ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2005/10, 14 wpisów
Jesień mamy piękną, prawda?

Ciamk, ciamk. Odkryłem jakieś bliżej niezidentyfikowane wino w barku (butelka bez opisów), a że akurat miałem nastrój jesienno-melancholijny to i... mniam. Mocniejsze niż przywykłem i trochę mnie "rozmiękczyło". Jest mi ciepło i sennie i miękko i miło i... :)

Wina są cudowne. Prawie jak miłość.

[JESIEN 2005]

Śliczną mamy jesień, prawda? Całkiem ciepła i nawet niezbyt rozpadana. W Zielonej Górze jeszcze nie zaczęły się coroczne jesienne wichury, więc jest bardzo przytulnie. Gdybym miał wybrać dwie ulubione pory roku, to byłyby nimi jesień i zima właśnie. Wiosna jest drętwa i przypomina o tym jak okrutna była zima, a lato jest w ogóle do kitu bo gorąco, duszno i słońce próbuje mnie zabić. Czyli zostaje kolorowa, zwiewna jesień (uwielbiam gdy zrywa się wiatr i otaczają mnie wirujące liście) i wyciszająca zima. Wiosna i lato to tylko przerywniki pozwalające docenić powrót Dwóch Jedynych pór roku.

Zieeew. Idę wyleżeć sobie rausz na tapczaniku. Na uszy słuchawki, w słuchawkach Meredith Brooks (to wpływ L.)...

Mój Czytelniku/Czytelniczko... Wiesz, czuję się dobrze. Taki spokojny i zrelaksowany... dawno się tak nie czułem. Więc dzisiaj już nie napiszę ani słowa - skorzystam z okazji i podelektuję się tym stanem relaksacji :)

Hoppkizm i pluszowy syfilis

Dzisiaj szybki numerek. Najpierw synchronizacja zakładek. Krótki filmik Internet Down, jest taki... prawdziwy! ;) Jeśli wersja flashowa traci sync A/V, to zawsze możesz obejrzeć .mov.

Hmm, co jeszcze... O, może coś by obudzić ten sentyment do ośmiobitowców?

Lubisz przytulać się do pluszaków? Jesteś geekiem? Więc rób to jak na geeka przystało, wywal tego wyliniałego pingwina/diabełka (BTW, sam mam pluszowego czerwonego diabełka, ale nie jest BSD-related) i przytul się np. do pluszowego syfilisu!. Tak, avatarki OS-ów są już passé (nie pokażę się więc już nigdzie z moimi pingwinimi spinkami do mankietów ;), w roku 2005 trendi są jedynie słiit istotki ze świata biochemii. Plush flesh-eating disease, anyone? :P

A! Hoppkizm! Właśnie, mówiłem przeca że to istnieje od dawna. No bo istnieje. Jeśli ktokolwiek czytał stronę O repo to na pewno o tym wie. Proszę zwrócić uwagę na przyciski "zgodności ze standardami" na dole - część jest czysto Repowa (btw, ładne? sam robiłem ;) A tooltip ostatniego jasno mówi o hoppkizmie. I wiszą one tam od dawien dawna.

Należy mi się solidne zdzielenie po łbie. Mam gorączkę, trochę podchorowuję, ale wczoraj nie wytrzymałem i rzuciłem się na długi spacer po wieczorowym mieście. Chcę jeszcze trochę powietrza zatankować zanim całkiem zimno się zrobi... i trochę te leki które biorę "rozchodzić"... a wczoraj było tak cieplutko...

...no i wróciłem ze spaceru zgrzany, zdyszany i zadowolony. I mokry, bo deszcz mnie zaskoczył. Z huczącą głową, bo przez gorączkę nie jestem w zbyt superaśnej formie... Pewnie takie łażenie po mieście przed zmrokiem nie pomaga w leczeniu się... No i właśnie dlatego ktoś powinien mnie zdzielić.

