ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Wampiszcz na dobranoc

Grrrr... Zły dzień, zły. Deszcz, zimno, sennie. Na dworze złapała mnie przelotna ulewa, potem oblałem sobie dłoń świeżo zaparzoną herbatą (na szczęście niegroźnie), a tak poza tym to nie mam ani trochę energii. Skończyła mi się dzisiaj koło trzynastej, potem przeszedłem w tryb "wegetacji" w którym tkwię do tej pory. Jedyny powód dla którego teraz piszę te słowa to wiszące nad moją głową dwa teksty do przeredagowania - po prostu mi się nie chce i odwlekam :(

Ja i Void dłubiemy ciągle przy HBS. Tzn. on dłubie, a ja wydziwiam. Kurczę, zaczyna mi się podobać ta "praca grupowa" ;)

Ach, coś dziwnego się dzieje - w ostatnich paru dniach byłem już wielokrotnie (znaczy się trzy razy) pytany o to "jaki mam iloraz inteligencji". Otóż zaczęło mnie owo proste z pozoru pytanie frapować. Frapowało, frapowało, a potem się znudziło i sobie poszło. Ale kwestia IQ pozostaje otwarta... Więc jakie posiadam? Oficjalnie bardzo ładne, takie lekko niebieskawe, z szarymi smugami. Przepraszam, ale nigdy nie traktowałem takich spraw poważnie :) Osobiście najlepsza definicja mojej "jenteligiencji" jaką umiałem wypracować to "zbyt mała, by naprawdę coś osiągnąć - ale wystarczająco duża, by sprawiać mi przykrości". W każdym razie radzę wszystkim znajomym zawsze by oceniali mnie równając moooocno w dół.

O, o, - chcesz wiedzieć co mi się wczoraj śniło? Proszę, usiądź wygodnie a ja przedstawię Ci moją małą fantasmagorię. Muszę ją przekładać w locie na język polski, bo zdaje się że wszystkie dialogi śniłem anglojęzyczne... więc resztki stylu pewnie wyparują bez śladu po translacji... albo po prostu pominę dialogi, tak będzie najlepiej. A więc nie uciekaj, a ja pokażę Ci co też płynie w mojej głowie gdy śnię... Czytaj!

Wszystko zaczęło się zesłaniem. Nie pamiętam już o co mnie oskarżono, ale musiało to być coś poważnego - w końcu nie każdego zsyła się na jakąś odludną wyspę na drugim końcu świata. Pogodziłem się z wyrokiem i nie stawiałem oporu, jedynym celem jaki miałem przed oczami było przeżyć. Trywialne, wiem. Ale życie potrafi czasem błyskawicznie sprowadzić nas do trywium. W każdym razie nie w głowie mi była ucieczka - wiedziałem, że nawet jeśli by mi się udało zbiec, to i tak mnie dorwą prędzej czy później, a w realiach w których się znajdowałem powtórny proces z recydywą był absolutnie nieopłacalny. Więc potulnie grałem rolę jaką dla mnie przewidzieli.

Byliśmy zmuszani do pracy. "Byliśmy", bo nie byłem tam sam - mój los dzieliło jeszcze pięć osób z którymi nawiązałem nawet pewien kontakt, choć nie można tu mówić o zażyłości. Wystarczało mi, że nie muszę spać obawiając się zadźgania zaostrzoną łyżką ani tym podobnych przejawów "sympatii" z ich strony. W gruncie rzeczy od początku zastanawiałem się, kto też spośród nas jest najmniej wytrzymały, kto pierwszy się załamie i zdechnie. Nie rozmawialiśmy o tym, ale myślę że wszyscy mieliśmy takie swoje "typowania".

