Padnięty jestem. I mam zimny nos :) Zaraz położę się na moim niewielkim, płaskim, bezpoduszkowym łóżku, ale najpierw wyrzucę z siebie najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia.
Pokłóciłem się dzisiaj z jednym takim irytującym facetem. Zasłużył sobie. To znaczy on poirytował mnie już wcześniej przy paru okazjach, ale pechowo dzisiaj trafił na mój zły humor. I podczas gdy w 90% przypadków unikam pyskówek i większość drobnych nieprzyjemności spływa po mnie jak po dobrze odżywionej kaczuszce, to akurat teraz lepiej nie próbować robić ze mną pewnych rzeczy. Np. lepiej nie próbować wciskać nosa w moje życie prywatne. Lepiej nie próbować się ze mną spoufalać. I na bank lepiej nie próbować traktować mnie z góry. Nigdy nie patrzę na to przychylnie, ale gdy jestem rozdrażniony to zrobienie dowolnej z tych trzech rzeczy budzi we mnie furię. I nie mam problemów z okazywaniem tego uczucia.
Przypadkowo nadziałem się dziś na Kaśkę. Podążaliśmy w przeciwnych kierunkach, żadne z nas nie miało raczej czasu więc uznaliśmy, że pięć minut rozmowy wystarczy. Taaak. Te pięć minut w efekcie rozrosło się do, eee, tak jakby czterech godzin. Kaśka zrezygnowała z większości rzeczy które miała robić tego dnia, a ja zrezygnowałem z paru godzin wylegiwania się na swoim tapczanie i słuchania muzyki. Więc można powiedzieć, że spontanicznie olaliśmy wszystko żeby spędzić odrobinkę czasu razem. Wrażeń żadnych nie mam. No, oprócz jednego - zdaje się, że przesunąłem sobie Kaśkę do szufladki z etykietką "zwykli ludzie, których pełno wszędzie i którymi się raczej nie zajmujesz zbytnio". I to nie dlatego że jestem znudzony. To też nie dlatego, że mam podły nastrój i generalnie nic mnie jakoś nie "kręci". I to też nie dlatego, że Kaśka się jakoś zmieniła (bo nie zmieniła). Prosta analiza faktów daje mi dwie możliwe przyczyny - pierwsza to to, że znowu mi się poprzesuwało coś w guście. A oczekiwałbym, że mam już w miarę ustalone preferencje co do ludzi. Druga możliwa przyczyna to to, że... aaalbo nie będę o tym pisał. Tajemnica ;)
Głaskałem kocicę sąsiadki dzisiaj. Przylepa jedna (kot, nie sąsiadka) nie chciała odstąpić mnie na krok dopóki nie "wymruczała" z siebie solidnej porcji zadowolenia. Ech, taki kot to ma fajnie. Mi nie wystarczy dziesięć minut głaskania, mam "nieco" bardziej wygórowane wymagania.
Ała, stopy mnie bolą. Nie przyznałem się, ale wczoraj w ramach
terapeutowania się "strzeliłem" sobie mordercze łazikowanie w lesie za
miastem. Zwykle pomaga mi gdy ucieknę między drzewa. Tam nie ma ludzi,
samochodów, blokowisk, mogę zostawić wszystko za sobą, przynajmniej na
chwilę. Wiesz, że wiatr w lesie można podzielić przynajmniej na pięć różnych
"gatunków", w zależności od jego prędkości i wysokości korony przez którą
się przesypuje?
