ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Sen o blokowisku

Poniższy sen nie jest może zbyt ciekawy, zaskakujący czy... eee... No, w sumie to jest głupi i nudny, jedyne ciekawe w nim to kompozycja i niektóre irracjonalne wnioski jakie wyciągałem w trakcie jego śnienia. Ale może kogoś to zainteresuje. Zapraszam do lektury. Tekst w wersji surowej - napisałem, nie czytałem, nie korygowałem. Więc stylistyka itp. może być do niczego. I pewnie jest. Ale mniej więcej tak bym ten sen opowiadał komuś w żywej rozmowie.

Akcja rozpoczyna się na szerokim i długim pasie trawnika. Piękna słoneczna pogoda, a ja nie marnuję czasu i kogoś ścigam. W pewnej odległości przed sobą widzę ścianę dłuugiego wieżowca, klasyczna "wielka płyta", a za plecami mam koszary z których wybiegłem. Nie muszę się odwracać, wiem że tam są.

W pogoni za moją ofiarą dobiegłem aż do wieżowców. Niestety, osoba którą ścigałem gdzieś mi zniknęła. Argh. Nie wiem dlaczego w ogóle mam go złapać, wiem tylko że zacząłem go gonić w koszarach, on (ona?) potem wybiegł poza teren, uciekał przez ten trawnik w kierunku pobliskiego osiedla, a ja byłem pierwszym który zareagował i zaczął go gonić. Może to jakiś złodziej? Nie jestem też pewien czy jestem żołnierzem... chyba nie, po prostu z jakiegoś powodu należę do koszar. Może tam pracuję? Nieważne, teraz gonię tego zbiega i ponieważ jestem najbliżej, to muszę to dokończyć. Wiem, że z koszar wybiegły już posiłki żołnierzy w brązowych mundurach, ale zanim oni tu dobiegną tamten facet może się już całkiem ulotnić...

Patrzę w górę, wzdłuż ściany wieżowca. Niezliczone balkony... O, na jednym ktoś zamontował aparat fotograficzny... Obok ktoś zamontował nawet dwa obok siebie... A na jednym nawet wystawione jest coś w stylu kamery wideo... Hmm, skierowana prosto na mnie... biegnę kawałek w bok, oko kamery podąża za mną. Wracam a ona mnie ciągle śledzi. Interesujące, detektor ruchu... Ciekawe czy ona nagrywa wszystko co widzi? Bo jeśli tak, to pewnie złapała też na taśmie tamtego złodzieja gdy tędy przebiegał. Może udałoby się zobaczyć jego twarz? Albo w jaki sposób udało mu się tak nagle zniknąć? Muszę pogadać z właścicielem kamery. O, stoi obok niej, dziwne że go nie zauważyłem wcześniej... Może krzyknąć? Ale nie, pewnie nie usłyszy, stoi tak wysoko - poza tym nienawidzę drzeć się w miejscach publicznych, to niegrzeczne - na ulicy też nie wołam nigdy gdy zobaczę gdzieś jakiegoś znajomego...

Jeszcze trochę bawię się z kamerą biegając w tę i nazad po trawniku. To silniejsze ode mnie, muszę przyznać że algorytmy wykrywające ruch są bardzo ładnie zaprojektowane - kamera nigdy nie gubi mojego położenia. To dobrze. No co, lubię techniczne zabawki :)

A tu nagle... ten facet który stał obok kamery... wypada przez barierkę balkonu. Nie krzyczy, nie macha rękoma, po prostu leci jak kukła w dół i spada na trawnik. O Boże! To chyba moja wina - bawiłem się tą jego kamerą i widać ona, obracajc się na swoim stojaku, wypchnęła go przez barierkę!
Podbiegam szybko do niego... ale... hmm. On jest martwy. Od dawna. Jest całkiem sztywny, zimny i bardzo blady. Oczywiście! Rozumiem! Ktoś go w podstępny sposób zabił (nie widzę żadnych widocznych obrażeń), może trucizną, a następnie wystawił ciało na balkon aby nikt się nie spostrzegł! Sąsiedzi nie będą mieli podejrzeń, bo nawet jeśli ktoś zacznie pytać "A nie wiecie co z Frankiem? Pukałem do niego wczoraj ale nikt nie otwierał...", to inni mu na pewno odpowiedzą "A, tak, on od tygodnia stoi u siebie na balkonie." - "Aha, no to wszystko w porządku.".

Diabolicznie sprytne. Muszę jak najszybciej wejść do mieszkania tego nieboszczyka którego sobie przezwałem "Frankiem". Może znajdę tam jeszcze jakieś gorące ślady... Podejrzewam, że mój złodziej ma coś wspólnego z tą zbrodnią. Zostawiam ciało (żołnierze biegnący za mną się nim zajmą) a sam okrążam wieżowiec by znaleźć klatki wejściowe... powoli zaczynam rozpoznawać w którym punkcie na linii czasu się znalazłem. Wygląda mi to na rok 1980, plus-minus parę lat - znam to ze starych kronik filmowych, tyle że one są czarno-białe, a to tutaj jest kolorowe... Nie wiem dlaczego, ale mam rozegrać ten sen w realiach tamtych lat - ot, zdarza się. Przynajmniej dobrze, że to nie Rewolucja Francuska. Nie znam miejsca w którym się znalazłem, ale wszystkie osiedla z wielkiej płyty są podobne do siebie, jakoś się tu odnajdę.

