Ała. Głowa mnie boli. A jeśli chcę być bardziej precyzyjnym, to jakaś niewidzialna siła rytmicznie stuka niewidzialnym młotkiem w moją lewą skroń. I to tak przez większą część dnia. Nie chce mi się uśmiechać, nie chce mi się rozmawiać. Biedni są ludzie, którzy dzisiaj próbowali ze mną porozmawiać... zwykle warczałem. Po prostu nie mam nastroju do rozmowy. No i jeszcze muszę przygotować kilka dokumentów na jutro... zaraz wracam... ...TRZY GODZINY PÓŹNIEJ... No, zrobione. Jednak laserowa drukarka to nieoceniona wygoda gdy ktoś musi drukować sporo tekstu, i to regularnie. Działa cichutko, więc mogę spokojnie drukować dokumenty w samym środku nocy. Drukuje też szybko (no, niektóre ekspresowe plujki Lexmarka są szybsze, ale one palą tusz jak ruski czołg paliwo). Jest tania w eksploatacji (toner kosztuje co prawda 2-3 razy tyle co zasobnik z tuszem do plujki, lekko licząc, ale ja na jednym zasobniku wydrukuję spokojnie półtora tysiąca stron, podczas gdy atramentówka... no, lepiej nie mówić). Wydrukowany tekst jest po prostu śliczny, używanie LaTeX-a nagle stało się niesamowicie przyjemne ;) No i nie ma problemu ze wsparciem pod Linuksem. A co najważniejsze, przy dłuższych wydrukach mogę się do woli sztachać zapachem tonera wtapianego w papier pod wysoką temperaturą i doprawiać to sobie wizualnym efektem migoczących żarówek (roztapianie pigmentu ciągnie tyle watów, że zaczyna mi światło w pokoju mrugać). W sumie to chyba ten zapach tonera jest dla mnie największą zaletą. No i to, że kartki po wydrukowaniu są takie cieplutkie ;)
Ech, nic nie zrobiłem przy Hiero. Brak czasu. Chociaż nie, zrobiłem tę obsługę wielu pakietów w skrypcie instalującym, nawet udało mi się przy tym uprościć kod. Zacząłem robić skrypt usuwający, w zasadzie napisałem go już (część załatwiająca upgrade-y w skrypcie instalacyjnym to prawie identyczna funkcjonalność), teraz tylko muszę kawałki kodu oprawić w nowy skrypt.
Na razie część instalacyjna wyświetla mnóstwo informacji diagnostycznych,
wymaga interaktywnego potwierdzania prawie każdej operacji jaką chce
przeprowadzić, przy wszelkich wywołaniach "rm" dla bezpieczeństwa pokazuje
co konkretnie Hiero by chciał usunąć - ale wygląda na to, że działa zgodnie
z moim zamysłem, uruchamiałem go już wiele razy przez sudo i nigdy nie
próbował np. wykonać "rm -rf /" ;)
Oczywiście potrzebne są większe/dłuższe testy zanim zaufam mu na tyle, by
pozwolić mu wykonywać te jego "rm cośtam" bez mojego nadzoru. Ale to tylko
kwestia czasu i mnogości instalowanych tym czymś pakietów.
A pogoda to okropna jest. Nie pomaga wcale mi wyzdrowieć. Termometr za oknem
stoi trochę ponad panem Ziobro, tfu, ponad zerem :) Sypie właśnie dużymi
płatkami śniegu, które od razu topnieją po zetknięciu z gruntem, trawnikami,
asfaltem ulic, dachami, kurtkami przechodniów, parasolami, małymi psami,
kamykami, samochodami, owocami kandyzowanymi, leniwcami, kawałkami baraniego
tłuszczu w małych słoiczkach... and there was much rejoycing :) Czy Monty
Python to coś zbyt hermetycznego dla czytelników i powinienem go unikać?
