ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Rok 2005, 101 wpisów
Magia

Magia. Jest wszędzie dookoła. Jest jak płaszcz, którym podszyta jest cała nasza rzeczywistość. W większości miejsc magia jest rozrzedzona, tak bardzo, że jej nie dostrzegamy. Ale istnieją specjalne miejsca, specjalni ludzie, specjalne punkty w czasie... zjawiska przy których magia się koncentruje, zbija w kulki i zmusza do odrzucenia "racjonalnego spojrzenia na świat".

Magia. Jest dookoła mnie. Przy każdym ruchu czuję, jak mnie opływa. Połykam ją z każdym oddechem, wlewa mi się przez oczy, czuję jak pulsuje mi w żyłach. Tu i Teraz.

Magia. Wzywa mnie, otwiera mi oczy, odbiera rozum.

Prosiłem o Anioła którego mógłbym kochać. Życzenie zostało spełnione.

Prosiłem o Szansę, by przeprosić za grzech. Życzenie zostało spełnione.

Przypadki my ass.

Magia. (...)koncentruje, zbija w kulki(...)pulsuje mi w żyłach(...)Teraz.

...są rzeczy których nie mogę nie dostrzegać. Momenty w których zdrowy rozsądek mówi, że Magia musi istnieć.

Jestem zachwycony.

Annett Louisan, zlot i mętne aforyzmy ;)

Jestem ostatnio zmęczony, zajęty i w ogóle. Moim problemem nie jest brak czasu per se, mi brakuje energii. Dlatego zaniedbuję ludzi, Repo, siebie, moją urojoną wiewiórkę Grepi itp.

Dlatego to będzie wpis ekspresowy.

Ostatnio odpoczywam trochę od Origi (którą nadal bardzo lubię, nie chcę tylko by mi się przejadła) i zasłuchuję się Annett Louisan. Niemiecki wokal. Tak, da się słuchać niemieckiego śpiewu, i nie musi to być porykiwanie Rammsteina od razu :)

A oto próbka (będzie dostępna przez tydzień): Wo ist das Problem, z płyty Unausgesprochen. Softie ze mnie, więc lubię taką muzykę. Równolegle lubię też Prodigy i Therapy, więc mam, jak widać, bardzo dużą tolerancję muzyczną :)

A skoro już jesteśmy przy większych plikach, to może dwa wyselekcjonowane minifilmiki ze zlotu? film1 oraz film2... Have fun watchin' :)

A tymczasem ja muszę lecieć. Papatki ;)

PS: Najwspanialszych ludzi poznaje się w najmniej spodziewanych okolicznościach. Serio. I najciemniej jest zawsze przed świtem. I by docenić szczęście trzeba najpierw być głęboko nieszczęśliwym.

OK, OK - już nie rzucam aforyzmami i znikam :)

Ankieta świąteczna?

Chciałem napisać o pewnych Poważnych Sprawach związanych z moim postrzeganiem "męskości". Ale mi przeszło :) Potem chciałem napisać coś o Ludziach, ale też mi przeszło.

Więc w rezultacie nie napiszę o NICZYM :))

Przypomniałem sobie o Ankiecie Świątecznej, czy może raczej Teście Świątecznym... ech. Pora ułożyć, a ja mam mało pomysłów na pytania... może sobie odpuścić? A może inaczej... jakie pytania chcesz zobaczyć w ankiecie? Ot, konkretne przykłady, coś na co zwracasz uwagę u ludzi...

Mrrrr... wanilia...
[WANILIA]

Wanilia... mrrr... mój nowy ulubiony zapach ;)

Minirecenzja z MiniZLOTu

Zlot. MucoZlot. MiniZLOT. O tym chcę powiedzieć parę słów.

Czytelnicy przychodzą tu różni, więc postaram się przedstawić sprawę uciekając od typowej w takich sytuacjach hermetycznej szczelności.

Zacznę od IM. Czym jest IM chyba każdy wie? Instant Messaging? Gadu Gadu, ICQ, Jabber, Spik, Miranda, Gaim, Psi i inne takie? Przynajmniej część tych terminów powinna być zrozumiała, prawda?

Ja korzystam z kilku sieci IM, głównie GG i Jabbera. I przez sporą część dnia korzystam (no, może "korzystam" to za dużo powiedziane - po prostu jestem zalogowany i od czasu do czasu czytuję) z pokoju "linux" na serwerze "chat.chrome.pl". To taka konferencja, chat, kanał, pokój do rozmów dla ludzi korzystających z jabbera. Obiegowo nazywa się to często MUC-em (Multi-User Chat).

Od ładnych paru miesięcy przesiaduję więc na linux@chat.chrome.pl. Jak to w takich środowiskach bywa, padały propozycje "spotkania się kiedyś w realu". I, jak to w takich środowiskach bywa, nic z tego nie wychodziło. Do czasu...

Grupka sieciowych znajomych postanowiła się zjechać. Planowaliśmy wynajęcie sobie ośrodka pod Poznaniem, niestety nic z tego nie wyszło. Okazało się, że część ludzi nie może w danym terminie, część nie ma pieniędzy, a część po początkowych "tak, jasne, chcemy jechać!" wykruszyła się prędzej czy później. Ostatecznie zostało nam tylko bardzo kameralne grono ludzi na tyle zainteresowanych sobą, by się zebrać i pojechać.

Z powodu niskiego pogłowia mucowiczów odpadł pomysł wynajmowania czegokolwiek. Na szczęście harnir zgodził się nas wszystkich hostować! Super! (...)

Czytaj dalej...
Origami Ball
[ORIGAMI]

Pan Bellois skomentował niedawno stary wpis na Repo. I zwrócił moją uwagę na ten przykurzony kawałek changebloga. Opis "kulki" tam umieszczonej jest pozbawiony ilustracji, bo wtedy nie miałem aparatu i... no, wiadomo. Samą kulkę wyrzuciłem parę dni temu, przy okazji przemeblowywania. Potem przypomniałem sobie, że przecież na imageshack miałem kiedyś zdjęcie kulki... i nie pamiętam, czy pokazywałem ją na Repo. Więc dla pewności pokazuję teraz.

Repo dostało lepsze łącza :)

Komunikat systemowy: Repo dostało dziś 2x szersze łącza (kanały in&out). Przypadki my ass? :)

Oczywiście nie oznacza to WCALE końca restrykcji, wręcz przeciwnie. A pozyskaną dziś nieoczekiwaną przepustowość mam zamiar przeznaczyć na hostowanie tu moich rozbieranych fotek oraz ściąganie pirackiej muzyki na Repo (przez P2P, oczywiście).

Howgh.

;)

...ssh znowu działa SZYYYYBKOOOO :)

Odchudzam RSS. Niestety.

Komunikat systemowy: Repo musi zacisnąć pasa - hostujące je maszyny nie są "stworzone" do takich zadań i wysycenie pasma zaczyna być problemem. Skróciłem więc długość głównej strony tak, by pokazywała wpisy tylko z ostatnich 14 dni. Zlikwidowałem też "pełny" kanał RSS, zwłaszcza że trafiały się osoby, które potrafiły ustawić czas odświeżania na 5 minut (a rekordzista odświeżał nawet co 1 minutę - z pewnością był to jakiś błąd w konfiguracji jego readera). Więc w chwili obecnej obydwa RSS-y mają jednakową treść - skróconą. Może to poprawi choć trochę dostępność Repo... muszę się też przyjrzeć ruchowi generowanemu przez boty, je też mógłbym ograniczyć (zostawiając np. tylko google)... w najgorszym wypadku będę się musiał rozglądać za nowym miejscem w sieci... a nie wiem, czy nie jestem już za stary na przeprowadzki ;)

Odrobina pikanterii

Przemeblowanie pokoiku mogę uznać za ZAKOŃCZONE :)

I wrócę jeszcze do tego, ale najpierw, nim zapomnę, nieco inny temat.

Nie jest tajemnicą, że lubię odrobinę pikanterii. Kabaretki z kokardkami i takie tam ;) Ale dzisiaj porozmawiamy o kuchni.

Lubię ostre jedzenie. No lubię. Lubię musztardy. Chrzan. Krewetkowe zupy "instant". Papryki różnej maści.

Szukanie granicy wytrzymałości podniebienia ;) sprawia mi przyjemność.

A tak bardziej serio, to po prostu lubię ciut ostrzejsze jedzenie. Jednym z największych "skarbów" jakie obecnie posiadam, to resztka pewnej ultra-pikantnej, zasuszonej papryki przywiezionej mi przez siostrę z Chorwacji. Można ją dodawać praktycznie do wszystkiego i praktycznie każde danie uda się nią zrujnować.

Wczoraj coś mnie naszło i, z braku surowej papryki, do mojego "pustelniczego garnuszka" (zawierającego jakiś sos pomidorowy, kawałki parówki, masę czerwonej fasolki itp.) wrzuciłem jeden poszatkowany strączek. Jeden.

I to był błąd. Bo paprykę wrzuciłem od razu na grzejący się olej (papryczana mumia wypuszcza wtedy najwięcej soków, pod warunkiem że zagrzeje się razem z olejem, a nie wrzuci się jej na skwierczący już tłuszcz - bo wtedy zrobi się skwarek zachowujący "ostrość" w środku), podsmażałem na tym mięsko przez jakiś czas, potem nakryłem rondelek pokrywką (używam parówek drobiowych, bo nie jestem zbytnim fanem mięsa... parówki drobiowe, na dodatek tylko te od pewnej konkretnej firmy, to jeden z niewielu gatunków mięsa jakie toleruję). Większość parówek podduszona pod przykryciem znacznie zwiększa swoją objętość, co mi bardzo pasuje - podsmażam trochę, potem podduszam, i w rezultacie dostaję parówki smażone (których walory smakowe preferuję) o większej objętości (która syci oko ;). Problem w tym, że podduszanie działa jak katalizator na paprykowe wiórki - o czym ja oczywiście już doskonale wiedziałem, tyle że nie doceniłem Chorwackiej Bestyji, jak zwykłem zwać moje prywatne zapasy Überpapryki. Więc, nie przeczuwając nadchodzącej apokalipsy, pododawałem po kolei wszystkie składniki, wyłączyłem gaz, dorzuciłem fasolkę, poddusiłem jeszcze całość przez minutkę lub trzy i zasiadłem do Konsumpcji (mojej ulubionej części rytuału zwanego Kolacją) (...)

Czytaj dalej...
Przemeblowanko!

Wieści z frontu: przemeblowuję pokój, kolejną już godzinę. Odnajduję prawdziwe "skarby" :)

Na przykład kalkulator, którego szukałem bezskutecznie od paru lat...

...kwity bankowe z 2000 roku...

...backupy z 2001 ;)...

...mój stary zegarek elektroniczny... pożyczyłem go kiedyś przyjaciółce na jeden dzień, na dzień egzaminów... i po tylu latach ciągle nią pachnie... a może to tylko złudzenie? Nie no, pachnie, przecież czuję. Magia :)

...no i MASA śmieci do wywalenia, ech.

Trudno, wracam do boju...

Przyjaźń, rzecz nieoceniona.

Jest jedna cudowna rzecz na tym świecie - instytucja przyjaźni. Cieszę się, że są ludzie z którymi mogę o wszystkim porozmawiać i którzy znają mnie na tyle, by powiedzieć mi kiedy zaczynam bredzić :) I że robią to bez narzucania mi swojego zdania... tak, że po prostu słucham i wierzę w to co mówią.

Dziękuję :)

Tym samym mecz Hoppke:Ludzie został doprowadzony do remisu 1:1

...a moje spojrzenie na świat po raz kolejny uległo pewnemu obrotowi, parę rzeczy sobie przewartościowałem...

Blogi to Zło

Zabawne, przez cały dzisiejszy dzień się nie uśmiechnąłem ani razu. Nie żebym w ogóle się uśmiechał, jestem pewnie bardziej typem nudnego ponuraka (przynajmniej w "świecie realnym"), ale dzisiaj czuję wręcz fizyczną niechęć do uśmiechania się. Wyjątkiem była króciutka rozmowa z #389770, ale ona potrafi tak zacząć rozmowę, że nie ma wyboru - trzeba się uśmiechnąć.

Ale poza tym nudno, szaro, monotonnie. Najciekawszymi momentami dnia było szukanie ul. Kopernika w Zielonej Górze i mycie włosów. A to chyba o czymś świadczy.

W takich momentach czuję, że w ogóle nie mam jakiejś... treści w życiu. I jako osoba też jestem pusty. Jak opuszczony młyn, z którego nawet myszy się wyniosły. Z daleka może nawet malowniczo wyglądać, ale gdy podejdzie się bliżej... sterta przeżartych przez korniki (lub omszałych) desek. Wydmuszka. Powinno mi być żal ludzi, których skusiłem by podeszli bliżej. Ale wydmuszki chyba nie umieją czuć takiego żalu. Po prostu istnieją, bez żadnego celu, uwikłane w sieć swoich myśli z których nikt nie ma żadnego pożytku, nawet one same. Nie umieją odczytać potrzeb innych ludzi, ich potrzeby też pozostają na ogół niezrozumiałe dla świata. Placeholders of society. Choćbym nie wiem jak próbował, to i tak nie umiem zrozumieć świata, nie umiem zrozumieć ludzi. Widzę tylko jakieś mechanizmy, drobne scenki wyrwane z kontekstu. Ale poradzenie sobie z choćby jednym człowiekiem mnie przerasta.

Czy dlatego "bloguję"? Szukam substytutu "normalnych" relacji z ludźmi? Relacji, z którymi sobie nie radzę? Może...

Blogi to zło. Przynajmniej takie blogi jak ten. I w przypadku takich ludzi jak ja. Nie rozwiązują problemów, nie przynoszą korzyści. Tworzą jedynie pewną patologię, budują znajome mury, w których można spędzić trochę czasu na składaniu myśli. Oferują możliwość ekspresji bez ryzykowania czegokolwiek. Uczą egocentryzmu. Zabijają duszę.

