ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Jak wahadło bujam się, od euforii w de-pres-ję

No i znowu trochę czasu przeciekło przez palce. I chyba czuję kolejną nadchodzącą depresję. I mam już serdecznie dosyć użerania się z ludźmi o należne mi pieniądze. I bardzo chciałbym teraz zjeść pączka i się do kogoś przytulić, ale nie mam żadnego pączką pod ręką i wszystkie cukiernie już pozamykane... a przytulić też nie ma się do kogo i nikogo też nie widzę na horyzoncie.

No i buty nowe na jesień by mi się przydały jakieś... czuję, że znowu dwa tygodnie będę łaził po obuwniczych zanim coś sobie znajdę. Tylko dlatego, że mam normalnie zbudowaną stopę. I nie wbiję jej w większość tych nowoczesnych "bucików", bo tzw. "tęgość" nie ta. Gdybym miał płaskostopie, to może, może... ale nie mam. Więc będę łaził, przebierał, przymierzał i narzekał.

A wczoraj po raz pierwszy od daaaawna wypiłem sobie trochę wina. Gdzieś z kubek. Słodkiego, wiśniowego... takiego w którym "czuje się pestkę". Mmmm :) Jest ponoć tylko kilka takich prawdziwych przyjemności w życiu - a należą do nich palenie dobrego cygara, picie dobrego wina i inne takie tam. Więc to z winem mogę potwierdzić - szalenie przyjemne potrafi być. Na cygarach się nie znam, nie palę - ale może kiedyś wypróbuję. Chociaż nigdy nie widziałem niczego fajnego we wciąganiu ciepłego dymu do ust. I nie rozumiem w ogóle palaczy - co oni takiego widzą w tym nałogu? Fuj!

A, ciekawy sen miałem wczoraj. Jeden z gatunku tych nadmiernie rozbudowanych. Niestety natłok zajęć zrobił swoje i większość mi wyparowała z głowy, a szkoda. Akcja snu toczyła się w Muzeum Piratów. Muzeum było zbudowane na bazie okręgu, wielki kolisty korytarz z którego rozchodziły się odnogi do poszczególnych pokoi wystawowych. Wszystko wykończone drewnem pociemniałym ze starości, na ścianach porozwieszane koła sternicze, te szklane okienka w mosiężnych okuciach (bulaje, tak to się nazywa?), kawałki lin itp. I pachniało drewnianym strychem w środku lata. Czyli w skrócie: było ciepło, miękko i baaardzo interesująco. I co najlepsze - żadnych innych zwiedzających, żadnych oprowadzających... byłem tylko ja i muzeum. I tak coś czułem, że jestem tu pierwszą osobą od długiego, długiego czasu.

Wystaw było sporo. Pamiętam jednak tylko urywki jednej z nich. Poświęcona była piratowi którego imienia (nazwiska? a może ksywy?) nie pamiętam. Wiem tylko, że brzmiała egzotycznie i bardzo japońskawo. Tzn. po dźwięku można byłoby sądzić, że to jakiś japoński samuraj. Ale chodziło o jak najbardziej białoskórego pirata.
Pirat ten był artystą. Wynalazcą. I konstruktorem. Genialnym, swoją drogą. Kiedy teraz o tym pomyślę, to chyba duży wpływ na jego postać miało to, co wiem o Leo (Da Vinci, oczywiście). Specjalnością owego pirata były mechaniczno-magiczne, rzeźbione w drewnie popiersia... Takie do wieszania na ścianach... płaskorzeźby, o. To chyba lepsze słowo. Wielkości ogrodowego krasnala.

Rzeźby te przedstawiały różne rzeczy, ale najczęściej ludzi. Miały bardzo wiernie oddane rysy i odpowiednie proporcje, tyle że były opowiednio pomniejszone - żadna nie była dłuższa niż moje przedramię z dłonią. Ciekawą ich cechą było to, że po dotknięciu i odpowiednio wyrażonym w myślach życzeniu rzeźby ożywały. I każda miała konkretne przeznaczenie - ów pirat-wynalazca miał bardzo utylitarne podejście do sztuki.

Było sobie np. popiersie jakiejś kobiety. Niezbyt ładnej, z sugestywnie otwartymi ustami. I służyło, oczywiście, jako maszynka do fellatio. Równie oczywistym jest to, że skorzystałem. No co? :) Widać pan pirat potrzebował czegoś co by mu uprzyjemniało długie miesiące na morzu... i, jak sądzę, uprzyjemniało bardzo skutecznie.