Pewnie nie :)
No, pogoda zła jest. Zimno, śnieg sypie w oczy, mokro,
a moje gardło zaczyna jeszcze bardziej pobolewać (w poniedziałek rano
w ogóle mi głos momentami zanikał). Aaaa, a dzisiaj mnie prawie zabił na
śmierć jakiś pan z wiaderkiem. Idzie sobie taki pan, pospieszny bardzo,
i rączo macha białym kubełkiem w lewej łapce. Znaczy się macha tak, że ten
kubełek mu momentami na wysokości piersi się majta. A wszystko to na kursie
kolizyjnym ze mną. Na szczęście się uchyliłem, bo on wcale nie miał
zamiaru. Zupełnie jakbym był powietrzem, jakby chciał mnie staranować. Ja
rozumiem że on był bardzo szczęśliwy, że mroźnym wtorkowym porankiem może
zapieprzać po wodę od Mrowiska aż do ujęcia przy Wódkach[1], czyli ma okazję
spędzić w śnieżycy jakieś czterdzieści minut, ale bez przesady, uderzenie
kubełkiem 20l pewnie boli, a gdybym oberwał w głowę, to może by mi złamał
nos, albo rozwalił łuk brwiowy[2]... Myślę, że byłaby w tym pewna ironia
losu, bo Pana Z Wiaderkiem mijałem przy nieczynnym od dawna torowisku,
w którym to miejscu kiedyś Nika sobie kostkę skręciła - szliśmy do jej
mieszkania po jakiejś nocnej imprezie na mieście, schodziliśmy jakoś tak od
Palmiarni w dół, w kierunku aresztu, ale trochę wyższą trasą, tak że
radośnie sobie skakaliśmy przez dłuższy czas po podkładach kolejowych. Ja
próbowałem iść po szynie kolejowej, ale jakoś kiepsko mi to szło. Znaczy
się, ustawicznie spadałem[3] :) Nika stawia trochę krótsze kroki od moich,
to jej było wygodnie iść po podkładach - dla mnie zawsze są one poukładane
albo za blisko siebie, albo za daleko - zależy jak na to spojrzeć. A dla
niej są "w sam raz". No ale wychodziliśmy już z takiego wąwoziku co to w nim
te tory biegną i mieliśmy zejść na chodnik, byliśmy już jakieś dwieście
metrów od jej mieszkania gdy dziewczyna, która przez długi kawałek drogi
szła (lub skakała, lub biegła, lub ...) płynnie po podkładach i ani razu się
nie potknęła, ta sama dziewczyna teraz jakoś niefortunnie postawiła stopę,
pośliznęła się na szynie czy coś takiego... w każdym razie skręciła stopę.
Ała. Mnie bolało od samego patrzenia, jestem typem człowieka który odruchowo
syczy gdy zobaczy jak ktoś np. się o coś uderza itp. To w sumie interesujące
- dlaczego niektórzy ludzie tak mają? Nie, to chyba nie empatia, przecież
faceci jak wiadomo są równie empatyczni jak kawałek drewna[4] ;) Nie wiem
czy wtedy czuję "ten cudzy" ból, ale na 100% reaguję tak samo i czuję się
tak samo nieprzyjemnie jak gdyby "wypadek" dotyczył mnie samego. Nie, bólu
chyba nie czuję wtedy. Ale uczucie tej "nieprzyjemności" jest na 100%. Ale
wracając do rzeczy - skręciła sobie kostkę. Rozpoznałem to fachowym okiem[5]
i dokuśtykaliśmy do przychodni przy Mrowisku (może dwieście metrów było,
a więc bliziutko), która była jednak zamknięta (środek nocy w końcu!).
Koniec końców trza było wziąć taksówkę z postoju (dodatkowe sto metrów, ale
tutaj musiałem już robić za tragarza, bo się dziewczyna zbiesiła i nie
chciała kuśtykać - Nika fatalnie znosi fizyczny ból. Zawsze żartowałem, że
z tego powodu prędzej adoptuje sobie dziecko niż urodzi własne ;) W każdym
razie na pogotowiu ją obsłużyli, zagipsowali (chyba na 3 tygodnie, chociaż
AFAIR już po drugim własnołapkowo chyba się pozbyła gipsu, że niby i tak się
już sam rozpadał itp. - opieprzyłem ją za to, ale weź tu chłopie przekonaj
takie żywe srebro... zero szans.).
Didaskalia:
[1] - "Wódki" to obiegowa nazwa zakładów Polmosu. Bo w Zielonej Górze jest
Polmos. Kawał terenu zajmuje. Mają tam takie ogólnodostępne ujęcie wody,
ludzie sobie ją biorą do parzenia herbaty, kawy itp. Podobno można ją pić,
w przeciwieństwie do kranowej, której podobno pić się nie da. Ja tam nie
wiem, piję kranową. Ale o tym już kiedyś mówiłem. Drugie ujęcie jest przy
starej winiarni (splajtowała lata temu). Pewnie są i inne ujęcia wody
głębinowej w mieście (na pewno są), ale ja ich nie znam. Nie moje rejony,
nie moja działka.