Nie było gry wstępnej, zaraz po przylocie na miejsce pokazali nam barak w którym mogliśmy chronić się przed ponurościami nocy i plantację na której spędzać mieliśmy teraz większość naszych dni. Praca nie była specjalnie uciążliwa, w zasadzie to nawet się rozczarowałem. Myślałem, że dla takiego skurczybyka jak ja system będzie miał coś gorszego w zanadrzu. Nie, na gułag to nie wyglądało. Ot, plantacja jakichś dziwnych krzaków których owoce mieliśmy zbierać. Nawet nie wiem co to było, jakieś nieduże jagódki. Na dodatek niejadalne.
Od razu zagonili nas do roboty, do wieczora zrywaliśmy te cholerne jagódki. Jeden koszyk, drugi, trzeci... Nie było to zbyt uciążliwe, tyle że nudne jak diabli. Coraz bardziej powątpiewałem w sens tej kary...
...aż do zachodu słońca. Bo wtedy oczywiście zaczynały żerować te, no, wampiszcze. Z wyglądu przypominały ludzi, ale z charakteru... no, z charakteru też przypominały ludzi, przynajmniej jeśli można nazwać "ludźmi" niektórych moich dawnych znajomych. Za to nie posiadały totalnie gustu kulinarnego ani manier stołowych. Ulubionym pożywieniem wampiszczów byli mianowicie spoceni, zmęczeni jagodobraniem więźniowie. A ulubionym sposobem spożywania było wysysanie, podobnie jak się to robi przez słomkę z milkshakiem.

Te cholery wyłaziły "znikąd" krótko po zapadnięciu zmroku, nasz barak leżał akurat na obszarze łowieckim bodajże trzech czy czterech takich paskud. Tzn. moi nowi "kumple" w pasiakach mówili, że naliczyli jak do tej pory cztery różne nawoływania, ja tam wychwyciłem tylko dwa, ale wierzyłem na słowo.
Z wampiszczami szło nawet od czasu do czasu pogadać. Zwykle nawet trzeba było, bo gdy wampiszcz gadał, to nie próbował cię wyssać. Więc w spotkaniu z takim stanowczo doradzane było konwersowanie. Ale spróbuj tu uprawiać small talk ze stworzeniem, po którym gołym okiem widać, że zastanawia się czy jesteś Rh Plus, czy Rh Minus.
Ja wpadłem w oko takiej jednej młodszej sztuce. Diabelski ten pomiot gustował, jak sama mówiła, w "mięsie z kontynentu". Podobno jeszcze nie czuć mnie było tak bardzo tą wyspą. Cóż, są gusta i guściki. Problem tkwił w tym, że to był młody okaz wampiszcza. A one mają zdrowo narąbane w głowach za młodu. Gdyby to był jakiś stary wyjadacz, to pewnie by zaczekał na pierwszą okazję gdy stracę czujność, skręcił mi kark i wyssał. Albo nawet pominął to skręcanie karku, te drańśtwa i tak były fizycznie sporo silniejsze od człowieka więc i tak byłbym uzależniony od jego kaprysu. Mój demon jednak był młody, przynajmniej jak na wampiszcza. No i, jak wspomniałem, miał narąbane w głowie. Mianowicie miał dziką przyjemność ze straszenia mnie - muskał w kark gdy się tego nie spodziewałem, szeptał w ciemnościach lub pojawiał-się-i-znikał. Nie życzę tego nikomu, nie ma nic gorszego niż wampiszcz ze skrzywionym pojęciem o "dobrej zabawie". Momentami naprawdę życzyłem sobie, żeby już sobie odpuścił i po prostu mnie wykończył. Grr. Ale nie, nic z tego. Kiedyś nawet wylazłem o północy z baraku i poszedłem prosto przed siebie, w noc, licząc że przejdę może dziesięć kroków i zakończę tę zabawę w kotka i myszkę - ale gdzie tam, mowy nie ma. Nie dość że sukinsyn mnie nie wykończył, to chyba nie pozwolił też tego zrobić innym swoim kumplom. W każdym razie zziębłem, nabawiłem się potem gorączki (dwa dni przepustki lekarskiej i leżenia w łóżku), ale nic mnie nawet nie nadgryzło.

OK, tak naprawdę to to było irytujące jeszcze z jednego powodu - ten mój konkretny wampiszcz był samicą. Optycznie szacując miałaby jakieś dwadzieścia trzy-dwadzieścia pięć lat. Młódka. Której najwyraźniej coś się też z instynktem rozrodczym pochrzaniło, bo od jakiegoś czasu czułem się wyraźnie molestowany. Wampiszcz w rozmowach jakie prowadziliśmy często zbaczał na tematy związane z seksualnością, mówił o tym że seksualność w końcu to sprawa umysłu, a nie ciała czy rasy, a kiedy czasem w nocy coś dotykało mnie znienacka w kark to nie były to już jego szpony, lecz usta. No i pod prysznicem zawsze miałem to uczucie, że coś mnie lubieżnie podgląda. I nie, nie był to ten cherlawy Karol z pryczy numer sześć. Cholera.

Więc, jak widzisz, moja sytuacja nie była zbyt ciekawa. Oczywiście wampiszcz był absolutnie czarujący jeśli idzie o sferę cielesną - miał bardzo przyjemny, miękki dotyk, prześliczne oczy, baaardzo czerwone usta, cudowne, falujące włosy, no i figurę dwudziestopięcioletniej boginki. A gdy schował kły i pazury to mógłby nawet uchodzić za mój ideał kobiecości. Choć z drugiej strony po jakimś czasie izolacji, w towarzystwie samych facetów, ideał kobiecości zaczyna się sprowadzać do "chodzi na dwóch łapach w pozycji względnie wyprostowanej i jest ssakiem". Ale ja jeszcze nie byłem tak zdesperowany a mimo wszystko coraz częściej łapałem się na myśli, że wampiszcz mnie pociąga. Nawet zapytałem raz chłopaków czy ktokolwiek próbował sparzyć się kiedyś z wampiszczem, ale mnie wygonili z sali sypialnej i musiałem spać pod prysznicami. Zabrali mi też śniadanie i obiad następnego dnia.

I tak mijały dni. Rano szliśmy na plantację zbierać jagódki, wieczorem chłopacy zmywali się do baraku, nie chcąc by ich czerwone ciałka zmieniły właścicieli, ale ja zostawałem i zrywałem aż słońce zaszło. "Mój" wampiszcz pojawiał się codziennie. Oswoiłem się z nim, a ona oswoiła ze mną. Już nawet nie mówiła mi "zobaczysz, wypiję cię!", a przynajmniej nie tak często jak kiedyś. W sumie to dzięki niej nie nudziłem się na tej wyspie. Chłopacy z baraku patrzyli teraz na mnie spode łba, bali się brać ze mną wspólne prysznice (co mi zresztą akurat pasowało, bo w ich towarzystwie higiena osobista stawała się nieco problematyczna - nawet głupie schylanie po mydło mogło zamienić się w niemal mistyczne przeżycie), a gdy wchodziłem do jadalni momentalnie cichli i przestawali plotkować. Próbowali mnie też pobić, ale po paru razach powiedziałem żeby dali sobie spokój, bo to niegościnna wyspa i któryś z nich może następnego dnia wrócić do baraku lżejszy o parę litrów krwi. Poskutkowało, od tej pory żyłem z nimi, ale obok nich. Omijali mnie jak trędowatego.