Ale o wiele ciekawsza moim zdaniem była miniaturka żołnierza. W zielonym mundurze, ale bez hełmu. Żołnierz ten znajdował się w pozycji półleżącej, jakby oparty o coś plecami. I nie miał nóg! Tzn. miał kikuty, takie smutne resztki sięgające gdzieś do połowy ud. Nogawki spodni zawinięte i spięte agrafkami, twarz umorusana - jednym słowem archetyp ofiary wojny.

Zadaniem tej rzeźby było "bycie najlepszym kompanem", głównie do rozmów. Po uaktywnieniu wojak podnosił się nieco i inicjował rozmowę - gotów był do wysłuchania problemów jakimi się go zarzucało, udzielał sensownych rad, gdy trzeba było to przywalił prawdą w oczy - czyli wszystko to czego się oczekuje od najlepszego kumpla. A patrząc na jego kalectwo nie można było przesadnie użalać się nad sobą, bo przecież "inni mają jeszcze gorzej". Intrygujący wynalazek. Co prawda postać żołnierza w zielonym, całkiem nowoczesnym mundurze zupełnie nie pasowała do czasów gdy piraci przecinali morza i oceany, ale sny mają swoje prawa :)

Przy tej wystawie była też księga gości. Wpisy w niej wyglądały podejrzanie podobnie do komentarzy na onecie... :)

A, no i piosenka! W tle cały czas leciała irytująca piosenka opisująca życie i przymioty tego pirata. W języku angielskim. Bardzo fajnie zrymowana, z ciekawą melodią, ale nie podobała mi się ani trochę. BTW, to już któryś raz w ostatnim czasie śniła mi się piosenka, angielska. DLACZEGO?! Piosenki te są naprawdę fajne, mają wiele zwrotek, nienaganne rymy itp., zaraz po przebudzeniu pamiętam spore ich kawałki, ale myśl o tym że to ja jestem ich autorem nieco mnie przeraża. Nie lubię gdy mój mózg robi takie rzeczy za moimi plecami. Nie dość, że posługuje się wprawnie angielskim, to jeszcze komponuje melodie, no i to całe rymowanie... tak jakby siedziała we mnie druga osobowość. Ja taki przecież nie jestem, ani trochę. Creepy.

Wyśniłem sobie tamtej jednej nocy dosyć materiału na całkiem ładne opowiadanie. Może, zamiast relacjonować sny w tak barbarzyński sposób powinienem raczej traktować je jako natchnienie i motywy do tworzenia opowiadań? Np. spisać "Animaturki. Pirat Shinn i jego twórczość."? ;) No dobra, tytuł jest do kitu. Tytułów wymyślać nie umiem :) Ale czasem szkoda mi tych wszystkich miejsc i światów które przemijają gdy tylko się obudzę. Tyle szczegółów odchodzi w zapomnienie... a bez fabuły nie mogę ich wyeksponować...

[OBUDOWA] A teraz, dla odwrócenia Twojej uwagi, mój ty drogi Czytelniku/Czytelniczko, pogadamy sobie o komputerach. Tzn. ja będę gadał, a Ty będziesz cierpieć ;)

To co widać na zdjęciu to moja machina obliczeniowa, tudzież mój prywatny mózg elektronowy ;) Dysk leżący na podłodze zaczął mnie nudzić, nie chciałem czekać aż przypadkiem go kopnę czy rozdepczę, więc zapakowałem całość do środka. To oczywiście mój stary tower leżący na boku. Ile ja się namęczyłem żeby sanki napędów odczepić! Cholerna chińska produkcja, znitowane na sztywno. Ale precyzyjna ręczna piłka do metalu i małe cążki do blachy czynią cuda. Pościnałem łebki nitów i dalej było już łatwo. Chociaż sposób mocowania sanek w ich obecnej pozycji jest dosyć, hmm, prowizoryczny. Wykorzystuje ileś śrubek, podkładek, nakrętek i ciekawie zaaplikowany kątownik oraz luźny kawałek blachy. Dwie godziny przeglądałem domowe zasoby śrubek, wkrętów itp. szukając odpowiednich materiałów... No ale w końcu zamontowałem na tyle stabilnie, że trzyma poziom i można wsuwać tackę dłonią bez obawy, że całość wleci do środka :)

Dysk sobie grzecznie leży na nowo zagospodarowanym kawałku obudowy - powinienem jeszcze opracować jakiś system zatrzasków, bo na razie jedynie leży. Ograniczony co prawda z trzech stron odpowiednimi elementami, ale to jeszcze za mało.

Całość stosownie popoprawiałem. Elementy produkujące wibracje (sanki, napędy, dysk, zasilacz) otrzymały odpowiednie elementy izolacji - prowizoryczne oczywiście, ale dosyć skuteczne. Powycinałem kawałki blach zasilacza żeby zwiększyć przepływ powietrza i zmniejszyć szum przy wentylatorze. Czekam teraz na zamówione na allegro grille do wiatraków 80x80mm, przyda się szczególnie przy wentylatorze tylnym. No i wtedy może z przodu podepnę jeden 80mm. Może z rezystorem, żeby był bezgłośny. Bo co prawda otwory dla 80mm na froncie są przygotowane fabrycznie, ale siateczka perforacji jest kretyńska. Więc bez wycięcia jej i założenia grilla nie ma co montować wiatraka na froncie.

Pozostaje jeszcze panel przedni... a raczej jego brak. Mam opatentowaną ;) metodę produkowania solidnych powierzchni z... papieru. Sklejanego w odpowiednim procesie technologicznym w wiele warstw, nasączanego barwnikiem i impregnatem, potem ew. zaciąganego jakimś lakierem. Powstaje tworzywo o właściwościach przypominających plastik... wykorzystywałem to w kilku miejscach wcześniej, więc panel o grubości ~5mm powinien też mi się udać. Ale może zdecyduję się na klasyczną blachę, nie wiem.

No i włącznik. Na razie podczepiłem stary pstrykacz z jakiejś obudowy AT, z przycisku Turbo. Tyle, że w przypadku ATX nie jest to zbyt dobre. Szukam jakiegoś wygodnego i oryginalnego rozwiązania (ideałem byłaby odskakująca stacyjka, albo małe kółko do kręcenia... stacyjkę wypatrzyłem dziś w sklepie z elektroniką, ale klucze miała z tandetnej cienkiej blachy, gorsze niż zamki w pudełkach na dyskietki, więc odpadła), ale z braku laku zamontuję mikrostyk (tak to się nazywa?) z myszki. No, ten myszkowy klikacz. Jest malutki i ma malutki skok, ale się nada. Wystarczy dorobić jakąś pokrywę i będzie "prawie dotykowy" włącznik. I da się na pewno ładnie wkomponować w panel. To samo z resetem...

Szukałem też dzisiaj odpowiednik światełek. Niestety, w elektronicznych jakie odwiedziłem nie było odpowiednich LED. Mi by odpowiadały prostokątne, a jeszcze lepiej kwadratowe. Spore, tak z 10mm... Tymczasem spotykałem albo te malutkie prostokątne, albo większe, ale okrągłe. A ja chcę mieć płaski, świecący kwadracik. No i spory - obudowa standardowo miała światełka jak łebki zapałek, więc chcę teraz mieć coś bardziej rzucającego się w oczy. No i kolory inne. Dysk będzie żółty... albo niebieski. Ale pewnie źółty. Bo czerwony mi się kojarzy tylko z niebezpieczeństwem, awarią albo zapisywaniem. Zasilanie zostawię zielone - chociaż zastanawiam się nad sensem istnienia diody zasilania - przecież to, że maszyna ma prąd widzę i tak. Choćby w czerwonym neonie myszy optycznej, szumie wentylacji czy tym, że akurat coś piszę na klawiaturze.

Ciekawym rozwiązaniem by była dioda dwukolorowa. Świecąca np. na zielono i zmieniająca kolor na inny gdy dysk coś robi. Może w tym kierunku powinienem pokombinować...

No i trzeba będzie pomyśleć o usprawnieniu wentylacji. Zamknięcie całej skrzynki ostro podniosło temperaturę (tzn. o jakieś 5 stopni Celsjusza ;), a mój niesłyszalny do tej pory wiatrak CPU zaczął hałasować. Na razie wyciszyłem go kładąc na nim dodatkowy, termoregulowany 80mm - do czasu aż z allegro dotrze do mnie adapter pozwalający założyć 80mm na radiatorze procesora. To powinno załatwić ten problem. WC by było radykalnym rozwiązaniem hałasu, ale WC na mojej maszynie to overkill.

A swoją drogą, to te diodki mrugające sobie na końcach zwisających kabelków nasunęły mi inny pomysł. Mógłbym umieścić je na antenkach. Z przodu, w tych narożnikach obudowy. Wypuścić dwie antenki po lewej i prawej stronie, takie na ~20cm w górę. I na ich końcach osadzić światełka. Antenki powinny sprężynować, tak jak antenki w zdalnie sterowanych samochodzikach... i nie, spojlerów NIE dorobię. No dobra, może antenki to głupi pomysł ;)

Dobra, dosyć na dziś.

