Mieszka we mnie szaleństwo. Taki mały obłęd. Mały. Malutki. Tyci-tyci. Nie wystarczyłby go chyba nawet żeby zrobić ze mnie porządnego ekshibicjonistę czy schizofrenika. No, może dałoby się z tego ulepić jakąś malutką, mizerną neurozę, ale pewnie szybko by mi przeszła. Po prostu płód obłędu. Najwyżej niemowlak szaleństwa. Ale jest i tylko to się liczy.
Jak to mówią - mała rzecz a cieszy ;) Zwykle sobie gdzieś tam śpi na dnie bajorka mojego Ja, ale czasem wypływa pod powierzchnię i zaczyna domagać się swoich praw. Chociaż nie, to nie tak - on się nie domaga, bo nie musi się domagać. Ja go bardzo lubię, w końcu to część mnie. Więc sobie podpływa i podłącza się pod wszystkie te neurony, dendryty czy jak też się nazywają te śmieszne korzonkowate komóreczki którymi myślę. Ja mu nie przeszkadzam, boję się że gdybym go kiedyś chciał powstrzymywać, to mógłby się obrazić i pójść sobie gdzieś. I nigdy nie wrócić. A ja lubię mój malutki obłęd.
Właśnie w ciągu ostatnich dni się uaktywnił. Już zacząłem odczuwać skutki... ale nie ma słów na określanie takich rzeczy. A przynajmniej ja tych słów nie znam. Mogę powiedzieć tylko, że mój obłęd chciał chyba kiedyś zostać rozdwojeniem jaźni blisko spowinnowaconym ze schizofrenią, ale w połowie drogi się rozmyślił :) Nie nadaję się do leczenia, ale mogę czerpać większość korzyści z bycia obłąkanym. Kontrolowany obłęd to świetna rozrywka. Zaprawdę, wielkie zasoby sił mentalnych spoczywają szaleństwie :) Ślę mrożone pozdrowienia do wszystkich kontrolujących się (jako tako) obłąkanych. Heeej! Jak się macie? :)
Aha, dzisiaj w Zielonej było ziiiimno. Brr. Brr-rrr. Ziiimno. Ja lubię zimno :) Ech, ta poezja minus dziesięciu stopni, gdy czujesz jak na mrozie sztywnieją ci skrzydełka nosa, gdy szybko zainhalowane dwa litry eterycznego mrozu odzywają się kłującymi szpileczkami w płucach... Myślę, że zima jest uosobieniem życia. Nie wiosna, nie lato, nie jesień - ale zima. Tutaj chodzi o kontrast. W pokoju pełnym światła jedna zapalona świeca nie rzuca się zbytnio w oczy. Ale w pokoju pełnym ciemności ta sama świeca staje się nagle bardzo ważna. Tak samo jest z zimą. Najwyraźniej czuję życie w swoich żyłach gdy coś (np. uroczy mróz) próbuje mnie wykończyć :)