ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2003/12, 8 wpisów
Przyświąteczne marudzenie

Hello. Święta pełną parą, co nie? A ja trochę sobie pomarudzę, bo niby gdzie mam to robić? Więc jak uważny czytelnik mógł zauważyć, położyłem sobie lód na swoje finanse, zamroziłem wydatki. Ale dupa, nic z tego. Dzisiaj lód pękł na całej szerokości. Okazało się, że przeoczyłem dwie osoby przy planowaniu prezentów gwiazdkowych i właśnie zakończyłem interwencyjny rajd pomiędzy bankomatem a perfumerią. Lubię perfumy. Może i są drogie, ale mogę godzinami stać i wybierać zapachy, a że z natury mam nieco kobiecy gust to i sprawia mi to masę radości. Prawy nadgarstek nadal mam spsikany zapachem Emotions Marina (fajny, ciekawe czy produkują w wersji męskiej - choć to raczej unisex, więc ewentualnie mógłbym go używać... ;), lewy jakimiś wybitnie męskimi (nie pamiętam już co to było), aż denerwujące. Zdecydowanie wolę subtelniejsze zapachy, zdecydowanie. Aż żałuję, że to nie dla siebie kupowałem dzisiaj :( No ale wiadomo jak to z perfumami, tutaj sto złotych, tam sto złotych... czyli gdzieś do marca będę musiał zacisnąć pasa i odwołać kilka wieczorów w barach, zlimituję też rozmowy zamiejscowe żeby rachunek telefoniczny zmniejszyć. Jakoś to będzie, mam nadzieję.

Ponieważ oglądanie coraz mizerniejszych paragonów z bankomatu mnie bardzo drażni, dla polepszenia nastroju kupiłem sobie porządne słuchawki Philipsa. Pasmo przenoszenia 10-28kHz, drogie jak diabli, ale warte tych pieniędzy. No co, przecież i tak już wypłynęła mi z konta masa pieniędzy, więc... więc chyba mogłem i sobie coś kupić. Tak, czuję się winny grzechu rozrzutności, ale właśnie siedzę sobie w tych słuchawkach i rozkoszuję się do dzisiaj zupełnie mi nieznanymi dźwiękami z "The Bitter End" Placebo. Aż ciarki przechodzą. Jestem nadwrażliwy na dźwięki, w tym pozytywnym sensie. I lubię to, lubię. Jak koń owies ;)

W Repo dorzuciłem jeszcze do ankiety dwa zgłoszenia, zmieniłem ogólny font w CSS, coś jeszcze? Nie pamiętam, ale chyba nie. W końcu święta idą, więc nie muszę nic robić :) Aha, "pomroka dziejów" jest teraz linkiem, dzięki temu mogę odciążyć stronę główną. (...)

Czytaj dalej...
Głupie telefony, głupi dzień

Obudziłem się rano. No, w sumie to nie dobrowolnie - obudził mnie telefon. Zanim do niego podbiegłem już przestał dzwonić. Grrr. Ale chcąc-niechcąc byłem już na nogach i nie mogłem już wracać do łóżka. Goły jak mnie matka natura stworzyła opuściłem żaluzje na okno (daję ludziom mieszkającym naprzeciwko darmowe przedstawienia ;) i poczłapałem do kuchni żeby coś zjeść. Otwieram lodówkę - pełna po brzegi, ale nie widzę w niej nic do jedzenia. To jak z telewizją - 60 kanałów w kablówce, a i tak nie ma co oglądać. Ale się przemogłem, wziąłem sobie dwie kromki chleba, pociąłem na niego plasterki masła (oczywiście było tak twarde, że rozsmarować się nie dało - nie chce mi się nigdy czekać aż się ogrzeje, więc po prostu tnę je na cieniuuutkie plasterki i układam równiutko na chlebie lekko dociskając do kanapki). Na to rzuciłem sobie trochę sera (uwielbiam sery, nawet te francuskie pleśniowe "wynalazki" lubię). No i zjadłem. Potem łazienkowa rutyna, akurat skończyłem się oporządzać gdy wodę wyłączyli. Susza jak diabli. Myślę sobie - trudno, i tak muszę już wychodzić do miasta, więc brak wody mnie nie dotknie.

