Miałem dzisiaj bardzo przyjemny sen. W śnie tym byłem
z grupą bliżej niesprecyzowanych przyjaciół w jakimś drewnianym domku. To
znaczy oni byli w domku, a ja na werandzie. Lał deszcz i wszędzie dookoła
kapała woda, a ja sobie siedziałem późnowieczorową porą na jakimś wygodnym
fotelu na werandzie. Pod nogami miałem jakiś podnóżek czy taboret, tak że
mogłem się w fotelu nisko opuścić i przejść do pozycji prawie poziomej. Po
lewej i po prawej stronie miałem jeszcze po jednym takim taboreciku, a każdy
zastawiony był miskami i miseczkami z pysznym jedzeniem. Ba, aby mieć więcej
jedzenia przy sobie poustawiałem nawet część miseczek na sobie - na brzuchu,
nogach, piersiach itp. Po kolei brałem do rąk każdą z miseczek i wyjadałem
zawartość, leżąc sobie błogo na drewnianej werandzie, podczas gdy deszcz
jednostajnie szmerał po dachu a światło z okien domku rozpływało się
w nieprzeniknionych ciemnościach na zewnątrz. Niesamowicie relaksujący sen,
bo dokładnie tak wyobrażam sobie idealne szczęście. Do tej pory świetnie się
czuję.
Wracając do jawy: ściąłem na działce jeden z tulipanów i postawiłem na biurku. Ładny jest,
czerwony i pachnie bardzo tulipanowato :) Stoi w kruczoczarnym, smukłym
wazoniku. Idealny byłby co prawda żółty tulipan, ale żółte sobie tak wesoło
rosły w grupce, że nie miałem serca ich ścinać. Choć żółty by dużo lepiej
wyglądał w tym wazoniku. Lubię tulipany. Najbardziej z wszystkich kwiatów.
Naprawdę, żaden kwiat nie może się równać z tulipanem. One mają w sobie to
"coś". Oszczędność formy, zdecydowane rozgraniczenia barw, geometryczna
doskonałość płatków/pręcików/liści... Piękne, po prostu. Na dodatek
wyglądają "solidnie", nie są to kwiaty które by się rozpadały pod dotykiem
palców. Zapach też nie jest zbyt silny czy irytujący (dla kontrastu pomyśl
np. o konwaliach...). Kocham tulipany. To jedna z niewielu rzeczy która mi
się zawsze i niezmiennie podoba. Świat za oknem może wyglądać lepiej lub gorzej
w zależności od pogody, sposób w jaki odbieram malarstwo czy muzykę jest
uzależniony od mojego aktualnego nastroju, naga kobieta też raczej nudzi niż
pociąga, ale tulipany zawsze są po prostu piękne. Naprawdę mam dużo lepszy
humor tylko dlatego, że mogę sobie w każdej chwili popatrzeć na ten czerwony
kielich sterczący na moim biurku. BTW, czy tulipan to tzw. "motyw
falliczny"? ;) (...)
Czytaj dalej...
Dlaczego nikt mi nie powiedział, że Habak wywędrował do
zasobów Gentoo? Hę? To w każdym razie kazało mi wczoraj znowu usiąść do
niego i usuwać błędy. Poprawiony parser opcji (już, mam nadzieję, nie
segfaultuje bez powodu), trochę bardziej sensowne defaulty, poprawione
drobne błędy i przeoczenia, oraz możliwość opuszczania opcji "-hi"
w większości sytuacji, dzięki czemu Habak może ładować teraz tło np. po
prostym "habak ~/tło.jpg", albo zrobić tło z nałożonym logo przez "habak
~/tło.jpg logo.png". Myślę, że dopiero teraz się to nadaje do pokazywania
ludziom. To poprzednie segfaultowanie przy byle okazji mnie naprawdę
irytowało, więc w końcu coś z tym zrobiłem. Nowy Habak jest do pobrania z Rupieciarni, a tutaj masz bezpośredni
link do paczki z nową wersją
0.2.4.
Ostatnio po nocach trochę eksperymentowałem z różnymi swoimi pomysłami.
Jednym z nich było coś, co miałoby ułatwiać jeszcze bardziej tworzenie
paczek dla Hierophanta. A przynajmniej tych takich banalnych paczuszek.
W sumie powinno dać się stworzyć narzędzie, które weźmie jakąś paczkę ze
źródłami i wypełni większość pól w pliku .plan... Na razie się pobawiłem
troszeczkę z PyGTK i zrobiłem mały front-end do skryptów ./configure.
Nazwałem to coś imieniem "Hafemette".
