzinnym czytaniu z monitora. Jestem czytelnikiem kanapowym.

Podejrzewałem, że czytnik ebooków byłby dla mnie w sam raz, ale do tej pory powstrzymywała mnie cena takich urządzeń. Dość niszowy rynek, młoda technologia, wysokie koszty produkcji, wysokie marże... to wszystko kończyło się dość absurdalnymi cenami na sklepowych półkach.

Ale w końcu pojawiło się trochę niezależnych czytników ebooków, pojawił się iPad, a sztandarowe czytniki Sony czy Amazona zaczęły mieć w końcu jakąś konkurencję. Ceny zaczęły spadać. Przez jakiś czas zastanawiałem się nad kupnem Barnes&Noble Nook, ale po obejrzeniu paru filmików na youtubie byłem trochę rozczarowany ergonomią, no i polityka eksportowa Nooka zawęża go oficjalnie do Ameryki.

Już dochodziłem do wniosku, że pewnie przyjdzie mi jeszcze kolejny rok czekać na jakiś przystępny czytnik, gdy Amazonowi wyczerpały się zapasy Kindle2, i po chwili niecierpliwego przebierania nóżkami mogłem już zapoznać się ze spekulacjami na temat Kindle3. Amazon wkrótce potwierdził specyfikację i ruszyły zapisy na nowe modele (ja na swojego musiałem czekać równy miesiąc...)

Tyle tytułem wstępu, teraz garść konkretów: trzecia generacja ma nadal 6" ekran, ale jest odchudzona (mniejsza i lżejsza obudowa), ma trochę więcej pamięci (ok. 3GB do zapełnienia książkami), ulepszony e-ink, trochę nowych bajerków, ale przede wszystkim przeszła mocną korektę ceny (oferta Kindle na Amazonie). (...)

Czytaj dalej...
Ludzie IT

Ludzie pracujący w IT są specyficzni, czyż nie?

Czasem odczuwam wręcz presję, by wpisać się w stereotyp. Ludzie oczekują ode mnie pewnych cech (np. flanelowej koszuli czy potarganych włosów), traktując to jako potwierdzenie mojego profesjonalizmu i przynależności do branży. Czasem to wykorzystuję by podbić sobie "lansrank" (wystarczy w odpowiednim momencie zachwycić się jakimś kawałkiem kodu, puścić po firmie link do giczego filmiku na YT czy wpisać sobie odpowiednio stereotypowy tekst do sygnaturki)

O ile stereotypy mnie śmieszą, o tyle faktycznie jest coś w tym, że większość ludzi, których poznałem w IT posiada jakieś wyróżniające ich cechy, których trzymają się uparcie. Jakiś ekscentryzm.

Dzisiaj na przykład zauważyłem, że siedzący naprzeciw mnie koder (Litwin, swoją drogą) ma pod biurkiem prywatny wzmacniacz audio. Jest to pudło większe od stojącego obok komputera midi-tower. Nie wiem jak (i kiedy) on go tu przywlókł, no ale ma. Widać był potrzebny do zasilenia jego ulubionych roboczych słuchawek (Audio-Technica). No to już wiem, że kolega jest audiofilem.

...i dlatego też niepewnie czuję się przy "technicznych", którzy nie mają żadnego widocznego bzika.

Spotify

Znajomy polecił mi niedawno Spotify. Jest to klient do streamowania muzyki z sieci (nasuwa się tu od razu porównanie z klientem last.fm), ale od "internetowego radia" różni się jednak dość znacznie. Mianowicie muzykę się wyszukuje (przeglądając multimedialną bibliotekę), a potem kolejkuje/odtwarza. Spotify streamuje dokładnie te utwory które chcemy, w dokładnie takiej kolejności jakiej sobie życzymy. Mam ochotę na "Therapy?" -- żaden problem. A może chcę odsłuchać najnowszy album Lily Allen? Albo płytę "Deadwing" Porcupine Tree?

I to już w wersji darmowej. Gdzie tkwi haczyk? No cóż, co jakiś czas (co kilka-kilkanaście utworów) włącza się nam spot reklamowy (zwykła, krótka, radiowa reklama). Poza tym jest to czysta playlista. Może nie wyprze to mojej domowej kolekcji muzyki, ale w pracy sprawdza się znakomicie -- nie muszę przynosić muzyki z domu, a i tak mogę posłuchać dokładnie tego, na co mam akurat ochotę (no, prawie)...

Minusy są cztery -- po pierwsze, zbiory Spotify są naprawdę duże, ale nie ma co liczyć na naprawdę kompletne dyskografie. Hmm, wybredny jestem :)

Po drugie, Spotify wymaga(ło) zaproszeń. Teraz częściowo je zlikwidowano i przynajmniej w niektórych krajach można zarejestrować się od razu -- ale jeśli ktoś potrzebowałby invitki, to niech da znać, mam parę w zapasie.

Minus trzeci jest IMO najgorszy -- Spotify ogranicza content w zależności od kraju z którego się łączysz. To niestety zostało niedawno wymuszone przez lobby "biednych" gigantów muzycznych, którzy nadal dzielą świat na obszary, rejony i strefy. Nie wiem jaką część muzyki można pobierać łącząc się z Polski (łączę się z UK...)

Minus czwarty to aplikacje klienckie -- wersje dla Windows i Maka, Linux niewspierany. Aczkolwiek zamieścili instrukcje dot. Wine...

Poza tym Spotify ma też jakiś komponent typowego radia internetowego, ale prawdę mówiąc ani razu go jeszcze nie użyłem -- samodzielne układanie playlisty jest bardziej pociągające :)

A, i CHYBA przesyłają muzykę w formacie Vorbis. No proszę.

Logon screen

fatty squirrel

Zainstalowałem sobie LogonStudio Vista (takie proste narzędzie do zmieniania podkładu na ekranie logowania Visty) i wymieniłem domyślną abstrakcję na jedną z moich ulubionych tłustych wiewiórek. Od razu sympatyczniej :)