Kolejny wpis spod znaku Hiero. Po namyśle zdecydowałem się na tego zagnieżdżonego tar-a. Posprzątałem, dokręciłem parę śrubek... Hiero generuje już ładne binarne pakiety. Teraz czas zrobić prosty skrypt który by umiał zainstalować pakiet i zarejestrować go w bazie. Potem muszę się zająć plikami konfiguracyjnymi instalowanymi np. w /etc - nie mogą przecież być tak po prostu nadpisywane. Udumałem sobie jak można obsługiwać takie pliki, ale samą procedurę będę mógł zrobić dopiero po stworzeniu podstawowych skryptów instalujących pakiety. Potem właśnie obsługa plików w /etc, to pociągnie za sobą zrobienie systemu skryptów (post|pre)(un|in)stall, wtedy dokończę obsługę patchy i w tym momencie Hiero będzie już ogólnie zdatny do normalnych zastosowań. Nie mam pojęcia jak teraz mi się będzie pisało, do tej pory grzebałem głównie w pythonowym kodzie, z pewną domieszką shella. Teraz muszę skrobać tylko skrypty shellowe, ewentualnie posiłkując się jakimiś drobnymi binarkami (które, jeśli będą potrzebne, będę musiał sam sobie napisać w C... a ja jestem przecież grafomanem, a nie koderem :) Więc może tempo moich prac spadnie. Ale jestem optymistycznie nastawiony, w końcu do tej pory szło mi niesamowicie gładko, praktycznie żadnego poważniejszego problemu nie napotkałem. Na razie nie zamieszczam nowszej wersji w Repo, zrobię to gdy jeszcze trochę dozbroję ten mój Pomysł.
Widziałem dzisiaj wieeelką chmarę małych ptaszków. Miały takie stalowo-grafitowe łebki, szyjki, ogonki i podbrzuszki ;), brązowe skrzydełka i nóżki, a dzioby brązowe albo żółtawe (to było pewnie warunkowane płcią). Nie były duże... gdyby wziąć trzy dorosłe wróble i zmiażdżyć je w jedną kulkę, to dałoby się z nich ulepić jednego takiego ptaka. Nie mam pojęcia co to był za gatunek. Nie znam się zbyt dobrze na ptakach. Przyleciały w naprawdę pokaźnej liczbie, odstawiły mi piękny pokaz akrobacji lotniczych przed oknem, po czym przypuściły atak na bezlistną, przemarzniętą jarzębinę która rośnie nieopodal. Oskubały co tam jeszcze było do oskubania i odfrunęły w kierunku południowym. Trudno opisać jak wdzięczny był ich "atak" na jarzębinę - tak trudno to opisać, że nawet nie spróbuję :) Muszę chyba sprawić sobie jakiś Atlas Ptaków Polskich. Ale to pewnie koszmarnie droga pozycja. Wszystko z kolorowymi obrazkami jest drogie :(
A ja chyba będę chorował. Nie wiem, pewnie to wina chronicznego już braku snu (zaczynam chorować "sam z siebie" gdy tylko mam zbyt mało snu), może wina pogody, a może po prostu złapałem jakiegoś przewlekłego bakcyla. Codziennie miewam momenty w których zaczyna mnie bardzo boleć albo głowa, albo coś w środku brzucha. Momentami czuję się jak solidnie oszołomiony, jakby coś wyrywało mnie z rzeczywistości. Wszystko dookoła niby wygląda i brzmi tak samo, ale wygląda tak strasznie nierealnie. Lekkie zawroty głowy. Do tego dzisiaj zaczęło mnie drapać w gardle, a tego to już w ogóle nie znoszę. Za to umysłowo jestem w wysokiej formie. Moje ciało czuje się okropnie, ale cała emocjonalno-intelektualna machina wrzuca coraz wyższe biegi. Ot, dziwadło.
And now for something completely different: Okazuje się, że pamiętam
stosunkowo niewiele z dzieciństwa. Albo inaczej: pamiętam sporo, ale jeszcze
więcej rzeczy się wymknęło mojej pamięci. Np. historia którą mi niedawno
opowiedziała moja mama: otóż będą małym pacholęciem, koszulinę w zębach
nosząc itp. itd., jednym słowem w wieku wczesnoprzedszkolnym chyba (4 lata?)
wychodziłem sobie często na balkon. Z lokalu po prawej stronie na balkon
wychodził czasem sąsiad. I tak sobie tam z nim wieczorami często ucinałem
długie pogawędki. Jak to sąsiedzi na balkonach zwykle robią w ciepłe, letnie
wieczory. Sąsiad się potem powiesił. Wszyscy którym to opowiadałem wcinali
mi się w tym momencie w słowo stwierdzając "no, taki mały a już człowieka
w samobójstwo wpędził..." - nie, to nie tak. To nie moja wina była. Ale się
biedak powiesił, widać miał swoje powody. Zdarza się, ja sam też kiedyś...