Robi się po prostu "hafemette ./configure", a ta zabaweczka uruchamia sobie
wewnętrznie "./configure --help", skanuje wyjście tego polecenia i wyławia
opcje. Następnie odfiltrowuje ten występujący wszędzie pospolity szum typu
--mandir, --prefix itp., tak że pozostają tylko specyficzne dla danego
pakietu opcje. A potem wyświetla to używając interfejsu gtk+, gdzie opcje
można włączać/wyłączać po prostu klikając na stosowne checkboxy. Po
zatrzymaniu kursora nad nazwą jakiejś opcji wyskakuje tooltip pokazujący jej
opis. Klikając prawym przyciskiem na opcjach typu --enable czy --without
następuje ich odwrócenie (tzn. --with-foo zamienia się w --without-foo,
a np. --enable-alsa w --disable-alsa). Wartości dla opcji przyjmujących
argumenty wpisuje się w stosowne pola tekstowe obok nazw opcji. A po
kliknięciu przycisku "Apply" na stdout wydrukowany zostaje listing
zaznaczonych opcji i ich wartości w formie zdatnej do bezpośredniego
włączenia w sekcji [vars] Hierophanta. Posiadający PyGTK mogą sobie
Hafemette po prostu pobrać
i wypróbować, pozostali zaś mogą obejrzeć ten screenshot (65KB), przedstawiający
bardzo skomplikowane ./configure Mozilli. Szkoda, że na tym obrazku
nie mogłem uchwycić wyskakujących opisów opcji. Ale są i wyskakują, daję
słowo :)
Aaale nie mam pojęcia czy Hafemette ma jakąkolwiek praktyczną użyteczność...
No, to na razie.
A, pogoda była dzisiaj boska w Zielonej Górze. Ultrasłonecznie :)
Witam po Wielkanocy. Skompletowałem sobie aż dwa nowe
kamienie, nie przytyłem ani kilograma i jestem w okropnym nastroju. A na
dodatek połączenie z Repo znowu zaczyna szwankować. A już było
dobrze...
Wrzuciłem nowy snapshot Hierophanta, napisałem krótki opis wszystkich jego
poleceń, poprawiłem pozostałą dokumentację w jego dziale. A co nowego w samym Hiero? No, na pewno
pousuwałem trochę błędów. hbsinst i hbsremove podają teraz objętość
zainstalowanych/usuniętych danych. Pojawił się tryb weryfikacji
zainstalowanych plików (opcja -V w hieroq, sprawdza czas modyfikacji
i uprawnienia). Hierophant ma teraz prawdziwy plik README oraz prawdziwy
Makefile, więc można zrobić "make install". Makefile jest konieczny, bo HBS
wzbogacił się o jedną binarkę ("hbshelper") którą należy najpierw
skompilować. Dzięki tej binarce pozbyłem się w skryptach hbsinst i hbsremove
wywołań takich poleceń jak grep, find, bc, cut, date, head, tail i może
jeszcze innych, o których już nie pamiętam. "hbshelper" ulepszył znacznie
procedurę porównującą wersje dwóch pakietów przy wykrywaniu downgrade-ów.
Jednocześnie poprawił wydajność całego mechanizmu, bo każdą z funkcji które
przejął wykonuje szybciej niż miało to miejsce dotychczas. Tak że największą
zmianą jest wprowadzenie tej pomocniczej binarki, ale oprócz tego poprawiłem
też sporo innych rzeczy, od wielkich błędów jak np. pewien babol
w porównywaniu wersji pakietów po malutkie ulepszenia, jak np. rezygnacja
z używania sekwencji koloryzujących ANSI w poleceniach
hbsremove/hbsinst/hieroq jeśli wykryte zostanie, że ich wyjście jest
przekierowywane do pliku lub na fifo. (...)
Czytaj dalej...
