ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2004/08, 8 wpisów
Hoppke. Magnes na ulewy.

Będę chory. Znowu.
Wybrałem się dziś na działkę. Kosiłem trawę (ręczną kosiarką, co jest "nieco" męczące) itp. Na działce trochę kropiło, a w drodze powrotnej złapała mnie ulewa. Połowę drogi odłożyłem w mokrej koszulce i ze sterczącymi sutkami.

W domu się wysuszyłem, zjadłem obiad, trochę białej czekolady itp., po czym wybrałem się na pocztę (gdzie straciłem wiele czasu, bo z pięciu czy sześciu okienek czynne były tylko dwa). W drodze powrotnej znowu złapał mnie deszcz, ale tym razem było to już typowe oberwanie chmury, a nie zwykła ulewa. A ja na dodatek preferuję chodzić w dżinsach, które jednak przy deszczu błyskawicznie nasiąkają i robią się dużo cięższe. Na szczęście dzisiaj nosiłem swoje ulubione biodrówki (stylizowane nieco na dzwony), więc trochę mniej wody w nie wlazło (cienki materiał). Koszulka beznadziejnie przemokła. No, wyglądałem jakbym wpadł cały do wody. I buty mi przemokły :( Nie wiem jak ich delikatny zamsz to zniesie. Próbowałem przeczekać ulewę w jakimś warzywniaku, ale to nic nie dało (oprócz rozmowy z jakimiś dwoma przemoczonymi laskami). Nie czekając aż deszcz ustanie (i słusznie, bo pada bez przerwy nawet w chwili gdy piszę te słowa) ruszyłem sprintem do domu, lawirując między strumieniami wody.
Miałem jeszcze w planach wyskoczyć dziś do MiniMala na Ptasiej, ale po pierwsze ciągle pada, a po drugie znając moje szczęście w drodze powrotnej bym po raz trzeci przemókł. Więc zostaję w domu. Już czuję jak mnie coś w gardle drapie. I w głowie mi się kręci. I ręce mi jakoś ciążą (ale to może być skutek ganiania z kosiarką). Wziąłem Coldrex, wysuszyłem się, założyłem ciepłe ciuchy, ale czuję że gorączki nie uniknę. W końcu na dworze było tylko 16°C.

Ale jedno muszę przyznać - jest mi do twarzy z tym ociekaniem wodą. Jedne z najfajniejszych randek jakie miałem przypadają właśnie na ulewne deszcze. Pamiętam jak kiedyś z Agą dorwał nas taki deszcz, że kieszenie kurtki mi się wodą wypełniły... to jakoś jesienią było...
Ja chyba bardzo lubię mokre włosy i krople deszczu na skórze. Moje libido się wtedy budzi. Lubię to u kobiet, ale tak samo lubię (w jakiś narcystyczny sposób) to u siebie samego. Nie wiem, może wtedy czuję się jakoś pewniejszy? Bardziej pewny siebie, bo wiem że korzystniej wyglądam? A ja jestem bardzo wrażliwy na "podobanie się". Tzn. mam "humory" związane z wyglądem, czy też odbieraniem mojego wyglądu przez kobiety. Jeśli myślę, że nie podobam się, to humor mi błyskawicznie się psuje. Z drugiej strony jeśli jakaś kobieta da mi odczuć że się jej podobam (czysto fizycznie), wtedy czuję się dobrze. Czy to próżność?

Update, Pamiętniki w Moskwiczu Spisane: Drogi pamiętniku. Dzisiaj zakończyłem pierwszą fazę Operacji. Jestem dobrej myśli, mam nadzieję że reszta pójdzie równie gładko - choć wiem, że kolejne etapy będą dużo trudniejsze.

Moskwicz update

Operacja Moskwicz w toku. Wykonałem parę odważnych i nieprzemyślanych czynności, co może jej poważnie zagrozić. Trudno, zobaczy się.