W końcu jestem przed frontem budynku. Rząd malutkich klatek schodowych, seria drzwi, wszystkie zrobione z boazerii malowanej na sinawy fiolet. Które drzwi wybrać? Hmm, nie pamiętam w którym pionie to mieszkanie miało być, nie policzyłem balkonów :/ Ba, uświadamiam sobie że nie pamiętam nawet które to miało być piętro... Ale wieżowiec jest tak długi, gdybym teraz chciał znowu go obiec, to straciłbym zbyt wiele czasu. Na szczęście włącza się moja podświadomość i mówi mi "mieszkanie nr 16". Nadal nie wiem który pion i piętro, ale wiem już że mam szukać drzwi z numerem 16. Ale czy wejdę do środka? Pewnie wszystkie drzwi są pozamykane na domofon... Chociaż nie, moment, to 1980, nie ma jeszcze domofonów! :)
Wybieram jakąś środkową klatkę, faktycznie, drzwi są otwarte - no to wchodzę. Powinienem podjechać na jakieś wyższe piętro... gdzie tu są windy... a, to chyba to. Trzy pary drzwi, ale dziwne - bez tych szklanych okienek. Normalne lite drzwi, tyle że między dwoma jest ten panel z guziczkiem do przywoływania windy. O, guzik jeszcze nie został przez nikogo przypalony zapalniczką - faktycznie cofnęło mnie porządnie w czasie... Których drzwi mam użyć?

Nagle słyszę jak winda rusza i smuga światła przelatuje przez szczelinę pod środkowymi drzwiami. Ech, widać ktoś ją wezwał na wyższe piętro. Szarpię za klamkę - zablokowane. Sprawdzam drzwi obok - to samo. Podbiegam do ostatnich drzwi, ale parę kroków przed nimi zatrzymuje mnie zapach - no tak, to zsyp a nie trzecia winda :) OK, więc są dwie windy... ale to duży wieżowiec, powinien przynajmniej jeszcze jeden komplet szybów windowych. W pośpiechu biegnę kawałek korytarzem szukając drugiego zestawu wind, ale nic takiego nie znajduję. Ech. Wracam i zrezygnowany naciskam przycisk przywołania windy. O dziwo, całkiem szybko słyszę za drzwiami szczęk parkującej windy. Otwieram drzwi i po raz pierwszy zaglądam do środka - faktycznie, całkiem normalna winda. Tyle że bez tej luki bagażowej zamykanej na kłódeczkę. Ale wtedy nachodzą mnie wątpliwości - nie wiem na które piętro powinienem jechać, poza tym przypomina mi się że w okolicach tych lat w których teraz się znalazłem w całym kraju było bardzo wiele awarii wind, wypadków śmiertelnych itp. Boję się. Nie chcę jechać windą w tym okresie. Rezygnuję. Najwyżej sam wbiegnę po schodach - i tak muszę najpierw znaleźć tę "szesnastkę".

Jezu, jaka porąbana numeracja lokali... 1, 13, 44, 2... Na dodatek klatki schodowe nie są połączone, tzn. nie ma "wspólnego piętra", są tylko piony - widać to jeszcze jeden koszmar architektoniczny w którym "wspólne piętra" zaczynają się dopiero na jakiejś wysokości. OK, biegnę na wyższe piętro... uroczo. Wszystkie lokale mają na drzwiach wymalowany numer "1". Dobra, biegnę na drugie piętro - znowu jedynki, ale tym razem trafia się też numer 76 i 20. Biegnę po schodach jeszcze wyżej - teraz same dwójki, ale przynajmniej zaczyna się "wspólne piętro" łączące wszystkie klatki schodowe.

Zaczynam biegać po korytarzu, próbuję wbiegać w górę i w dół poszczególnych klatek schodowych, ale nie mogę zrozumieć klucza kierującego numeracją lokali. Nie ma wzorca! Żadnego! Czysty chaos, jak ja mam tu znaleźć tę szesnastkę? To bez sensu, powinienem wyjść z budynku i zapamiętać położenie balkonu, tylko w ten sposób znajdę lokal... ale nie mogę przerwać teraz poszukiwań, z jakiegoś powodu wiem, że jeśli odpuszczę choć na sekundę to wszystkie ślady ulegną zatarciu. Jedyne co przytrzymuje tę rzeczywistość to fakt, że ja czegoś w niej szukam. Jeśli wyjdę z budynku, to mogą zniknąć np. wszystkie schody i nie dostanę się do środka. Muszę tu pozostać i muszę się cały czas poruszać, tylko to powstrzymuje cały wieżowiec przed zanikiem - a przynajmniej takie mam przeświadczenie.