No i fajno. Zaczęło się delikatnie, skończyło dość brutalnie - dzisiejszy szybki numerek uważam za zakończony :)

Senne majaki

Nie mogłem wczoraj zasnąć. Próbowałem leżeć na plecach - nie wychodzi. Na brzuchu - niewygodnie, bo mi twarz płaszczy, a nie lubię spać z przekręconą głową. Na boku też się nie da uleżeć, bo sobie zawsze którąś rękę przyciskałem. No nie szło i tyle. Po jakimś czasie w końcu zasnąłem. Nie pamiętam by cokolwiek mi się śniło aż do rana.

Ale przed zaśnięciem, gdy tak tłukłem się z boku na bok, jeszcze zobaczyłem parę rzeczy, tych które czekają między jawą a snem. Na początku cyrk i trupę przygotowującą się do występu. To nie byli ludzie... mieli z grubsza ludzkie kształty, ale głowy, kończyny były zwierzęco-demoniczne. Wielkie, grube śmiejące się baby z nietoperzymi skrzydłami, wchłaniające wszystko co podeszło zbyt blisko. Klaun z twarzą przypominającą pomięte, zasuszone skórzane jabłko. Dyrektor o twarzy i rękach demona, ubrany w cudownie gładki, jedwabny kostium z fioletowego jedwabiu, promieniujący wręcz kolorami...

Mówili coś do mnie, ale nie słyszałem słów. Widziałem tylko ruch ust. Myślę, że powinienem był się ich bać, ale... ale czułem się tam tak dobrze, tak jakoś... "na swoim miejscu". Tak beziecznie.

Chyba prosiłem ich żeby zmienili język, bo nie mogę ich usłyszeć, nie rozumiem o czym rozmawiają...

I chwilę potem pojawiła się Ona. Nazwijmy ją... Panią. Tak po prostu. Wyglądała jak kobieta - wysoka, normalnie zbudowana, ale pozbawiona szczegółów (nosa, sutków, dłoni), bez ostrych konturów, rozmywająca się na krawędziach w światło. I bez włosów, ale mimo wszystko wydawała mi się niewiarygodnie piękna. Jej skóra mieniła się wszystkimi odcieniami zieleni, granatu i błękitu, a oczy i usta od czasu do czasu rozświetlało zielono-niebieskie światło, zacierające cały obraz. (...)

Czytaj dalej...
Z notatnika znalezionego w szafie ;)

Na początek garść... skanów. Wyszperanych w zakurzonym trochę notesie studyjno/notatkowym. Na początek "co Hoppke bazgrze gdy się nudzi" - proszę, JPEG. Jak można poznać po różnych kolorach długopisów/pisaków, kartka ta była bazgrana wielokrotnie. Na przestrzeni lat. Jestem maniakiem recyclingu papieru, nawet teraz jakieś śmieci na mniej lub bardziej prywatny użytek drukuję na odwrotnych stronach moich jeszcze starszych śmieci :)

W zeszycie znalazłem też stare wydruki, z czasów eksperymentów z pewnymi algorytmami które mogłyby zrewolucjonizować systemy pakietowe i śledzenie zależności ;) Nigdy jednak nie udało mi się sprecyzować idei na tyle, by dała się poprawnie ująć w komputerowe regułki. A że nie mam głowy do algorytmów... i szachów... ba, nawet w tysiąca nie umiem grać, za skomplikowane dla mnie... to i muszę wszystko rozrysowywać na papierze...

Z eksperymentalnego kodu nic nie zostało (nawet nie wiem co się z nim stało), zestawy danych testowych gdzieś wcięło, podobnie jak kod generujący "wizualizacje". Zostało parę kartek z wydrukami rezultatów. W tym parę nienaruszonych (większość opatrzona masą moich notatek i uwag do samego siebie, znakami zapytania i literkami które pewnie kiedyś coś dla mnie znaczyły, ale teraz...). No i oto one: numer jeden, numer dwa i numer trzy.

Kiedyś te plątaniny były dla mnie czytelne, teraz mają tylko wartość geekowo-estetyczną. Znaczy się, są znakomite na paskudną kiczowatą tapetę.

Poza tym: odmawiam dziś przyjmowania pokarmu, jestem chory, mam gorączkę i czuję się oooo-kropnie. Jeśli mam teraz jakieś życzenie, to nie obudzić się rano. Tak sobie zasnąć i... i żeby się skończyło.

Prawie rozjechał mnie dziś samochód. Na przejściu niedaleko Mrowiska (nie tym oznaczonym przy skrzyżowaniu na Zacisze, tylko tym bardziej w stronę Centrum, za centralą nasienną, przed nieczynnym wiaduktem kolejowym). Tyle że to nie był przypadek, zagapienie, nic z tych rzeczy. Sam wylazłem na jezdnię. Widziałem że jedzie, stałem spokojnie na wysepce, a w pewnym momencie po prostu wpakowałem mu się przed maskę. Wyhamował, tylko trochę maznął mi spodnie. Hmm. Dziwne, nie czułem niczego, absolutnie niczego. No, może oprócz ciekawości. Ale żadnego strachu, żalu...

I nie mogę się pozbyć chęci by to powtórzyć. Nie, to złe wyrażenie. Nawet nie próbuję się jej pozbyć. Hmm.

Sen egipski ;)

Zawsze przed zaśnięciem przechodzę przez fazę pewnego oderwania od rzeczywistości. Mogę myśleć jeszcze w miarę swobodnie, ale zmysły już się odczepiają od tego co mnie otacza. To może trwać tylko ułamek sekundy, ale może też rozciągać się na całe minuty, jeśli tylko skupię uwagę na tyle, by nie zasnąć "do końca". Na pewno każdy to zna - czy leżąc w łóżku nie poczułeś/aś nagle, że łóżko się rusza? Że zaczynasz spadać? To o tę fazę mi chodzi.

Ja często słyszę wtedy głosy ;) Serio. Dźwięki. Czasem może to być jakiś ostry hałas, huk, coś co mnie od razu wybudza. Czasem szmery. A czasem ludzkie głosy. I czasem łączy się to z obrazami.

Wczorajszego wieczoru zasypiałem dosyć skołowany. Dlatego dosyć późno zwróciłem uwagę na głos. Spokojny, męski głos lektora opowiadającego jakąś historię. W języku którego nie znam - ale niektóre dźwięki kojarzyły mi się z Arabią, albo Egiptem. No, piasek pustyni, palące słońce, te rzeczy. Jestem słaby z geografii :)

Głos był, o dziwo, jeden. Jeden pojedynczy głos wśród absolutnej ciszy. Ale i tak trudno mi było się na nim skoncentrować. Nie umiałem powiedzieć gdzie jedno zdanie się kończyło a drugie zaczynało, miałem też problemy w ogóle z rozpoznaniem pojedynczych słów. Tak to już jest z obcymi językami. Ale, koncentrując się na słuchaniu, zacząłem rozumieć co ten głos mówi. Nadal nie rozumiałem słów i zdań, ale równolegle z dźwiękiem zacząłem widzieć i... wiedzieć. Tak, to chyba najlepsze określenie.

Głos opowiadał starą historię - mit, legendę, a może po prostu bardzo dawne wydarzenia. O mężczyźnie który z jakichś powodów poświęcił swoje oko. Obraz pokazał mi twarz w słabym, ciepłym świetle (świetle świec?) - ledwo widoczną twarz mężczyzny o trudnym do sprecyzowania wieku - ale bez zmarszczek, szram... gładka skóra o ciemniejszym odcieniu. Mężczyzna ten namalował(?) sobie pod prawym okiem coś w rodzaju łuku, i jeszcze jakieś symbole - nie potrafię ich odtworzyć, bo światło cały czas migotało i momentami nie widziałem niczego w ogóle. (...)

Czytaj dalej...
Cytaty? Hmm.

Nie jestem fanem cytatów. Kojarzą mi się z ludźmi którzy dawno temu zmarli. Kojarzą mi się z patosem. Kojarzą mi się z pamiętnikami licealistów. Kojarzą mi się też z przymusowymi lekcjami łaciny.

BTW, wystrzegajcie się kobiet które mają notatniki usiane słowami Nietzsche. To nigdy nie wróży dobrze.