[2] - w żłobku (albo we wczesnym przedszkolu?) kolega grupowy mi łuk brwiowy
rozwalił. Mam ślad do dzisiaj, taki cieniuuutki i chyba tylko ja o nim wiem
:) Choć możliwe, że ten ślad to mi później jakoś powstał, w końcu mali
chłopcy nie raz sobie rozwalają łuki brwiowe, prawda? A kolega mi go wtedy
rozwalił krzesełkiem. Mały drań wziął krzesełko i najnormalniej w świecie mi
przyrąbał w głowę, sukinsyn jeden. Tutaj podziękowania dla pań
przedszkolanek/żłobkowianek za ich uwagę, czujność i w ogóle przyzwolenie,
żeby jeden bachor katował drugiego metalowym krzesełkiem, ze szczególnym
uwzględnieniem głowy. Czasem sobie myślę, że może właśnie przez takie drobne
wypadki jestem dzisiaj tak pokręcony. A może tylko szukam na siłę
usprawiedliwienia? ;) W każdym razie kolega nazywał się chyba Radek... czy
jakoś tak... ale już nie żyje. Nie, to nie była moja zemsta. Chłopak miał
pecha, jego ojciec był alkoholikiem. I kiedyś w alkoholowym rauszu zakłuł
syna nożem. Chłopak był wtedy we wczesnym wieku podstawówkowym, chyba
trzecia klasa. Jakoś tak. Rany, jaki ten świat porąbany jest. A on się chyba
wcale nie nazywał Radek, tylko jakoś inaczej. Ale podobnie. Jeśli sobie
przypomnę, to dam znać. Swoją drogą to mogło tłumaczyć dlaczego w ogóle mi
tym krzesełkiem przyłożył - mam na myśli tego ojca chlejącego na umór.
Pewnie urządzał w domu niezłe awantury, a dzieciak to podłapał. Poza tym
stres domowy na pewno wzmagał zachowania agresywne itp.
[3] - dzisiaj sobie szedłem kawałek po wysokim krawężniku chodnika, bo
musiałem wyminąć dwie kobiety z wózkami, które postanowiły jechać równolegle
i nikogo nie przepuszczać. No to je "wziąłem" po krawężniku. O dziwo, poszło
mi bardzo gładko. Pomyślałem sobie, że to ma coś wspólnego z moją zwiększoną
prędkością (wyprzedzanie ją wymusiło), a to z kolei się jakoś przełożyło
albo na coś podobnego do tego jak działa żyroskop, albo po prostu zadziałało
proste składanie wektorów - zwiększając swoją prędkość w lini prostej
wydłużyłem swój wektor kierunku i jednocześnie wymusiłem zwiększenie progu
tolerancji dla sił które by mnie próbowały zrzucić z krawężnika (małe
wektorki które by próbowały odchylić główny wektor w prawo lub lewo, na
pewno potrzebowałyby dłuższej trasy... ale to bzdura, bo dynamika ludzkiego
ciała na pewno sprawia, że zachowuje się ono inaczej niż sferyczny Hoppke
poruszający się w próżni ;) W każdym razie takie myśli przeleciały mi
dzisiaj przez głowę gdy wymijając dwie kobiety z wózkami przeszedłem się
przez parę(naście) metrów po krawężniku. Ej no, co ja poradzę na to, że mam
takie myśli? Ja się taki urodziłem. Nie znam innego życia :)
[4] - a to Kaśka kiedyś mi powiedziała. Do dzisiaj mi to z głowy nie wyszło.
Ona często mówiła rzeczy które mi się średnio podobały, jak np. "Wiesz,
jesteś inny niż reszta facetów. Ale to nie komplement!" :) Ale z tym brakiem
empatii... Jak mogła? Ja? Nieczuły jak drewno? Ja, który na prawie dowolnym
filmie w kinie przynajmniej ze cztery razy muszę wycierać oczy (zwykle
w zupełnie innych momentach niż reszta, ale to akurat nieistotne ;)? Ja się
nawet na Matriksie bym umiał popłakać, do jasnej cholery! Troszeczkę, tak
żeby nikt nie widział, bo chłopowi w końcu nie przystoi. I bardzo dokładnie
wytrzeć oczy zanim zapalą światła po seansie. A potem mówić, że to
zaczerwienienie to dlatego, że po wyjściu z kina jest tak jasno na dworze
i światło razi, a ja jestem typem nocnym i reaguję źle na takie ostre słońce
:) Nie no, normalnie nie płaczę. Ani na pogrzebach, ani na ślubach, ani gdy
wbiję sobie agrafkę w palec, ani gdy coś mi się niemiłego przytrafi. Ale
przy książkach i filmach mi się zdarza, bardzo często. Ja się chyba mocno
angażuję przy takich rzeczach.