Aha, Mandriva mi się zepsuła ^_^ Tzn. pomogłem jej trochę (ale niedużo). Przeniosłem ją z jej tymczasowej partycji na "partycję właściwą", bo po okresie próbnym uznałem, że warto jej używać. Ale w wyniku dziwnego splotu przypadków dźwięk wysiadł. A konkretnie, to zniknęły odpowiednie pliki urządzeń dźwiękówki z /dev. A potem, gdy zacząłem grzebać, poznikały i /dev/tty*. A potem nawet zalogować się nie szło (Invalid password..., w kółko). Ale hej, nie będzie byle mandriva mną pomiatać. Nie takie systemy udawało mi się wytresować. Szybki start z init=/bin/zsh, trochę grepowania po /etc/rc.d, wysiłek potrzebny na przegryzienie się przez, przerośniętą jak zwykle, sekwencję skryptów SysV-like... bo problem zdiagnozowałem jako awarię udev, więc było dosyć łatwo znaleźć. Zdziwiło mnie, że udev wywoływany jest z rc.sysinit - rozumiem oczywiście przesłanki, trzeba go uruchamiać wcześnie i niezależnie od runleveli, a rc.sysinit jest tym jedynym wspólnym elementem, ale naprawdę można to było podpiąć w katalogach rcX.d/. Z drugiej strony tak jest może bardziej elegancko, chociaż niezupełnie spójnie. Ja bym jednak trzymał udev razem z halem i spółką. Ale to detale. Grunt, że po parunastu minutach szarpaniny całość działa znowu poprawnie.

A co było przyczyną? Otóż system kopiowałem po sprowadzeniu do runlevelu 1 (telinit 1), czyli single user, żeby zminimalizować efekty kopiowania plików aktualnie uruchomionych aplikacji. Nie przewidziałem tylko, że udev będzie poza runlevelami. Więc przejście "w jedynkę" go nie tknęło. I najwidoczniej któreś z plików ukrytych w /dev (tak przypuszczam) zostały przekopiowane w stanie niezupełnie takim jak trzeba. Tzn. myślę, że przejście w runlevel 1 wyłączyło usługi "alsa" i "sound", wyładowało sterowniki karty dźwiękowej, udev zareagował wywalając pliki urządzeń alsy. I ja to wtedy skopiowałem. Być może istnienie pliku /dev/.started nie pozwoliło po restarcie na regenerację /dev (udev uznał, że już jest obecny - ale znowu teoretyzuję, nie chciało mi się analizować o co biega z /dev/.started), więc dostałem stary zestaw /dev z okresu gdy byłem w runlevelu 1. NO PRZECIEŻ TO BANALNE ;)

Dobra, dość. Lecę spać.

Aha, zmieniłem nieco listing pakietów. Dodałem informacje o pakietach spoza typowych dla mandrivy repozytoriów. Żeby było widać gdzie musiałem sięgać po "obce" pakiety.

Dopiski:

Od: Rdest Matabowicz Szulc
Data: 20050928, 08:34
To papierowe tworzywo plastikopodobne może być niezłe; nie elektryzuje się pewnie i dodatkowo działałoby wygłuszająco i pochłaniało wibracje?

Od: lanrat
Data: 20050928, 11:06
Przejrzyj sobie diody dostępne na allegro antenek to proponuję jeszcze dodać takie przy starcie systemu przy rozruchu pali się czerwony kogut. Potem wyjeżdżają antenki i coś w formie obracającego się radaru (do tej obudowy pasowałby też np. oscyloskop wydający dźwięk sonaru) po czym cały zestaw zaczyna lekko unosić się nad ziemią przy pomocy silinika antygrawitacyjnego chłodzonego kwantowym radiatorem ;-))))

No, dobra ja też mam przy starcie serwera domowego podpięty wav z tekstem ze StarTreka albo Odysei (nie pamiętam) w stylu: "all systems..." Ale to tylko dlatego że mam wbudowaną niewykorzystaną dźwiękówkę i zapasowe głośniki :-)

Od: lanrat
Data: 20050928, 11:08
Hej dlaczego zjadło URL bez tagów i na dodatek pierwszy wyraz z następnej linii?

Było tak:
bla bla np:
tutaj url
apropos bla bla

Zjadło wszystko pomiędzy oboma bla bla...

Od: Ktoś... | ...tam
Data: 20050928, 11:31
Napisz opowiadanie! Tytuł bardzo dobry! :D

Od: dood
Data: 20050930, 18:02
Taki ch duzych LED-ow, jakich potrzebujesz Hoppke to najtezsze fabryki Tajwanu nie produkuja. Wez kawalek plexi, narzedzie i wystrugaj sobie odpowiednie swiatlowody. :)

Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20051002, 01:19
Ta.. ja mam takie diody w obudowie stojacej kolo mnie.. kwadratowe - czerwona, zolto-pomaranczowa i zielona. Dlugosc boku - 13 mm :)

Pozostaw dopisek: