No i znowu biorę antybiotyki. Tym razem coś nowego, Unidox Solutab, 200mg na dobę. Ale o tym za chwilę.
Miałem problemy z klientem radia last.fm. Dokładniej: przygotowana przez nich binarka pokazywała mi kwadraciki zamiast tekstu. Więc była bezużyteczna - klikanie w GUI usianym geometrią zamiast liter jest mało praktyczne. Po małym flejmowaniu sobie z Cthulhu (zwykle flejmujemy o Ubuntu - on tego używa, a ja lubię krytykować wszystko dookoła, więc... :) doszedłem do wniosku, że to przez statyczne biblioteki załączone w kliencie - zapewne niezgodność wersji między komponentami, podejrzewałem okolice fontconfig/Xft. Więc relinkowanie/rekompilacja powinny załatwić sprawę. Na szczęście ludzie z last.fm udostępniają kod (chyba na licencji BSD), więc można sobie zbudować...
No i niedawno sobie zbudowałem samodzielnie tego ich klienta. Była to jednocześnie pierwsza sensowna, samodzielna aplikacja qt4 jaką u siebie skompilowałem. No i pomogło - mam czytelne litery, klient działa. I na dodatek mam pod linuksem trochę nowszą wersję niż to, co skompilowało lastfm (ich binarki pod Linuksa to 1.0.1 chyba, a kod to 1.0.3 - więc tylko kompilując samemu ma się najnowszą wersję).
Pierwsze wrażenie: o, całkiem fajne. Działa. Proste UI. Po uruchomieniu
można sobie przeciągać linki poszczególnych stacji dostępnych na stronach
last.fm, można też sprzężyć klienta z firefoksem, by klikanie w linki
lastfm:// uruchamiało klienta... można też z poziomu klienta/www wyszukiwać
sobie stacje według "podobieństwa" - np. mam ochotę na muzykę w stylu
Orbitala, więc wklepuję "Orbital" i last.fm proponuje mi odpowiedni
strumień. Można też łączyć się ze strumieniami opisującymi całe gatunki
- electronic, ska, takie tam. Całe UI ładnie animowane... Podczas
odtwarzania pokazywana jest okładka, wykonawca, album, tytuł - po kliknięciu
w wybranej przeglądarce ładowana jest stosowna strona last.fm (pokazująca
odpowiednie informacje). Można przeskakiwać odtwarzane aktualnie kawałki,
oznaczać jako "lubiane" lub "nielubiane"... Brzmi bardzo ładnie, prawda?
Ale w praktyce się nie sprawdza. Po pierwsze - jakość połączenia. Stacja okresowo potrafi przycinać, a klient ma, z tego co widzę, tylko minimalne buforowanie. Próbowałem na szybko dorobić większe bufory, ale wtedy zaczęło się rozjeżdżać odtwarzanie i to, co pokazuje UI. Najwidoczniej bufor transferu, bufor odtwarzania i GUI są na sztywno połączone, zmieniając parametry jednego trzeba by pozmieniać całą resztę. I pewnie dlatego klient nie oferuje żadnej opcji sterowania buforami. A więc zarzut pierwszy - klient który co prawda wygląda dobrze i działa, ale któremu brakuje bardzo potrzebnych opcji tuningowania (no bo serio, co to za klient radia bez sterowania wielkością buforów?)
Drugi, o wiele większy problem - kategorie są DO KITU! Za każdym razem gdy sobie coś włączyłem, to po paru minutach łapałem się na "chryste, co to za chłam?". Np. gdy zażyczyłem sobie czegoś w stylu Annett Louisan (niemiecki pop, miękki wokal) to po chwili dostałem... jakiś angielski death growl. Gdy poprosiłem o jakiś jazz, to po kilkunastu minutach zaserwowało mi kicz-pop made by Aqua. Podsumowując: pomysł świetny, pierwsze wrażenie zachęcające, ale w praktyce jak na mój gust zbyt często okazuje się, że system tagów w ogóle nie pasuje do tego co potrafią puścić.