Na mieście nic ciekawego, zimno, pełno ludzi w sklepach. Trzech kolesi na deptaku sprzedawało jakieś figurki i inne bożki. Mi podobał się taki brązowy, skrzydlaty demon. Wysoki na trzydzieści centymetrów, rozpiętość skrzydeł tak gdzieś 20cm. Wyglądał jak mały, zdechły, wysuszony, zmumifikowany a następnie uwędzony skrzydlaty demonik. Ładnie by się prezentował u mnie w pokoju, tak okropieniecznie złowieszczo. Unfortunately, mam już zamrożone wydatki i obiecałem sobie nie kupować żadnych pierdół w stylu demonicznych truchełek, zmumifikowanych noworodków czy serc młodych kobiet w słojach z formaliną. Szkoooda. Jest tyle fajnych rzeczy do kupienia, a ja nie mogę sobie pozwolić na nie. Życie jest nie fair. (...)

Czytaj dalej...
Powoli ku lepszemu

Sporo się wydarzyło ostatnio. W piątek odwiedziła mnie siostra, więc objadłem się pizzą. Jeszcze w sobotę rano dojadałem resztki. Siostra była nieco zdziwiona tym, że mogę siedzieć w strasznie ciemnym pokoju przy świetle paru świeczek, na dodatek wydało się że to dla mnie normalne. Ale to nie moja wina, niektórzy (jak ja) po prostu świetnie sobie radzą w ciemnościach. Jestem stworzeniem nocnym, co ja na to poradzę?

Wczoraj byłem na zakupach, odwiedziłem Auchan i Brico. W Brico kupiłem sobie brakującą żarówkę do lampy (wygląda na to, że tych mikrolampek nie produkują w wersji silniejszej niż 40W), przezornie kupiłem tym razem dwie sztuki na wypadek gdyby znowu po wkręceniu nowej kolejną szlag trafił. Ale nie, nic się nie stało. Świecą wszystkie trzy.

Prywatnie zaczynam się wspinać powoli w górę. Z Niką sobie przeprowadziliśmy niedawno dłuuugą, nocną rozmowę (przez to znowu mi się wino skończyło, ale mam już nowy zapas) i od razu mi lepiej. Ustaliliśmy sobie parę rzeczy i jakoś się cała sytuacja oczyściła. Teraz możemy normalnie od siebie odejść, nie musimy od razu uciekać bo chyba już nie ma się czego bać, wszystko omówiliśmy. Fajno. Nie, nie jest mi smutno, ta historia jest już tak stara że teraz po prostu czuję ulgę. Powiedziałem wszystko co powinienem był powiedzieć parę lat temu, usłyszałem też to, co powinienem był wtedy usłyszeć. Chyba dopiero teraz naprawdę zamknąłem ten rozdział. Sam się dziwię, że tak łatwo mi to przyszło - widać dużo się nauczyłem od tamtego razu. No, w każdym razie czuję się jakoś lżej i szczęśliwiej. Nie lubię zostawiać niedokończonych spraw.

Granica dziesięciu ankiet świątecznych została niedawno przekroczona, więc wyniki zgodnie z obietnicą publikuję, powycinałem też sygnaturki i nagłówki żeby nie zdradzać danych osobowo-adresowych. Na sugestie i propozycje odpowiem wraz z zamknięciem ankiety, czyli w nowym roku. Do tego czasu ci, którzy jeszcze nie wysłali mi ankiety mają czas... nie żebym naciskał, ale każdy list mile widziany :) (...)

Czytaj dalej...
Świąteczna ankieta!

Dorzucam kilka nowych kadłubków.