W dziale "O mnie" chętnie bym poszerzył informacje o muzyce jaką lubię. A konkretniej, to do każdej wymienionej formacji dodałbym jeden czy dwa przykładowe kawałki do pobrania, te które mi się najbardziej podobają. Żeby pokazać co lubię. Bo gdy np. piszę, że lubię JJ to nie znaczy, że lubię wszystko co nagrali. Ale zwykle każdy lubiany przeze mnie wykonawca nagrał przynajmniej dwa kawałki które przyprawiają mnie o gęsią skórkę i chciałbym pokazać jaka to muzyka tak bardzo do mnie przemawia. Ale na razie to tylko teoretyczny pomysł. Chciałbym do HoppkeRepo dodać więcej Hoppke. Moskwicz może w tym pomóc, o ile wypali, ale na razie zastanawiałem się nad próbkami muzyki.

Odwiedziny Repo idą w górę. W tym miesiącu będzie chyba przyrost o prawie 50%. To przez usenet. Zahaczam o kilka różnych grup i dlatego... Przypuszczalnie w przyszłym miesiącu to opadnie. W statystykach zawsze pojawia się igła (peak) gdy adres Repo wypłynie w jakimś nowym miejscu, ale igły mają to do siebie że szybko opadają. Stałych, wiernych czytelników nie ma aż tak wielu :)

Nie opłaca się kupować tanich przedłużaczy

Dzisiaj m.in. zrobiłem sobie w końcu przedłużacz do słuchawek. Tzn. ja przedłużacz miałem, kupiony tego samego dnia co słuchawki, ale to był tak dziadowski kabel, że... słów brak. Już chyba po pierwszym tygodniu zaczął mi przerywać, musiałem go kroić, skracać, lutować... Mniej wysiłku by mnie kosztowało kupienie wtyczki, gniazdka, dwóch metrów kabla i zrobienie sobie tego samodzielnie - ale nie, byłem leniwy, wolałem wydać kilkanaście złotych na przedłużacz który już umierał śmiercią naturalną. Swoją drogą w tamtym sklepie już nic nie kupię, no, chyba że jakieś drobne części których nie można popsuć.
Ale wracam do kabla - zrobiłem go dzisiaj. Obłożyłem się profesjonalnym sprzętem, mądrze wyglądającymi miernikami oporu z wielkimi ekranami LCD itp. Oczyściłem gniazdko, wydmuchałem stare luty, wyszukałem jakąś zbędną wtyczkę w swoich gratach... a jako kabla użyłem cudownego sznura "made in Russia". Trzyżyłowy, skręcony w świński ogon (jak przy słuchawkach telefonicznych), robiony nie z jednolitych drutów, a czegoś w stylu wiązki białych włókien z nawleczonymi maciupkimi kręgami. Coś jak pęk cieniutkich, długich, metalowych kręgosłupów. Praktycznie niemożliwe by to coś mogło ulec przełamaniu. Jedna z żył wykazywała ciut większy opór niż pozostałe, ale po porządnym oczyszczeniu końcówek i lutowaniu (odwaliłem naprawdę porządną robotę!) udało mi się wyrównać opór na wszystkich trzech żyłach do praktycznie identycznego poziomu. Diabli, nigdy nie bawiłem się w tak precyzyjną robotę ;) Potem musiałem tylko jakoś zaizolować i usztywnić przejścia między kablem a końcówkami. Kabel był na tyle specyficzny, że nie mogłem nałożyć nasadki na wtyczkę, a do gniazdka obudowy i tak nie posiadałem. Po krótkim namyśle zacząłem szukać kleju w sztyfcie, co to go kiedyś ze Studia wyniosłem sporą ilość. Klej w sztyfcie ma, oprócz zdolności sklejania obiektów, cudowną zdolność izolowania i usztywniania. Innymi słowy po prostu przyszło mi do głowy by zatopić wrażliwe fragmenty kabla w tej lepkiej masie. Wyszło znakomicie. Może nie wygląda najśliczniej (kabel jest czarny, masa klejowa jest biała), ale jest praktycznie niezniszczalne. (...)