Jestem osobą która woli samodzielnie sformułować mądrą myśl czy maksymę. Sięganie po czyjeś słowa, hmm. Nie, to nie dla mnie. Pewnie lubię do wszystkiego dochodzić samemu - np. studiowanie filozofów było dla mnie zawsze szalenie kuszące, ale jednocześnie czułem, że idę na skróty.

Więc stanowczo nie jestem osobą która ma cytat na każdą okazję. Doceniam jednak piękno niektórych sentencji, harmonię (wiem, oklepane słowo) formy i myśli. Jednym z takich małych arcydzieł były dla mnie zawsze słowa Martina Niemöllera, swoją drogą bardzo barwnej postaci. Pominę jednak biografię i przejdę do cytatu:

Als die Nazis die Kommunisten holten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Kommunist.

Als sie die Sozialdemokraten einsperrten,
habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Sozialdemokrat.

Als sie die Gewerkschafter holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Gewerkschafter.

Als sie die Juden holten,
habe ich nicht protestiert;
ich war ja kein Jude.

Als sie mich holten,
gab es keinen mehr, der protestierte.

Piękne, prawda? Wiem, że chodzi tu głównie o myśl, stosunkowo prostą na dodatek, ale nie mogę się powstrzymać przed docenieniem estetyki formy. Prosta konstrukcja, prosty przekaz, ale skłania ku głębszej refleksji. Na mnie zawsze robiło wrażenie.

Aha, dla językowo poszkodowanych - anglojęzyczne przekłady można znaleźć na wikipedii. Polskie warianty da się pewnie wygooglać przez 'Niemöller "Najpierw przyszli po"'

A dlaczego o tym piszę? A bo coś w dzisiejszej lekturze usenetu mi przypomniało o tych słowach.

Hornet, tropiciel zbędnych RPM-ów
[j:0 c:1]/home/grzegorz/projekty/rpmq> rpm -qa|wc -l     
666

Hmm... "przypadek my ass", jak mawiają Francuzi :) To efekt sesji z H-r (wymawiać przez nieme "i" i z prawie słyszalnym "n", bo inaczej da.killa kręci nosem), nazwa kodowa "Hornet" (a to już w ogóle niezrozumiałe). To takie małe coś wspomagające usuwanie pakietów-których-nic-nie-używa (coś jak deborphan chyba).

Wygląda tak... i jest bardzo toporne... ale w gruncie rzeczy robi co należy. Tyle, że pewnie i tak nie doprowadzę tego do poziomu "konsumenckiego" - działająca prowizorka w rękach lenia nigdy nie wyjdzie poza stadium prowizorki :) (nie doczeka się też wydania)

PS. Zasłuchuję się ostatnio w Jesus Jones - muzyka ta pomagała mi zbierać siły jakieś, eee, siedem-osiem lat temu. Może i teraz coś da...

Zzzzimno... idę się jakoś rozgrzać.

Paskudna strona blogowania

Ludzie pytali mnie o powody dla których zawieszam Repo - złożyło się na to dużo czynników, ale w większości były to niemiłe konsekwencje prowadzenia serwisu dostępnego "dla wszystkich".

Dostaję hate-mail, głównie od szalikowców gentoo. Za artykuł o flagach. Dlatego zdjąłem artykuły.

ChangeBlog ściągnął ludzi których nie lubię, nie szanuję i których najchętniej bym odciął od Repo. Którzy przeczytali ze dwie czy trzy notki i już czują się "ekspertami na polu hoppkizmu" - i zaczynają mi udzielać porad, albo po prostu mnie krytykować/bluzgać. Przez email, w komentarzach... i uzurpują sobie prawo do czucia "więzi" ze mną. Po tygodniu czy dwóch czytania Repo? Irytujące - odbieram to jako obelgę, bo nie sądzę bym np. w notkach z ostatniego miesiąca napisał tyle o sobie, by ktokolwiek był w stanie mnie "rozumieć" czy rozszyfrować. A już najbardziej upokorzony czuję się, gdy jakaś "świeżynka" ze swadą mi zaczyna wykładać powody mojego zachowania. I strzela kulą w płot raz za razem.

...nie lubię gdy ktoś ma jakieś "fantazje" na mój temat i wypowiada się na mój temat tak, jakby mnie znał lepiej niż ja sam. I mówi mi takie bzdury prosto w oczy, przez email czy jabbera czy gg... czuję się wtedy zredukowany do dziesięciu wpisów w changeblogu. A co jak co, ale swojej osobowości zawsze broniłem. I na próby wpychania mnie w czyjeś fantazje czy "wyobrażenia o Hoppke" zawsze reagowałem agresywnie. Więc gdy nadziałem się na kolejnego pseudofana który mnie zna "lepiej niż ja sam" zdjąłem changeblog, bo już miałem dosyć.

Przysłuchiwałem się rozmowom na linux@chat.chrome.pl. Okazuje się, że blogowanie w stylu jaki ja prowadzę jest... niepotrzebne. W ogóle, nikomu. Nikt nie lubi czytać takich blogów, ludzie wolą zwięzłe, krótkie, techniczne informacje. Bellois w komentarzach też wytyka, że jest "za mało linuksa" w tym o czym piszę. Poza tym część ludzi nie rozumie w ogóle mojego poczucia humoru - kończy się to czasem bardzo przykro. Np. wyśmiewaniem mojego wyglądu. (...)

Czytaj dalej...
Niezdara ze mnie...

Wszystko mi leci z rąk, sam nie wiem czemu. Klucze, ubrania, kubki, pilot do TV/VCR, portfel, małe kamyki, kandyzowane owoce, leniwce, tłuszcz owczy w małych słoiczkach... ;) No, wszystko :)

Ale serio, leci. Biorę coś, wydaje mi się że zaciskam dłoń dostatecznie mocno, a tu myk! I już coś szybuje ku podłodze. Przed chwilą prawie potłukłem kubek gratisowy "Maxwell House" - poleciał na ziemię, odbił się od kafelków i z łomotem poturlał dalej. Hmm, jakiś pancerny model, nawet nic z niego nie odprysło.

...więc tak się zastanawiam co dzisiaj potłukę/rozbiję/zniszczę. Niezdara ze mnie :(

Mam
[j:0 c:0]/home/grzegorz> rpm -q --changelog aspell-pl|head     
* pon paź 10 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 0.51.0-3mdk
- update (using affix compression, thus resulting in smaller package)

* pią gru 03 2004 Thierry Vignaud <tvignaud@mandrakesoft.com> 0.51.0-2mdk
- rebuild for new aspell

* pon lip 19 2004 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.51.0-1mdk
- updated to 0.51.0

* wto sie 05 2003 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.50.2-2mdk

Sukces :) Mam "mój" kurnikowy słownik w mandrivie :) 5.8MB zamiast 60MB, wszyscy użytkownicy odczują tę zmianę.

Wyjaśniła się też sprawa z architekturą słowników - tak coś nieśmiało przypuszczałem, że może chodzić o endianess - i faktycznie dlatego... i586 jest nieciekawym wyborem, ale rpm chyba nie oferuje osobnego sposobu na zaznaczenie big/little-endian. Więc... A i586 to i tak jedyny wspierany w MDV rodzaj ix86, więc może faktycznie tak jest najlepiej.

Jak mi się nie chce niczego robić dziś :( Ale trudno, trzeba. Mandrivowa mapa klawiatury przystosowana już xmodmapem, zestaw znaczków poszerzony...

PS. Pachnę cynamonem. Cały. To przez kupione wczoraj kadzidełka cynamonowe (m.in.). Nie paliłem jeszcze, ale już leżąc sobie na biurku nasączyły wszystko dookoła zapachem cynamonu. Mmm, jak w sklepie orientalnym ;) Oprócz tego mam nowy zapas świeczek, w tym śliczne długie czerwono-brunatno-innokolorowe w wypatrzonych cudem idealnie pasujących podstawkach ("klocki" z barwionego na czerwono szkła). I jedną dużą "chińską" świecę na te samotne noce przed monitorem ;) I dużo innych drobiazgów których w ogóle nie potrzebuję, ale z którymi jest mi jakoś tak milej i lepiej i "gemütlich", jak mawiają Francuzi ;)

Vedju latdat!

"Vedju latdat du eti lad.". Przy czym "latdat" czytać należy jako "lad-dat", najwidoczniej zbitki samogłosek podlegają wstecznemu udźwięcznieniu.

To ostatnie zdanie jakie zapamiętałem (z wieeeelkim trudem) z mojego ostatniego snu dzisiaj. A sny mam ostatnio bardzo żywe, kolorowe i kompletne. Przytłaczające - po każdej nocy czuję się jak po jakimś wielogodzinnym maratonie filmowym. Natłok scenerii, fabuł, postaci... i czasem nawet języków. I budzę się zmęczony. Trzy długie wczoraj, dzisiaj całonocny koszmar...

Więc kładę się jako wrak a rano budzę w jeszcze gorszym stanie. Dzisiaj trochę pomaga mi słuchanie The Cranberries. Słuchawki na uszach, muzyka podkręcona głośno... Czasem wtóruję Dolores, najlepiej "nam" wychodzi Forever Yellow Skies :) Ale to tylko zajmowanie myśli, mała pauza w postępującym wyniszczeniu. I nie mam pomysłu jak to przerwać.

PS. Oczywiście ja WIEM co znaczy "Vedju latdat (...)" - a mówią, że trzeba być opętanym by "mówić językami"... no to chyba byłbym świetnym materiałem na opętanego. Takich jak ja pewnie się w średniowieczu posyłało na stos. Skłania do refleksji, czyż nie?

Jedynaczki...

Ponarzekam. Na jedynaków. I kobiety. Zwłaszcza kobiety-jedynaczki.

Nie wiem, chyba jestem za głupi. Albo za ufny. Oder beides.

Ale to nie zmienia faktu, że jedynacy których poznaję bardzo często idą przez życie jak czołgi, miażdżąc wszystko dookoła. Bez jakiegokolwiek względu na otoczenie, bez umiejętności wyobrażenia sobie co druga osoba może czuć. Bez empatii. Bez wyobraźni. "No bo o co ci chodzi?"... O nic, już o nic - jeśli TY nie widzisz niczego niewłaściwego w tym jak mnie traktujesz, to nie ma już o czym mówić.

Nie chcę urazić jedynaków którzy to teraz czytają (a są tu tacy?), bo może to tylko moje doświadczenia, żadna reguła...

Nie chcę też układać wszystkich kobiet w jednej szufladce, ale... zresztą, co ja tu będę mówił. Chryste, zawsze wybieram nie tę co trzeba. Zawsze. Nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi... Ale nie, bo ja wierzę że ludzie są z natury dobrzy, myślą nie tylko o sobie... I wybieram. Jak ćma świeczkę. Niereformowalna ćma.

Chyba mam dość kobiet. I jedynaków. I ludzi. I siebie samego.

Idę spać, ta rzeczywistość mnie wykańcza...

Przegrywając z supportem

Francuski maintainer Mandrivy (ten od aspell-pl) mnie chyba olał. W mailu nakreśliłem mu obrazowo zyski z redukcji wielkości pakietu z 60MB do niecałych 5MB, opisałem relacje między słownikiem jakiego używają a tym kurnikowym, wspomniałem też że słownik ten szybciej się ładuje i sprawniej działa, z racji bycia mniejszym objętościowo (ale obejmuje wcale nie mniejszy zasób słów - coś ponad 3 miliony). I że polscy userzy Mandrivy by docenili i w ogóle.

I zostałem zignorowany. Nie otrzymałem nawet odpowiedzi.

Przy czym wiem, że pan developer mojego maila przeczytał. Bo w post scriptum napisałem również o tym, że mają nieporządek w pakietach słowników - część jest określona jako "i586", a część (np. aspell-de) jako "noarch". Noarch jest słuszniejsze, bo faktycznie słownik to tylko lista słów, bez binarek, więc sugerowanie iż wymaga i586 jest dosyć, no, niefortunne. I właśnie dzięki temu wiem, że mój mail dotarł i został przeczytany. Bo na drugi dzień w repo MDV pojawiła się nowa wersja pakietu aspell-de, z nowym wpisem w changelogu:

* pon paź 03 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 20030222.1-2mdk
- should not be a noarch packag

Tak, pan Thierry to ten który odpowiada za aspell-pl. Ten do którego pisałem. Normalnie nie dotyka on też aspell-de, to pierwszy raz gdy coś przy nim zrobił.

Podsumowując: polski słownik pan Thierry ma najwidoczniej gdzieś, jest też zdania że do słownika lepiej pasuje i586 niż noarch. Może napiszę mu, że man-pages też jest oznaczone jako noarch? Może niech coś z tym zrobi... ;)

Ot, i support. Zniechęcające prawdę mówiąc. Jako user czuję się tak, jakbym mówił do ściany. Mam nadzieję, że maintainer f-spota (Niemiec, IIRC) będzie bardziej kontaktowy (bo do niego też wysłałem drobnego maila w pewnej sprawie). Jeśli i on mnie oleje to zacznę myśleć, że Mandriva ma support gorszy niż PLD. W PLD developer przynajmniej odpowie. Powie, że go to nie obchodzi albo że masz samemu poprawić, ale odpowie. A tutaj? Ech, smutna sprawa. Aż chce się to zostawić i przejść na jakieś distro w którym wysyłanie bugreportów ma sens. (...)

Czytaj dalej...
Jeden z tych dni...

Dzisiejszy dzień był dla Hoppke jednym z tych dni. Było zimno, szaro, wilgotno i zimno. Hoppke miał zimne rączki, zimne nóżki, zimne uszka i zimny nosek. Jak mały Hoppke-zombie. Taki jeden koma osiem metra na siedemdziesiąt pięć kilo. No dobra, to nie taki mały. Ale i tak zimny!

[MNIAM!]

Na uciążliwą zimnicę najlepsza jest długa, ciepła kąpiel - ale Hoppke nie miał dziś na nią ochoty. Zamiast tego, wyczuwając każdym włóknem ciała nadchodzącą zimę, postawił na jedzenie. Pyszne jedzenie. Ostre. I gorrrrące :) Dlatego przygotował sobie przepyszną kolację z jakiegoś makaronu zalegającego od wczoraj w lodówce (recycling! ;), sosu meksykańskiego marki "Rolnik", czerwonej fasolki puszkowanej marki "Pudliszki" i dwóch pociętych w słupki parówek "Indykpol Classic Płońsk..." - no dobra, po prostu "Indykpol Klasycznych" :)

I pomogło! Nie ma to jak porządna kolacja... pewnie strasznie kaloryczna, ale o tym Hoppke pomyśli dopiero po zimowym obżarstwie, gdy zechce pokazać się w bikini na plaży...

Jedzenie rozgrzało go i nastroiło tak sympatycznie, że był w stanie usiąść i coś napisać na Repo. A napisał takie coś:

Odkryłem raj! W starym budynku DT Centrum... taki sklepik z butami... w 90% męskimi. Ze skóry, w większości zamszowej. No cuuuudo. Chodziłem, macałem, głaskałem, gdyby nie ekspedientka to pewnie bym wąchał i przytulał... cudowne buty. Wręcz piskały do mnie ze swoich półeczek "weź mnie! weź mnie!". I takie świetne modele letnie były, z dziureczkami arcyprzewiewnymi, wsuwane nie sznurowane... Albo takie sandałowate, do krótkich spodni (tyle że nogi bym musiał w solarium opalić najpierw)... Ale ja potrzebuję czegoś eleganckiego na jesienną aurę. Na chlapę, zgniłe liście i ładne prezentowanie się kobietom różnorakim napotykanym niezobowiązująco. Takie też tam mieli. No, ze cztery pary bym chętnie kupił od razu... ale na razie nie mam pieniędzy na ani jedną. Wychodząc ze sklepu czułem się tak, jakbym wychodził ze schroniska dla psów. Tyle bym chętnie wziął ze sobą do domu, ale nie mogę, no nie mogę i tyle :( A butom też było smutno, pociągały noskami i patrzyły na mnie tymi oczkami do nawlekania sznurowadeł... (...)

Czytaj dalej...