No i mam nową mychę. Tę którą chciałem, czyli BT-58. Dobrze pasuje do dłoni,
jest nieco krótsza niż moja poprzednia i ma smuklejszy tyłeczek, co akurat
się przydało bo mam męskie dłonie, ale nie jakieś przesadnie wielkie... Sama
mysz świeci jak latarnia morska i to jedyne co mogę jej zarzucić. Reszta
jest OK. Opór i "tykanie" rolki są dobrane tak jak lubię, sama rolka jest
też znacznie wyciszona w porównaniu ze starszymi optycznymi Logitecha. Klik
pozostałych przycisków jest też w normie, wyczuwalny i słyszalny, ale bez
przesady. Lewy i prawy przycisk chodzą "lżej" niż w mediatechu, co byłoby
bardzo w porządku gdyby nie opór wciskanej rolki. Otóż samą rolkę wciska się
trudniej. To pewnie ma zabezpieczać przed kliknięciem rolką przy
przewijaniu, ale akurat dla mnie opór na rolce by mógł być zrównany
z pozostałymi przyciskami. Aha, kabel jest odpowiednio długi. Nie mierzyłem,
ale jest nawet trochę dłuższy od kabla starej myszy, więc mycha się szybko
zaaklimatyzowała na swoim miejscu obok monitora a w przyszłości być może
przesunie się na dogodniejszą nawet pozycję (bo planuję dorobienie sobie
dodatkowej bocznej półeczki pod mysz, jakoś sprytnie podwieszonej obok
wysuwanej półeczki na klawiaturę (półeczka jest niestety wąska i oprócz
klawiatury wiele mi się tam nie zmieści, więc mysz musiałaby dostać
"przybudówkę").
No i obowiązkowe fotki gryzonia: od
frontu, z boku i z wierzchu (ta ostatnia fotka robiona
z polarem dla wytłumienia refleksów światła - czarny szatan :)
Mamy wiosnę. Definitywnie. Byłem niedawno na działce, ojcu trochę pomóc...
nawbijałem sobie w łapy kilkadziesiąt drzazg z kolców po krzakach
agrestu, prawie-że przeziębiłem sobie gardło i cudem uniknąłem skręcenia kostki, ale udało mi
się też dokonać pewnej obserwacji: wiosna już nie tyle się pojawiła, co zdjęła buty
i rzuciła na kanapę a teraz mamrocze "nie wstanę, tak będę leżeć". Czyli że
się nie ruszy dopóki lato nie przyjdzie i nie nakopie jej w tyłek. Bo na
zimę nie ma już co chyba liczyć, nie wróci tak szybko...
Korzystając z pogody szukałem śladów nieśmiało kiełkującej flory (trawy
nie liczę) no i trochę znalazłem :) Stąd parę fotek w wiosennej minigalerii
Moskwicza. Gdybym wziął ze sobą
statywik i nastawił się na zdjęcia makro, to mógłbym mieć parę ładnych
tapetek. No trudno, odkuję się przy konwaliach. I tulipanach. To już
niedługo :)
...jakiś porządny statyw by mi się przydał...
Wiosna się rozpoczęła, śniegi puściły, mogę ganiać bez czapki
i szalika... a Repo zarosło kurzem. To nawet nie jest brak czasu, bo tę
godzinkę zawsze bym dał wyskrobać - to raczej jakaś taka, hmm, "niemoc
twórcza". Nie chce mi się robić niczego do czego mnie się nie zagna
solidnym skórzanym pasem. Śpię więcej niż zwykle. Energia mi się kończy koło
czwartej po południu i do północy najnormalniej w świecie sobie wegetuję.
I tak dzień za dniem... A od wiosennego słońca łeb mi pęka, zwampirzyłem się
już chyba do reszty.
Aha, miewam nawet tzw. "sny erotyczne", chociaż akurat tej kategorii
praktycznie nigdy nie miewałem. Przez jakiś czas po przebudzeniu z takich
snów czuję się jeszcze bardzo "nastrojowo", hyhy, a na kobiety patrzę
wyjątkowo łaskawie. Na tyle, że w "porannym amoku" spodobały mi się ze dwie
z kasjerek z pobliskiego marketu (tak, każda kobieta która się wtedy na mnie
nadzieje ma prze-rą-ba-ne, bo w stanie rozerotyzowanym wszystkie kobiety nagle wydają mi się atrakcyjniejsze).
Na szczęście znam takie stany z czasów nastolatkowania i jestem
uodporniony - mam nawet taką prywatną teorię dotyczącą radzenia sobie
z instynktami seksualnymi, zgodnie z którą mężczyźni są o wiele bardziej
opanowani niż kobiety, jeśli idzie o seks. Wynikałoby to z hormonalnych
szałów jakie przechodzi się dorastając. Ponoć u chłopaków wewnętrzna presja
jest o wiele silniejsza niż u dziewczyn, więc albo popada się w obsesyjny
onanizm, albo zaczyna zaliczać wszystkie "chętne" laski, albo wypracowuje
się solidne mechanizmy samokontroli. Najczęściej dorastający chłopak
próbuje jakoś zrównoważyć sobie te trzy sposoby, ale uważam, że ponieważ
w tak ciężkim stanie przychodziło nam dorastać, to i potem łatwiej
jest nam nad sobą zapanować i generalnie na pokusy ciała możemy być
odporniejsi niż kobiety z którymi się potem stykamy. I odczuwam za każdym
razem satysfakcję gdy widzę jak kobieta pod wpływem pożądania kobieta
przestaje myśleć/zachowywać się racjonalnie. A mówi się, że "faceci myślą
fiutem"... Akurat. W moim świecie to babki są opętane seksem... ale może
przenoszę subiektywne wnioski na ogół populacji, nie każdy musi spotykać tak
namiętne (czy to odpowiednie słowo?) kobiety jak ja, choć sądzę że to
całkiem reprezentatywna część żeńskiej populacji jest. Możliwe też, że nie
mogę służyć jako model dla męskiej części ludzkości, ale wydaje mi się, że
aż tak bardzo nie odstaję od reszty naszych? (...)
Czytaj dalej...
Dzisiaj szybko, bo nie mam wiele czasu. Aktualizacja Hierophanta
- usunięty banalny acz paskudny błąd w nowym skrypcie /etc/hbs/deps - przez
gapiostwo użyłem tam iteracji nie po tym słowniku co trzeba (kopiowałem kod
z innego fragmentu skryptu i nie zmieniłem nazwy pewnej zmiennej)
i w rezultacie połowa kodu generującego PROVIDES była nieaktywna. Były
generowane "proste" PROVIDES, bez "wersjonowanych symboli", tzn. wykrywało
np. libc.so.6, ale nie wykrywało już
libc.so.6(GLIBC_2.1.3). Kod generujący REQUIRES był za to
pełnosprawny, więc to się dosyć szybko zaczynało rozsuwać. Wyłaziło na
wierzch np. przy paczkowaniu glibc, gcc czy firefoksa. Poprawiłem.
Poprawiłem też inny błąd, pojawiał się on w hbsremove gdy usuwało się
równocześnie wszystkie pakiety które miały między sobą konflikt plików,
a nazwa jednego z nich była (niepoprawnie) kończona "/" (np. "hbsremove
pakiet1 pakiet2/ pakiet3"). W takim wypadku pliki będące w konflikcie
(powtarzające się w pakietach) nie były w ogóle usuwane z dysku. Wiem, że to
dosyć egzotyczna sytuacja, ale jednak zachodziła, w tym parę razy u mnie.
Wbudowałem stripowanie ostatniego "/" z nazwy pakietu, powinno wystarczyć.
Prawdopodobnie wykluczyło to też kilka mniejszych, podobnych błędów. Nowy
Hiero oczywiście w Rupieciarni.
Przyłapałem mojego tatkę na majstrowaniu
czegoś, co z grubsza wyglądało na jakąś terrorystyczną zabawkę i kojarzyło
się mi niejasno ze słowami takimi jak "trotyl", "ładunek" i "detonacja".
Części które umiałem rozróżnić to: jakiś element LED, małe okrągłe cosik
(mikrofonik?), cholernie wrażliwy pręcik drgający w metalowym oczku (coś jak
czujnik ruchu czy wibracji), od spodu wmontowane parę jakichś tranzystorków
i jeden scalak, z boku jeszcze jakiś ekranik którego roli nie rozumiem.
Mina? No nic, zostawmy mojemu Radykalnemu Ojczulkowi jego zabawki (które na
dodatek wyprodukował w paru egzemplarzach, pewnie żeby proces technologiczny
ulepszyć). Oczywiście ja wiem co to jest, ale oczywiście nie powiem :P
Zgaduj! (...)
Czytaj dalej...