Czytaj dalej...
Nowe konto jabbera, nowy (gorszy) kernel

Serwer histeria.pl, na którym mam swoje konto Jabbera, ma duże szanse przestać istnieć :( Więc, jak każdy szanujący się szczur okrętowy wywiałem na inny serwer - a konkretnie to na chrome.pl, który skusił mnie bogactwem dodatkowych usług (bramki transportowe, pogodynka, RSS headlines). Poprzenosiłem swoje kontakty, przy części z nich czekam jeszcze na autoryzację... ale najważniejsze: możliwe, że przy przenosinach zagubiłem kilka adresów. Jeśli więc miałeś/miałaś mnie w swoich kontaktach i nagle zniknąłem, to najprawdopodobniej jesteś jednym z zagubionych kontaktów. Przenoszenie kontaktów w Psi sprowadza się, niestety, do cut&paste pomiędzy listami i łatwo jest kogoś przeoczyć. Tak że w razie czego daj mi o sobie znać.

Nie oczekiwałbym od Repo teraz wielkiej aktywności. Jestem zawalony po uszy i szacuję, że nieco wolnego czasu będę miał dopiero, eee, niech no ja popatrzę... w październiku? Może. A potem w grudniu. Tzn. to nie będzie tak że zniknę z sieci, o to się nie ma co martwić. Ale gwarantuję, że na zajmowanie się Repo czasu mieć nie będę. Prawdopodobnie rozwijać będzie się jedynie ChangeBlog, jako jeden z najmniej wymagających działów.

Właśnie słucham "The Middle Of Nowhere", Orbital. Kiedyś miałem jakiś album tej formacji, ale dopiero niedawno znowu się z Orbitalem zetknąłem. I na szczęście padło właśnie na album Middle Of Nowhere, który w porównaniu z innymi jest IMO świetny. Nie żeby Orbital był zły, bo nie jest, ale "Middle Of Nowhere" jest naprawdę, naprawdę porządny. Przy "Spare Parts Express" się trochę rozklejam, bo przypomina mi "stare dobre czasy". A kawałki "Nothing Left" też są świetne.

Dobra, teraz będzie trochę o linuksie. A dokładniej to o kernelu 2.6.8. Buuu!!! Chcę widzieć głowę winowajcy na tacy! Nie dość że dobę po 2.6.8 wypuszczono 2.6.8.1, bo w NFS był jakiś większy błąd, to na dodatek popsuto wypalanie płytek CD! Po pierwsze teraz potrzebne są uprawnienia roota (w ramach wprowadzania nowego mechanizmu bezpieczeństwa), po drugie przy wypalaniu AudioCD następuje w jądrze gigantyczny wyciek pamięci, uniemożliwiający wypalenie płyty. Gdzieś tam opracowano patcha, ale gdy zlikwidował wyciek okazało się, że płytka i tak jest popsuta. Ja w każdym razie cofnąłem się do 2.6.7. A 2.6.8 jestem bardzo rozczarowany. Taki błąd jednak powinien wyjść w testach, zanim zrobiono oficjalne "release". Pamiętam, jak w czasach 2.4 Linus użył użytkowników jako królików doświadczalnych by testować kernel. Teraz wygląda to bardzo podobnie - a przecież 2.6 miał mieć niby nowy model rozwoju. Taaa...

Jestem iNTj?

Harnir namówił mnie dziś na zrobienie sobie tego testu. Więc zrobiłem. Według odpowiedzi jakich udzieliłem jestem osobowością typu iNTj, tutaj ochrzczoną "Mastermind". Harnir się śmiał, mówił że takiego właśnie wyniku się po mnie spodziewał. Dziwne. Więc tak mnie widzą ludzie?

A potem przeczytałem sobie jeszcze ten opis typu "NT" i, hmm, o ile przy takich podsumowaniach mam zawsze coś do zarzucenia, o tyle tutaj... no... zgadza się. Wszystko. Każde jedno zdanie. Nie żeby mnie to dziwiło, w końcu po to są takie testy żeby skutecznie zaszufladkować człowieka, ale mimo wszystko - to trochę niesamowite czytać taki opis, pisany tak jakby autor cię świetnie znał.