Zimowa pogoda jest strasznie niestabilna. Kilka razy na dobę coś leci z nieba, problem w tym że jest to albo deszcz, albo śnieg. No i się jakby ociepliło, więc na dworze jest po prostu mokro. Nie lubię takiej pogody, wolę gdy jest sucho, biało, śnieżnie. A ja już wyciągnąłem z szafy moją zimową kurtkę Hewlett-Packarda (cała niebieściutka, z żółtymi wstawkami przy wewnętrznych stronach kołnierza i zakładek przy zamku itp. - ogólnie śliczna, chociaż wielka, jakoś tak ginę w niej po założeniu)... no więc wyciągnąłem z szafy zimową kurtkę i schowałem kurtkę jesienną, a teraz wygląda na to, że się zbytnio pospieszyłem z tym chowaniem jesiennych kurtek. Trudno, najwyżej będę chodził w zimowych i czekał, aż mrozy mnie dogonią. No bo przecież kiedyś muszą przyjść, prawda?

Wczoraj malowałem choinkę. Taką płaską, z przezroczystego plastiku. Choinka jest zielona, ma białe łańcuchy, żółte i czerwone bombki oraz żółtą (złotawą) gwiazdę na szczycie. Mimo absolutnego braku uzdolnień artystycznych choinka wyszła mi bardzo ładna, no i udało mi się nie poplamić wszystkiego dookoła farbami (siebie nie liczę, zieloną farbę z dłoni dopiero dzisiaj tak do końca zmyłem). Choineczka jest bardzo ładna, mierzy tak na oko coś ponad 20cm i wisi sobie radośnie na ścianie. No to już mam pierwszy akcent świąteczny w moim małym pokoiku.

Aha, ale jest mi jakoś smutno. Idą święta, a mi jakoś nie chce się przydarzyć nic dobrego. Zresztą nie tylko mi, ludziom dookoła też się nic dobrego nie chce przydarzyć. Więc się niezbyt dobrze z tym czuję. No i na domiar złego jakaś śliczna dziewczyna mi się dzisiaj tak bardzo dziwnie przyglądała niedaleko Urzędu Miejskiego, miała jakiś taki dziwny uśmiech na ustach gdy na mnie mijała. Widać jestem chodzącą atrakcją cyrkową. Ech, gdyby ta dziewczyna chociaż była brzydka to by mi to było łatwiej znieść, ale zwykle gapią się na mnie właśnie tacy śliczni ludzie, pewnie w ich oczach wyglądam jak stworznie z innego świata. Jeszcze tylko brakuje, żebym sobie ogonkiem poprawiał grzywkę opadającą na trzecie oko, wtedy by już byli całkiem uszczęśliwieni. Zaczynam bać się ludzi, bo chyba coraz mniej ich rozumiem. Są tacy dziwni. Np. czytelnicy tej strony - czego oni tu w ogóle szukają? Od dawna nic się tu nie dzieje, a licznik i tak notuje ~90 odwiedzin dziennie. To jakaś manipulacja, pewnie administrator fałszuje logi z litości nade mną. Może powinienem uruchomić jakąś ankietę czy coś w tym stylu, wtedy bym wiedział ilu żywych ludzi tu zagląda... (...)

Czytaj dalej...
No i macie moją fotkę

W dziale O Autorze doszło moje zdjęcie. Nudziłem się dzisiaj przy przygodnym komputerze więc sobie pstryknąłem zdjęcie jakąś prościutką kamerką internetową. W sumie to chciałem nagrać filmik "Hoppke mówi bankowy", ale się w porę opamiętałem. Aha, odradzam oglądania zdjęcia, nieprzyzwyczajonym może zaszkodzić. Nie odpowiadam za żadne traumy estetyczne.

Dodaję kolejne kadłubki.

Z obserwacji marketowych

Dorzucam parę kadłubków. Nic wielkiego, choć niektóre są w sprytny sposób połatane. W każdym razie wiem, że mam w systemie jeszcze 46 pakietów RPM do których nie odtworzyłem jeszcze plików .spec (no i pozostaje jeszcze parę pakietów które mam zainstalowane "na dziko", jak np. OpenOffice.org, Ognioptak, rar/unrar). Niestety, części z tych 46 nie mogę teraz spakietować, bo odmawiają kompilacji pod nowym kernelem 2.6. Np. dosfstools, musiałbym duże kawałki kodu popoprawiać, więc mnie nie ciągnie do takiego zajęcia.