Dobra, dosyć marudzenia. Mamy ostatnio prawdziwy urodzaj na gtk+ - krótko po wyjściu 2.8.0 pojawiła się 2.8.1, potem 2.8.2, teraz mamy 2.8.3. Dlaczego odnoszę wrażenie, że wydanie 2.8.0 było przedwczesne i teraz panicznie naprawia się te najgrubsze usterki? ;) Mówi się, że to przez Gnome szykujące się do kolejnego cyklu zamrożenia, no ale bez przesady - właśnie w taki sposób psuje się oprogramowanie, goniąc za numerkami wersji zamiast wypuszczania "gdy będzie gotowe". No i gratuluję Gnomowi, opieranie się na toolkicie w którym po głównym wydaniu błyskawicznie pojawiają się kolejne trzy bugfix-releases na pewno gwarantuje solidne, stabilne, przetestowane fundamenty. Taa... oj, chyba znowu marudzę :)
Ooookeeej, to teraz coś przyjemnego - jakiś tydzień czy dwa temu spędziłem trochę czasu u siostry, w Żaganiu. To niedaleko Zielonej Góry. Było dużo kiełbasek z grilla, mnóstwo musztardy i trochę zwiedzania Żagania z siostrą i szwagrem.
Śliiiiczne miasto! Zacząłem nawet brać pod uwagę kupno roweru żeby sobie móc tam czasem rekreacyjnie myknąć, choć to pewnie głupi pomysł. Większa część miasta została zburzona w wyniku wojny, ale domy odbudowano. Większość to jednak niska zabudowa, kamieniczki itp. No i mnóstwo drzew, jak widać na tym ujęciu z wieży widokowej.
Jednym z najprzyjemniejszych miejsc okazał się dla mnie być pałacyk. Bardzo ładne miejsce, powiązane ze starymi przypowiastkami i legendami, np. o architekcie który wykonywał maski maszkaronów zdobiące okna i gzymsy, ujrzał twarz diabła, spadł z drabiny i się zabił. Albo o czterech drzewach na dziedzińcu, zasadzonych przez księcia dla swoich czterech córek (które to córki miały być ponoć legendarnie brzydkie, ale rekompensowały to imponującymi posagami). Itp. itd. Taka otoczka kulturalna tego miejsca :) Aha, i zarządcą tego terenu był, a chyba i jest nadal, pianista z kabaretu Potem. A taki zawsze siedział cichutki i niepozorny na występach kabaretu... ;)
A więc jest sobie ten pałacyk, z dziedzińcem, murami, suchą fosą, obowiązkowymi rzeźbami (świeżo po renowacji)... no i wieeeelkim parkiem z trawą, byczymi drzewami i masą ławeczek. A my tam dotarliśmy akurat na letni zachód słońca - romantyzm do kwadratu. Żaganianie naprawdę mają gdzie przychodzić na randki :) Zresztą, pałacyk to modne miejsce na urządzanie wesel, albo przynajmniej podjeżdżanie do robienia zdjęć parze młodej (jak widać na zdjęciu pałacyku, ta biała zjawa przy lewej krawędzi zdjęcia to właśnie jedna ze snujących się po okolicy panien młodych. Na szczęście Białe Damy kręcą się tylko przy murach, nie zapuszczają się głębiej w park - więc spokojnie można sobie zabrać kogoś na randkę gdzieś w głębsze partie terenu, bez obawy że kręcące się na widoku panny młode naprowadzą naszą randkę na głupie pomysły, no wiesz, pomysły typu "ooo, jaka piękna suknia ślubna... zawsze wyobrażałam sobie, że właśnie w takiej pójdę do ślubu... KUP MI TAKĄ I OŻEŃ SIĘ ZE MNĄ WRESZCIE! ILE MAM CZEKAĆ??!"
Ale pomijając całą dotychczasową urokliwość miejsca (ciepłe powietrze, zachód słońca, zimne mury, mroczny dziedziniec, ławeczki pod wiekowymi drzewami), to jeszcze nie koniec. Z nóg zbiła mnie... płynąca woda! Caaaała masa wody na wyciągnięcie ręki! I skrzypiący, wibrujący pod nogami drewniany mostek! A jakby tego było mało, to jest jeszcze tama - przy której jest zakaz kąpieli, ale widziałem, że jakieś dzieciaki i tak się pluskają.
Uuu, jak ja bym chciał mieć takie coś pod ręką... bym chodził czytać książki pod wielkimi lipami, siedział na tamie głaszcząc pluskającą wodę, czaił się po krzakach i straszył panny młode, i w ogóle miał masę przyjemności...
Ale zapomnijmy o przyjemnościach - bo ostatnio miałem w rodzinie pogrzeb. Stryj. Prawdopodobnie serce - po prostu nie doczekał kolejnego poranka. Przynajmniej spokojną śmierć miał...
Trudno mi teraz coś powiedzieć, bo mam mętlik w głowie. Był pogrzeb, daleko od Zielonej Góry. Było dużo rodziny. Dużo się mówiło, dużo słyszałem i widziałem. Potrzebuję paru tygodni żeby to wszystko przetworzyć i poukładać, za dużo informacji w krótkim czasie zmagazynowałem.
Ale tak w skrócie - stryj był... no... botanikiem. Zapaleńcem. Posiadał też wielką wiedzę w innych dziedzinach - zapamiętywał wszystko o co się otarł... nigdy nie dał się skusić na karierę naukową, wolał organizować zakład leśny, pomagać sadownikom, a w ostatnich wielu latach wójtować swojej gminie. I to te kadencje go kosztowały tyle nerwów. Zrobił bardzo dużo dla lokalnej społeczności, ale za cenę własnego zdrowia... dożył tylko 61 lat.
Pogrzeb był... duży. Rogów jest malutki, ale ludzi pojawiła się cała masa. W tym dużo oficjeli i delegacji z instytucji/szkół z którymi stryj miał styczność. Naliczyłem osiem sztandarów (straż pożarna, leśnicy itp.)... nie spodziewałem się tego. Uroczystość była piękna - miejscowy kościół jest piętrowy i msza odbyła się w "górnym kościele" - o dosyć ażurowej, przeszklonej konstrukcji. I strażacka orkiestra z marszem pogrzebowym. Potem cmentarz, przemówienia przy grobie (miałem mieszane uczucia gdy słyszałem jak w superlatywach o stryju mówią ludzie, którzy za jego życia wielokrotnie ścierali się z nim na posiedzeniach rady gminy, albo którzy po prostu podkładali mu swojskie świnie - ale tak to jest gdy na pogrzeb przychodzą politycy).
A w Rogowie mieści się zakład leśny. Doświadczalny, w sensie eksperymentów na roślinkach ;) Zakład pewnie by nie powstał gdyby nie wiedza i konsekwencja stryja... nie chciał jednak objąć "dowodzenia" zakładem, po wszystkim wolał robić coś bardziej globalnego - stąd te wszystkie kadencje wójta. Kanalizowanie wiosek, drogi, pomaganie i organizowanie lokalnych wytwórców (głównie sadowników, dostał nawet tytuł honorowego członka jakiegoś Stowarzyszenia Sadowników Polskich, czy jak to się zwało).
Tak że pogrzeb był duży, większy niż bym oczekiwał. Po składaniu wieńców na świeżo usypanym grobie powstała monstrualna kopuła kwiatów, sięgająca mi do pasa i wypełniająca ściśle całą kwaterę.
Ale żeby nie kończyć w tak przygnębiającym nastroju, odeślę Cię do paru fotek z samego Zakładu Leśnego - przyjemne miejsce, zwłaszcza latem. Niestety, nie miałem tym razem czasu ani głowy żeby przejść się po arboretum... szkoda, zwłaszcza alpinarium zawsze mi się podobało. Więc to tylko parę ujęć z okolic domu stryja (mieszkał w domu na terenie samego zakładu - trochę dziwnie, na uboczu).
A, ale obiecałem powiedzieć o co chodziło z tym antybiotykiem... Prosta sprawa - najprawdopodobniej w Rogowie mnie coś pogryzło. A że od paru lat wykazuję coraz mniejszą tolerancję na jadowate owady, to i skończyło się... chomikiem. Znaczy się, w chomikołaka się zamieniam :( Mam opuchnięty prawy policzek, kawałek szyi i prawą brew. O dziabnięciach na nogach czy plecach nawet nie wspominam, ale te na szczęście nie puchną. Za to jakiekolwiek dziabnięcie w twarz, szyję czy głowę... łomatko. No i czując co się święci (swędzenie, małe guzki narastające w ciągu paru dni do zagrażających życiu opuchlizn (skroń, oko, krtań - też mi się trafiło, psiamać) poleciałem do lekarki po antybiotyki. Pierwsza doba przyjmowania już za mną, zobaczymy jak to dalej pójdzie. No ale na Winobranie (właśnie trwa!) się wybrać nie mogę, bo jak taki chomik jak ja ma między ludźmi...? I, dopiero teraz do mnie dotarło, biorę antybiotyki. Czyli zero alkoholu...
No a K. ma dziś urodziny! Wszystkiego najlepszego! A ja uziemiony przez jakąś głupią hiperalergiczną reakcję i nie mogę się z nią bawić...
Dobra, a teraz wszyscy ustawiają się w kolejce i kolejno głaszczą mnie, biednego chomika który nie może nawet na winobranie iść czy się czegoś z K. napić :(
...no już, głaskać, W KOŃCU BIEDNY JESTEM, NIE?
Dopiski:
Od: prism
Data: 20050906, 19:31
No fajnie, a gdzie moja zmiana w kodzie RSSów? :-) hint: s/#_/\?id=/g
Od: Hoppke
Data: 20050906, 19:42
@prism: A co mi tam, zaaplikowałem "patcha". Teraz jest lepiej?
Od: prism
Data: 20050906, 21:05
Noooo. Teraz jest cacy! Dzięki. Rychłego odchomikowania się życzę ;-)
Od: hughofborg
Data: 20050906, 21:37
Bierzesz antybiotyki przeciwalergicznie? Bardzo to dziwne, wszak antybiotyki przeciwdzialaja infekcjom a nie reakcjom uczuleniowym. Jakas antyhistamina bardziej by sie nadawala. Ale nie jestem lekarzem...
Od: Hoppke
Data: 20050907, 00:27
@hughofborg: bo ja nie mam uczulenia na pyłki czy alergii pokarmowej. Reaguję za to ostro na jakieś owadzie jady. Taki owad coś tam swoją kłujką wprowadza, tkanki panicznie reagują, obrzęk, pękające ściany komórkowe, w tych warunkach bakcyle przyniesione przez bzyczące ścierwo sobie świetnie radzą... a ja na dodatek prawie zawsze zdążę jeszcze wszystko rozdrapać, no bo cholera-jasna-jak-to-swędzi... Nie wiem, może reakcja alergiczna miejscowo wyłącza mi układ odpornościowy. Nie jestem lekarzem :)
Aha, ale nie jestem wyjątkiem - akurat o tym wtedy sobie z lekarką pogadałem i mówiła, że ostatnio po pogryzieniach przez meszki i inne takie przepisuje się coraz więcej antybiotyków, więc nie jestem wyjątkiem. W przypadku pogryzienia alergia łatwo żeni się z infekcją.
Nauczyliśmy się już, że głupi kleszcz może człowieka do szpitala zawlec. Słyszałem o przypadkach krów które padały po pogryzieniu przez meszki. Więc...
Od: lanrat
Data: 20050907, 12:24
Kiedyś pracowałem w pewnej firmie ulokowanej kilkanaście km w głębi lasu. Pogryzły mnie raz dwa małe cosie w okolicach kostek. Obie (kostki nie cośie) zesztywniały tak, że nie mogłem chodzić (nie można było zgiąć stopy). Brrr.... niemiłe wspomnienia. Wtedy też lekarz mówił, że są takie wynalazki nowe co fruwają w powietrzu i atakują z zaskoczenia.
* głaszcze Ho(mi)ppke za uszami...
Od: Animowany Cthulhu
Data: 20050908, 16:08
Tak więc jak już mogę po_anty_narzekać to to zrobię.
a) klient wymaga stabilnego 128kbit/s, akurat u mnie bardzo rzadko przycina ale to już z powodu grubości mojej rury ;>
b) Fakt, że wersja krzyczy 1.0.x spowodowane jest tym, że poza społecznością OS ludzie inaczej widzą te wersje. U nich coś co nie ma 1.0 nie warte jest zainstalowania a u nas coś co ma 1.0 ma być stabilne jak skała, działac jak szwajcarski zegarek etc.
c) buforowanie.. tu nie mogę się przyczepić twojego krytykowania.. chociaż.. może.. hmmm.. o, wiem.. nie, jednak nie.. a może.. hmm.. jestem pewien, że autorzy którzy otwarci są na propozycje z radością przyjmą rozwiązania które zastąpi aktualne ;>.
d) Tagi dzięki którym powinieneś otrzymywać muzykę której oczekujesz są dodawane przez użytkowników. Jako, że tagowanie jest stosunkowo młode to i wyniki często nie są adekwatne - to się zmieni gdy więcej osób będzie dodawało swoje tagi - w końcu zagłuszy to żartownisiów którzy umieszczają zespól Heavy Metallowy w Electronic ;>.
Co tam dalej.. GTK/Gnome.. mrrrr ;>
No niestety - chęć wypuszczenia stabilnych wersji Gtk/Cairo przed Gnome 2.12 nie był do końca trafiony - zresztą hej - tak robią wszystkie "poważne firmy" ;>. A tak na poważnie to terminów które się ustaliło trzeba się trzymać. Lepiej następnie wypuścić kilka patchy niż przesunąć wydanie o naście dni. No, ale to takie strasznie nie_OS_owe myślenie ;>.
kurde, i co by tu dalej komentować.. damn.. głaskać nie będę.. ale mogę współczuć i robić smutne oczy.. o, jaki fajny znaczek '”'
Od: Animowany Cthulhu
Data: 20050908, 16:08
No tak, jak można stronę w iso8859-2 jeszcze robić? przynajmniej ładnie wyeskejpowałeś go ;>
Od: dood
Data: 20050908, 19:26
Hoppke,
bardzo jestem ciekaw tych flejmow na temat Ubuntu. Jakie jest twoje zdanie o tej dystrybucji i dlaczego takie zle ? :)
Od: Hoppke
Data: 20050908, 21:01
@Cthulhu: ale u mnie stabilnie działają radia 256kbps, więc jeśli zrywa jakiś strumień potrzebujący 128 czy 64, to winię "ICH" serwer...
A robię w iso8859-2 bo lubię :) Wewnętrznie wszystko i tak działa na utf-8, ale strony konwertuje do latin2 przed eksportem. Ot, moja mała ekstrawagancja :)
@dood: a, tak sobie czasem coś się flejmnie. Ogólnie Ubuntu mi się podoba, jedna z lepszych distro jakie oglądałem. O niebo lepsza na system domowy niż Debian. Ale na potrzeby flejma zmieniam poglądy ;)
Od: Animowany Cthulhu
Data: 20050908, 21:52
Nie no - prawdą jest, że ich serwery są mocno obciążone ale jak poflejmować to poflejmować (powiedzial /me ktoremu net 3 godziny nie dzialal a teraz ma 0.3kB/s... nawet sobie Last.fm nie poslucham ;/)
Od: K.
Data: 20050912, 15:13
Dziękuję bardzo za życzenia, szkoda, że nie dotarłeś, ale co tam, odbijemy sobie kiedyś spacerkiem :)
Od: Hoppke
Data: 20050912, 17:20
@K.: Odbijemy, obowiązkowo! :)
Od: #389770
Data: 20050916, 20:11
Biedny chomiczek... Pamiętaj jednakowoż, że owoce winobrania można zawsze zachomikować w policzki, wylać do spiżarni i spożyć, kiedy już Ci przejdzie ;)
Antybiotyki na pokąsanie przez bestie fauny wielonogiej, skrzydlatej i pancerzastej? Chyba szybciej pomogłoby Ci choćby porządne, polskie, katolickie wapno musujące - ale antybiotyk? Hmmm... To zdecydowanie musiała być młoda lekarka z długim stażem i małym apanażem ;P
Wracaj do zdrowia!
Od: Hoppke
Data: 20050918, 00:30
@#389770: Dziękuję, już chyba całkiem wyzdrowiałem :)
Ta moja lekarka jest... no... eee... no jest jaka jest ;) Co by nie mówić antybiotyk COŚ tam chyba zdziałał. Albo przynajmniej zabezpieczył przed pogorszeniem/komplikacjami.
Wapno musujące oczywiście łykam. Nawet we wzmocnionym wariancie antyalergicznym. Tzn. łykam, o ile nie zapomnę :)
A przegapione Winobranie też chciałbym jakoś sobie wynagrodzić. Żal mi jarmarku... niby to tylko kramy ze starociami, tandetną biżuterią, ciuchami i jedzeniem po zawyżonych cenach, ale ja mam chyba sentyment. Deptak zapchany ludźmi, sprzedawcy zjeżdżający się czasem z drugiego końca kraju, graficy-"portreciarze"... no lubię to. Już połazić i pooglądać jest miło. No i to spotykanie się ze znajomymi, pogawędki aż do rana przy jakimś lekkim alkoholu... to trudno zachomikować "na później" :)