Ana - ciekawy theme GTK+

Wypróbowałem ostatnio gtk-qt. To taki theme engine dla gtk+ podpinający się pod Qt/KDE. Dzięki temu widgety w aplikacjach gtk+ są rysowane tak naprawdę przez Qt/KDE. Niesamowite, ale to działa. Pulpit wygląda wtedy bardzo, bardzo jednolicie - kolory, kształty przycisków, pasków przewijania, obrazki na przyciskach "OK" i "Cancel"... Niestety, start aplikacji gtk+ się przez to wydłuża. Może z kompletnym środowiskiem KDE (kdeinit) nie byłoby tak źle? Ale wątpię. Ja w każdym razie zrezygnowałem z gtk-qt gdy zauważyłem, że każdy plugin w Gimpie nagle potrzebuje paru sekund by wyświetlić swoje okienko. Ale na procesorach ~1GHz może to nie byłoby uciążliwe. Bo jak na razie jest to jeden z najlepszych sposobów na ujednolicenie wyglądu aplikacji.

Obejrzałem też bardzo interesujący engine Industrial dla gtk+, widgety kształtem i stylem przypominają KDE-owy Plastik. Jego dodatkową zaletą jest to, że to tzw. "dual engine", obsługuje zarówno gtk1 jak i gtk2. Potem poszukałem tematów używających Industriala. Znalazłem m.in. Anianian, bardzo ładny i gustowny wystrój (screenshot na freshmeat). W zasadzie to jest to metatheme, bo w Anianian to tematy dla gtk+ oraz pasujące dekoracje dla Metacity. Bardzo ładne dekoracje swoją drogą, polecam obejrzenie screenshotów na stronie autora. Anianian wymaga biblioteki librsvg skompilowanej ze wsparciem dla gdk, bo podmienia niektóre standardowe ikonki GTK+ na ich skalowalne wersje SVG. Obok Anianian istnieje też Ana, coś w rodzaju Anianian na sterydach - w SVG zrealizowana jest już większa część interfejsu. Niestety, mojego Celerona 0,4GHz za bardzo to przydusza. Ale od strony look&feel Ana to wysoka, wysoka klasa. Wystarczy obejrzeć screenshoty zamieszczone na stronie jej autora. Osobiście nienawidzę tak jasnych zestawień kolorystycznych, ale Ana jest tak spójna (spójne?), że można wybaczyć te anielskie zestawienia kolorów.

Jacek, Robert i Ja (relacja ze Strefy Snów)

Rany, ależ miałem pokręcony sen wczoraj. Na początku chciałem go spisać w formie opowiadania, ale niestety brakuje mi czasu itp. Więc popsuję wszystko i przedstawię go "luzem". Bardzo chaotycznie. Aha, to będzie bardzo głupie streszczenie, ostrzegam.
We śnie występowałem ja jako ja, Grzegorz, fizyczna osoba prywatna. Oprócz mnie Grzegorza występował też Michał i Jacek, obydwie te osoby były mi kiedyś przyjaciółmi - lecz "life is life", żona Michała mnie nigdy nie znosiła, a z Jackiem mi się po prostu jakoś drogi rozeszły. Krótko mówiąc o tych dwóch osobach mogę bez krępacji mówić w czystym czasie przeszłym.
Oprócz w/w trzech osób we śnie występował też Adam, aczkolwiek jedynie epizodycznie i jako postać wspominana, lecz nie występująca fizycznie na scenie snu. Adam to jakiś mój stary znajomy.
Ale rdzeń snu stanowił tajemniczy mężczyzna który istniał ot, tak sobie. Nie wiem jak się nazywał ani jak wyglądał, aczkolwiek jestem pewien, że we śnie musiałem go osobiście spotkać i zapewne się z nim zaznajomić. Nazwijmy go może Robertem. W zasadzie takich ludzi nazywa się zwykle "Pan X" albo "Monsieur Enigma", ale to nadaje kreacjom niepotrzebnej tajemniczości. Tymczasem w Robercie nic tajemniczego nie było, ot, człowiek jak człowiek. Tyle że bez twarzy i imienia.