Ale ad meritum: ona potem twierdziła, że to wszystko moja wina. Bo ja się uparłem, żeby wracać torami. A ona przecież cały czas mówiła, że woli iść "górą". No fakt, mówiłem żebyśmy wracali torami, bo to taka urocza trasa jest. Przez pewien kawałek idzie się dnem wąwozu o bardzo stromych i wysokich zboczach, zarośniętych trawą i krzaczkami. Po lewej stronie można, na szczycie zbocza, dostrzec od czasu do czasu przemykające kształty nocnych spacerowiczów. Przechodzi się pod szeroką ulicą (most). Mija się drugi, tzw. "żelazny" most - zamknięty i przerdzewiały, jako dzieciak często po nim ganiałem z kumplami. Akurat była pełnia, świetne światło, Nika wyglądała jak bogini, a ja miałem świetny humor i po prostu nie mogłem sobie odpuścić tej estetycznej przyjemności. Ale ona nie chciała, ze względu na ten betonowy most po którym biegną dwie dwupasmowe jezdnie - pod mostem czasem się kryły pijackie żule, taki już urok mostów w miastach. Mi to tam nie sprawia różnicy, mogę dać w mordę, mogę przyjąć na mordę, ale z damskim towarzystwem sprawa się nieco komplikuje. Znaczy się, muszę się w razie potrzeby wystawić żulom żeby dać dziewczynie czas na ulokowanie się w bezpiecznej odległości. Na szczęście żule w mojej prywatnej skali zdolności bojowych są na samym końcu. Poza tym ja się świetnie dogaduję z ludźmi, z większości opresji typu "Panie, kopsnij pan pięć zeta na tura" wychodzę używając tylko języka. Więc ją przegadałem i poszliśmy torami. No ale gdzieś tam do końca pozostało we mnie poczucie winy za tę kostkę. I gdy teraz widziałem tego faceta z wiaderkiem to kilka razy przeszła mi przez głowę króciutka myśl żeby mu się nawet specjalnie podstawić i oberwać. A wtedy bym był z Niką kwita. Jej ból, mój ból. Kilka lat przesunięcia w czasie, ale miejsce dokładnie to samo. Ach, nie wiem dlaczego tak sobie pomyślałem. Czasem mam takie dziwne, zupełnie irracjonalne myśli. Ale z drugiej strony nie wszystko się załatwia używając ratio, w końcu my, ludzie, mamy też te nielogiczne, emocjonalne strony w swoich osobowościach. A u mnie chyba akurat one przeważają. Często idę za przeczuciem, instynktem. A że teraz instynkt mi kazał się nadstawić wiaderku? No cóż, sytuacja była już dosyć absurdalna. Pędzący dziwny człowieczek z białym kubełkiem wykonującym półokręgi. Jeszcze dziwniejszy drugi człowieczek idzie z przeciwka. Gdyby się zderzyli nie podniosłoby to już ogólnego poziomu dziwności w tamtej chwili, w tamtym miejscu. Kiedy świat dookoła jest szalony nikt nie weźmie ci za złe, jeśli się przyłączysz do szaleństwa. Ale tego nie zrobiłem. Widać tym razem rozsądek wziął górę. W każdym razie przez chwilkę widziałem siebie obrywającego kubełkiem w głowę i myślałem, że to by była śliczna ironia losu, godna małego, tandetnego filmu z gatunku tych niezależnych krótkometrażowych. Teraz pewnie rozumiesz co miałem na myśli mówiąc "ironia losu" :)
Dobra, biorę wieczorny coldrex i idę spać. I tak przegiąłem, miałem być zmęczony, schorowany i w ogóle padnięty, a machnąłem sobie właśnie wpis do changebloga na 16 kilobajtów. Ze mną naprawdę jest coś nie tak. I nie mam na myśli przeziębienia ani tej urojonej wiewiórki śpiącej na dywaniku przed telewizorem. Nie mam też na myśli samego lekko ekshibicjonistycznego changebloga. Mam na myśli długość wpisów. Tak dochodzę do wniosku, że ja to chyba lubię pisać :) To się jakoś leczy?