ale to inna historia. W każdym razie sąsiad odebrał sobie życie. Ja jednak
wyłaziłem nadal na balkon i wołałem "Panie sąsiad! Panie sąsiad!" - widać
tak go zwykle wywoływałem żeby sobie z nim uciąć krótką gadkę (mam nadzieję,
że nie rozmawialiśmy o polityce... swoją drogą ciekawe o czym ja z nim
rozmawiałem gdy cały jego świat się rozsypywał?). No ale sąsiad się nie
pojawiał. Mama próbowała mi to wytłumaczyć jakoś, stosownie do mojego
wieku... "Wiesz, Grzesiu, pan sąsiad już nie wyjdzie. Umarł i poszedł do
nieba..." - ale mama się spóźniła. Mam parę starszych sióstr które nigdy się
ze mną nie cackały i walnęły mi wcześniej prawdę z mostu, tyle że pewnie
jakoś nie zrozumiałem do końca o czym mówiły - ale wciąłem się mamie w słowo
"Pan sąsiad się zawiesił, tak? Anka mi mówiła!"... Mama jednak nie dała się
zbić z tropu "Pan sąsiad nie żyje, umarł. Jest teraz w niebie i nie może już
z tobą rozmawiać. Pamiętasz, dziadziuś też umarł..." - "Dziadziuś też się
zawiesił?" wypaliłem z zaciekawieniem :)
Nie, dziadek się nie "zawiesił" (swoją drogą to podobno bardzo dużo po nim
odziedziczyłem, zwłaszcza sztywne i gęste włosy które nie dają się sensownie
ułożyć, choć kolor mam o kilka tonów jaśniejszy od jego - jego były podobno
tak czarne, że aż z granatowym połyskiem - a moje nawet czarne nie są).
W każdym razie chodzi mi o to, że ja z tego zdarzenia nic a nic nie
pamiętam. Nic a nic. A podobno sąsiad był moim niezłym kumplem (notka:
znamiennym jest, że już od maleńkości mnie ciągnęło do ludzi z różnymi
poważnymi problemami - ja się widać urodziłem taką małą przylepą - albo
magnesem na społecznie odstających, jak kto woli. Notka#2: podobno byłem
niesamowicie kontaktowym dzieciakiem, gdzie się nie pojawiłem zjednywałem
sobie sympatię ludzi wszelkich klas i przedziałów wiekowych. Najwidoczniej
dopiero na starsze lata zdziwaczałem i zdziczałem ;)
Tak samo nie pamiętam też historii gdy wspomniane dwie starsze siostry
wcisnęły mi bajkę o tym, jak to zostałem rzekomo wzięty przez rodzicół
z domu dziecka. Podobno cały dzień ryczałem z żalu, a gdy mama wróciła
z pracy siostry dostały w tyłek za "psychiczne znęcanie się nad bratem"...
co mi podobno tylko odrobinkę polepszyło nastrój... No ale tego też nie
pamiętam ani trochę, znam to tylko z przekazów "starszyzny plemiennej". Jest
dużo takich historii których nie pamiętam. Zupełnie jakby ktoś mi wymazał
pewne etapy z życia. Gryzie mnie niepewność - nie wiem czy taka wybrakowana
pamięć jest czymś normalnym, czy też faktycznie mam po prostu jakiś
defekt...
No i ostatnia sprawa na dzisiaj, o ile ktoś miał dosyć sił by się aż do tego akapitu przedrzeć: dzisiaj był dosyć mroźny dzień, a ja ubrałem się dosyć lekkomyślnie. Dosyć normalne w moim przypadku :) No, po prostu troszeczkę marzłem idąc z Justyną zielonogórskim południem. Ja marzłem, ona też trochę. I wtedy powiedziałem, że się "za zimno ubrałem". Roześmiała się, nie znała tego zwrotu i chyba uznała go za skrajnie niepoprawny. Ona wiedziała, że można się ubrać jedynie "za grubo/za cienko"... ja oczywiście też znam te formy, ale częściej używam wyniesionej z domu wersji "ubrałem się dzisiaj za ciepło (albo za zimno)". No i tutaj moje pytanie - jak bardzo rozpowszechniona jest forma "ubrałem się za zimno jak na taką pogodę"? Czytelników prosiłbym o maile w tej sprawie, zarówno tych którzy znają i używają tej formy, jak też i tych którzy jej nie znają i wydaje im się okropnie niegramatyczna. I jeśli można prosić - podawajcie od razu region kraju z jakiego wywodzi się wasza rodzina (poznańskie, lubelskie itp.) - być może jest to coś lokalnego, związanego z konkretnym rejonem?
Dzisiejszy odcinek ChangeBloga sponsorowała cyferka "5" i kawałek "Never an easy way" (Morcheeba - jakoś mi bardzo pasuje ostatnio)