Mam tyle rzeczy o których bym chciał napisać... Ale
wszystkie ulatują mi z głowy gdy tylko o nich pomyślę. Po pierwsze zbliża
się Wielkanoc!!! Zgodnie z paroletnią tradycją w okresie wielkanocnym
wychodzę na pole i chodzę szukając Kamienia. Chodzę sobie, chodzę, aż
w końcu moją uwagę przykuje jakiś kamyk wystający spod ziemi, albo którego
istnienie pod powierzchnią jedynie przypuszczam. Kamień powinien mieć
niewielkie wymiary (czyli jak orzech włoski, no, może parę razy większy,
a może nieco mniejszy). Potem kamień ten zabieram do domu, szoruję
w łazience i odkładam do mojego Pudełka na biurku, do innych Kamieni. Nie
wiem co takiego jest w kamieniach, ale niektóre mnie po prostu jakoś... nie
wiem, chciałem napisać "elektryzują", ale to nie o to chodzi. To raczej tak,
jakby one coś w sobie przechowywały... No, nieważne. Niedługo dojdzie
kolejny do kolekcji. A dlaczego wybieram sobie nowy kamień zawsze
w Wielkanoc? Nie mam pojęcia, to chyba jakiś instynkt :) Z wszystkich
kamieni jakie mam chyba tylko dwa przygarnąłem o innej porze roku. A jeden
kamień kiedyś wyrzuciłem. Zepsuł się. Miałem go przy sobie w okresie gdy
otaczało mnie bardzo dużo zła i kamień chyba tym nasiąknął, w każdym razie
czułem się bardzo nieprzyjemnie biorąc go w dłonie. Więc się go pozbyłem,
tracąc w mojej geomantycznej chronologii jeden rok ;) Aha, ta Wielkanoc
chyba nie będzie dla mnie zbyt wesoła :( No trudno.
O, o, zanim zapomnę :) Szedłem ja sobie Deptakiem i przechodziłem akurat
obok jednego z kościołów gdy dosłyszałem rozmowę dwóch kobiet w średnim
wieku (wykropkowałem to, czego nie dosłyszałem): (...)
Czytaj dalej...
Nowy spis zainstalowanych u mnie
pakietów. Stary "rpmqa.html" został zamieniony na przypomnienie
o nieaktualności, a spis treści w dziale QuaTrin
wskazuje już na nową stronę z listnigiem pakietów.
W środę była śliczna pogoda, a ja miałem akurat trochę wolnego czasu, więc
wybrałem się z Grepi do lasu. Po raz pierwszy w tym roku nie zastałem tam
śniegu. Grepi szalała sobie wśród zeszłorocznych, wysuszonych liści, przeganiała
jakieś małe ptaki grzebiące w ziemi i ogólnie wyglądała na zadowoloną. Brak
śniegu mnie zmylił i w którymś momencie pomyliłem strony strumyka który tam
płynie, wybrałem złą trasę i zrobiłem kółko większe niż bym przypuszczał.
A mówiąc po prostu - zgubiłem się :) No, to może zbyt wielkie słowa, w końcu jak
można się "zgubić", gdy do cywilizacji ma się najwyżej kilkanaście kilometrów...
Po prostu dotarłem do granicy lasu w miejscu nieco odmiennym od oczekiwanego.
Zniosło mnie z kursu, ale tylko o parę kilometrów, tak że wylądowałem gdzieś na
peryferiach miasta zamiast na Wzgórzach Piastowskich. Więc oszacowałem sobie
trasę powrotną i przeciąłem las zgrabnym łukiem, wychodząc tym razem dokładnie
w miejscu którego sobie życzyłem :) W każdym razie fajnie było. Widziałem dużo
motyli, jednego trzmiela, mnóstwo małych ptaszków buszujących w zeszłorocznych
liściach (pewnie szukały jakichś robaków czy innych samobieżnych źródeł
protein), paru ludzi, ślady po paru dużych ogniskach na większych polankach (to
taka lokalna tradycja młodzieżowo-studencka, sam kiedyś brałem udział w paru
takich leśnych, całonocnych imprezach). Znalazłem też jedno odizolowane miejsce
na szczycie wysokiego pagórka, sterczącego w miejscu raczej niedostępnym,
niewdzięcznym we wspinaczce i ogólnie totalnie niepociągającym. Ale instynkt
kazał mi na niego wleźć, chociaż musiałem przedzierać się przez jakieś krzaki
i zeschłe gałęzie. A na szczycie znalazłem rozłożone parę metrów kwadratowych
jakiejś szarej wykładziny (tak na oko było tam miejsca dla dwóch leżących lub
trzech siedzących osób), resztki ogniska (analiza popiołu zdradziła, że paliło
się poprzedniej nocy) oraz kilkanaście(!) jednakowych butelek po piwie
siakimśtam. Nie sprawdzałem co to za gatunek piwa był, bo mi to i tak nie robi
różnicy i "się nie znam" na piwach. Ale widać ktoś urządził tam sobie nocną
popijawę przy ognisku, a wysiłek jaki trzeba było włożyć w przytarganie tam paru
metrów kwadratowych wykładziny sugerował, że nie było to miejsce jednorazowego
użytku. A potem jeszcze wnosić na górę opał na całą noc... Kupa roboty, ale
efekt jest bardzo romantyczny. Tyle że nie można sobie pozwolić na duże ognisko,
bo nie ma na nie miejsca - co może być minusem jeśli noc okazałaby się
chłodniejsza. (...)
Czytaj dalej...