ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Z obserwacji marketowych

Dorzucam parę kadłubków. Nic wielkiego, choć niektóre są w sprytny sposób połatane. W każdym razie wiem, że mam w systemie jeszcze 46 pakietów RPM do których nie odtworzyłem jeszcze plików .spec (no i pozostaje jeszcze parę pakietów które mam zainstalowane "na dziko", jak np. OpenOffice.org, Ognioptak, rar/unrar). Niestety, części z tych 46 nie mogę teraz spakietować, bo odmawiają kompilacji pod nowym kernelem 2.6. Np. dosfstools, musiałbym duże kawałki kodu popoprawiać, więc mnie nie ciągnie do takiego zajęcia.

Wczoraj byłem na świątecznych zakupach w Auchan. Znaczy się, parę godzin to trwało (do dwudziestej trzeciej z małym hakiem, plecy mnie potem bolały od tego ciągłego łażenia (nogi mnie nigdy nie bolą). No i sobie łaziłem między regałami, oglądałem ceny różnych rzeczy (koszmarnie drogie CD-R, w osiedlowym sklepie Galaxy sprzedają identyczne płyty za sporo niższą cenę niż w markecie - a więc coś jest fest nie tak. No i oczywiście do marketowych płyt mam mniejsze zaufanie - diabli wiedzą czy one nie przeleżały całego upalnego lata w jakimś przymarketowym magazynie. Przejrzałem też regalik z muzyką, od razu wypatrzyłem sobie "Therapy? Troublegum" za prawie 40zł - koszmarna cena, przecież to ma... eee... no, dużo lat. Powinno kosztować jakieś 15, najwyżej 20zł... Ceny muzyki są zabójcze. Więc nie kupiłem, pewnie w księgarniach muzycznych dałbym radę to zamówić za mniejsze pieniądze.

Widziałem też, jak jakiś facet z zakłopotaniem wybierał prezerwatywy przy jakiejś półce. Najwyraźniej poczuł mój wzrok, bo spojrzał na mnie i wyraźnie się spłoszył, zaczął mówić coś o jakimś prezencie czy coś w ten deseń. Wzruszyłem ramionami i przestałem słuchać. Nie wiem, ja bym nigdy nie kupił prezerwatywy w supermarkecie. Są rzeczy przy których wolę wydać kilkanaście groszy więcej i mieć pewność, że towar jest w dobrym stanie. Dlatego takie rzeczy kupuję w aptekach. Marketom pod tym względem nie ufam w ogóle.

Wysiadła mi jedna z trzech żarówek w reflektorkach które wiszą u mnie pod sufitem. No więc obejrzałem sobie dokładnie spaloną żarówkę i w markecie znalazłem prawie identyczną (trochę mniej matową, no ale trudno - lepszy rydz niż nic). Gdy przybyłem do domu i wkręciłem ją, okazało się że... w międzyczasie spaliła się kolejna żarówka :) Więc znowu świecą tylko dwie z trzech. Na pewno jest na to jakieś prawo Murphy'ego. W każdym razie było to bardzo zabawne, nawet nie byłem zły. Ironia losu potrafi być bardzo wesoła.

Miałem też okazję przez jakąś godzinę dyskretnie gapić się na trójkę, hmm, interesująco wyglądających dziewczyn które robiły w Auchanie zakupy. Jedna miała brązowe włosy, druga czerwone, trzecia białe. Czerwona i biała wyglądały na bardzo blisko spokrewnione. Ostatnio niewiele widzę kobiet które by miały jakiś ciekawszy kolor włosów, więc taka trójka kolorowych łebków się od razu rzuciła mi się w oczy, zwłaszcza w zatłoczonym markecie, na tle pozostałych, nudnych kobiecych kolorów. "Nudność" nie polega tutaj na samej powtarzalności kolorów, o nie. W końcu każdy ma takie włosy jakie ma. Nudne jest to, że zdecydowana większość młodych kobiet które teraz spotykam farbuje się na jakiś odcień rudomiedzioczekoladowatości. To jest nudne, że wszystkie gustują w tych samych odcieniach. Moje drogie, ileż można? Skoro już farbujecie włosy, to przynajmniej wybierajcie inny kolor niż zrobiła to wasza najlepsza przyjaciółka... Dlaczego np. tak rzadko widuję jakiś balejaż? Hę?

Pozostaw dopisek: