Już prawie ósma wieczorem. Właśnie patrzyłem na niebo, z chmurkami i w ogóle wszystkimi tymi detalami. Aj, wydaje mi się jakbym ostatni raz patrzył na chmury całe lata temu. Jakbym był bardzo daleko od całego świata i wszystkich ludzi, znajomych, przyjaciół - to uczucie sprawia, że czuję się bardzo głupio, bo akurat teraz jest dookoła mnie sporo ludzi. Czuję się tak, jakbym miał być w tej chwili akurat gdzieś indziej, jakby coś mnie stamtąd wyrwało, rzuciło tutaj, a ja nie mogę sobie już przypomnieć skąd w ogóle się tu wziąłem. Trudno to wytłumaczyć. W mojej prywatnej nomenklaturze można to ująć tak: jestem na drugim krańcu skali pijaństwa. Bo pamiętam, że gdy parę razy w ciągu życia byłem naprawdę, naprawdę pijany, to czułem niesamowitą wręcz przynależność do otaczającego mnie świata. O różnych rzeczach mogłem w takich chwilach myśleć, ale ani przez moment nie przyszłoby mi do głowy by zastanawiać się czy jestem na właściwym miejscu, ani czy to wszystko dookoła jest realne. Wszystko po prostu "istniało" tu i teraz, bez żadnego stopniowania. A teraz jest właśnie odwrotnie, wszystko się rozmywa, a niesamowicie ostre zaczyna się robić to, co mam w środku. Taka ultra-trzeźwość. To nie jest miłe.
Próbowałem zająć na chwilę czymś moją głowę, więc włączyłem TV. Akurat trafiłem na TVN i "Fakty". Wiem, że jestem przemęczony. Wiem, że jestem okropnie, okropnie rozdrażniony teraz. Wiem, że w tej chwili czekam aż tabletka na ból brzucha zacznie w końcu działać. Więc nie jestem specjalnie tolerancyjny na cokolwiek w tej akurat chwili, ale... ja nie wiem, sam oceń: słucham sobie tych "Faktów", a tam mówią o polskich żołnierzach w Iraku, którzy wjechali swoim samochodem na minę. I to nie byle jaką minę, bowiem była to, uwaga uwaga, "mina-pułapka". A niech to jasny gwint... Naprawdę? Prawdziwa mina-pułapka, położona aby zaskoczyć wroga? Sheesh. A ja już liczyłem, że może wjechali na jakąś niegroźną minę, wcale nie pułapkową. No wiesz, jedną z tych min które się oznacza takimi wysokimi chorągiewkami, jak przy dołkach na polach golfowych, żeby nikt przypadkiem nie wpadł na takie niepułapkowe miny. Dziennikarzy piętnuję.
Drugie piętno również należy się "Faktom", bo tym razem była sprawa jakiegoś
faceta oskarżonego o wieloletnie przymuszanie nieletniej do współżycia,
gdzie ktoś (ale tym razem chyba nie dziennikarz, przynajmniej taką mam
nadzieję) mówi, że to tym bardziej okropne, że oskarżony przecież przez
wiele lat pełnił funkcję ławnika i decydował o ludzkim życiu, głównie
w sprawach rozwodowych.
Excuse me, ale mówienie o "ludzkim życiu" w kontekście spraw rozwodowych
jakoś tak mi dziwnie w uszach brzmi. Tak jakoś bardzo poetycko
i patetycznie. Zawsze mi się wydawało, że decyduje się o ludzkim życiu
zasądzając np. karę śmierci, albo dożywocie, albo 30 lat za kratkami, ale
przecież nie w sprawie rozwodowej, gdzie w 70% przypadków ludzie przychodzą
tylko by się poobrzucać jeszcze błotem i rozstrzygnąć kto bierze samochód,
a kto meble.
No to jak, jestem przewrażliwiony? A może media już faktycznie przesadzają?
A na koniec z innej beczki: miałem pogrzeb w rodzinie. Pogrzeby zwykle mnie
dosyć źle nastrajają i unikam ich jak ognia, nie dlatego że nie akceptuję
śmierci (bo akceptuję), ale dlatego że większość innych ludzi przy trumnie
zaczyna się tak inaczej zachowywać... to mnie obciąża. Właśnie ci, którzy
pozostali przy życiu są dla mnie największym kłopotem. Sam z sobą zwykle
dochodzę łatwo do ładu, ale jeśli dookoła mam masę rozpaczających ludzi, to
zaczynam się czuć naprawdę źle. Na dodatek takie zdarzenia bardzo wybijają
z normalnego rytmu. No wiesz, chodzi o takie drobne rzeczy... masa telefonów
i listów jakie się dostaje, dużo spraw organizacyjnych, rozłożone na fotelu
i tapczanie czarne ubrania itp. Chodzi o sam konktekst, o tę otoczkę
kulturową. To mnie przygnębia i rozstraja. Np. wczoraj... a może
przedwczoraj... przechodziłem obok jakiegoś zielonego krzaku, popatrzyłem na
liście i bam! przypomniało mi się jak jako dzieciak łowiłem ryby nad jednym
takim jeziorkiem, gdzie były identyczne krzaki. Oczywiście tamte ze
wspomnień miały do liści poprzyczepianie jakieś puste kokony ważek i innego
latającego tałatajstwa, jak każde porządne krzaki nad wodą miały też
niektóre gałęzie poplątane żyłką, bo ktoś przy zarzucaniu zawsze zahaczy
o krzak który miał za plecami... do tego od razu wrócił też ten
charakterystyczny zapach mułu, migotanie światła na powierzchni wody, połowa
raka wyrzucona na przybrzeżny piasek (zadziwiające, jak bardzo jest
wyblakły, czyż nie?), upalne słońce szumiące[1] w kark...
Teraz cały czas mi to moja głowa robi. Skojarzenia. Jakieś często absurdalne
skojarzenia. Skojarzenia są klątwą dla ludzi z moją pamięcią (mam genialną
pamięć do szczegółów), bo nie mogę na nic spojrzeć by zaraz sobie nie
przypomnieć czegoś z przeszłości. Po prostu przez całe życie wszystko
zapamiętywałem. Zapachy, kolory, dźwięki, kształty... wystarczy maleńki
pretekst, mała sugestia, a już mam pełną głowę myśli których sobie nie
życzę. Trochę wymyka mi się to spod kontroli. Powtarzam sobie, że to tylko
przemęczenie. Tylko przemęczenie. Za parę dni będzę miał wreszcie trochę
więcej czasu dla siebie, wyśpię się, a wszystko minie i będzie dobrze... To
tylko przemęczenie...
[1] - nie wiem dlaczego, ale silne słońce uderzające w tył karku zawsze "szumi". Nie w sensie wydawania dźwięku, ale... po prostu to jedyny pasujący do tego uczucia przymiotnik. Nie jest to uderzanie, szczypanie, palenie, klepanie czy oblewanie, ale właśnie szum. Tak mi przynajmniej instynkt językowy mówi.