Chociaż nie mam pewności, czy w ogóle jakąkolwiek kiedyś miałem...

A, pożywka dla wszystkich wmawiających mi opętanie - wczoraj, albo przedwczoraj, śniłem o...
Albo nie. Nie ma sensu pisać o takich rzeczach.

Gnome, Sabres of Paradise i Katie Melua
[GNOME#1]

Postanowiłem przyjrzeć się kawałkowi Gnome (jak widać na zrzucie ekranu). Od amaroka/k3b nie ucieknę, przynajmniej chwilowo (bo nie ma godnych zamienników w świecie gtk+/gnome), ale że gtk+ mi "ogólnie" bardziej leży... to i spróbowałem dzisiaj nautilusa z gnome-panelem i paroma dodatkami. Działa całkiem sprawnie, choć do intuicyjności i łatwości użycia można mieć całą masę zastrzeżeń. Chwalą się HIG, ale...

Prosty przykład - mam pliki .jpg. Mam ustawioną dla nich, jako domyślną aplikację, polecenie "gqview". Mam też w menu kontekstowym "open with..." i do wyboru np. gimpa - gdybym chciał edytować. OK, wygodne. Ale co się stanie, gdy zaznaczę np. 3 pliki .jpg? Ano, znika podmenu "open with...". I nie mogę przesłać paru zaznaczonych plików do Gimpa, mogę jedynie uruchomić domyślną aplikację. A i to jest niedopracowane, bo wyskakuje "Warning: this will open 3 windows". Gdyby gimpa podpiąć jako domyślny program, to też by próbowało otworzyć 3 gimpowe instancje?

[GNOME#2]

Z drugiej strony DA się tego używać, na swój sposób. Część rozwiązań jest trafiona, jak np. ręczne skalowanie wybranych ikonek na pulpicie, zgrabne zapamiętywanie ustawień widoku dla poszczególnych folderów... Rozszerzenia nautilusa też nie wyglądają najgorzej - doinstalowałem sobie jakieś "custom context menus" i może uda mi się tym załatać kilka z najgorszych usterek. Nie mogę jednak powiedzieć, by GNOME jakoś specjalnie ułatwiał mi posługiwanie się komputerem. Fakt, jest prosty w obsłudze, ale to żaden wyczyn gdy prostotę tę osiąga się przez wycinanie "features". Cep też jest prosty w obsłudze i wymaga prawie zerowego przeszkolenia, co nie znaczy jednak, że użytkownik cepa będzie pracował efektywniej niż operator jakiejś napędzanej silnikiem maszyny. A GNOME to w wielu miejscach taki cep. Z bardzo wygodną, profilowaną rączką, uchwytem antypoślizgowym... ale mimo wszystko cep. (...)

Czytaj dalej...
Zwykły wpis na Repo

Przed chwilką skończyłem rozstawiać komputerowe głośniki 4.1

Ostatnio zwinąłem je po tym, jak potknąłem się o kabel lewej tylnej satelitki i prawie nie ściągnąłem całego majdanu na podłogę (i po tym jak prawa przednia satelitka zrypała mi się na przedłużacz roztrzaskując jego obudowę - tak tak, głośnik nienaruszony, przedłużacz obłupany).

Ale słuchawki, mimo cudownej jakości dźwięku i innych zalet (wyciszania hałasu zewnętrznego) mają parę wad. Po pierwsze już się zużyły mocno. To takie pomarszczone czarne coś, czym obite są gąbki, zaczyna się kruszyć. No i cały dzień z takimi bombami przy uszach jednak swoje robi... dookoła uszu mam odciśnięte we włosach kółka. Swoiste "crop circles" uzależnienia od muzyki w tle.

Więc rozwinąłem głośniki. A teraz leci w nich Origa, a dokładniej "Ai no Kakera". Nice.

Swoją drogą fajna wokalistka. Mieszanka rosyjskiego, japońskiego i angielskiego. Tak jak lubię :)

A prywatnie bez zmian, nic ciekawego do zameldowania. No, poza perspektywą spotkania się z prawdziwym Aniołem za parę dni, ale ciii, żeby nie zapeszyć :)

No nic, wystarczy tego leniuchowania. Pora wracać do pisaniny... Pewnie od klawiatur mam już tak umięśnione palce i dłonie, że mógłbym wbijać gwoździe opuszkami (i robić masaż skorupy żółwiom).

Aaaa! Zanim znowu zapomnę... :) To małe cudo przypadkiem odkryłem niedawno. Flash. Animacje. Z wiewiórkami! :) I bardzo humorkowe :)

Czekając na prawdziwy śnieg

Hej! Dzisiaj polecę w ekspresowym tempie, bo jeszcze mam sporo do zrobienia...

Więc tak: w Zielonej Górze nadal nie ma śniegu. Leżą tylko jakieś smętne resztki miejscami na trawnikach i kawałkach dachów. Nic ciekawego. Jeśli ktoś ma możliwość zaopatrzenia mnie w duże ilości śnieżnego puchu, to proszę zrzucać go gdzieś w okolicach 65-096, Zielona Góra. Przewidziana nagroda to królestwo i pół księżniczki.

A! Ochrzanię moją Mandrivę. Przy instalacji skonfigurowała mi drukarkę. I to skonfigurowała ją tak, że wczoraj pewien user z mojego lanu (mam jego nazwę konta, IP, wiem też że wydruk poszedł z KDE) wydrukował sobie u mnie jakieś zdjęcie. Znaczy się, ktoś mi wepchnął wydruk na siłę. Oczywiście już to skorygowałem, ale jestem rozczarowany. Udostępnianie domyślnie drukarek to zły pomysł... Może ma to coś wspólnego z tym, że pozbyłem się msec? Może tym, że instalowałem system instalatorem/pakietami w wersji beta?

Jestem też zły na siebie - niby to śmieszna sprawa, siedziałem sobie przed komputerem gdy nagle drukarka zaczęła wypluwać cudzy wydruk, ale... muszę być czujniejszy. Zdecydowanie. Linux mnie rozleniwił.

A, w Moskwiczu mała galeria - moje zabawy z woskiem.

To Zły Dzień. Oficjalnie.

Dzisiaj mam oficjalnie Zły Dzień. Zgubiłem trochę ważnych adresów i numerów telefonów (ale już odzyskałem, uff), czuję się jak przeżuty i wypluty, ludzie są źli, niedobrzy i w ogóle, a na dodatek nawet w tej chwili czuję, jak za plecami leży stosik specyfikacji które mam przełożyć z angielskiego na polski. Patrzę na monitor, ale mój zmysł przestrzenny wyraźnie mówi mi gdzie dokładnie leżą te kartki. I wiem, że patrzą na mnie. Cichy, uporczywy wzrok papieru którym trzeba się zająć... A MI SIĘ TAK NIEEE CHCEEEE :(

Zresztą, chyba każdemu by się odechciało po przeczytaniu słów takich jak "monofilaments". Wrrr.

Poza tym jest mi ZIMNO. Okropnie, potwornie, niesamowicie wręcz zimno. Martwy w kostnicy nie mógłbym być chyba zimniejszy. Założyłem nawet podkoszulek (nie robię tego prawie nigdy, więc korzystając z okazji popozowałem sobie w nim rano trochę przed lustrem ;), ale to chyba było za mało. Więc teraz przysunąłem się bliżej kaloryfera, podkręciłem go, ale ciągle mi zimno. I kicham. I coś mnie podejrzanie drapie w gardle.

A po głowie łażą mi same głupie myśli typu "a w ogóle umiesz jeszcze kochać?", "czemu ten lateksowy granulat tyle kosztuje?", "może kupić tego laserowego lexmarka zamiast nowego kartridża do LJ5L?", "ciekawe czy na weekend się zmuszę w końcu i zdejmę nadstawkę z biurka?", "jestem chyba całkiem do niczego", ...

No dobra, pożaliłem się i wystarczy.

A, jeszcze coś - Human Waste Project. Mówi to coś komuś? To taki zespół muzyczny, mam ich płytę "E-lux" (aka "Electralux"). Z tego co widzę to chyba ich jedyny album? Chętnie bym jeszcze więcej ich materiału posłuchał - może ktoś zna inne albumy? A może zmienili nazwę czy rozeszli się do innych zespołów? Wiem, że pewnie bym dał radę ostatecznie to jakoś wygooglać, ale w tym co do tej pory wyszukałem wpadałem cały czas na e-lux. A trudno mi uwierzyć, że poprzestali na jednym krążku... Ktoś zna ten zespół, wie coś więcej?

A ja tymczasem wracam do powolnego zamieniania się w sopelek... Temperatura ciała 37°C a mi ciągle zimno? Hmm...

BUUUUUUU...UUU...uuu...u. Bu.

No zły dzień, no. Dalej nie ma śniegu, szaro i mglisto. Ale nie mglisto-przytulnie, tylko mglisto-ponuro.

Dzisiaj położyłem się spać o szóstej rano. Wstałem trochę później. I nawet tego nie odczuwam specjalnie - nawwet gdybym spał 10h to czułbym się tak samo - wypompowany.

To przez brak śniegu i krótki dzień. Serio, śniegu potrzebuję. Śnieg działa jak naturalna blenda, a ja muszę mieć światło. Bez niego usypiam, energii starcza mi na raptem kilka godzin w ciągu doby, reszta to wegetacja.

Od jakiegoś czasu używam trybu "dynamicznego" w amaroku. Działa trochę jak globalne "shuffle" - na playliście pojawiają się teoretycznie losowe utwory. Niby bierze to pod uwagę punktację utworów (moją historię odsłuchiwania), ale jakoś nie widzę żadnego algorytmu stojącego za tym.

W każdym razie skaczę po całej mojej kolekcji teraz. Rano wpadłem na Gwen Stefani i kawałek Harajuku Girls. Nie wiem ile razy go potem odsłuchałem :) 10? 15? :) W każdym razie zapadł w ucho, choć nie przepadam za taką muzyką.

Z mniej przyjemnych rzeczy - wszystko się sypie mi dziś! (tu wstaw obłędne okrzyki). Za co się nie wezmę, to albo nie działa, albo jest niedostępne, albo... no, wszystko dosłownie. Chciałem wydrukować ofertę handlową z WWW. Link do pierwszej części - 404. Druga - 404. Trzecia - 404. Czwarta - 403 (dla odmiany?).

W końcu znalazłem coś, co z grubsza przypominało katalog produktów (siatki sportowe, tak konkretniej). Próbowałem wydrukować, ale Firefox odmówił twierdząc, że moja drukarka nie obsłuży papieru A4. Opera zawisła na "Printing page 1". Próba przeklejenia do OO.o zakończyła się czymś w rodzaju zwisu okienka Writera gdy tylko dotknąłem Ctrl-V. Po jakimś czasie jednak dokument się pojawił i OO się odmroziło... Sama oferta to też istne cudo, np. numery telefonów wstawione jako pliki .jpg.

Po naciśnięciu "drukuj" znowu się uwiesiło na parę minut. Ten OO.o jakiś dziwny... (...)

Czytaj dalej...
Google World Domination. Beta ;)
[H-EYE]

Umieeeeraaaam...

No dobra, przesadzam. Tak naprawdę to tylko jakieś osłabienie organizmu. Chce mi się spać, jest mi zimno (mam na sobie sweter i polarową bluzę z kapturem), boli mnie brzuch, głowa huczy... pogłaszczesz?

Microsoft dominuje w światku biurowego oprogramowania. Fakt. Od lat jednak uważa się, że w którymś momencie może nadejść (i prawdopodobnie nadejdzie) przełom przesuwający ciężar z aplikacji lokalnych na aplikacje sieciowe. Innymi słowy dyktat Microsoftu zostanie złamany i to nie przez pojawienie się jakiegoś klasycznego pakietu biurowego (jak np. Open Office), ale przez spopularyzowanie się całkowicie nowej platformy - WWW.

Do tej pory większość ludzi traktowała to jak zwykłe sci-fi, ja sam też nie sądziłem by nastąpiło to tak szybko. Ale... chyba jesteśmy już bliżej niż dalej "cichej rewolucji biurkowej".

Np. taki gmail - od jakiegoś czasu to moja podstawowa platforma do zarządzania pocztą. Jest całkiem wygodny, jest "gdzieś tam" w sieci, więc mogę robić co tylko zapragnę ze swoim komputerem. Mogę się do niego dobrać i z domowego linuksa, i z kawiarenkowego Win2000, i... Wszędzie ten sam znajomy interfejs. I już jedna z moich aplikacji wypchnięta całkowicie w sieć.

To samo czeka też zapewne typowe pakiety "biurowe". Procesory tekstu, arkusze kalkulacyjne, terminarze... technologie pozwalające je napisać są już dostępne, więc to tylko kwestia czasu. Skoro mogłem przerzucić się na pisanie maili w webmailu, to dlaczego np. webspreadsheet nie miałby się przyjąć?

Na wygranej pozycji jest Google, oczywiście. Ma infrastrukturę, zbiera doświadczenie, jest popularny, rozumie przyszłość sieci dużo lepiej niż Microsoft (który, jak na "wizjonera branży IT" przystało ignorował Internet tak długo jak tylko się dało). Co by się stało gdyby Google kiedyś uruchomił obok gmaila jakieś goffice? Nie musiałoby być tak rozbudowane jak MS Office, w końcu ludzie i tak nie używają 80% funkcji Worda, Excela itp. A i tak miałoby realną szansę podbierać użytkowników "klasycznym" rozwiązaniom. Bo to całkiem nowa platforma... (...)

Czytaj dalej...
Czekając na biały puch

Czy gdy wstanę jutro, to czy zobaczę śnieg za oknem? A może spadnie w ciągu dnia? W paru miejscach kraju już padał...