Wczoraj byłem na świątecznych zakupach w Auchan. Znaczy się, parę godzin to trwało (do dwudziestej trzeciej z małym hakiem, plecy mnie potem bolały od tego ciągłego łażenia (nogi mnie nigdy nie bolą). No i sobie łaziłem między regałami, oglądałem ceny różnych rzeczy (koszmarnie drogie CD-R, w osiedlowym sklepie Galaxy sprzedają identyczne płyty za sporo niższą cenę niż w markecie - a więc coś jest fest nie tak. No i oczywiście do marketowych płyt mam mniejsze zaufanie - diabli wiedzą czy one nie przeleżały całego upalnego lata w jakimś przymarketowym magazynie. Przejrzałem też regalik z muzyką, od razu wypatrzyłem sobie "Therapy? Troublegum" za prawie 40zł - koszmarna cena, przecież to ma... eee... no, dużo lat. Powinno kosztować jakieś 15, najwyżej 20zł... Ceny muzyki są zabójcze. Więc nie kupiłem, pewnie w księgarniach muzycznych dałbym radę to zamówić za mniejsze pieniądze.

Widziałem też, jak jakiś facet z zakłopotaniem wybierał prezerwatywy przy jakiejś półce. Najwyraźniej poczuł mój wzrok, bo spojrzał na mnie i wyraźnie się spłoszył, zaczął mówić coś o jakimś prezencie czy coś w ten deseń. Wzruszyłem ramionami i przestałem słuchać. Nie wiem, ja bym nigdy nie kupił prezerwatywy w supermarkecie. Są rzeczy przy których wolę wydać kilkanaście groszy więcej i mieć pewność, że towar jest w dobrym stanie. Dlatego takie rzeczy kupuję w aptekach. Marketom pod tym względem nie ufam w ogóle. (...)

Czytaj dalej...
Padł mi cały XFS :(

Tragedia Zniszczeniu uległa cała zawartość dysku w moim domowym komputerze, narzędzia do obsługi XFS spłatały mi okrutnego figla. Na szczęście główny system dałem radę przywrócić z backupów, dane prywatne też nie uległy większej deformacji (straciłem ~miesiąc swojej internetowej korespondencji - czyli naprawdę sporo, ale nie były to dane szczególnie ważne, archiwum usenetowe zrekonstruuję za pomocą nget-a, a stracone e-maile jakoś przeboleję. Straciłem jednak całą kolekcję muzyki i dużą część grafiki, bo było tego tyle gigabajtów, że nigdy nie chciało mi się tych danych backupować i nie miałem skąd tego przywrócić. No trudno, grunt że odzyskałem całą resztę - system, ustawienia programów, moje kreatywne prace, liczne dokumenty tekstowe. Przy okazji tego katharsis na moim dysku zmieniłem układ partycji - założyłem dedykowaną partycję na swap, 100MB. Wiem, że w normalnej pracy spokojnie wystarczy (swap nie jest u mnie zwykle używany), no i przesiadłem się z XFS na Ext3.

Szybko nadgoniłem te pakiety, które utraciłem w wyniku tej awarii - a to oznacza, że wrzuciłem partię nowych kadłubków. Jest ich już 174, co stanowi całkiem pokaźną część mojego systemu.

Moja jazda na testowym kernelu 2.6.0 (aktualnie -test11) jak na razie jest bardzo, bardzo wygodna. Jedyna niedogodność to to, że część programów nie chce się skompilować pod to jądro. Widać trzeba będzie poczekać aż programiści nadgonią... ale jest fajnie, naprawdę fajnie. Choć akurat mój system działa fajnie z samej definicji bycia moim systemem ;)

Śnieg sobie właśnie wesoło pada za moim oknem. Jest za ciepło żeby się utrzymał, ale zawsze daje to nadzieję, że niedługo będzie tak przytulnie puszysto na dworze. Lubię śnieg i lubię mrozy. W poprzednim życiu pewnie byłem liskiem polarnym :)