Wszystko zaczęło się gdy z Jackiem odwiedziłem kiedyś Roberta. Zwykła, towarzyska wizyta. Ale od tego czasu Jacek zaczął się zmieniać. Stał się małomówny. Zaczął się w ogóle dziwnie zachowywać. Gdyby był psem, to stałby się osowiały i całymi dniami nie zaglądałby do swojej miski. Ale psem nie był, więc stał się po prostu "inny" i zacząłem podejrzewać u niego jakąś chorobę psychiczną. To "coś" było nieuchwytne i sprowadziło się do tego, że nagle zacząłem się bardzo niezręcznie czuć w jego towarzystwie. Czułem się tak, jakbym jechał pociągiem, późną nocą, sam jeden w przedziale z wielkim, umięśnionym i sapiącym facetem który właśnie powiedział mi, że bierze leki bo inaczej napada na mężczyzn i ich gwałci. Tak, czułem się niezręcznie. (...)

Czytaj dalej...
Salad Fingers i mój mózg

No i kolejny miesiąc minął. Poprzednie 26KB blogowania poszło do archiwum, czas znowu zacząć z czystą kartą. Ostatni tydzień był udręką (problemy w rodzinie), ale już jest lepiej. W ramach promowania Sztuki Dziwnej i Pouczającej tym razem polecam flashowe animacje trzech epizodów z życia niejakiego Salad Fingers. Naprawdę warto. Interesująca strona wizualna, poruszająca fabuła i genialne udźwiękowienie (kwestie głównego bohatera są idealne zarówno pod względem języka, jak i samej realizacji). Zalecam słuchać w słuchawkach. A oto linki: epizod pierwszy, drugi, trzeci.

A ja sam spędzałem ostatnio trochę czasu zwiedzając różne internetowe galerie. Oglądałem zdjęcia twarzy, głównie kobiet (ze względów estetycznych). Próbowałem złapać na gorącym uczynku ten kawałek mnie który mi zawsze mówi czy ktoś mi się podoba czy nie. I który mi mówi "ona wygląda zupełnie jak Monika!" albo "ej, znam kogoś kto się identycznie uśmiecha! tylko kto to był..." oraz "nie wiem dlaczego, ale boję się tej twarzy" :) Krótko mówiąc - zero wniosków. Mechanizmy sterujące odbieraniem i interpretowaniem wizerunków twarzy i mimiki nadal pozostają dla mnie tajemnicą. Czasem bardzo silne wrażenie na mnie robił jakiś drobny detal. Musiałem się często i parę minut przypatrywać żeby móc zidentyfikować jakiś detal - np. gdy widzę parę fotek mówię "Śliczna kobieta, ale coś mi nie gra..." - od razu zauważam że coś mi nie odpowiada, ale trochę czasu mija zanim np. mogę sprecyzować, że to przez fragment twarzy tuż nad skrzydełkami nosa. Nie mogę wyjść z podziwu nad sprawnością ludzkiego mózgu - obraz ludzkiej twarzy jest analizowany błyskawicznie i w ułamku sekundy wiemy już dokładnie czy nam się podoba czy nie, czy jest przyjazny czy wrogi etc. Ale żeby zinterpretować to samodzielnie, krok po kroku, potrzeba już dużo czasu. Np. dlaczego czyjaś twarz ma srogi wygląd? Na czym polega efekt "śmiejących się oczu"? Itp. itd. Mnie to naprawdę bardzo zajmuje. Mam w głowie aparat wyspecjalizowany w hermeneutyce estetyki, ale działa on poniżej mojego radaru, w podświadomości. Czuję się tak, jak czuje się mały chłopiec któremu dało się stare radio do rozkręcenia. Poznawanie tego, co niewyjaśnione. Rozkręcanie czarnej skrzynki. Poznawanie samego siebie.
Nie umiemy nauczyć komputerów solidnego rozpoznawania twarzy, choć sami jesteśmy genetycznie do zaprogramowani by odczytywać z nich setki informacji w mgnieniu oka...