Na razie czekam wpatrując się w zdjęcie z poprzedniej zimy. Lubię śnieg i zimę, ożywiają mnie.

Już parę dni temu wychodząc rano z domu poczułem mróz. Mogłem wręcz oddychać zimą, czuć ją w nosie, ustach... Teraz czekam jeszcze na biały puch...

Lubię zimę. Lubię to, że mogę przedzierać się przez zasypane całkiem ścieżki. Lubię ten opór jaki stawia natura. Lubię wysiłek do jakiego mnie zmusza ta pora roku. Lubię czuć, że w pewien sposób czyha na moje życie. To zimno, czasem ostry mróz wdzierający się do płuc... mięśnie zmuszone do pracy o wiele bardziej intensywnej niż zwykle... palce bolące gdy zapomnę wziąć rękawiczek... lubię to.

I libido mi się budzi na zimę. Znaczy się, marcować zaczynam jak śnieg zobaczę. To pewnie konsekwencja tego, że cała biologia we mnie wrzuca wyższy bieg, z przymusu. Aaaale panuję nad tym.

Ciekawe czy jutro spadnie śnieg?

...i ciekawe, czy w ogóle ten wpis się pojawi poprawnie na Repo. Engine CGI pisałem z myślą o nie więcej niż jednym wpisie na dobę (bo taki mam styl blogowania...). A to będzie już drugi dzisiejszego dnia. Coś mi się obija po głowie, coś przestrzegającego mnie przed robieniem więcej niż jednego wpisu. Ale zaryzykuję - może efekty uboczne nie będą tak straszne. Nie wiem konkretnie co ma się rozsypać, ale... się zobaczy :)

Włosy!
[FRYZ]

Wrrr. Włosy mi odrastają! I mam mieszane uczucia.

Z jednej strony to dobrze - ostatni raz u fryzjerki byłem jakoś we wrześniu i od tamtego czasu praktycznie mi nie odrastały. Widać trafiłem na to, co folk lore nazywa "złym dotykiem fryzjera". Znaczy się, fryzjera o nieodpowiednim (dla danego klienta) ładunku energetycznym.

I już mam dość krótkich włosów. Nigdy więcej się tak krótko nie obetnę. No, przynajmniej nie w najbliższych miesiącach :)

A teraz wróciły chyba do ich normalnego tempa wzrostu. Z jednej strony miło znowu czuć "trochę więcej" pod palcami przy myciu głowy, nie mogę się doczekać aż znowu zaczną mi włazić do uszu itp. (bardzo mi tego brakuje), ale... no... obudziłem się dziś z "czymś takim" na głowie. Po usilnym szczotkowaniu doszedłem do czegoś mniej nastroszonego (vide zdjęcie)... to się nie daje opanować! Moja sierść zawsze miała silną osobowość, grzebieniom, szczotkom i żelom śmiała się w twarz. Budzę się, a tu taka niespodzianka. I weź to człowieku ułóż. A akurat miałem wychodzić...

Koniec końców założyłem kapelusik. Chciałem czapkę, ale nie mogłem znaleźć.

Przypuszczam, że sam się o to prosiłem - wczoraj na wilgotną jeszcze głowę założyłem słuchawki, bo głośniki zdemontowałem (kable mi przeszkadzały) i inaczej nie mogę słuchać muzyki. A potem byłem przygnębiony i położyłem się wcześniej spać, żeby uciec od tego wszystkiego, więc pewnie ocierając się o prześcieradło jeszcze je sobie "nastroszyłem". A suszarki nie używam, bo nie chcę niepotrzebnie przemęczać moich, i tak obłożonych urokiem złej fryzjerki, włosów. Jeszcze bym zaczął je gubić (bardziej niż teraz...)

PS. Tak, to zdjęcie "do lustra" w łazience. Tak, chyba nie chce mi się golić ostatnio. Tak, jak tak dalej pójdzie to zostanie ze mnie futrzak... chomik, hihi :)

...aaa, I., jeśli to czytasz, ZAPOMNIJ. Wybij sobie z głowy te głupie pomysły. Żadnych kapci, żadnego obdzierania z futra. Nie dam się :)

PS#2. Tak, to mina "zrezygnowana z lekkim westchnieniem" :)

Juhu, odrastają! :) Może to zimowe futro? :)

Naprawdę muszę naprawić drukarkę

Po raz kolejny ubabrałem się tonerem przy próbie wydrukowania czegoś. Wrrr. Cały ten, no, to cholerstwo co siedzi mi w drukarce... ten cartridge... jest zużyte. Wałek "trochę" wyrobiony, nie oddaje dostatecznie dobrze tonera przy obrocie i po parunastu stronach zaczyna smużyć, trzeba wyjąć i zręcznie ręcznie obrócić drania parę razy żeby wałek oczyścić... ale przy okazji udaje mi się czasem JAKOŚ posypać wszystko dookoła tym czarnym cukrem pudrem. Ostatnio były to moje najlepsze, wizytowe białe dżinsy (ale odratowałem je szybką interwencją odkurzacza! brawo ja :)... dzisiaj tak po prostu posypałem po panelach podłogowych, dłoniach i ogólnie otoczeniu. Wrrrrr.

Muszę kupić nową część... albo... w sumie to ten laser co to go Enleth kupił, ten z nazwą podobną do rakotwórczego konserwanta spożywczego... "E203"? czy jakoś tak... no więc ten laser jest tylko trochę droższy od nowej kasetki z wałkiem i tonerem do mojego HP LJ 5L. A drukuje szybciej, ma o niebo lepszy podajnik papieru, jest na USB... i też rozumie PCL, więc... więc może po prostu drukarkę wymienić? Siostra sobie taki sam model niedawno kupiła i nie narzeka... niby Lexmark, ale może lasery im lepsze wychodzą niż plujki?

Ale gdzie, za co, nie stać mnie na to :/ Kurtkę i buty bym spokojnie mógł w zamian kupić... OTOH...

PS. Po czym człowiek poznaje, że się właśnie w kimś zakochuje? Tak czysto hipotetycznie ;), zakładając że po tylu latach i mnie by to dotknęło...

Bo czasem myślę, że mogłem już zapomnieć jak to jest... tyle czasu minęło...

Kiedyś (prawie pięć lat temu) brałem udział w bardzo fajnej debacie. Był tam m.in. poruszany temat zakochania - jednym z symptomów, jak twierdził mój znajomy (niejaki Marcin K.) miało być "i nagle rozumiesz o czym mówią te wszystkie piosenki o miłości, widzisz w nich sens". To moja parafraza, ale powiedział coś bardzo zbliżonego. Ładne, prawda? (...)

Czytaj dalej...
Mmm, co by tu zjeść?

Zima idzie. Cały czas mam ochotę na jedzenie :)

Boję się.

Mam dużo do napisania... Nie, źle. Nie tak.

Sporo się ostatnio wydarzyło. Nie, też źle.

Trochę się wydarzyło, ale jeszcze więcej miga mi czasem tam, w oddali. W przyszłości. W jednej z możliwych przyszłości.

Jak patrzysz na przyszłość? Dla mnie przyszłość jest zawsze jak drzewo - komputerowcy mogą tu myśleć o wykresie drzewka binarnego, mi z racji bycia niekomputerowcem bliższy jest schemat analizy IC. W każdym razie przyszłość to taka masa rozgałęzień. Stoisz na jakiejś drodze i przed sobą widzisz punkt w którym drogi się rozchodzą (niekoniecznie binarnie, w życiu jak wiadomo rządzi grayscale, a nie B&W). A za tym punktem, za możliwymi ścieżkami, są kolejne miejsca gdzie podejmujesz jakąś decyzję (lub ktoś (los?) decyduje za ciebie). Zwolennicy teorii wszechświatów równoległych mogą uznać, że w takich punktach właśnie powstają odmienne timelines ;)

W każdym razie tak to wygląda - rozchwiana sieć węzłów między którymi tworzą się potencjalne przyszłości. I czasem, gdy wszystko przed tobą się odpowiednio ułoży, można wyjrzeć trochę dalej - parę rozgałęzień do przodu.

A ja chyba zobaczyłem coś, co potencjalnie, przy sporej przychylności losu... cóż, ostatnio udało mi się przez chwilkę zobaczyć "na przestrzał" kilka ścieżek którymi chętnie bym poszedł. Trochę jak fantazje, trochę jak jakiś sen... wyśniony wiele lat temu... który tylko czekał na szansę by wrócić i domagać się swoich praw.

Nie, nie mogę pisać jaśniej :) Z jednej strony by nie zapeszać, z drugiej bo... hmm. Bo jestem dosyć skrytym typem człowieka i chociaż jest masa rzeczy o których mogę najzupełniej otwarcie mówić, to są też takie które zachowuję tylko dla siebie. Marzenia, życzenia wobec nadchodzącej przyszłości... wszystkie te skryto-intymne oczekiwania, lęki, słabostki są moje i tylko moje.

W chwili obecnej jest na całym świecie raptem jedna osoba z którą umiem się tym dzielić i której ufam na tyle, by ubierać wszystko w plaintekst. (...)

Czytaj dalej...
Southpark - Hoppke
[AVATAR]

Idąc za modą spreparowałem sobie Ultrarealistycznego Awatarka w stylu southparkowym. To ja, hihi. No, może oczy mam mniejsze, ale poza tym podobieństwo jest niewiarygodne wręcz (osoby które mnie widziały w tzw. "realu" albo napatrzyły się na zdjęcia pewnie przytakną. Co nie? ;)

Przypadkiem "odkryłem", że media files na Repo można swobodnie przeglądać... No, przynajmniej te nowsze. Bo wszystkie lądują w pomroce, a zawartość tego katalogu nie jest ukrywana... Zabawna sprawa, przynajmniej dla mnie - patrzę na jakąś starą ilustrację i przypominam sobie gdzie/kiedy była użyta... Np. ten ostry opad śniegu, albo ta tapetka z okresu gdy przechodziłem fazę niedoboru zieleni... Szkoda, że część fotek na ImageShack wrzuciłem i nie da się ich teraz tak łatwo odnaleźć. Kiedyś muszę to uporządkować.

BTW, skąd się wzięła nazwa "pomroka" dla katalogu na zdjęcia? Ano stąd, że katalog ten kiedyś służył do magazynowania starych wpisów (poprzednich miesięcy) w changeblogu. Tzn. zanim przeszedłem częściowo na CGI. A link prowadzący do archiwum nazywał się chyba "starsze wpisy rozpłynęły się w pomroce dziejów".

Obok samych plików .html lądowały tam też fotki. HTML potem stał się zbędny, bo był generowany dynamicznie, ale obrazki były nadal potrzebne i wolałem nie zmieniać ich URL-i. Więc nazwa katalogu pozostała, ale teraz lądują w nim tylko "pliki wspomagające" właśnie.

Ot, taki kawałek historii stojącej za bebechami Repo ;) Albo fragmenty URL-i, takie jak "info_freako", "the_right_decision", "yellow_brown", "too_much_to_learn"... te z kolei są tytułami piosenek formacj Jesus Jones. Za czasów "wczesnego Repo" cała nawigacja była oparta o muzyczne skojarzenia, ale potem się stoczyłem i zaczęło to wyglądać bardziej "normalnie" ;) (...)

Czytaj dalej...
Jesień mamy piękną, prawda?

Ciamk, ciamk. Odkryłem jakieś bliżej niezidentyfikowane wino w barku (butelka bez opisów), a że akurat miałem nastrój jesienno-melancholijny to i... mniam. Mocniejsze niż przywykłem i trochę mnie "rozmiękczyło". Jest mi ciepło i sennie i miękko i miło i... :)

Wina są cudowne. Prawie jak miłość.

[JESIEN 2005]

Śliczną mamy jesień, prawda? Całkiem ciepła i nawet niezbyt rozpadana. W Zielonej Górze jeszcze nie zaczęły się coroczne jesienne wichury, więc jest bardzo przytulnie. Gdybym miał wybrać dwie ulubione pory roku, to byłyby nimi jesień i zima właśnie. Wiosna jest drętwa i przypomina o tym jak okrutna była zima, a lato jest w ogóle do kitu bo gorąco, duszno i słońce próbuje mnie zabić. Czyli zostaje kolorowa, zwiewna jesień (uwielbiam gdy zrywa się wiatr i otaczają mnie wirujące liście) i wyciszająca zima. Wiosna i lato to tylko przerywniki pozwalające docenić powrót Dwóch Jedynych pór roku.

Zieeew. Idę wyleżeć sobie rausz na tapczaniku. Na uszy słuchawki, w słuchawkach Meredith Brooks (to wpływ L.)...

Mój Czytelniku/Czytelniczko... Wiesz, czuję się dobrze. Taki spokojny i zrelaksowany... dawno się tak nie czułem. Więc dzisiaj już nie napiszę ani słowa - skorzystam z okazji i podelektuję się tym stanem relaksacji :)

Hoppkizm i pluszowy syfilis

Dzisiaj szybki numerek. Najpierw synchronizacja zakładek. Krótki filmik Internet Down, jest taki... prawdziwy! ;) Jeśli wersja flashowa traci sync A/V, to zawsze możesz obejrzeć .mov.

Hmm, co jeszcze... O, może coś by obudzić ten sentyment do ośmiobitowców?

Lubisz przytulać się do pluszaków? Jesteś geekiem? Więc rób to jak na geeka przystało, wywal tego wyliniałego pingwina/diabełka (BTW, sam mam pluszowego czerwonego diabełka, ale nie jest BSD-related) i przytul się np. do pluszowego syfilisu!. Tak, avatarki OS-ów są już passé (nie pokażę się więc już nigdzie z moimi pingwinimi spinkami do mankietów ;), w roku 2005 trendi są jedynie słiit istotki ze świata biochemii. Plush flesh-eating disease, anyone? :P

A! Hoppkizm! Właśnie, mówiłem przeca że to istnieje od dawna. No bo istnieje. Jeśli ktokolwiek czytał stronę O repo to na pewno o tym wie. Proszę zwrócić uwagę na przyciski "zgodności ze standardami" na dole - część jest czysto Repowa (btw, ładne? sam robiłem ;) A tooltip ostatniego jasno mówi o hoppkizmie. I wiszą one tam od dawien dawna.

Należy mi się solidne zdzielenie po łbie. Mam gorączkę, trochę podchorowuję, ale wczoraj nie wytrzymałem i rzuciłem się na długi spacer po wieczorowym mieście. Chcę jeszcze trochę powietrza zatankować zanim całkiem zimno się zrobi... i trochę te leki które biorę "rozchodzić"... a wczoraj było tak cieplutko...

...no i wróciłem ze spaceru zgrzany, zdyszany i zadowolony. I mokry, bo deszcz mnie zaskoczył. Z huczącą głową, bo przez gorączkę nie jestem w zbyt superaśnej formie... Pewnie takie łażenie po mieście przed zmrokiem nie pomaga w leczeniu się... No i właśnie dlatego ktoś powinien mnie zdzielić.

No i fajno. Zaczęło się delikatnie, skończyło dość brutalnie - dzisiejszy szybki numerek uważam za zakończony :)

Senne majaki

Nie mogłem wczoraj zasnąć. Próbowałem leżeć na plecach - nie wychodzi. Na brzuchu - niewygodnie, bo mi twarz płaszczy, a nie lubię spać z przekręconą głową. Na boku też się nie da uleżeć, bo sobie zawsze którąś rękę przyciskałem. No nie szło i tyle. Po jakimś czasie w końcu zasnąłem. Nie pamiętam by cokolwiek mi się śniło aż do rana.

Ale przed zaśnięciem, gdy tak tłukłem się z boku na bok, jeszcze zobaczyłem parę rzeczy, tych które czekają między jawą a snem. Na początku cyrk i trupę przygotowującą się do występu. To nie byli ludzie... mieli z grubsza ludzkie kształty, ale głowy, kończyny były zwierzęco-demoniczne. Wielkie, grube śmiejące się baby z nietoperzymi skrzydłami, wchłaniające wszystko co podeszło zbyt blisko. Klaun z twarzą przypominającą pomięte, zasuszone skórzane jabłko. Dyrektor o twarzy i rękach demona, ubrany w cudownie gładki, jedwabny kostium z fioletowego jedwabiu, promieniujący wręcz kolorami...

Mówili coś do mnie, ale nie słyszałem słów. Widziałem tylko ruch ust. Myślę, że powinienem był się ich bać, ale... ale czułem się tam tak dobrze, tak jakoś... "na swoim miejscu". Tak beziecznie.

Chyba prosiłem ich żeby zmienili język, bo nie mogę ich usłyszeć, nie rozumiem o czym rozmawiają...

I chwilę potem pojawiła się Ona. Nazwijmy ją... Panią. Tak po prostu. Wyglądała jak kobieta - wysoka, normalnie zbudowana, ale pozbawiona szczegółów (nosa, sutków, dłoni), bez ostrych konturów, rozmywająca się na krawędziach w światło. I bez włosów, ale mimo wszystko wydawała mi się niewiarygodnie piękna. Jej skóra mieniła się wszystkimi odcieniami zieleni, granatu i błękitu, a oczy i usta od czasu do czasu rozświetlało zielono-niebieskie światło, zacierające cały obraz. (...)

Czytaj dalej...
Z notatnika znalezionego w szafie ;)

Na początek garść... skanów. Wyszperanych w zakurzonym trochę notesie studyjno/notatkowym. Na początek "co Hoppke bazgrze gdy się nudzi" - proszę, JPEG. Jak można poznać po różnych kolorach długopisów/pisaków, kartka ta była bazgrana wielokrotnie. Na przestrzeni lat. Jestem maniakiem recyclingu papieru, nawet teraz jakieś śmieci na mniej lub bardziej prywatny użytek drukuję na odwrotnych stronach moich jeszcze starszych śmieci :)

W zeszycie znalazłem też stare wydruki, z czasów eksperymentów z pewnymi algorytmami które mogłyby zrewolucjonizować systemy pakietowe i śledzenie zależności ;) Nigdy jednak nie udało mi się sprecyzować idei na tyle, by dała się poprawnie ująć w komputerowe regułki. A że nie mam głowy do algorytmów... i szachów... ba, nawet w tysiąca nie umiem grać, za skomplikowane dla mnie... to i muszę wszystko rozrysowywać na papierze...

Z eksperymentalnego kodu nic nie zostało (nawet nie wiem co się z nim stało), zestawy danych testowych gdzieś wcięło, podobnie jak kod generujący "wizualizacje". Zostało parę kartek z wydrukami rezultatów. W tym parę nienaruszonych (większość opatrzona masą moich notatek i uwag do samego siebie, znakami zapytania i literkami które pewnie kiedyś coś dla mnie znaczyły, ale teraz...). No i oto one: numer jeden, numer dwa i numer trzy.

Kiedyś te plątaniny były dla mnie czytelne, teraz mają tylko wartość geekowo-estetyczną. Znaczy się, są znakomite na paskudną kiczowatą tapetę.

Poza tym: odmawiam dziś przyjmowania pokarmu, jestem chory, mam gorączkę i czuję się oooo-kropnie. Jeśli mam teraz jakieś życzenie, to nie obudzić się rano. Tak sobie zasnąć i... i żeby się skończyło.

Prawie rozjechał mnie dziś samochód. Na przejściu niedaleko Mrowiska (nie tym oznaczonym przy skrzyżowaniu na Zacisze, tylko tym bardziej w stronę Centrum, za centralą nasienną, przed nieczynnym wiaduktem kolejowym). Tyle że to nie był przypadek, zagapienie, nic z tych rzeczy. Sam wylazłem na jezdnię. Widziałem że jedzie, stałem spokojnie na wysepce, a w pewnym momencie po prostu wpakowałem mu się przed maskę. Wyhamował, tylko trochę maznął mi spodnie. Hmm. Dziwne, nie czułem niczego, absolutnie niczego. No, może oprócz ciekawości. Ale żadnego strachu, żalu...

I nie mogę się pozbyć chęci by to powtórzyć. Nie, to złe wyrażenie. Nawet nie próbuję się jej pozbyć. Hmm.

Sen egipski ;)

Zawsze przed zaśnięciem przechodzę przez fazę pewnego oderwania od rzeczywistości. Mogę myśleć jeszcze w miarę swobodnie, ale zmysły już się odczepiają od tego co mnie otacza. To może trwać tylko ułamek sekundy, ale może też rozciągać się na całe minuty, jeśli tylko skupię uwagę na tyle, by nie zasnąć "do końca". Na pewno każdy to zna - czy leżąc w łóżku nie poczułeś/aś nagle, że łóżko się rusza? Że zaczynasz spadać? To o tę fazę mi chodzi.

Ja często słyszę wtedy głosy ;) Serio. Dźwięki. Czasem może to być jakiś ostry hałas, huk, coś co mnie od razu wybudza. Czasem szmery. A czasem ludzkie głosy. I czasem łączy się to z obrazami.

Wczorajszego wieczoru zasypiałem dosyć skołowany. Dlatego dosyć późno zwróciłem uwagę na głos. Spokojny, męski głos lektora opowiadającego jakąś historię. W języku którego nie znam - ale niektóre dźwięki kojarzyły mi się z Arabią, albo Egiptem. No, piasek pustyni, palące słońce, te rzeczy. Jestem słaby z geografii :)

Głos był, o dziwo, jeden. Jeden pojedynczy głos wśród absolutnej ciszy. Ale i tak trudno mi było się na nim skoncentrować. Nie umiałem powiedzieć gdzie jedno zdanie się kończyło a drugie zaczynało, miałem też problemy w ogóle z rozpoznaniem pojedynczych słów. Tak to już jest z obcymi językami. Ale, koncentrując się na słuchaniu, zacząłem rozumieć co ten głos mówi. Nadal nie rozumiałem słów i zdań, ale równolegle z dźwiękiem zacząłem widzieć i... wiedzieć. Tak, to chyba najlepsze określenie.

Głos opowiadał starą historię - mit, legendę, a może po prostu bardzo dawne wydarzenia. O mężczyźnie który z jakichś powodów poświęcił swoje oko. Obraz pokazał mi twarz w słabym, ciepłym świetle (świetle świec?) - ledwo widoczną twarz mężczyzny o trudnym do sprecyzowania wieku - ale bez zmarszczek, szram... gładka skóra o ciemniejszym odcieniu. Mężczyzna ten namalował(?) sobie pod prawym okiem coś w rodzaju łuku, i jeszcze jakieś symbole - nie potrafię ich odtworzyć, bo światło cały czas migotało i momentami nie widziałem niczego w ogóle. (...)

Czytaj dalej...
Cytaty? Hmm.

Nie jestem fanem cytatów. Kojarzą mi się z ludźmi którzy dawno temu zmarli. Kojarzą mi się z patosem. Kojarzą mi się z pamiętnikami licealistów. Kojarzą mi się też z przymusowymi lekcjami łaciny.

BTW, wystrzegajcie się kobiet które mają notatniki usiane słowami Nietzsche. To nigdy nie wróży dobrze.

Jestem osobą która woli samodzielnie sformułować mądrą myśl czy maksymę. Sięganie po czyjeś słowa, hmm. Nie, to nie dla mnie. Pewnie lubię do wszystkiego dochodzić samemu - np. studiowanie filozofów było dla mnie zawsze szalenie kuszące, ale jednocześnie czułem, że idę na skróty.

Więc stanowczo nie jestem osobą która ma cytat na każdą okazję. Doceniam jednak piękno niektórych sentencji, harmonię (wiem, oklepane słowo) formy i myśli. Jednym z takich małych arcydzieł były dla mnie zawsze słowa Martina Niemöllera, swoją drogą bardzo barwnej postaci. Pominę jednak biografię i przejdę do cytatu:

Als die Nazis die Kommunisten holten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Kommunist.

Als sie die Sozialdemokraten einsperrten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.

Als sie die Gewerkschafter holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.

Als sie die Juden holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Jude.

Als sie mich holten,
gab es keinen mehr, der protestierte.

Piękne, prawda? Wiem, że chodzi tu głównie o myśl, stosunkowo prostą na dodatek, ale nie mogę się powstrzymać przed docenieniem estetyki formy. Prosta konstrukcja, prosty przekaz, ale skłania ku głębszej refleksji. Na mnie zawsze robiło wrażenie.

Aha, dla językowo poszkodowanych - anglojęzyczne przekłady można znaleźć na wikipedii. Polskie warianty da się pewnie wygooglać przez 'Niemöller "Najpierw przyszli po"'

A dlaczego o tym piszę? A bo coś w dzisiejszej lekturze usenetu mi przypomniało o tych słowach.

Hornet, tropiciel zbędnych RPM-ów
[j:0 c:1]/home/grzegorz/projekty/rpmq> rpm -qa|wc -l     
666

Hmm... "przypadek my ass", jak mawiają Francuzi :) To efekt sesji z H-r (wymawiać przez nieme "i" i z prawie słyszalnym "n", bo inaczej da.killa kręci nosem), nazwa kodowa "Hornet" (a to już w ogóle niezrozumiałe). To takie małe coś wspomagające usuwanie pakietów-których-nic-nie-używa (coś jak deborphan chyba).

Wygląda tak... i jest bardzo toporne... ale w gruncie rzeczy robi co należy. Tyle, że pewnie i tak nie doprowadzę tego do poziomu "konsumenckiego" - działająca prowizorka w rękach lenia nigdy nie wyjdzie poza stadium prowizorki :) (nie doczeka się też wydania)

PS. Zasłuchuję się ostatnio w Jesus Jones - muzyka ta pomagała mi zbierać siły jakieś, eee, siedem-osiem lat temu. Może i teraz coś da...

Zzzzimno... idę się jakoś rozgrzać.

Paskudna strona blogowania

Ludzie pytali mnie o powody dla których zawieszam Repo - złożyło się na to dużo czynników, ale w większości były to niemiłe konsekwencje prowadzenia serwisu dostępnego "dla wszystkich".

Dostaję hate-mail, głównie od szalikowców gentoo. Za artykuł o flagach. Dlatego zdjąłem artykuły.

ChangeBlog ściągnął ludzi których nie lubię, nie szanuję i których najchętniej bym odciął od Repo. Którzy przeczytali ze dwie czy trzy notki i już czują się "ekspertami na polu hoppkizmu" - i zaczynają mi udzielać porad, albo po prostu mnie krytykować/bluzgać. Przez email, w komentarzach... i uzurpują sobie prawo do czucia "więzi" ze mną. Po tygodniu czy dwóch czytania Repo? Irytujące - odbieram to jako obelgę, bo nie sądzę bym np. w notkach z ostatniego miesiąca napisał tyle o sobie, by ktokolwiek był w stanie mnie "rozumieć" czy rozszyfrować. A już najbardziej upokorzony czuję się, gdy jakaś "świeżynka" ze swadą mi zaczyna wykładać powody mojego zachowania. I strzela kulą w płot raz za razem.

...nie lubię gdy ktoś ma jakieś "fantazje" na mój temat i wypowiada się na mój temat tak, jakby mnie znał lepiej niż ja sam. I mówi mi takie bzdury prosto w oczy, przez email czy jabbera czy gg... czuję się wtedy zredukowany do dziesięciu wpisów w changeblogu. A co jak co, ale swojej osobowości zawsze broniłem. I na próby wpychania mnie w czyjeś fantazje czy "wyobrażenia o Hoppke" zawsze reagowałem agresywnie. Więc gdy nadziałem się na kolejnego pseudofana który mnie zna "lepiej niż ja sam" zdjąłem changeblog, bo już miałem dosyć.

Przysłuchiwałem się rozmowom na linux@chat.chrome.pl. Okazuje się, że blogowanie w stylu jaki ja prowadzę jest... niepotrzebne. W ogóle, nikomu. Nikt nie lubi czytać takich blogów, ludzie wolą zwięzłe, krótkie, techniczne informacje. Bellois w komentarzach też wytyka, że jest "za mało linuksa" w tym o czym piszę. Poza tym część ludzi nie rozumie w ogóle mojego poczucia humoru - kończy się to czasem bardzo przykro. Np. wyśmiewaniem mojego wyglądu. (...)

Czytaj dalej...
Niezdara ze mnie...

Wszystko mi leci z rąk, sam nie wiem czemu. Klucze, ubrania, kubki, pilot do TV/VCR, portfel, małe kamyki, kandyzowane owoce, leniwce, tłuszcz owczy w małych słoiczkach... ;) No, wszystko :)

Ale serio, leci. Biorę coś, wydaje mi się że zaciskam dłoń dostatecznie mocno, a tu myk! I już coś szybuje ku podłodze. Przed chwilą prawie potłukłem kubek gratisowy "Maxwell House" - poleciał na ziemię, odbił się od kafelków i z łomotem poturlał dalej. Hmm, jakiś pancerny model, nawet nic z niego nie odprysło.

...więc tak się zastanawiam co dzisiaj potłukę/rozbiję/zniszczę. Niezdara ze mnie :(

Mam
[j:0 c:0]/home/grzegorz> rpm -q --changelog aspell-pl|head     
* pon paź 10 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 0.51.0-3mdk
- update (using affix compression, thus resulting in smaller package)

* pią gru 03 2004 Thierry Vignaud <tvignaud@mandrakesoft.com> 0.51.0-2mdk
- rebuild for new aspell

* pon lip 19 2004 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.51.0-1mdk
- updated to 0.51.0

* wto sie 05 2003 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.50.2-2mdk

Sukces :) Mam "mój" kurnikowy słownik w mandrivie :) 5.8MB zamiast 60MB, wszyscy użytkownicy odczują tę zmianę.

Wyjaśniła się też sprawa z architekturą słowników - tak coś nieśmiało przypuszczałem, że może chodzić o endianess - i faktycznie dlatego... i586 jest nieciekawym wyborem, ale rpm chyba nie oferuje osobnego sposobu na zaznaczenie big/little-endian. Więc... A i586 to i tak jedyny wspierany w MDV rodzaj ix86, więc może faktycznie tak jest najlepiej.

Jak mi się nie chce niczego robić dziś :( Ale trudno, trzeba. Mandrivowa mapa klawiatury przystosowana już xmodmapem, zestaw znaczków poszerzony...

PS. Pachnę cynamonem. Cały. To przez kupione wczoraj kadzidełka cynamonowe (m.in.). Nie paliłem jeszcze, ale już leżąc sobie na biurku nasączyły wszystko dookoła zapachem cynamonu. Mmm, jak w sklepie orientalnym ;) Oprócz tego mam nowy zapas świeczek, w tym śliczne długie czerwono-brunatno-innokolorowe w wypatrzonych cudem idealnie pasujących podstawkach ("klocki" z barwionego na czerwono szkła). I jedną dużą "chińską" świecę na te samotne noce przed monitorem ;) I dużo innych drobiazgów których w ogóle nie potrzebuję, ale z którymi jest mi jakoś tak milej i lepiej i "gemütlich", jak mawiają Francuzi ;)

Vedju latdat!

"Vedju latdat du eti lad.". Przy czym "latdat" czytać należy jako "lad-dat", najwidoczniej zbitki samogłosek podlegają wstecznemu udźwięcznieniu.

To ostatnie zdanie jakie zapamiętałem (z wieeeelkim trudem) z mojego ostatniego snu dzisiaj. A sny mam ostatnio bardzo żywe, kolorowe i kompletne. Przytłaczające - po każdej nocy czuję się jak po jakimś wielogodzinnym maratonie filmowym. Natłok scenerii, fabuł, postaci... i czasem nawet języków. I budzę się zmęczony. Trzy długie wczoraj, dzisiaj całonocny koszmar...

Więc kładę się jako wrak a rano budzę w jeszcze gorszym stanie. Dzisiaj trochę pomaga mi słuchanie The Cranberries. Słuchawki na uszach, muzyka podkręcona głośno... Czasem wtóruję Dolores, najlepiej "nam" wychodzi Forever Yellow Skies :) Ale to tylko zajmowanie myśli, mała pauza w postępującym wyniszczeniu. I nie mam pomysłu jak to przerwać.

PS. Oczywiście ja WIEM co znaczy "Vedju latdat (...)" - a mówią, że trzeba być opętanym by "mówić językami"... no to chyba byłbym świetnym materiałem na opętanego. Takich jak ja pewnie się w średniowieczu posyłało na stos. Skłania do refleksji, czyż nie?

Jedynaczki...

Ponarzekam. Na jedynaków. I kobiety. Zwłaszcza kobiety-jedynaczki.

Nie wiem, chyba jestem za głupi. Albo za ufny. Oder beides.

Ale to nie zmienia faktu, że jedynacy których poznaję bardzo często idą przez życie jak czołgi, miażdżąc wszystko dookoła. Bez jakiegokolwiek względu na otoczenie, bez umiejętności wyobrażenia sobie co druga osoba może czuć. Bez empatii. Bez wyobraźni. "No bo o co ci chodzi?"... O nic, już o nic - jeśli TY nie widzisz niczego niewłaściwego w tym jak mnie traktujesz, to nie ma już o czym mówić.

Nie chcę urazić jedynaków którzy to teraz czytają (a są tu tacy?), bo może to tylko moje doświadczenia, żadna reguła...

Nie chcę też układać wszystkich kobiet w jednej szufladce, ale... zresztą, co ja tu będę mówił. Chryste, zawsze wybieram nie tę co trzeba. Zawsze. Nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi... Ale nie, bo ja wierzę że ludzie są z natury dobrzy, myślą nie tylko o sobie... I wybieram. Jak ćma świeczkę. Niereformowalna ćma.

Chyba mam dość kobiet. I jedynaków. I ludzi. I siebie samego.

Idę spać, ta rzeczywistość mnie wykańcza...

Przegrywając z supportem

Francuski maintainer Mandrivy (ten od aspell-pl) mnie chyba olał. W mailu nakreśliłem mu obrazowo zyski z redukcji wielkości pakietu z 60MB do niecałych 5MB, opisałem relacje między słownikiem jakiego używają a tym kurnikowym, wspomniałem też że słownik ten szybciej się ładuje i sprawniej działa, z racji bycia mniejszym objętościowo (ale obejmuje wcale nie mniejszy zasób słów - coś ponad 3 miliony). I że polscy userzy Mandrivy by docenili i w ogóle.

I zostałem zignorowany. Nie otrzymałem nawet odpowiedzi.

Przy czym wiem, że pan developer mojego maila przeczytał. Bo w post scriptum napisałem również o tym, że mają nieporządek w pakietach słowników - część jest określona jako "i586", a część (np. aspell-de) jako "noarch". Noarch jest słuszniejsze, bo faktycznie słownik to tylko lista słów, bez binarek, więc sugerowanie iż wymaga i586 jest dosyć, no, niefortunne. I właśnie dzięki temu wiem, że mój mail dotarł i został przeczytany. Bo na drugi dzień w repo MDV pojawiła się nowa wersja pakietu aspell-de, z nowym wpisem w changelogu:

* pon paź 03 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 20030222.1-2mdk
- should not be a noarch packag

Tak, pan Thierry to ten który odpowiada za aspell-pl. Ten do którego pisałem. Normalnie nie dotyka on też aspell-de, to pierwszy raz gdy coś przy nim zrobił.

Podsumowując: polski słownik pan Thierry ma najwidoczniej gdzieś, jest też zdania że do słownika lepiej pasuje i586 niż noarch. Może napiszę mu, że man-pages też jest oznaczone jako noarch? Może niech coś z tym zrobi... ;)

Ot, i support. Zniechęcające prawdę mówiąc. Jako user czuję się tak, jakbym mówił do ściany. Mam nadzieję, że maintainer f-spota (Niemiec, IIRC) będzie bardziej kontaktowy (bo do niego też wysłałem drobnego maila w pewnej sprawie). Jeśli i on mnie oleje to zacznę myśleć, że Mandriva ma support gorszy niż PLD. W PLD developer przynajmniej odpowie. Powie, że go to nie obchodzi albo że masz samemu poprawić, ale odpowie. A tutaj? Ech, smutna sprawa. Aż chce się to zostawić i przejść na jakieś distro w którym wysyłanie bugreportów ma sens. (...)

Czytaj dalej...
Jeden z tych dni...

Dzisiejszy dzień był dla Hoppke jednym z tych dni. Było zimno, szaro, wilgotno i zimno. Hoppke miał zimne rączki, zimne nóżki, zimne uszka i zimny nosek. Jak mały Hoppke-zombie. Taki jeden koma osiem metra na siedemdziesiąt pięć kilo. No dobra, to nie taki mały. Ale i tak zimny!

[MNIAM!]

Na uciążliwą zimnicę najlepsza jest długa, ciepła kąpiel - ale Hoppke nie miał dziś na nią ochoty. Zamiast tego, wyczuwając każdym włóknem ciała nadchodzącą zimę, postawił na jedzenie. Pyszne jedzenie. Ostre. I gorrrrące :) Dlatego przygotował sobie przepyszną kolację z jakiegoś makaronu zalegającego od wczoraj w lodówce (recycling! ;), sosu meksykańskiego marki "Rolnik", czerwonej fasolki puszkowanej marki "Pudliszki" i dwóch pociętych w słupki parówek "Indykpol Classic Płońsk..." - no dobra, po prostu "Indykpol Klasycznych" :)

I pomogło! Nie ma to jak porządna kolacja... pewnie strasznie kaloryczna, ale o tym Hoppke pomyśli dopiero po zimowym obżarstwie, gdy zechce pokazać się w bikini na plaży...

Jedzenie rozgrzało go i nastroiło tak sympatycznie, że był w stanie usiąść i coś napisać na Repo. A napisał takie coś:

Odkryłem raj! W starym budynku DT Centrum... taki sklepik z butami... w 90% męskimi. Ze skóry, w większości zamszowej. No cuuuudo. Chodziłem, macałem, głaskałem, gdyby nie ekspedientka to pewnie bym wąchał i przytulał... cudowne buty. Wręcz piskały do mnie ze swoich półeczek "weź mnie! weź mnie!". I takie świetne modele letnie były, z dziureczkami arcyprzewiewnymi, wsuwane nie sznurowane... Albo takie sandałowate, do krótkich spodni (tyle że nogi bym musiał w solarium opalić najpierw)... Ale ja potrzebuję czegoś eleganckiego na jesienną aurę. Na chlapę, zgniłe liście i ładne prezentowanie się kobietom różnorakim napotykanym niezobowiązująco. Takie też tam mieli. No, ze cztery pary bym chętnie kupił od razu... ale na razie nie mam pieniędzy na ani jedną. Wychodząc ze sklepu czułem się tak, jakbym wychodził ze schroniska dla psów. Tyle bym chętnie wziął ze sobą do domu, ale nie mogę, no nie mogę i tyle :( A butom też było smutno, pociągały noskami i patrzyły na mnie tymi oczkami do nawlekania sznurowadeł... (...)

Czytaj dalej...
Dłubanina przy komputerze

[NOWY, WIĘKSZY WENTYL :] Kupiona na allegro redukcja 80mm-60mm już założona. I na procesorze siedzi sobie teraz cichy, termoregulowany fan 80mm. Oczywiście "duży może więcej", więc nagarnia odpowiednie metry sześcienne powietrza obracając się o wiele wolniej niż musiałaby to robić stara "sześćdziesiątka". Czyli szumu nie ma! :) A jakby założyć 120mm to dopiero by było... Jedyna wada obecnego wentylatora 80mm to to, że to automat i sam zmienia prędkość w zależności od wskazań swojej czujki termicznej. Ale, z powodu redukcji na której jest osadzony, znajduje się dosyć wysoko nad radiatorem i czujka może trochę zaniżać obroty. Ale z tego co widzę teraz działa dobrze. Poniżej 2k obrotów na minutę, a procesor odpowiednio chłodny. No i super.

No a 60mm, którego zdemontowałem z radiatora, postawiłem przed radiatorem chipsetu. Programowo obniżyłem mu zasilanie do połowy (płyta główna pozwala mi, z poziomu linuksa, sterować zasilaniem jednego gniazda wentylatorów), więc obroty też zjechały poniżej 2k i też jest niesłyszalny w tej chwili. No nie mam co z nim na razie zrobić, więc niech sobie dmucha na chipset.

I w chwili obecnej najgłośniejszym elementem jest wiatrak w zasilaczu. Jeśli go zatrzymam palcem, to słychać już tylko cichutki szum dysku (a i to tylko dlatego, że dysk jest wywleczony na front obudowy i w większej części pozbawiony osłony), chociaż prawdę mówiąc głośniej buczy mi elektryczność w monitorze niż ten dysk. Czyli jeśli wyciszę jeszcze kiedyś zasilacz, to będzie już całkiem super. Sam zasilacz i tak jest już dużo cichszy po ostatniej wymianie wentylatora i wywaleniu 99% żeberek jakie zasłaniały łopatki wiatraka, ale i tu jest miejsce na ulepszenia. Ale nie dopóki siedzi w tym swoim małym blaszanym gorseciku. Musiałbym go rozebrać i albo spowolnić wiatrak, albo (opcja preferowana) dać mu jakiś zacny studwudziestomilimetrowy nadmuch. Ale to raczej odpada dopóki ręce mam związane wymiarami obecnej obudowy. (...)

Czytaj dalej...
Jak wahadło bujam się, od euforii w de-pres-ję

No i znowu trochę czasu przeciekło przez palce. I chyba czuję kolejną nadchodzącą depresję. I mam już serdecznie dosyć użerania się z ludźmi o należne mi pieniądze. I bardzo chciałbym teraz zjeść pączka i się do kogoś przytulić, ale nie mam żadnego pączką pod ręką i wszystkie cukiernie już pozamykane... a przytulić też nie ma się do kogo i nikogo też nie widzę na horyzoncie.

No i buty nowe na jesień by mi się przydały jakieś... czuję, że znowu dwa tygodnie będę łaził po obuwniczych zanim coś sobie znajdę. Tylko dlatego, że mam normalnie zbudowaną stopę. I nie wbiję jej w większość tych nowoczesnych "bucików", bo tzw. "tęgość" nie ta. Gdybym miał płaskostopie, to może, może... ale nie mam. Więc będę łaził, przebierał, przymierzał i narzekał.

A wczoraj po raz pierwszy od daaaawna wypiłem sobie trochę wina. Gdzieś z kubek. Słodkiego, wiśniowego... takiego w którym "czuje się pestkę". Mmmm :) Jest ponoć tylko kilka takich prawdziwych przyjemności w życiu - a należą do nich palenie dobrego cygara, picie dobrego wina i inne takie tam. Więc to z winem mogę potwierdzić - szalenie przyjemne potrafi być. Na cygarach się nie znam, nie palę - ale może kiedyś wypróbuję. Chociaż nigdy nie widziałem niczego fajnego we wciąganiu ciepłego dymu do ust. I nie rozumiem w ogóle palaczy - co oni takiego widzą w tym nałogu? Fuj!

A, ciekawy sen miałem wczoraj. Jeden z gatunku tych nadmiernie rozbudowanych. Niestety natłok zajęć zrobił swoje i większość mi wyparowała z głowy, a szkoda. Akcja snu toczyła się w Muzeum Piratów. Muzeum było zbudowane na bazie okręgu, wielki kolisty korytarz z którego rozchodziły się odnogi do poszczególnych pokoi wystawowych. Wszystko wykończone drewnem pociemniałym ze starości, na ścianach porozwieszane koła sternicze, te szklane okienka w mosiężnych okuciach (bulaje, tak to się nazywa?), kawałki lin itp. I pachniało drewnianym strychem w środku lata. Czyli w skrócie: było ciepło, miękko i baaardzo interesująco. I co najlepsze - żadnych innych zwiedzających, żadnych oprowadzających... byłem tylko ja i muzeum. I tak coś czułem, że jestem tu pierwszą osobą od długiego, długiego czasu. (...)

Czytaj dalej...
Tak, mam mandrivę. No co?

Mieszkam przy Dąbrówki. Taka sobie ulica, króciutka. Niestety wchodzi w skład jednej z głównych arterii miasta. A żeby było jeszcze bardziej "niestety", to od jakiegoś czasu okupują ją ekipy remontowe. Coś z zatoczką autobusową robią i krawężniki przesuwają... No i dzieje się to samo co było przy budowie Carrefoura - korki. Wielkie, długie, paskudne korki. I dzisiaj musiałem swoje odczekać w takim leniwie pełzającym korku. Na szczęście siedziałem na fotelu pasażera, więc mogłem swobodnie zatopić się w myślach i nie zważać na drogową perystaltykę. Chociaż i tak czekanie mnie irytowało... bo wiedziałem już, że znowu będę jadł obiad o osiemnastej, psiakrew...

Ale czasem wystarczy malutka rzecz by człowiekowi humor o 180 stopni obrócić. W moim przypadku owa rzecz miała dwie kitki i siedziała na tylnym siedzeniu jakiejś Fabii stojącej przed nami. Mała dziewczynka, po której stanie w korku najwidoczniej spływało jak po kaczce... wesoło rozglądała się dookoła, "zaglądając" do wszystkich sąsiadujących samochodów. W którymś momencie popatrzyła i na mnie. Ułamek sekundy, kontakt wzrokowy nawiązany, mała się do mnie promiennie uśmiechnęła. I nie miałem wyboru, musiałem odwzajemnić. I w tym momencie cały zły humor gdzieś prysł.

Odwróciłem głowę w prawo, patrząc na jakąś opaloną babkę w aucie obok. Rozmawiała dosyć nerwowo przez komórkę. Zauważyła że się na nią patrzę, popatrzyła na mnie. Znowu kontakt wzrokowy, a ja jeszcze nie zdążyłem zetrzeć uśmiechu z twarzy... i wtedy ona też się uśmiechnęła. Mój Boże! To jest zaraźliwe! ;)

Czasem pozwalamy, by tak drobne sprawy jak np. korek nas zdenerwowały. Aż dziwne, że tak przyziemne rzeczy potrafią nas ściągać w negatywne emocje... a przecież prawie zawsze można się zdystansować, dać sobie margines psychicznego komfortu. Wiem, nie zawsze ma się przed sobą małą dziewczynkę z promiennym uśmiechem typu "no i po co się złościć?". A szkoda. (...)

Czytaj dalej...
Mam nowy dysk!

Miejsce na dysku zaczęło mi się kończyć. Głównie przez zdjęcia...

Od jakiegoś już czasu radziłem sobie zrzucając co popadnie na płyty DVD. Skuteczny sposób - ino niewygodny. Np. gdy siostra wpadła z wizytą i zechciała obejrzeć część zdjęć... skończyło się wertowaniem stosików płyt i żonglowaniem nośnikami.

Słuchanie muzyki równie uciążliwe. Mam sporo vorbisów rozstrzelonych po różnych DVD/CD. Jeśli chciałem sobie czegoś posłuchać, to musiałem albo katować w kółko ten niewielki zbiór jaki mieścił mi się na dysku, albo cały czas coś kasować i dogrywać nowe albumy z płyt.

Poza tym... mój komputer po ostatniej częściowej renowacji jest całkiem dobrą, biurkową maszynką. Procesor 1,8GHz, FSB 200MHz, 512MB pamięci "czterysetki"... zestaw pozwalający na bardzo płynną pracę. Ale dysk był wąskim gardłem.

No i koniec końców kupiłem sobie nowe cacko IDE :) Co prawda miałem zbierać na porządny LCD... ale chwilowo i tak miałbym problemy z uzbieraniem na satysfakcjonujący mnie ekran... więc nadszarpnąłem trochę "fundusz monitorowy" i kupiłem dysk. Ładny Caviar 250GB. Wariant IDE (moja płyta nie ma SATA). 7200rpm, 8MB cache... obecny standard, nic wyuzdanego.

/dev/hda:
 Timing cached reads:   1712 MB in  2.00 seconds = 854.00 MB/sec
 Timing buffered disk reads:  172 MB in  3.00 seconds =  57.32 MB/sec

Po wymianie nastąpił zauważalny skok szybkości "wszystkiego". Writer z OpenOffice.org uruchamia się np. w jakieś 6 sekund (za pierwszym razem, potem oczywiście dużo szybciej), co jest znaczącym przyspieszeniem. Poza tym nowy dysk jest cichszy! Hurra :)

Czeka mnie jeszcze trochę dłubaniny, po głowie łazi mi w ogóle pomysł zrobienia sobie samodzielnie obudowy komputera... z drewna pewnie, bo to najłatwiej się obrabia. Coś typu "desktop" - zwykłe leżące pudło. Szczelne, z wiatrakiem zasysającym z tyłu i kolejnym wydmuchującym z przodu, i z jakimiś filtrami żeby się kurz nie osadzał na radiatorach w środku. I z dużymi diodami power/disk (moja obecna obudowa ma malutkie diodki które mnie nie satysfakcjonują ;)

No i zastanawiam się też nad kupnem roweru. Coś do jazdy po mieście i wycieczek po okolicznych miasteczkach/wioskach, nic wyczynowego. Czy wśród Czytelników jest jakiś biker który by mógł coś doradzić, powiedzieć na co trzeba zwracać uwagę przy kupowaniu roweru itp?

Aha, zainstalowałem Mandrivę. Podoba mi się i chyba przy niej zostanę. Nie, to nie prima aprilis.

A może Ubuntu?

I już po kuracji antybiotykowej. Opuchlizna poschodziła, za parę tygodni pewnie znikną resztki zmian pod skórą (nie widać, ale da się wymacać). Oznacza to, że mogę znowu wychodzić między ludzi. Szkoda tylko, że całe winobranie mi umknęło. Niczego nie widziałem... A na zakończenie było podobno przedstawienie z całkiem gołymi babkami. Darmowa golizna i nie obejrzałem... szlag ;)

Właśnie ściągam sobie ubuntu-5.10-preview-install-i386.iso. Tak, mam zamiar zobaczyć jak poszło do przodu. I może zostawić sobie, ewentualnie? Cthulhu był sceptyczny, mówił, że pewnie i tak zacznę od razu upgrade-ować do Breezy++ i wszystko popsuję. Hmm... Coś w tym jest. Spróbuję się powstrzymywać ;)

O, do fryzjera powinienem iść, bo zarosłem trochę... I od cholernego słońca mi włosy nieco wypłowiały, a miałem przecież już takie prawie-że-czarne... ale to kiedy indziej. Na dzisiaj wystarczy mi, że się ogoliłem bez pozacinania! Brawo ja! ;)

PS. Dzisiejszy odcinek sponsorowany był przez kisiel truskawkowy z kawałkami owoców i ziarnami Winiary, mleko słodzone w tubce SM Gostyń i muzykę The Cardigans - Black Letter Day (lubię ten kawałek, bardzo).

PPS. Ostatnio trochę URL-i mi wpychacie w komentarzach, drodzy Czytelnicy. A przynajmniej próbujecie. Nie ma sprawy, ale nie używajcie tagów HTML. W ogóle. System ich nie lubi. Nie wklejajcie też tego samego URL-a w kilku komentarzach, bo tego system również nie lubi. Możecie za to normalnie wklejać adres jako zwykły tekst, będzie bezpieczny. A czemu tak? Bo to zabezpieczenie przed różnymi dowcipnisiami i spamerami, którzy przez komentarze na blogach próbują sobie podnosić ranking własnej strony w googlach. System komentarzy na Repo ma jeszcze blokowanie po IP, ale to już ostatnia linia obrony przed spamem i wolałbym nie powiększać blacklisty za bardzo...
Podsumowując: żadnego wpisywania tagów w komentarzach. Tylko zwykły tekst.

Last.fm, urokliwy Żagań i pogrzeb w rodzinie

No i znowu biorę antybiotyki. Tym razem coś nowego, Unidox Solutab, 200mg na dobę. Ale o tym za chwilę.

Miałem problemy z klientem radia last.fm. Dokładniej: przygotowana przez nich binarka pokazywała mi kwadraciki zamiast tekstu. Więc była bezużyteczna - klikanie w GUI usianym geometrią zamiast liter jest mało praktyczne. Po małym flejmowaniu sobie z Cthulhu (zwykle flejmujemy o Ubuntu - on tego używa, a ja lubię krytykować wszystko dookoła, więc... :) doszedłem do wniosku, że to przez statyczne biblioteki załączone w kliencie - zapewne niezgodność wersji między komponentami, podejrzewałem okolice fontconfig/Xft. Więc relinkowanie/rekompilacja powinny załatwić sprawę. Na szczęście ludzie z last.fm udostępniają kod (chyba na licencji BSD), więc można sobie zbudować...

No i niedawno sobie zbudowałem samodzielnie tego ich klienta. Była to jednocześnie pierwsza sensowna, samodzielna aplikacja qt4 jaką u siebie skompilowałem. No i pomogło - mam czytelne litery, klient działa. I na dodatek mam pod linuksem trochę nowszą wersję niż to, co skompilowało lastfm (ich binarki pod Linuksa to 1.0.1 chyba, a kod to 1.0.3 - więc tylko kompilując samemu ma się najnowszą wersję).

[LAST.FM PLAYER] Pierwsze wrażenie: o, całkiem fajne. Działa. Proste UI. Po uruchomieniu można sobie przeciągać linki poszczególnych stacji dostępnych na stronach last.fm, można też sprzężyć klienta z firefoksem, by klikanie w linki lastfm:// uruchamiało klienta... można też z poziomu klienta/www wyszukiwać sobie stacje według "podobieństwa" - np. mam ochotę na muzykę w stylu Orbitala, więc wklepuję "Orbital" i last.fm proponuje mi odpowiedni strumień. Można też łączyć się ze strumieniami opisującymi całe gatunki - electronic, ska, takie tam. Całe UI ładnie animowane... Podczas odtwarzania pokazywana jest okładka, wykonawca, album, tytuł - po kliknięciu w wybranej przeglądarce ładowana jest stosowna strona last.fm (pokazująca odpowiednie informacje). Można przeskakiwać odtwarzane aktualnie kawałki, oznaczać jako "lubiane" lub "nielubiane"... Brzmi bardzo ładnie, prawda? (...)

Czytaj dalej...
Let's blog!

A dzisiaj trochę typowego blogowania, czyli linki.

Na pierwszy ogień, Weebl & Bob. Bo, jak się wczoraj okazało, taki da.killa na przykład nigdy wcześniej o tym nie słyszał. No jak można nie znać tych animacyjek? Ech. Więc link do pierwszego odcinka. Polecam. Nie można się tylko zrażać pierwszymi animacjami, potem się robi coraz fajniejsze. Mogą być niezrozumiałe jeśli zacznie się oglądać jakieś wyrwane z kontekstu fragmenty, dlatego radzę oglądać po kolei, wszystkie. Fajny język, bardzo alternatywna muzyka w tle - jednym słowem, dobra rozrywka.

Komiks The Flipside. Milutki, rysowany w stylu który uwielbiam, bardzo dobry i warsztatowo, i pod względem dialogów/fabuły. Nie przegap "Book Zero!".

Drugi komiks który polecę dziś, TwoKinds. Mniej udany technicznie, ale za to kolorowy i bardziej na luzie. Czyta się bardzo miło, a humor miejscami jest naprawdę, naprawdę dobrze zaserwowany. No i fabuła trzyma w napięciu - tzn. śledzi się z niecierpliwością, a przecież o to właśnie chodzi.

Nie komiks, ale... a zresztą, sam zobaczysz. Szadoki pokazał mi lanrat, no i wydaje mi się, że warto polecać to dalej. Więc polecam!

Metapixel to zabawka którą wskazał mi również lanrat, tyle że jakiś czas temu. Znikoma przydatność praktyczna, ale można obejrzeć - efekty są całkiem ciekawe. Programowi serwuje się duży (jak największy) zbiór zdjęć, z których tworzy sobie bazę danych. Następnie używając tych zdjęć jako miniaturek jest w stanie skonstruować dowolne inne podane zdjęcie. Brzmi skomplikowanie? No ale tak to działa. (...)

Czytaj dalej...
"A mogliście skurwiela zabić..."

Niedawno moja ciocia opowiedziała jak z wujkiem załatwili sprawę pewnej kradzieży. Oczywiście to nie oni kradli... :)

Otóż parę lat temu ktoś im się włamał do garażu, coś tam ukradł. A że mieszkają w malutkiej wiosce to i dość szybko doszli kto był sprawcą. Okazało się, że to jakiś młody złodziejaszek z wioski odległej o kilkanaście kilometrów. Sądy nie sądy, "sprawiedliwość musi być po naszej stronie", więc kuzyn wziął paru znajomych, pojechali tam i gostka po prostu... porwali.

Przywieźli go, zamknęli w garażu i jak to ciocia ujęła "trzymali go tam parę dni, codziennie spuszczając manto". Złodziej dosyć szybko pękł, zaczął przepraszać, płakać, obiecywać że "już nigdy więcej" itp. Wtedy pojechali po jego ojca, coby odebrał synalka.

Ten przyjechał, zabrał zakałę rodziny i skwitował całe zajście słowami "a mogliście skurwiela zabić, wiecznie coś kradnie...".

Chciałbym, żeby nasze prawo działało tak skutecznie...

Płacz, głupi, płacz...

NP: Orbital - Halcyon

:/

No źle mi i tyle. Widać znowu mam ten "okres"... po głowie łażą mi same porażki i błędy z przeszłości, niektóre świeże, inne stare... wiem, że to pewnie przejdzie w którymś momencie - zawsze przechodzi - ale i tak czuję się okropnie. No źle mi i tyle.

Od paru dni miałem już ostrą tendencję spadkową, ale dzisiaj dołuję solidnie. Cały dzień przy zaciągniętych żaluzjach, nie robiąc absolutnie nic. Nie nadaję się do niczego. Nic, ale to naprawdę nic nie sprawia mi przyjemności, nawet jedzenie. Kiedy teraz się zastanowię, to nie pamiętam nawet czy jadłem coś dziś na obiad. Przedwczorajszy dzień to też czarna plama.

Czuję się "out of place" chyba na wszystkich możliwych płaszczyznach. Niczego nie umiem zrobić. Do niczego się nie nadaję. Nie podobam się sam sobie. Czuję się nawet źle w swoim ciele. W łazience uciekam wzrokiem od lustra. Czuję się taki... niepotrzebny. Nawet sam powód dla którego ten wpis istnieje jest żenująco głupi - nie mam się komu wyżalić, więc uźywam sieci.

...ale wcale nie pomogło, to tylko namiastka :(

Już nie mam sił na takie życie. Co jakiś czas nachodzi mnie to przygnębienie, brakuje mi bardzo "sensu w tym wszystkim", aż boli... i z każdym razem coraz gorzej to znoszę. Od jakiegoś czasu mam też dziwne sny w których ktoś proponuje mi nowe życie, coś w rodzaju reinkarnacji i startu z czystą kartą, nowymi szansami - musiałbym tylko umrzeć. Budzę się wtedy całkiem rozbity...

...idę poryczeć na sucho[1] w poduszkę.

NP: Orbital - Belfast

[1] - komfort łez jest dla mnie niedostępny, pewnie jakaś blokada psychiczna. Ryczę więc "do środka", na sucho.

No to jestem klientem sieci kablowej

NP: Yoko Kanno feat. Ilaria Graziano - Christmas In The Silent Forest

Nowy miesiąc, nowy provider. Dzisiaj wyjąłem kartę wifi z komputera (listing zawartości mojego komputera wykonany przez lshw nie wykazuje już karty d-link, za to ma uaktywniony forcedeth :), bowiem przeszedłem ja byłem na osiedlową sieć kablową i teraz jestem podłączony normalnie, do ethernetu. To jakiś dzielony DSL - transfery dużo mniejsze niż miałem "na radiu" (teraz 256/128kbps, w przyszłości ma skoczyć do 320 w downloadzie), ale powinno mi wystarczać i chodzić bezawaryjnie - a to dla mnie najważniejsze. Kabel podłączyli mi już na początku zeszłego miesiąca, testowałem przez ten okres za darmo. Bardzo ładnie, gładko pracowało. Czyli chyba będzie OK. Bo nie ma nic gorszego niż połączenie zamierające co dziesięć minut na kilkanaście-kilkadziesiąt sekund (zawsze akurat tyle, żeby zerwać połączenie z radiem internetowym), albo znikające w ogóle akurat gdy muszę pilnie nadać maila/sprawdzić coś w sieci.

Pod adresem www.winobranie.zgo.pl pojawił się już plan tegorocznego Winobrania. Muszę przejrzeć, może coś ciekawego się będzie działo? Coś na co warto będzie się wybrać? Liczę, że na winobranie do miasta pozjeżdżają się starzy znajomi... Ale to dopiero we wrześniu.

NP: Natalie Imbruglia - Sanctuary

Nawet we śnie nie ucieknę od elektroniki

NP: Placebo - Ion

Mam chwilę czasu... ale nie mam o czym pisać, więc... może mały raport z obozu snów? Coś sprzed paru dni, w telegraficznym skrócie...

Akcja zaczęła się na ulicy, gdzieś w moim mieście. Spotykam całkowicie obcą i jak najbardziej milutką dziewczynę, trochę młodszą ode mnie, ale hej - to sen, więc chrzanić tabu. "Się nada" :P. Więęęęc idę z nią do jej domu. Dużego, w stylu willowym. Wewnątrz zastaję coś w rodzaju sporego centrum obliczeniowego, z paroma stanowiskami operacyjnymi. Przy każdym siedzi jakiś facet, jednym z nich jest nawet mój ojciec.

We śnie dochodzą nowe informacje - ojcem dziewczyny jest jakiś znajomy mojego ojca, razem prowadzą sobie koleżeńsko jakąś małą operację terrorystyczną, nic wielkiego. Spędzam trochę czasu z tą młodą kobietką, pijemy coś czerwonego i zimnego (z lodem) w kuchni, trochę rozmawiamy. Poznaję też jej młodszą siostrę (ale to jeszcze dziecko, więc nie przykuwa mojej uwagi).

Nawiązuję też przelotną rozmowę z jej ojcem - proponuje mi dorobienie na boku paru stów, potrzebuje kogoś do złożenia kolejnego terminala ze złomu leżącego na szafce w korytarzyku obok kuchni. Zgadzam się, w końcu ile można podrywać jego córkę?

...faktycznie, złom. Jakiś leżący luzem hardware, nawet monitor jest w kawałkach. Trudno, biorę się za składanie. Skręcam, składam, lutuję oderwane kable. W pewnym momencie zauważam ciekawie wyglądający korytarzyk nieopodal. A co mi tam, pomyszkuję trochę - na składanie złomu znajdzie się jeszcze czas.

Korytarz jest bardzo niski, prawie kwadratowy w przekroju. Wygląda na ułożony z wielkich, jasnoszarych bloków gładkiego kamienia i kojarzy mi się jednoznacznie z piramidami. Prowadzi mnie przez parę metrów, potem skręca w lewo. Natrafiam tam na coś w rodzaju pułapki - bloki kamienia rytmicznie opuszczają się z sufitu i znowu podnoszą... a w oddali, za nimi, coś się porusza. Jest bliżej i bliżej... dociera tu mało światła, więc nie widzę zbyt dobrze, muszę czekać aż podejdzie bliżej... słyszę jakieś dodatkowe rytmiczne łupanie przebijające się przez hałas ruchomych kamieni... w końcu to podchodzi na wyciągnięcie ręki...

O! To... wielki, naprawdę wielki, sięgający mi spokojnie do pasa SZCZUR W METALOWYCH BUTACH! Z wielkim metalowym wisiorem na szyi i wielkimi, czerwonymi, lekko świecącymi oczkami. O dziwo, wcale się go nie boję. Zdaje się być inteligentny więc nic nie mówię, czekam aż pierwszy się odezwie...

...no i wtedy budzi mnie pieprzony telefon. Wrrr. Trudno, nie każdy sen opowiada się do końca.

NP: Placebo - English Summer Rain

Natchnienia, natchnienia mi trzeba!

Wrrr! Potrzebuję natchnienia, jakiejś muzy...

Ał. Kostka. Boli. Ał.

Zieeeew. Idę spać. Jutro będę miał zajęty dzień...

Lewa stopa sprawia mi kłopoty. Tzn. trochę boli gdy się na niej opieram. Staw skokowy czy jako to tam się nazywało... kiedyś miałem którąś nogę zagipsowaną, właśnie przez popularne "skręcenie kostki" (dość paskudne zresztą), może to ta sama się odzywa?

No a K. mnie wyciągnęła na spacer wieczorem, więc pewnie nie pomogło to kostce. Chociaż... prawdę mówiąc teraz już chyba nie boli. Może to dlatego, że siedzę na krześle.

W Linux+ może pójdzie tekst o panoramach - jeśli naczelny przyklepie. I pewnie go skrócą - jestem przyzwyczajony do standardów sieciowych, gdzie nikt mi nie limituje długości wypowiedzi. A tu niestety, nie mogę powiedzieć wszystkiego. Muszę wybierać rzeczy najważniejsze i pomijać te mniej ważne. Ech. Chciałbym na płytkach L+ zamieścić też trochę przykładowych fotek, panoram, plików projektu hugina - to lepsze medium niż sieć, bo nie trzeba się tak cackać z wielkością plików, więc chętnie bym skorzystał. Różne wersje próbne panoram które są jakoś powiązane z tym artykułem (który, mam nadzieję, ukaże się kiedyś w druku) zebrały mi się też na imageshack - o, osiem przykładów. Oczywiście nie wiem czy dasz radę je obejrzeć - imageshack ostatnio strasznie kulawo chodzi.

Aaaa ja lecę spać. Chciałem dzisiaj coś napisać o cieple ludzkiego ciała i subtelnych przyjemnościach jakich dostarcza mi leniwe tulenie się do kobiet, ale nie mam już... zieeeew... siły. SPAAAAĆ :)

Śniadanie eklektyczne

NP: The Cranberries - Do You Know

Raz na parę dni robię sobie solidne śniadanie. Bo moje posiłki nie mają cyklu dobowego... No dobra, mają, ale tylko częściowo - nad wszystkim panuje jeszcze kilkudobowy über-cykl który zmusza mnie do zatankowania co parę dni większej liczby kalorii. Najchętniej w postaci śniadania, po którym nie mogę myśleć o jedzeniu aż do północy (nie wliczając lodów, bo te mogę jeść zawsze, nawet wypchany po brzegi).

Dzisiaj czyściłem lodówkę z resztek. Najpierw dwie zabłąkane parówki pociąłem w słupki (takie po 2-4cm długości), wrzuciłem na patelnię. Do tego połowa zielonej papryki... połowa czerwonej... jakiś niedojedzony pomidor...

kilka łyżeczek musztardy francuskiej, podsmażałem przez parę minut...

połowa słoika jakiegoś sosu do spaghetti, znowu trochę podsmażamy, ale krótko... kurkuma żeby złamać ten mało frapujący smak sosu makaronowego...

Cytryn nie miałem, a szkoda - bo cytrynowego soku ze dwie-trzy łyżeczki bym dodał chętnie...

Na koniec wykładam dno blaszanej miseczki pyzą (parowańcem) pociętą na plasterki (niecały 1cm grubości), zsuwam część zawartości patelni. Kładę drugą warstwę pyzowych plasterków, zakrywam resztką patelniowej mieszanki... et voila! :)

Łomatko. Pełna miseczka wyszła. Pękam w szwach. Bardzo zadowolonych i najedzonych szwach :)

PS. Te parowańce, jak się je u mnie nazywa, to pyzy gotowane na parze. Takie małe "bułeczki" z drożdżowego ciasta. Wiem, że w innych częściach kraju mają inne nazwy. Trochę ich zostało w lodówce i się już zsychały, więc... a że ryżu mi się nie chciało gotować (wiadomo, przy śniadaniu każdy się spieszy...)

NP: The Cranberries - Delilah

No i znowu przemokłem

Wypala mi się właśnie ostatnie kadzidełko "The Moon", "Opium" też mi tylko jedna sztuka została... i świeczek nie mam prawie... a to oznacza, że muszę jakoś na dniach wybrać się na zakupy do świeczkarni i uzupełnić zapasy - bardzo lubię przebierać w tych olejkach eterycznych, kadzidełkach, świeczkach, świecznikach i podstawkach :)

W nocy była niezła burza. Na tyle solidna, że w pewnym momencie się obudziłem i zamknąłem okno. Pamiętam bardzo ładne grzmoty i ulewę.

Dzisiaj, już za dnia, była powtórka z rozrywki. Tylko tym razem byłem oczywiście na zewnątrz i zostałem przez ulewę zaskoczony. Akurat przechodziłem przez park Tysiąclecia gdy się rozpadało. Próbowałem przeczekać pod takim wielkim, rozłożystym drzewem, ale nic z tego - zaczęło przeciekać. Więc zacząłem się przebijać jakoś w kierunku budynków - doleciałem do oddziału BZWBK... wparowałem do środka i przygodne panie od razu nazwały mnie "miss mokrego podkoszulka" (na szczęście nikt nie robił zdjęć :). Cały mokry... Postałem tam z dziesięć minut, odlepiając sobie koszulkę od cycków (praktycznie niewykonalne) i wytrzepując wodę z włosów, zabezpieczyłem też zawartość torby która nieco przemokła. A gdy trochę zelżało rzuciłem się na zewnątrz. Ale już w okolicach Blues Express znowu się rozpadało i musiałem kolejny raz odczekać, tym razem pod parasolami na zewnątrz lokalu. Chyba trochę wtedy przemarzłem. Widziałem też bardzo sympatycznie wyglądającą dziewczynę, która ubrana w czarną bluzę-kangurkę, bez specjalnych zabezpieczeń szła sobie dosyć niespiesznym krokiem przez największą ulewę. Lubię takich ludzi, gdyby nie to że przemakającą torbę miałem wypchaną po brzegi elektroniką, to pewnie sam bym tak właśnie szedł przez deszcz. Uśmiechnąłem się do niej, ona odwzajemniła uśmiech.

Na Kupieckiej popatrzyłem sobie jeszcze na deszczową atrakcję - ulewa była tak nagła i intensywna, że w kanalizacji burzowej wypierane przez wodę powietrze osiągało chyba niezłe ciśnienie (fotka).

A potem wszystkie ciuchy poszły do wymiany, buty się suszą... Byle tylko jakieś przeziębienie mnie nie wzięło teraz. Chyba profilaktycznie wezmę ciepłą kąpiel. Tak, to dobry pomysł. Idę do wanny.

PS. Używam teraz Sawfisha. Może przy nim pozostanę? Jest całkiem wygodny. Po przejściu z icewm muszę odzwyczaić się od korzystania z taskbara (nie jest to trudne, jakoś sobie radzę używając sawfishowego menu z listą okien), a za tray służy mi plugin z fbpanela (działa o wiele lepiej niż icewmtray). Na razie sprawdza się bardzo dobrze.

Poranek borówkowy

Poranek na działce - zbieranie ogórków, pomidorów, jabłek (całych dwóch sztuk :) i borówek. Borówki obrodziły jak diabli. Nigdy tylu chyba nie było. I na krzakach dużo wisi, i całą michę do domu przyniosłem. Ciekawe czemu tak dużo? Wszystko inne szlag trafił, mniej lub bardziej dokładnie... Przymrozki skosiły swego czasu większość kwiatków i w tym roku prawie żadnych owoców nie było (szkoda mi szczególnie wczesnych czereśni, uwielbiam je) i nie będzie raczej - oprócz tych borówek, one czują się świetnie.

Mowa oczywiście o dużych, słodkich borówkach amerykańskich. Dobre pierogi z nich wychodzą, można oczywiście maczać je w trakcie jedzenia w borówkach ze śmietaną i cukrem, tak jak to się z truskawkami robi... gorące pierogi i zimna śmietana... mniam...

No i znowu się kernel rozjechał

Ha! Dzisiaj kończyłem porządkować szafę, nie znalazłem już nic do wywalenia (kilka par spodni i parę koszul pozbyłem się w zeszłym tygodniu), za to trafiłem na białe dżinsy które z jakiegoś powodu miałem upchnięte na półeczce "rzeczy nie do noszenia". W zeszłym roku najwidoczniej nie mogłem ich dopiąć (albo mogłem dopiąć, ale musiałem przy tym rezygnować z oddychania). A teraz bez większych problemów. Nie są luźne, ale ich noszenie nie jest też uciążliwe. No, to mam "nowe" spodnie - ładne, jaśniutkie, bardzo ładny krój, idealna długość.

Używałem kernela 2.6.13-pre1, teraz przeskoczyłem na 2.6.13-pre3. Ma sporo rzeczy przeniesionych z gałęzi -mm, a przynajmniej tak to mi wygląda. Konfigurowalna wartość HZ, dodatkowe ustawienie w konfiguracji wywłaszczania, kexec... Z tego co rozumiem to znajdzie się i w pełnym 2.6.13, skoro jest w -pre? To miłe dodatki dla desktopowców...

Tyle że lirc mi się "rozjechał". Bo oczywiście po 2.6.12 zmieniło się API czegoś w kernelu, coś w okolicy rejestrowania/usuwania urządzeń czy jakichś klas... No, nieładna sprawa. Takie zmiany naprawdę nie powinny zachodzić w parzystej serii kernela... poprawki typu "zmiana nazwy/argumentów funkcji" powinno się odkładać na bok i aplikować przy 2.7 dopiero... Ale trudno. Poprawiłem co trzeba i zdaje się działać. Na wypadek gdyby ktoś potrzebował oto sam patch.

Jak daleko pada jabłko od jabłoni, czyli znaczenie komunikacji

Jak dużo cech przejmuje się od rodziców?

Może inaczej: jest sporo cech które widzę u mojego ojca. I które mi się nie podobają. Mówiąc najogólniej chodzi o interakcje z innymi ludźmi - czasem potrafił (i nadal potrafi) być dosyć nieprzyjemny, że to delikatnie ujmę. Zawsze sobie obiecywałem, że nigdy nie będę taki, że nie będę tak traktował ludzi, nie będę reagował w określony sposób w jakiejś określonej sytuacji...

Ale... czasem wyłazi ze mnie jakaś wada mojego ojca... nad którą jednak nie zapanowałem.

Czy naprawdę wychowanie tyle znaczy? Czy jestem skazany na replikowanie jakiegoś wzoru nawet jeśli mi się nie podoba? A może to geny?

Najgorsze jest to, że ja naprawdę nie chcę postępować źle... ale potrafię zranić kogoś w dokładnie taki sam sposób jak mój tato to zrobił kiedyś ze mną czy mamą. I jeśli mi się tego nie wypomni, to mogę nawet nie zauważyć. Może on też nigdy tego nie zauważał, i dlatego...

Więc zacząłem się zastanawiać nad rolą komunikacji. No wiesz, sprzężenie zwrotne. Każda akcja wywołuje reakcję, jeśli kogoś urażę to powinienem zostać sprowadzony do pionu, żeby zauważyć że coś robię źle... w końcu chyba ludzie nie są z natury złośliwymi sadystami, więc może chodzi o to, że takim jak mój ojciec czy, jak na to wygląda, takim jak ja... że takim ludziom nikt nie zwracał uwagi i nie dawał im szansy zauważenia błędów które popełniają?

No bo weźmy prosty scenariusz - rozmawiam z kimś, niech to będzie hipotetyczna kobieta, im szybciej puszczają nerwy... No więc rozmawiam z babką i nagle mówię coś, co ona odbiera jako obrazę. Oczywiście nie taka była moja intencja, powiedzmy że to był tylko zły dobór słów z mojej strony, jakieś nieporozumienie, albo żart którego nie odebrała po mojej myśli... I teraz wszystko zależy od jej reakcji, prawda? Może nic nie powiedzieć i kontynuować rozmowę - ja nic nie zauważę, ona ma uraz. Z czasem się tylko będzie to pewnie pogłębiać. Ale może też od razu mnie zaatakować - czego ja z kolei mogę nie zrozumieć, dochodzi do otwartego konfliktu, eskalacja zbrojeń, po paru miesiącach mijając się na ulicy udajemy już, że się nie zauważamy nawzajem. (...)

Czytaj dalej...
Zagadka fotograficzna i kobieca hipokryzja ;)

[UFF!] Padnięty jestem :) Wymęczony, ale i zadowolony. Pogoda mi się podoba, chociaż to lato. Próbuję uratować przed śmiercią taki jeden kawałek swojej osobowości, więc ganiam na forsujące "spacery" gdy tylko mogę, chętnie w towarzystwie. I to chyba działa - zaczynam znowu czuć przyjemność z posługiwania się zmysłami (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało), gdy jestem wśród innych ludzi nie myślę od razu "ile jeszcze muszę z nimi wytrzymać?", a towarzystwo samiczek nie jest już tak strasznie irytujące.

Aha, na powyższym obrazku (w wersji powiększonej) jeden detal jest Nie Tak Jak Powinien Być. I nie chodzi mi o malowniczo wyeksponowaną żyłę szyjnie zlokalizowaną :) No, patrz uważnie... co jest źle? Tik-tak tik-tak tik-tak...

Nie wiesz? Oooo, przykro mi, czas minął. Chodziło o flaszkę! Pusta jest! A nie powinna. Możesz pomóc mi załatać ten fatalny niedostatek w moim życiu, wiadomo, przez FPR. To tylko moja sugestia, ale pamiętaj - za każdym razem gdy olewasz FPR Bóg zabija małego kotka! Serio!

A nie potrzebuję dużo do szczęścia, Karmi Poema w markecie obok mnie zeszło w cenie poniżej 2zł, więc... poza tym datki na wino też są zawsze mile widziane - aaaaaa, właśnie, ktoś poleci jakieś dobre, "umiarkowanie ekspensywne" wino? Półsłodkie perhaps? Tzn. ja tam wypiję dowolnego kwasiora i najwyżej powiem "cóż za interesujące walory smakowe" (to taka inteligencka wersja "wytrawne aż wykręca mordę na drugą stronę, ale grunt że sponiewierało"), tyle że lubię mieć w barku coś czym i kobietę można upoi^W poczęstować. A z doświadczenia wiem, że serwowanie im jakiejś zielonej herbaty czy "interesującego" wina nie ma sensu - nie docenią ;)

Coś jeszcze chciałem napisać... hmm. Włączyłem The Cranberries (trochę przez da.killę) i teraz słucham albumu za albumem. I śpiewam chyba czasem. I nie mogę się skupić bo śpiewam. Yyy, o czym to ja mówiłem... hmm.

PS. Parę dni temu od kobiety usłyszałem, że jestem m a ł y. I nie, nie było to w sytuacji intymnej i nie chodziło o penisa. Mały? Ja mam tak koło 1,8m, wydawało mi się zawsze że to taki, no, średnionormalny wzrost... Ech, te baby. Wymagania, phi. Koszykarza sobie znajdź! Czy ja kiedykolwiek przy którejś narzekałem "ale biust to byś mogła mieć większy" czy "eee, wiesz, może nie noś takich krótkich sukienek - już ja mam prostsze nogi..."? No więc? Narzekałem? NIE! A dlaczego? Ob wrfgrz, xhejn vpu znć snfmlfgbjfxn, gnxgbjal ;) Doooobra, idę sobie nalać wina produkcji Chateau de Mio Pappa (tak, wiem, moje umiejętności władania językami o których nie mam pojęcia porażają ;), rocznik bliżej niesprecyzowany. Się ulululam kubaskiem do snu :) Lulululu... mmm... :)

Kolejna awaria wifi :(

W wireless lanie którego jestem klientem znowu się coś skopało. Dwa dni bez sieci, dzisiaj działa w sumie tylko http, https i ssh. Do czasu zakupu nowych modemów czy jakoś tak... został mi miesiąc cyrografu jeszcze, potem mogę zmieniać operatora... tylko nie bardzo mam wybór. TPSA jest za droga by ich brać na jedną osobę (potrzebuję czegoś w okolicach min. 256kbps), Dialog tak samo... ZTPNET (sieć lokalnej TV kablowej) nie ma zamiaru teraz kolonizować mojej części osiedla... pozostaje jakaś sieć która ciągnęła tu niedawno kable między blokami, mam jakąś ulotkę sprzed paru miesięcy. Dwa numery telefonów, żadnego www czy adresu email... ale zadzwonię i się dowiem. Wolałbym już wyjść z wifi, za duża awaryjność... Ktoś z Zielonej ma jakiś pomysł?

Wykorzystałem wolną chwilkę oraz obecność wolnej partycji 10GB i zrobiłem benchmark filesystemów w kernelu 2.6.12-mm2. Kopiowanie "z zewnątrz" dużej ilości danych do pojedynczego pliku, rozpakowywanie na filesystem źródeł kernela 2.6.12, kopiowanie tego drzewka do nowego katalogu, usuwanie dużego pliku, usuwanie drzewka kernela i jego kopii. Obciążenia typowe dla normalnego "workload". Pomijałem testy odczytu itp. bo różnice nie są wielkie i na desktopie zwykle całkiem nieistotne. A oto wyniki w PDF.

Enlightenment, anyone?

[MECH] 80% ludzi którzy widzą zrzuty mojego pulpitu narzeka, że kolory są be i w ogóle jest taki deprymujący. Dziwadła :P

Ale zacząłem kombinować z innymi kolorami, kształtami itp. wprowadzając więcej pstrokacizny. Nie powiem, widzi mi się nawet. Zacząłem od odświeżającej tapety mokrego... mokrego... hmm, powiedzmy że to mech. Tak, to to zielone.

Clearlooks przerzuciłem na standardowy, brązowawy zestaw kolorów. Dekoracje okien itp. spróbuję jakoś podkolorować może coś w stylu Elberga, tylko dorzucę jeszcze błękit i czerwień... a skoro jesteśmy przy oknach, to oglądałem niedawno DR17 (Czyli Enlightenment 0.17 z CVS). Jestem pod wrażeniem tego jak wydajnie obsługuje te wszystkie animacyjki, refleksy itp. Imponujące. Ludzie z teamu E wiedzą jak robić szybką grafikę, w końcu używany wszędzie (bezkonkurencyjny) Imlib/Imlib2 to ich dziecko. A z DR17 kroi się coś naprawdę dobrego. Prawdopodobnie się przesiądę gdy tylko wyjdzie release :) Głupio, że powstaje kolejne środowisko oparte na własnych toolkitach, ale ich jakość... chyba usprawiedliwi to