Odzyskałem w końcu wygląd mojego pulpitu sprzed awarii. Więc od razu zamieszczam uaktualnione, poawaryjne screenshoty. Sawfish, ROX-Filer, gkrellm i slrn w xtermie. GTK+ chodzi na gtk-Xfce-engine, z Xfce wziąłem też patch dodający delikatny cień przy każdym menu gtk+. Zestaw aplikacji się u mnie nie zmienia ani trochę, chyba mam ustalone już wymagania. Aha, z ROX-Filera nie korzystam tak często jak by się mogło wydawać oglądając screenshoty - po prostu pokazuję go tutaj, bo dobrze prezentuje wygląd różnych widgetów gtk+. Mój zwykły pulpit to na ogół kilka/kilkanaście xtermów i przeglądarka WWW, ale to nieciekawie wygląda na obrazkach więc nie pokazuję ;)

W objęciach biurokracji

Mgła#2 Dzisiaj mgła była jeszcze gęstsza niż ostatnio, ale się gdzieś rozeszła w połowie dnia. Szkoooda, że już jej nie ma.

Praktycznie połowę dnia spędziłem z Niką w Urzędzie Wojewódzkim. Nie bardzo chciałem, ale się uparła - ona nie ma w ogóle podejścia do urzędników i jeśli zostawić ją samą sobie, to zawsze wkopie się tak, że obsługują ją w najbardziej powolnym dozwolonym trybie. Jakoś się nie lubi z urzędniczkami. A ja wręcz odwrotnie - jestem zawsze bardzo miło obsługiwany. Więc pozałatwiliśmy razem wszystko co też musiała pozałatwiać, ja przy okazji też kilka swoich spraw odbębniłem. Było tradycyjnie - w pokoju A należy pobrać druk X, wypełnić, dostarczyć do pokoju B, wrócić do pokoju A bo Nika ze względu na zawiłości z obywatelstwem musi być obsługiwana jakoś inaczej, kolejny druczek, tym razem Y, znowu pisanina "imię, nazwisko... to ma być czytelnie czy odręcznie?", potem do pokoju C którego nie można było znaleźć, ale w recepcji dali nam wskazówki (fałszywe, no ale przynajmniej piętro się zgadzało...), w końcu znajdujemy ukryty pokój C, ale wtedy się okazuje że potrzebny by był jeszcze jakiś papier którego Nika oczywiście nie ma, tutaj ja muszę się wciąć i z najmilszym z dostępnych mi uśmiechów wytargować taryfę ulgową, wiadomo, święta idą... Itp. itd. Norma, na szczęście urzędniczki też mają serce. Przynajmniej żadnych kolejek nie było, bo w tych krętych, klaustrofobicznych korytarzykach by szło oszaleć gdyby się więcej ludzi kręciło albo gdyby trzeba było długo czekać pod jednymi drzwiami - na szczęście mogliśmy cały czas pozostawać w ruchu, kursować pomiędzy pokojami i piętrami. Budynek jest stary, klasyczny budynek typu "administracja" z czasów komunizmu, dużo schodów, korytarzyków, klatek schodowych, bardzo skomplikowana architekturya, zupełnie niepraktyczna. Cały czas chodził mi po głowie labirynt minotaura :)
Nika zmieniła zapach, używa teraz zupełnie innej nuty niż kiedyś - dziwne, nie myślałem nigdy o tym, ale dzisiaj uświadomiłem sobie, że dokładnie pamiętam jej zapach, przynajmniej ten "stary". A ona sama jest chyba jeszcze piękniejsza niż gdy ją poznałem, ten wyjazd jej najwidoczniej służy. Aaa, trochę słychać obcy akcent i melodię gdy mówi - tak było odkąd pamiętam, zwłaszcza gdy była zdenerwowana, ale teraz słychać to całkiem wyraźnie, nawet gdy normalnie rozmawia. Psiakrew, to jej tylko dodaje uroku. Na szczęście fryzurę ma taką samą, bo bym się już zupełnie zagubiony czuł. Smutne, ale to już mocno inny człowiek niż ten którego kiedyś znałem. A ona też mi mówi, że się zmieniłem. Coraz mniej wiem co mam robić. Jutro mam wolne, może spędzę z nią cały dzień... Wiem, że nie powinienem, ale... (...)

Czytaj dalej...