Grudzień! Teraz tylko czekać na śnieg, choinkę i wigilijne jedzenie :) Ja jednak czuję się niespecjalnie dobrze, jestem jakiś rozbity wewnętrznie. Na pewno ma to jakiś związek z tym, że znowu zobaczyłem Nikę. Nie jest dobrze, wygląda na to, że oboje jesteśmy skrępowani. Wolę nie wypytywać o to, czy z kimś się tam za granicą związała - zrezygnowaliśmy w końcu z siebie już praktycznie dwa lata temu, ponad rok nie miałem z nią żadnego kontaktu. Smutne jest jednak to, że przy niej czuję coś, czego nie czuję przy żadnej innej kobiecie. Od czasu gdy się widzieliśmy po raz ostatni, przed jej wyjazdem, ja emocjonalnie nie ruszyłem się chyba na krok, mój czas się zatrzymał. I że też musiała przyjechać ausgerechnet na święta... właśnie pod koniec jesieni 1998 się poznaliśmy, chodziliśmy kilka razy w tygodniu do Kawonu, na szóstą albo dziesiątą wieczorem. Ja kupowałem sobie jeden kufelek, ona drugi (ale z jakimś obrzydliwym sokiem który mi smakował dopiero gdzieś po czwartym piwie - rany, dzisiaj już nie mogę tak pić), potem siadaliśmy sobie gdzieś, zwykle przy tej wielkiej, kwadratowej kolumnie przy barze, albo na tym stoliku na podwyższeniu, tym gdzie się wchodzi po małych schodkach, gdzie wisi pełno pustych butelek... czasem wpadaliśmy tylko na jedno piwo, czasem siedzieliśmy aż do zamknięcia lokalu. Nika zawsze narzekała, że się proszę o przeziębienie (unikałem noszenia szalików, są takie niepraktyczne :) Rany, jak te wspomnienia wracają. Bardzo chciałbym sobie z nią teraz urządzić taką zimę jak kiedyś, chodzić do Kawonu późnym wieczorem, zahaczyć kilka razy o Filharmonię, chodzić mroźną zimową nocą po deptaku - zawsze mówiła, że Zielona Góra jest piękna zimą, te wszystkie choinki, lampiony, sznury światełek... czasem zatrzymywała się przy halogenach przy ratuszu i mówiła, że można prawie poczuć jak strumień światła niesie cię do góry (dookoła ratusza jest wbudowanych w ziemię kilkanaście białych halogenów świecących prosto w górę - przechodnie po nich po prostu chodzą - dziwię się, że szybki reflektorów od tego nie pękają). Do dzisiaj gdy przechodzę nad tymi światłami zwalniam kroku i czasem czuję to, o czym Nika opowiadała - faktycznie strumień światła jest tak oślepiający i tak gęsty, że odnosi się wrażenie frunięcia na nim prosto do góry. Moglibyśmy też wybrać się kilka razy do teatru, z nikim mi się tak dobrze nie oglądało przedstawień... ale nie, nie mogę sobie na to pozwolić. To ponad moje siły. Ona wyjedzie zaraz po Bożym Narodzeniu, a ja nie wiem nawet czy potrafiłbym się z nią teraz spotykać. Chciałbym, bo przy niej odżywa we mnie coś, co do tej pory spało kamiennym snem, ale ta zdroworozsądkowa część mnie wręcz krzyczy ostrzegawczo, że nie powinno się rozdrapywać starych ran, bo późniejsze powikłania mogłyby mnie wykończyć. Ech. Kończę właśnie butelkę kupionego dzisiaj dobrego wina, pijąc je po chamsku z kubeczka z brązowego szkła. Nie pomaga. Alkohol nigdy mi nie pomagał, czyni mnie tylko jeszcze bardziej sentymentalno/nostalgicznym. Ale czuję, że w tym miesiącu upiję się przynajmniej kilka razy. Takie jest prawo tego grudnia... (...)
Czytaj dalej...