Wbiegając w górę którejś z klatek schodowych widzę na półpiętrze jakiegoś brzuchatego faceta w szortach i zaplamionym podkoszulku. Właśnie pije piwo z długiej puszki. Otoczony jest wianuszkiem dzieciaków, jakieś pięć sztuk drobiazgu, każde w wieku może 7 lat. Od kilku minut biegam po całym wieżowcu więc jestem już trochę poirytowany, teraz próbuję nie zmniejszając tempa jakoś lawirować wśród tych dzieciaków, ale w rezultacie zahaczam o faceta i trochę go popycham. Chyba oblewa się swoim piwem. Jestem już dobre pół piętra wyżej gdy słyszę jego obrażone "ej!". Zatrzymuję się, cofam tylko tyle by go zobaczyć i rzucam szczerym "Przepraaaszaaam!". On na widok mojej twarzy jakby się miesza i odpowiada "A, to pan. Nie poznałem.". Z jakiegoś powodu rozumiem, że ludzie tutaj nie chcą ze mną zwady. Wydaje mi się, że jestem kimś ważnym w tych realiach. Albo przynajmniej kimś, z kim lepiej nie wdawać się w pyskówki.

Kwadrans ganiania bez jakiegokolwiek planu. Widzę po raz kolejny znajome drzwi, ale nie mogę nigdzie znaleźć tej szesnastki. To nie ma sensu...

Gdzieś na ostatnim piętrze zdesperowany pukam do jakichś drzwi. Otwiera mi zdenerwowany facet, krótkie kręcone włosy, okrągłe, nieduże szkła na nosie... Widać w czymś mu przeszkodziłem, stąd ta złość. Nakreślam szybko sprawę, zdradzając tak mało szczegółów jak tylko możliwe, i proszę go o pomoc - gdzie w tym budynku jest lokal numer 16? Ale on nie może mi pomóc, choć nagle staje się bardzo grzeczny i uprzejmy. Dziękuję mu i zbiegam na dół. Piętro niżej dociera do mnie myśl gdzieś z wyższego poziomu świadomości sennej - hmm, a co by było gdyby ten miły facet z którym teraz rozmawiałeś okazał się pod koniec snu właśnie mordercą którego szukasz? To byłoby fajne, sztampowe zakończenie... (często miewam w snach przebłyski przypominające zaglądanie do scenariusza przy oglądaniu filmu).

Nagle czuję silny impuls by wrócić w to miejsce gdzie wpadłem na brzuchatego piwosza. Wiedziony instynktem błyskawicznie tam trafiam. O, nie ma go. Pozostały tylko dzieciaki... I... no proszę! Drzwi numer szesnaście!!!

Oczywiście, że je przeoczyłem! Bo one nie są normalnie położone. Są wbudowane w ścianę samej klatki schodowej, trzeba wejść do połowy schodów i obrócić się w lewo, wtedy ma się je przed sobą. Są o 1/4 piętra wyżej niż pozostałe i wchodzi się w nie bezpośrednio ze schodów... Drzwi są sinogranatowe, z wymalowanym na nich dużym, czarnym napisem "XEROX" (dosyć koślawe litery, z zaciekami - ech, ja bym to wymalował od szablonu wyciętego w kartonie...). A pod napisem jest skromna, nieco wytarta i poszarzała "16"-tka. Nareszcie znalazłem!

Już mam chwycić za klamkę, gdy jeden z dzieciaków odzywa się do mnie. To mała dziewczynka... I mówi, bardzo poważnym tonem, jak to tylko dzieci potrafią: "Mój tata mówi, że ten pan się poświęcił.". Zanim zrozumiałem o czym ten dzieciak mówi, mała kontynuuje "Że śmierć takich jak on długo pozostaje niezauważona.".
Odpowiadam jej "Masz mądrego tatę. Faktycznie, długo nie zauważaliśmy śmierci tego pana. To dlatego, że ktoś ustawił go na balkonie i..." - w tym momencie zdaję sobie sprawę, że nie powinienem rozmawiać w ten sposób z małym dzieckiem. Może w ogóle nie powinie...

I tutaj sen się skończył. Dziękuję za uwagę :)

Aha, interpretacji "co poeta chciał powiedzieć" nie będzie. Nie chce mi się zastanawiać jakiej symboliki tutaj używała moja podświadomość. Na pewno epilog jest bardzo ważny, ta mała dziewczynka i jej słowa. Oraz moja odpowiedź - z jakiegoś powodu zacząłem nagle wypowiadać się w liczbie mnogiej, tak jakbym reprezentował jakiś duuuży kolektyw. Sam tego nie rozumiem, ale jak mówię - nie mam teraz ochoty tego rozgryzać.

Pozostaw dopisek: