NP: Placebo - Ion
Mam chwilę czasu... ale nie mam o czym pisać, więc... może mały raport
z obozu snów? Coś sprzed paru dni, w telegraficznym skrócie...
Akcja zaczęła się na ulicy, gdzieś w moim mieście. Spotykam całkowicie
obcą i jak najbardziej milutką dziewczynę, trochę młodszą ode mnie, ale hej
- to sen, więc chrzanić tabu. "Się nada" :P. Więęęęc idę z nią do jej domu.
Dużego, w stylu willowym. Wewnątrz zastaję coś w rodzaju sporego centrum
obliczeniowego, z paroma stanowiskami operacyjnymi. Przy każdym siedzi jakiś
facet, jednym z nich jest nawet mój ojciec.
We śnie dochodzą nowe informacje - ojcem dziewczyny jest jakiś znajomy
mojego ojca, razem prowadzą sobie koleżeńsko jakąś małą operację
terrorystyczną, nic wielkiego. Spędzam trochę czasu z tą młodą kobietką,
pijemy coś czerwonego i zimnego (z lodem) w kuchni, trochę rozmawiamy.
Poznaję też jej młodszą siostrę (ale to jeszcze dziecko, więc nie przykuwa
mojej uwagi).
Nawiązuję też przelotną rozmowę z jej ojcem - proponuje mi dorobienie na
boku paru stów, potrzebuje kogoś do złożenia kolejnego terminala ze złomu
leżącego na szafce w korytarzyku obok kuchni. Zgadzam się, w końcu ile można
podrywać jego córkę?
...faktycznie, złom. Jakiś leżący luzem hardware, nawet monitor jest
w kawałkach. Trudno, biorę się za składanie. Skręcam, składam, lutuję
oderwane kable. W pewnym momencie zauważam ciekawie wyglądający korytarzyk
nieopodal. A co mi tam, pomyszkuję trochę - na składanie złomu znajdzie się
jeszcze czas.
Korytarz jest bardzo niski, prawie kwadratowy w przekroju. Wygląda na
ułożony z wielkich, jasnoszarych bloków gładkiego kamienia i kojarzy mi się
jednoznacznie z piramidami. Prowadzi mnie przez parę metrów, potem skręca
w lewo. Natrafiam tam na coś w rodzaju pułapki - bloki kamienia rytmicznie
opuszczają się z sufitu i znowu podnoszą... a w oddali, za nimi, coś się
porusza. Jest bliżej i bliżej... dociera tu mało światła, więc nie widzę
zbyt dobrze, muszę czekać aż podejdzie bliżej... słyszę jakieś dodatkowe
rytmiczne łupanie przebijające się przez hałas ruchomych kamieni... w końcu
to podchodzi na wyciągnięcie ręki...
O! To... wielki, naprawdę wielki, sięgający mi spokojnie do pasa
SZCZUR W METALOWYCH BUTACH! Z wielkim metalowym wisiorem na szyi
i wielkimi, czerwonymi, lekko świecącymi oczkami. O dziwo, wcale się go nie
boję. Zdaje się być inteligentny więc nic nie mówię, czekam aż pierwszy się
odezwie...
...no i wtedy budzi mnie pieprzony telefon. Wrrr. Trudno, nie każdy sen
opowiada się do końca.
NP: Placebo - English Summer Rain