Ale wracając do łazikowania - nie przewidziałem jednego. O ile moje nogi,
kręgosłup itp. są przyzwyczajone do wielokilometrowych wspinaczek na leśne
pagórki i nie dają mi się we znaki, o tyle moje stopy w moich ulubionych
niebieskawych pantofelkach wczoraj ucierpiały. Prawdopodobnie najbardziej
dobiło je te parę kilomterów jakie przeszedłem jakąś starą, zapomnianą leśną
drogą. Czym była początkowo wyłożona - tego nie wiem. Ale wczoraj wyglądała
jak kupa granitowych kostek brukowych, odłamków cegieł i okruchów betonu
wbitych w ziemię tak, by spiczaste krawędzie wystawały z gruntu. Moje buty
mają dosyć elastyczną podeszwę (nigdy nie kupuję butów których podeszwy nie
dam rady zgiąć palcami jednej dłoni) i niestety łażenie po takich twardych
nierównościach dało się odczuć (stanąłeś/stanęłaś kiedyś bosą stopą na
klockach Lego?). A dzisiaj tylko się doprawiłem. Ała.
Oprócz tego wczoraj raczej nie spałem, dla poprawy humoru przeczytałem sobie jedną książkę... potem jeszcze jedną... Na zakończenie włączę całkowicie losowo wybrany fragment z książki "Kamień na szczycie":
Tak naprawdę Wiatru Na Szczycie nie obchodziły zbytnio teorie uczonych
astronomów. Co komu po tej wiedzy, czy gwiazdy sa duże czy małe, zimne czy
gorące jak samo słońce, kiedy i tak nikt nie miał z niej pożytku. Nic takie
sprawy nie obchodziły ani żeglarzy, ani wędrowników kierujących się nimi
w podróży. Leżący obok Wiatru Na Szczycie Trop Pantery poruszył się,
przerywając mu te rozmyślania. Uniósł sie na łokciu i rozlał z dzbana do
kubków nieco jałowcowej wódki. Wiatr przyjął poczęstunek. Leżeli bok przy
boku, za całe okrycie mając jeden płaszcz. Alkohol wlewał żar w żyły
i chronił przed zimnem. Ręka Tropu Pantery leniwie przesunęła sie po wnętrzu
uda starszego towarzysza, powędrowała wyżej...
- Daj mi odpocząć - powiedział Wiatr do wnętrza kubka. - Nie mam już
przecież trzydziestki.
Trop Pantery parsknął smiechem. - Żem nie poznał. Tyś taki sam jak i zawsze.
- Jego ręka pogładziła brzuch Mistrza Iluzji, a potem jakby z zastanowieniem
zaczęła badać skórę dotykiem. - Gdzie masz ten szram? Pomne, coś ty miał
brzuch rozpłatany jak ryba. A teraz gdzie blizna??
- Medyk Stworzyciel mnie wyrównał. Co tylko kto z Lengorijenów mój brzuch
zobaczył, od razu się wykrzywiał, że paskudnie wygląda. A już jak zabawić
się chciałem, to dopiero fochy były - każdy jeden macał, wydziwiał... No
i Róża... Róży nie podobała się ta blizna, to już jej nie chciałem.
- Co za Róża?
Wiatr uśmiechnął się w mroku, sam do siebie.
- Moja kobieta. Żona będzie. Czekam tu na nią.
Trop Pantery ryknał smiechem i dał Wiatrowi kuksańca.
- Kobita! Toś ty dlatego wszystkim babom na Strzyży odmawiał! Zazdrosna, co?
- Ee... nie. Ja tak sam z siebie. Ona jedna po Snieżynce. Ja nie cieśla, co by w każdą dziurę kołek wsadzać.
- Ale chłopy to co inszego? - spytał ze śmiechem Trop Pantery.
- Co inszego - zgodził się Wiatr i niespodzianie złapał go za kark jak
w zapasach. - Założysz się, moja Gwiazdeczko, ile razy jeszcze wydołam tej
nocy?
A ja idę już spać. Jestem strasznie wymęczony od obydwu stron - fizycznie wymaglowany brakiem snu i "treningiem kondycyjnym" jaki sobie wczoraj/dzisiaj zafundowałem, no i psychicznie - wczoraj byłem w rozsypce, a dzisiaj wymiatałem okruchy. Pa pa.