Ciamk, ciamk. Rzodkiewki, pomidory, sałata, papryka... moje ulubione
jedzenie. Preferuję taką dietę, ale nie mogę na niej jechać przez cały
rok... poza sezonem ciężko kupić sensowne pomidory (owszem, w każdym
markecie bez problemu dostanie się jakieś pomidoropodobne, twarde jak kamień
i pozbawione soku i aromatu kulki, ale ja ich nie lubię) czy rzodkiewki.
Ogórki też są fajne.
A, dzisiaj trzynasty! Nic pechowego się mi nie przydarzyło, wręcz przeciwnie - dzień upłynął bardzo miło. Jakiś czas temu nawaliły mi ostatecznie głośniczki komputerowe (kupione daaawno temu) więc wymieniłem je na używane 4.1 i osłuchuję się w śpiewie Alanis Morissette. Używam ich i tak tylko w trybie stereo, ale dwie dodatkowe satelitki za plecami znakomicie polepszają wrażenia (jestem w końcu przyzwyczajony do słuchawek, więc lubię dźwięk dookólny). No a osobny subwoofer (szkoda że w plastiku, ale nie charczy i nie psuje, więc obleci) poszerza dół pasma. Tak że sobie osłuchuję audio, jeszcze grzebię trochę w ustawieniach miksera (chyba już mam moje idealne ustawienia) i w ogóle się cieszę całkiem fajnym jak na głośniki dźwiękiem.
Ostatnio pojawiło się sporo nowego oprogramowania - glibc-2.3.5, gimp-2.2.6, gtk+-2.6.6 i parę innych... Napisałem sobie kilka prostych skryptów porównujących moje domowe oprogramowanie z tym dostępnym w Archu i uzupełniłem zaległości. Wyrzuciłem z systemu pppd i wvdial, pozbyłem się też ostatecznie pakietu rpm. Tym samym nie mam już ani jednego pakietu który by nie był instalowany za pomocą HBS. Ostatnim, najstarszym pakietem z ery pre-hbs był wvdial, z datą instalacji 20020825.
Miałem bardzo miły sen dzisiaj. Byłem u mojej babci, nieżyjącej od
ładnych paru lat. Sen opiera się w pewnym stopniu na wspomnieniu jakie mam
z wizyty u niej... gdy nie byłem chyba nawet nastolatkiem... oj, na pewno
nie byłem. Geograficznie było to w
tej wsi (BTW, Niewęgłosz widoczny w prawej górnej ćwiartce wiąże się
w prostej linii z moim nazwiskiem :).
Kiedy byłem u babci panowało akurat upiornie gorące lato... i któregoś
wieczoru wybraliśmy się na wrzosowiska. Nie wiem teraz ile z obrazów które
pamiętam jest prawdziwych... czy też było rzeczywistych wtedy... a ile
dopisała po latach moja wyobraźnia... ale pamiętam przepiękne, pofałdowane
wrzosowisko, pachnący skraj lasu, zachodzące słońce...
I właśnie taka sceneria przychodzi do mnie czasem we snach. Ląduję wtedy
tam, w jakimś oderwaniu od czasu i ludzi, w lesie przepełnionym światłem
i życiem, gdzie drzewa są potwornie wysokie i bardzo, bardzo stare. I gdzie
za każdym razem mogę znaleźć coś co leżało w zapomnieniu od całych stuleci.
W poprzednim śnie odkryłem tam ruiny jakiegoś kamiennego miasta, rozgrzane
kamienne bloki zarośnięte do połowy mchem, w jeszcze wcześniejszym śnie
natknąłem się na wieeelki, głęboki jar do którego oczywiście wlazłem i nie
mogłem się z niego wydostać, a w tym śnie natrafiłem na rozległe pole
wrzosów wśród drzew. I były jak bagno, czy też ruchome piaski - nogi
zapadały mi się coraz głębiej i głębiej, aż w końcu przestałem iść przed
siebie by nie przelecieć z lasu "na drugą stronę" (w tych snach mam bardzo
konkretną świadomość istnienia drugiego miejsca pod tym lasem - miejsca do
którego nie mam ochoty się udawać). Co ciekawe nie poczułem się wcale
zagrożony - gdy jestem w tym lesie to praktycznie za każdym razem pakuję się
w jakieś tarapaty, ale nigdy nie czuję strachu, to zbyt przyjemne miejsce
jest by się bać. Nawet gdybym nagle trafił na stos szkieletów zarośniętych
mchami to i tak pewnie byłby to malowniczy kopczyk skąpany światłem, bardzo
urokliwy i w ogóle śliczny. Nic czego by się trzeba bać. Dlatego też tkwiłem
sobie spokojnie zagrzebany po biodra w grząskich wrzosach, aż usłyszałem że
ktoś przechodzi niedaleko mnie. Zawołałem i pojawiła się ona. Kobieta, niby
nic szczególnego, ale odbierałem ją tak samo jak całe to miejsce - czyli
bardzo, bardzo pozytywnie. Podeszła do mnie i pomogła wyleźć na ścieżkę.
I poszliśmy przed siebie. Nosiła jasny kapelusz z szerokim rondem i jasną,
długą sukienkę. Na szyi miała chyba też okrągłe korale, czerwone albo
brunatne, ale tu nie mam pewności. I tak sobie szliśmy rozmawiając "o
niczym" aż zaczęliśmy mijać bardzo dziwne rośliny. Wyglądały trochę jak dwie
baaardzo długie, skrzyżowane igły skrzypu. I każdy taki zielony krzyż był
zawieszony na pajęczej nici. Trochę jak wielki, zielony znak "plusa" wiszący
na wysokości piersi lub nieco nad głową. Każda taka roślina miała z pół
metra szerokości, a końcówki ramion pod ciężarem nieco się uginały.
Wyglądało to przedziwnie, trochę jak szkielety latawców, tyle że
z symetrycznymi ramionami i niewidoczną nicią pajęczyny przymocowaną do
miejsca w którym ramiona się ze sobą przecinały. Chciałem sięgnąć po aparat
i pstryknąć fotkę, ale nie mogłem znaleźć torby u swojego boku. Chciałem
żeby się tam pojawiła i posługiwałem się starym trikiem - zamykałem we śnie
oczy a następnie sięgałem ręką spodziewając się wymacać kształt aparatu (gdy
poczuję przedmiot pod palcami to otwieram oczy i faktycznie się pojawia
- zresztą w podobny sposób mogę w snach zmieniać scenerie czy cofać czas,
tyle że wtedy dodatkowo łączy się to ze zrobieniem kroku naprzód, tak jakbym
przechodził przez wyimaginowany portal), ale tutaj to nie zadziałało, to
miejsce nie pozwoliło mi na używanie takich tricków. Moja
towarzyszka potwierdziła, że tutaj mi się to nie uda. Przeszliśmy jeszcze
kawałeczek piaszczystą, rozświetloną ścieżką a potem zacząłem się do niej
dobierać. Nie protestowała co było bardzo miłe z jej strony. Sen urwał się
gdy tylko zacząłem się z nią kochać na tym ciepłym mchu. No cóż, bywa.
Hmm, kobiety chyba powinny unikać chodzenia ze mną na wrzosowiska czy leśne spacery. Chyba wygłodzony jestem. Ale to przeeeejdzie.