Wrzuciłem kilkadziesiąt nowych pakietów HBS. To głównie aktualizacje softu który już miałem zainstalowany, ale dodałem też parę zupełnie nowych - tetex, xfce, waimea, trochę KDE... Większej części tych pakietów nie mam już wcale zainstalowanych, ale że kadłubki są zrobione, to...
A, używam teraz Opery i jestem ogólnie zadowolony. Problemy ze zżeraniem gigantycznych ilości problemów ustąpiły po tym jak Rober Błaut podpowiedział, że być może pomoże włączenie "Enable Core X Fonts=0" w ~/.opera/opera6.ini. Nagle wszystkie operacje związane z fontami przyspieszyły, a sama Opera już nie próbuje zajmować setek megabajtów pamięci.
Jabber okazuje się być niesamowicie przydatny. Używam Psi które by było idealne - gdyby tylko posiadało jeszcze możliwość skryptowania. Gaim niby to posiada, ale ja nigdy nie byłem zadowolony ze stabilności Gaima - a obecna wersja segfaultuje mi przy byle próbie zalogowania, nawet na mój numerek ICQ (bo posiadam "z dawnych czasów" jeszcze konto ICQ)
Miałem okropny sen wczoraj. Śniło mi się, że
jestem w absolutnych ciemnościach. Sam jeden. Z jakimś drugim stworzeniem,
okropnym bardzo. Poczucie przestrzeni gdzieś sobie odpłynęło i moje
"wewnętrzne oczy" widziały całą scenę bardziej jak dialog myśli niż
materialne miejsce (a to akurat u mnie normalne). Ta druga "istota" mnie
napawała przerażeniem. Nie wiem co to konkretnie było, czym to było,
ale... To było trochę jak obcy umysł pozbawiony ciała. Kłębek myśli
oderwanych od czasu, trochę jak moje wyobrażenie duszy. W tej ciemności ja
byłem obecny w swoim "normalnym" ciele, a ta istota próbowała się dostosować
i też wyglądać jak coś fizycznego, jak człowiek. Ale bardzo kiepsko jej to
wychodziło. Tkanki rozpuszczały się i ściekały, momentami całość zamieniała
się w szarą kulę z wijącymi się odnóżami, czasem wyłaniały się miejscami
kawałki torsu, ręka lub oczy. Okropność.
Zacząłem uciekać, chciałem się
stamtąd wydostać, a to coś zaczęło za mną podążać. I krzyczało do
mnie. Wołało mnie. Wołało "zabierz mnie ze sobą". W jednej chwili wyobraziłem
sobie, jak to coś się do mnie przykleja, oplata swoimi mackami i pozostaje
ze mną już do końca życia. Moje uciekanie przed tym nie miało w sobie nic
z pokonywania odległości i machania nogami, było bardziej jak zachowywanie
koncentracji i wypompowywaniu z siebie cały czas jakiejś wewnętrznej siły,
byle tylko nie dopuścić tamtego czegoś do przyklejenia się do mnie.
Nagle wszystko zaczęło się dziać tak powoli, tak strasznie powoli... czułem
się tak, jakbym jechał bardzo powolną windą i nie miał ani sekundy do
stracenia. Straszna irytacja, pragnąłem być szybszy, nie słyszeć tego głosu
regularnie mnie nawołującego... Bałem się, ale z drugiej strony zacząłem
myśleć, że to coś kiedyś było pewnie człowiekiem. I że bardzo cierpi w tych
ciemnościach, tak bardzo jest już okaleczone i zdeformowane... a ja nie chcę
mu pomóc, bo jego istnienie mnie obrzydza... wiedziałem, że uciekając
skazuję to na kolejne cierpienia, ale mimo wszystko uciekałem.
A potem sen się urwał.
To był definitywnie jeden z tych bardziej
przerażających snów. Nie podoba mi się ten egoizm jaki okazałem. Ale pewnie
taki właśnie jestem, tam w głębi, w tych ciemnościach. Co czyni ten sen tylko dodatkowo niemiłym.