A mój romans z wampiszczem kwitł w najlepsze. O ile można mówić o "kwitnącym romansie" gdy obiekt sympatii ma kilkucentymetrowe kły i pazury na widok których Freddie Krueger nabawiłby się kompleksów. My jednak jakoś sobie radziliśmy. Ja nie uciekałem, a ona mnie nie podpijała. W gruncie rzeczy dobry układ. Pazury chowała, bo wiedziała że mnie onieśmielają. Kły też starała się cofać, ale nie miała nad tym chyba specjalnej kontroli, bo i tak się wysuwały gdy zaczynała się śmiać. Albo gdy całowała mnie w szyję. To było akurat dosyć krępujące. Kiedyś (dawno temu, na Kontynencie) moje relacje seksualne były proste, a najbardziej złożone pytanie jakie sobie zadawałem to "czy jestem dla niej czymś więcej niż tylko 'przyjacielem'?" - a teraz było to coś bardziej w stylu "czy jestem dla niej czymś więcej niż tylko 'przekąską'?". Ale zawsze mówiłem, że człowiek to biedne stworzenie - bo przyzwyczaja się z czasem do każdych warunków. Ja też się w końcu przyzwyczaiłem do tych cienkich kłów pojawiających się za każdym razem gdy opowiedziałem jakiś dowcip.

Pozwalaliśmy sobie na coraz więcej. Wiedza jaką zebrałem o ciele wampiszcza pozwalała mi stwierdzić, że przynajmniej te pierwszorzędowe cechy płciowe (pierwszorzędne, swoją drogą :) pokrywały się z tym co wiedziałem o kobietach własnego gatunku. O cechach drugoliniowych nie miałem specjalnego pojęcia, bo prawdę mówiąc miewałem jakieś mary o modliszkach i innych takich, jak np. vagina dentis, co skutecznie mnie powstrzymywało przed przeprowadzeniem dokładniejszych obserwacji. W każdym bądź razie nasza posuwająca się gładko przed siebie znajomość zaczynała mnie martwić, bo wyraźnie szliśmy do pewnego punktu którego obawiają się wszyscy mężczyźni, nawet ci na Kontynencie.

Czy ktokolwiek próbował kiedyś sparzyć się z wampiszczem?

OK, potraktuj to jak "Dobranockę" w moim wydaniu :) A ja już muszę wracać do swoich własnych zajęć. Obowiązki, psiakrew (tu wstaw bezgłośne pomstowanie do nieba). Pa pa, mój ty Czytelniku/Czytelniczko. Miłych snów :)

Dopiski:

Od: Liorithiel
Data: 20050421, 00:42
Świetne! Po prostu świetne! Zarobiłbyś majątek pisaniem takich opowiadań. Ja chcę więcej!

Od: Fidodido
Data: 20060429, 04:14
Ahhh fantasy, no bajeczka idealna do snu - nie powiem, podoba się! ;]
@ Hoppke: ta historia ma na pewno jakiś ciąg dalszy, więc nie żałuj sobie i wylej więcej krwistych kąsków, bo zaostrzyłeś apetyt, ale niedosyt pozostał... ;P a jeśli nie ma to... wyśnij coś nowego ;]

swoją drogą to czasem się zastanawiam skąd się biorą te wszystkie dziwaczne sny w naszych głowach i powoli zaczynam wierzyć, że to jest jednak kwestia poziomu "zrycia" danej jednostki ;] owo "zrycie" to stopień możliwości oderwania się od rzeczywistości, ale jak dla mnie im większy tym lepiej ;] oczywiście nie należy przesadzać tzn. trzeba wiedzieć, że jest się poza światem rzeczywistym (mieć tego świadomość ;) i umieć powrócić do niego ;] no, ale wybiegam już niewiadomo gdzie... ;]
chciałem tylko powiedzieć, że im dalej będziesz się posuwał (bez skojarzeń proszę ;) tym ciekawsze będą historyjki ;]

teraz pewnie jak pójdę spać to mój "wampiszcz" (ciekawość ;) mnie zeżre w nocy... ;/ to ja już wolałbym żeby to była ta twoja wampiszczyca ;P

Z niecierpliwością oczekuje kolejnych koszmarów... yy znaczy "opowieści z krypty" ;]

Od: gitens
Data: 20060603, 14:13
fajowe i tyle powiem bo jest zajofajo

Pozostaw dopisek: