Dlaczego używam tego studenckiego, hakerskiego systemu operacyjnego dla maniaków, szaleńców, geeków, hakerów tudzież ludzi, których nie stać na Maka i sobie ideologię dorabiają?
Pomyślmy... to było nie tak znowu dawno temu, w czasie panowania MS Office '97. Gdy po raz kolejny przy pracy z tym genialnym pakietem biurowym maszyna się wykopyrtnęła i straciłem kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt stron wklepanego tekstu miarka się przebrała - miałem dosyć tego systemu, aplikacji "made by MS for MS, with love&care" (yeah, right). Miałem dość Windows, bo nie pozwalał mi dostosować się do moich potrzeb - nie był dość plastyczny. Nie chciałem być kolejnym klientem rosyjskiej maszyny do golenia twarzy (jak w tej anegdotce). Nie, to niezupełnie tak. To nie kwestia tego, czy chciałem czy też nie - to kwestia tego, że po prostu nie potrafiłem nigdy zrezygnować z własnego zdania. To ja jestem w końcu tym, który rządzi w relacji człowiek-maszyna, to komputer ma mnie słuchać i się podporządkować, a nie odwrotnie. Mam rację? Cóż, Windows był innego zdania. Do tego ta jego notoryczna niestabilność... ja wiem, że mój sprzęt był niekoniecznie markowy, no ale przepraszam ja bardzo, co to za system operacyjny który nie radzi sobie zbyt dobrze z obsługę czegokolwiek spoza jakiejś listy "recommended devices" (zwłaszcza gdy "recommended devices" to zawsze są te urządzenia z najwyższej półki cenowej)? Te niewątpliwe "zalety" (stabilność, wygoda użytkowania, modyfikowalność, a raczej brak tych trzech) w połączeniu z genialną filozofią obsługi ("system wie lepiej") były mocno wkurzające. Długo próbowałem z tym walczyć. Znałem kupę kruczków i sztuczek, które pozwalały zrobić z Win coś zdatnego (w dość rozmytym sensie) do użytku. Jakieś magiczne aplikacje zmieniające magiczne klucze w rejestrze, alternatywne powłoki itp. Ciężkie hakerstwo i czarna magia. Ale nawet jeśli do dwusuwowego silnika doda się nadwozie i wnętrze z Jaguara, to to ciągle będzie dwusuw i nic tego nie zmieni.
No i jakoś nadszedł ten dzień - zainstalowałem sobie gdzieś linuksa. Nie pamiętam już co to była za dystrybucja. W zasadzie to nie była dystrybucja sensu stricto - wtedy jeszcze nie było tych kolorowych "Chip Linux Special". To był jakiś mieszaniec z trzech dyskietek i jakiejś płytki z różnymi programami shareware, w większości dosowo-windowsowymi. To było okropne. Potem był jakiś wczesny RH. To też było okropne, ale już zdatne do użycia. Z dystrybucjami nie mam specjalnie dużo styczności - RH był pierwszą moją dystrybucją i to na nim uczyłem się podstaw. Potem baardzo długo był Slack, który nauczył mnie ponad-podstaw. A potem slack poszedł w odstawkę (awaria dysku). Przy okazji odbudowywania systemu postawiłem własny system - QuaTrin Linux.
Po tych ładnych paru latach mogę śmiało powiedzieć: "to była dobra
decyzja". Linux okazał się być przyjaznym systemem który dobrze sobie radzi
ze sprzętem i z użytkownikami. Nigdy nie brakowało mi dokumentacji, zawsze
mogłem się dowiedzieć dlaczego coś działa tak, a nie inaczej. I co jeszcze
lepsze - praktycznie wszystko mogłem zmienić tak, by mi pasowało. Już
nie było żadnych speców od marketingu w Redmond którzy decydowali za mnie.
Hej, i na dodatek nie musiałem zapłacić ani grosza za ten luksus!
Sama
praktyka używania była... no, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, to było
kiedyś. Obecny Linux to zupełnie inny system. Ale początki nie były
najłatwiejsze - nie, nie mam na myśli tego, że w krótkim czasie
musiałem przyswoić sobie duże ilości informacji - po wybawieniu ze
sztywnej ramówki Windows wolność i pluralizm Linuksa były oszałamiające.
Ilością informacji można faktycznie się zachłysnąć, ale z pewnością nie
udusić. Nie jeśli ma się to "coś" (mózg?). Problemy wynikały bardziej
z bazy oprogramowania. Z ogólnie pojętymi sprawami sieciowymi nie było
większych problemów - klienty pocztowe były niesamowite (już wtedy
istniał Mutt! :) Jedyne co było dla mnie nieco trudniejsze to
ustawianie sendmaila do wysyłania poczty (obecnie używam do tego celu dużo
prostszego masqmail). Gorzej było z multimediami, ale to teraz już
nieaktualne - mplayera i sterowników Alsy raczej nic
na platformie Win nie jest w stanie przebić. Pies był pogrzebany
w zastosowaniach biurowych. Z drukowaniem nie było sprawy -
ghostscript sprawdzał się bosko jako "sterownik" drukarki, ale
problem był z pakietami biurowymi. Wtedy był dostępny tylko
StarOffice, powolny i niezbyt dobry. WordPerfecta
litościwie przemilczę. Nie, nie był zły. Ale ja potrzebowałem sprawnego
importu/eksportu dokumentów z MS Office, a tego WordPerfect nie miał. Siłą
rzeczy zacząłem używać LaTeX-a do pisania dokumentów (co mi dobrze
zrobiło) i konwerterów w stylu AntiWord do odczytywania "dokómentów" Worda.
Ale dzisiaj, w dobie OpenOffice i silniejszych maszyn to też
nieaktualne już. Zwłaszcza że OpenOffice 1.1 wprowadził duże zmiany na
plus.
Dzisiaj mam system, który się nie psuje. Który się nie zawiesza. Który działa niezmiennie już od wielu, wielu miesięcy. Nowoczesny system, który zachowuje się dokładnie tak, jak ja sobie tego życzę. I który pozwala mi się skoncentrować na tym, co najważniejsze - na używaniu, a nie usuwaniu kolejnych błędów, awarii, defragmentowaniu dysku czy reinstalowaniu "bo już minęło pół roku i trzeba przeinstalować". Ja wiem, że dla wielu linuksiarzy to truizm, ale dopiero z tym systemem czuję, że wyciągam pełnię możliwości z komputera i narzędzi. Bo też narzędzia są niesamowite. I te "większe" aplikacje jak Gimp, i te "mniejsze" jak textutils, sed, ImageMagick. I na dodatek wszystkie dostępne za darmo i z pełnym kodem źródłowym. Tego po prostu nie sposób porównać do tego, z czym musiałem się, powiedzmy to otwarcie, męczyć pod Windows. Można porównywać cechy systemów operacyjnych, kategorie dostępnego oprogramowania, ale nie można porównać filozofii użytkowania, nawyków czy choćby sposobów myślenia jakie wykształcają obydwa systemy.
Skusiła mnie przede wszystkim stabilność która pozwoliła mi pisać teksty bez ciągłego robienia kopii zapasowych w obawie przed awarią maszyny. Ale, jak czas pokazał, dostałem dużo więcej.