Zawsze przed zaśnięciem przechodzę przez fazę pewnego oderwania od rzeczywistości. Mogę myśleć jeszcze w miarę swobodnie, ale zmysły już się odczepiają od tego co mnie otacza. To może trwać tylko ułamek sekundy, ale może też rozciągać się na całe minuty, jeśli tylko skupię uwagę na tyle, by nie zasnąć "do końca". Na pewno każdy to zna - czy leżąc w łóżku nie poczułeś/aś nagle, że łóżko się rusza? Że zaczynasz spadać? To o tę fazę mi chodzi.
Ja często słyszę wtedy głosy ;) Serio. Dźwięki. Czasem może to być jakiś ostry hałas, huk, coś co mnie od razu wybudza. Czasem szmery. A czasem ludzkie głosy. I czasem łączy się to z obrazami.
Wczorajszego wieczoru zasypiałem dosyć skołowany. Dlatego dosyć późno zwróciłem uwagę na głos. Spokojny, męski głos lektora opowiadającego jakąś historię. W języku którego nie znam - ale niektóre dźwięki kojarzyły mi się z Arabią, albo Egiptem. No, piasek pustyni, palące słońce, te rzeczy. Jestem słaby z geografii :)
Głos był, o dziwo, jeden. Jeden pojedynczy głos wśród absolutnej ciszy. Ale i tak trudno mi było się na nim skoncentrować. Nie umiałem powiedzieć gdzie jedno zdanie się kończyło a drugie zaczynało, miałem też problemy w ogóle z rozpoznaniem pojedynczych słów. Tak to już jest z obcymi językami. Ale, koncentrując się na słuchaniu, zacząłem rozumieć co ten głos mówi. Nadal nie rozumiałem słów i zdań, ale równolegle z dźwiękiem zacząłem widzieć i... wiedzieć. Tak, to chyba najlepsze określenie.
Głos opowiadał starą historię - mit, legendę, a może po prostu bardzo dawne wydarzenia. O mężczyźnie który z jakichś powodów poświęcił swoje oko. Obraz pokazał mi twarz w słabym, ciepłym świetle (świetle świec?) - ledwo widoczną twarz mężczyzny o trudnym do sprecyzowania wieku - ale bez zmarszczek, szram... gładka skóra o ciemniejszym odcieniu. Mężczyzna ten namalował(?) sobie pod prawym okiem coś w rodzaju łuku, i jeszcze jakieś symbole - nie potrafię ich odtworzyć, bo światło cały czas migotało i momentami nie widziałem niczego w ogóle.
Kiedy skończył nanoszenie symbolu cały rysunek na jego skórze zapalił się, oświetlając wszystko dookoła. A chwilkę potem promienie wychodzące z rysunku skoncentrowały się na jego prawym oku, trafiając prosto w źrenicę. Głos lektora opowiadał o ofierze jaką ten mężczyzna właśnie złożył, pozbawiając się oka - które stało się ślepe. Cała gałka oczna rozbłysnęła po chwili żółtym blaskiem i na tym się całość zatrzymała - rysunek pod okiem wstrzeliwywał swoje promienie w niewidzące już oko, a ono świeciło ciepłym, biało-żółtym światłem.
Lektor wyjaśnił, że od tej pory ślepe oko mężczyzny widziało już "inne rzeczy". Że jego jedno oko nadal widziało świat tak jak wcześniej, ale drugie pozwalało mu widzieć "inaczej", sięgać poza przyziemne, materialne sprawy.
I to by było z grubsza wszystko. Takie bardzo... uduchowione to wszystko, bo cały czas czułem, że gdzieś w tej historii bardzo ważne miejsce zajmuje jakiś bóg, reprezentowany przez rysunek rozświetlający mu oko.
Z drugiej strony jest to też historia poświęcenia. Żeby zyskać nowe możliwości, nowe perspektywy, mężczyzna ten musiał oderwać się częściowo od znanej mu rzeczywistości, poświęcić jedno oko. I od tej pory wiedział też, że obraz widziany tym ocalonym okiem wcale nie jest taki prawdziwy jak mu się wcześniej zdawało. To historia pozostawienia czegoś za sobą i udania się w nową podróż, w nieznane. A wszystko to tylko dzięki wierze w coś (Boga?) symbolizowanego przez znak który mężczyzna sobie naniósł na skórę. I tak zaczęła się czyjaś podróż odsuwająca go od jego dotychczasowego świata, od ludzi których znał (i być może kochał), ale dająca mu możliwość poznania wszystkiego o wiele dogłębniej niż może to zrobić którykolwiek z dwuocznych.
To historia wyboru. Czy trzymasz się tego co znasz, z czym czujesz się bezpiecznie, czy jednak zaryzykujesz i oddasz się w czyjeś (boskie?) ręce, ufnie, nawet jeśli oznacza to, że musisz przekreślić większość tego co do tej pory poznałeś. Czy sam umiałbyś udać się w taką podróż?
I NIE MAM POJĘCIA CZEMU BYŁEM ŚWIADKIEM TEJ HISTORII :)
Dzisiaj rano zacząłem szperać w sieci i różnych mitologiach. Egipskie mity są pełne odniesień do oczu, w tym i utraty/poświęcania oka. W większości chodzi jednak o oko lewe (utożsamiane w ogólności z Księżycem i kobiecością), a ja mam pewność, że w moim wypadku chodziło o oko prawe (widziałem przecież pod którym okiem mężczyzna nanosił malunek). W wierzeniach arabskich nie znalazłem niczego co by mogło pasować. Ale lektor zdecydowanie kojarzył mi się ze słońcem, piaskiem, pustynią...
No dobra, grzebiąc głębiej jest coś do czego bym się mógł przyczepić. W egipskiej Księdze Zmarłych jest fragment opisujący jak Ra wpatruje się w oko Horusa by przewidzieć przyszłość. W wyniku całej operacji Horus traci wzrok w jednym oku. Według innych podań to utracone oko zostało mu następnie przywrócone przez Ra (bodajże Ra podarował mu swoje oko). Optycznie pasuje to wszystko całkiem dobrze - łuk który mężczyzna rysował sobie pod okiem stanowczo mógł być elementem symbolu "oka Ra", potem to oko kieruje swoje promienie (wpatruje się) w oko mężczyzny, w wyniku czego ten traci wzrok. Oko Ra jednak przywraca mu po chwili utracony zmysł, promieniując własnym blaskiem. Koniec końców mamy narodziny oka Horusa. Zgadza się też wybitnie ciepła, biało-żółta barwa światła promieniująca z oka - w końcu prawe oko to Słońce, Słońce to Ra... Tyle że mężczyzna którego widziałem nie wydaje mi się być Horusem...
I dałbym głowę, że dopiero teraz wczytałem się w te legendy tak szczegółowo. Wątpię by to było tylko odgrywanie czegoś co kiedyś gdzieś wyczytałem. Może takie opowieści jak ta mamy genetycznie zakodowane?
Stosunkowo dobrze pasuje też historia Odyna - co prawda to już nordyckie opowieści (Edda? nie pokręciłem niczego?) - ale IIRC Odyn wyłupał sobie prawe oko by móc napić się z fontanny (a może studni) Wspomnień (czy jakoś tak), w wyniku czego stał się wielkim wieszczem-poetą-bardem, poznał też chyba znaczenie runów... w każdym razie znacząco zwiększyło to jego zdolność poznawania i rozumienia świata. Hmm.
Ten wpis sporządziłem z myślą o tych którzy mówią, że "każdy ma sny". Owszem, każdy ma. Ale mam nadzieję, że nie każdy ma sny które próbują mu wpakować do głowy sens życia i pół jakiejś mitologii która nawet nie daje się za bardzo zidentyfikować. Bo to wcale nie jest takie milutkie. Mogę opisać obraz, mogę opisać treść, ale nie opiszę wszystkich myśli i uczuć jakimi taki króciutki sen mnie potrafi nafaszerować. I budzę się potem z mętlikiem w głowie.
...a następnym razem może pogadam o moim uwielbieniu inżynierów (i w ogóle ścisłowców), moim paskudnym charakterze pisma, przypomnę dlaczego nie gram w szachy i nie mogę być programistą. Albo zapomnę, rozkojarzę się i napiszę o czymś zupełnie innym. To do mnie podobne :)
PS. I niech mi NIKT nawet nie śmie sugerować, że sen z Horusem (tak go obiegowo nazwijmy) to taki ukryty sygnał od Boga nakazujący mi zostać księdzem. Bo tak, taka interpretacja mi się stosunkowo szybko nasunęła też - jest dosyć oczywista w końcu.
Dopiski:
Od: piotrek jasiewicz
Data: 20051022, 12:14
Oko to tylko narzędzie. To, przez co faktycznie postrzegamy, to cały mechanizm naszego umysłu, niezrozumiały jak głębie oceanu. Wydaje mi się, że ludzie mają powszechną nieodpartą tendencję do tego by wszystko zaklnąć do prostej, wszystko tłumaczacej formułki, do religii.
Od: badmad
Data: 20051022, 12:34
Rzadko, ale zdarza mi się czasem coś podobnego, w moim wypadku najczęściej łaczy się to z seksem lub jakimiś okropnościami (kurcze, dlaczego? ;)), albo obydwoma naraz, tudzież bywają też aspekty religijne - w moim wypadku hinduistyczno-buddystyczne. P.S. Fajnie że Repo wróciło.
Od: lanrat
Data: 20051022, 12:36
Może to po prostu echo oglądania japońskich kreskówek ? :-)
Od: smuki
Data: 20051022, 12:42
z tym księdzem to mnie zaskoczyłeś :D. sam bym na to nie wpadł. bierzesz w ogóle pod uwagę to, że mógłbyś być księdzem?
Od: OJO
Data: 20051022, 12:57
Takie 'oderwanie od rzeczywistości' to ja zwykle miewam tuż przed przebudzeniem. Mam wtedy nieodparte wrażenie, że śnię jeszcze raz sny, które miałem w ciągu całej nocy, z tą różnicą jednak, że tym razem mogę nanosić 'korekty' w miejscach które mi się z jakiegoś powodu nie podobały.
Parę razy śniłem śmierć. Własną śmierć. A raczej proces umierania, bo ani razu nie umarłem. Cały problem polega na tym, że jak już odpływam w nicość to wszystko psuje mi świadomość. Po prostu wiedza o tym, że śnię przeszkadza mi umrzeć. Biję się wtedy z samym sobą -- właśnie podczas dryfowania w otchłań. Część mnie chce płynąć dalej i czuję, że dałoby mi to możliwość poznania prawdy o śmierci. Jednak coś nie pozwala mi tego zrobić. Mam świadomość, że w każdej chwili mogę otworzyć oczy i przeżyć. I niestety zawsze to robię. Za każdym razem.
Po jakimś czasie doszedłem do tego, dlaczego tak się dzieje. Otóż tkwi we mnie silne przekonanie o tym, że poznanie prawdy zarezerwowane jest dla tych, którzy naprawdę umarli. Wiem więc, że chęć całkowitego odpłynięcia oznaczałaby zgodę na własną śmierć. Dlatego za każdym razem otwieram oczy. Chęć życia zwycięża. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Najlepsze ze wszystkiego jest to, że tylko raz w takim śnie 'życie' pojmowałem jako cielesność. Gdy 'przeżycie' oznaczało, w taki bardzo filmowy sposób, powrót do ciała potrąconego przez samochód. Zwykle swoje istnienie (życie) rozumiem jako myśl i świadomość. To chba jest największy hamulec. Utrata ciała nie jest dla mnie żadnym problemem. Zresztą pewnie jak dla większości ludzi. Stąd się pewnie biorą wszelkie wyobrażenia o życiu po śmierci, bo to utrata świadomości istnienia jest najstraszniejsza.
Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Co by się stało gdybym nie otworzył oczu. I czy możliwe jest by umrzeć przez takie wewnętrzne pragnienie (lub przyzwolenie) śmierci. A może to otwieranie oczu nad ranem jest wynikiem mojej 'korekty'?!
Od: Irish
Data: 20051022, 14:05
"I NIE MAM POJĘCIA CZEMU BYŁEM ŚWIADKIEM TEJ HISTORII :)"
Ja też nie - to mnie powinna się przyśnić! ;) (bo "To historia wyboru. Czy trzymasz się tego co znasz, z czym czujesz się bezpiecznie, czy jednak zaryzykujesz")
A mnie się ostatnio mało śni. A jedyne co pamiętam z ostatniego snu to że spotkało mnie coś strasznego, przerażającego - a ja nie miałam jak krzyczeć. Słyszałam w sobie taki przerażający krzyk, niemal pisk, ale otwarcie ust niczego nie zmieniało, wydobywał się tylko jakiś... charkot. Tak wiem, mało plastyczne w porównaniu do Twojego opisu ;), ale cóż na to mogę. Nie pamiętam żadnych wydarzeń z tego snu tylko właśnie to uczucie przerażenia, bezsilności, niemożności wezwania pomocy. Brrr ;) Wolałabym tak ładnie śnić, nawet jeśli nie rozumiałabym od początku o co chodzi :)
Od: PW
Data: 20051022, 16:04
A mnie się ostanimy paroma laty bardzo rzadko coś śni. Znaczy pewnie się śni, tylko niestety tego nie pamiętam. Zasypiam zbyt szybko, a następnie śpię zbyt twardo, aby cokolwiek z marzeń sennych zostało w mojej świadomości, po tym jak rano otworzę oczy. Mam wrażenie, że z tego powodu wiele tracę, ale co zrobić. Nie mam na to wpływu.
Ostatnimi czasy pamiętam tylko jeden sen. Dosyć niezwykły jak na mnie. Otóż śniły mi się duchy, a właściwie jeden, który zamarzył sobie mieszkać w mojej łazience. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby sobie tam mieszkał i najwyżej mnie podglądał od czasu do czasu. Ale to był duszek czyścioszek, który lubił sobie od czasu do czasu wziąść prysznic, zużywając przy tej okazji ogromne ilości wody, z którą ja musiałem płacić. Ostatecznie postanowiłem ukrócić mu tę przyjemność i zakręcałem mu wodę podczas mycia. Skończyło się to dla mnie niezbyt przyjemnie, gdyż duszek w przypływie rozpaczy i nieodpartej chęci zemsty rozebrał mi łazienkę na kawałki. Do tego stopnia, że nawet płytki ze ścian pozdejmował, o armaturze nie wspominająć. Taki sobie dziwny sen :)
OJO pisał o śmierci w snach i muszę potwierdzić jego spostrzeżenia. Ja też parokrotnie umierałem we śnie, czy to skacząc ze spadochronem i nie mogąc go otworzyć, czy lecąć gdzieś w przepaść. Ostatecznie budziłem się przed uderzeniem, albo odbijałem się od ziemi nie ponosząć szwanku. Jedno jest jednak pewne. Za każdym razem przelatywało mi życie przed oczami. Widziałem szczegółowo każdą chwilkę, rzeczy o których już dawno zapomniałem i nie chciałem pamiętać. Kto pomyślałby, że gdzieś głęboko w świadomości te rzeczy są ukryte i tylko czekają aby je na nowo odkryć.
Śpij Hoppke, śpij i śnij sobie śnij. Niech ja chociaż trochę przypomnę sobie, co to są barwne i niezwykłe sny :).
Od: Hoppke
Data: 20051022, 16:36
@piotrek jasiewicz: jasne, że oko to narzędzie i nic więcej. Ale ten sen wręcz ocieka symboliką. Ja mam o tyle gorzej, że swego czasu... dobra, nieważne - grunt, że znam większość tej archetypicznej symboliki, łącznie z całymi plejadami znaczeń jakie za tym stoją - już samo oko i wzrok to wystarczające motywy żeby interpretować całe sny - oko wrotami do duszy, oko będące więzią łączącą nas ze światem, oko jako instrument magiczny ("złe oko"), nawet w bajkach podejrzanie często pojawia się motyw oka wyłupywanego czy wydziobywanego (najchętniej przez kruki). Do tego samookaleczenie/ofiara, symbolika światła, przeobrażenie mężczyzny w maga/kapłana wskutek jakiegoś rytuału... To tylko parę podstawowych znaczeń które chyba każdy ma w świadomości, mógłbym iść z tym o wiele dalej w egzotykę, ale to bez znaczenia. Bo chodzi o to, że każdy racjonalnie myślący człowiek który się zajmuje symboliką snów czy psychoanalizą nie będzie traktował oka jako "narzędzia". Nie jeśli zostało tak wyeksponowane jako motyw. A ja w snach mam o wiele szersze pole do popisu niż racjonalnie myślący ludzie, więc znaczenia do obrazów mogę przypisywać o wiele bardziej spontanicznie ;)
A religia, religia... religię mamy zaszytą w genach - na całym świecie występują jakieś wierzenia. Niekoniecznie będą to rasowe religie, ale mimo wszystko...
Ludzie mają potrzeby. Chcą mieć nadzieję, chcą wierzyć że za tym wszystkim stoi coś głębszego, jakiś plan. Że nie są samotni na świecie, że jest coś co ich łączy. Że mogą się wyrwać ze swojej fizyczności. Że... można wyliczać a wyliczać. Do mnie też sporo tych powodów przemawia.
@smuki: jestem pewnie niewierzący w kategoriach Najpopularniejszej U Nas Religii, ale na swój sposób jestem uduchowiony. Nie jestem przekonany co do tego, że jesteśmy tylko biologicznymi maszynami, masą białek które teraz są i myślą, a za chwilę zasilają już jakieś cmentarne roślinki. Nie wiem jak mam siebie określić, ostatnio zaniedbałem bardzo tę sferę mojego życia. Ale... jest we mnie troszeczkę okultysty - czytując o często bardzo starych rytuałach, praktykowaniu magii.. to jakoś do mnie przemawia. O, potrafię wróżyć na całkiem sporo sposobów, nawet wypracowałem kilka osobistych sposobów łączących numerologię z obserwacjami natury. Umiem rozłożyć i zinterpretować tarota - no, przynajmniej mam taką nadzieję, bo mówienie że mi to zawsze wychodzi to przesada. Co jeszcze... A, odczynianie uroków gestami też znam, choć nie jestem przekonany do tego. Odrzucam wszystkie sformalizowane formy praktykowania duchowości - tzn. rozumiem je jako sposób na skupienie myśli i woli - np. pewnie wiele osób by mnie chciało spalić na stosie za cuda jakie potrafię wyczyniać z talią tarota - ale nie wierzę że karty mają w sobie jakąś moc, to tylko instrument w ręku operatora. Istnieją gotowe "templates" rytuałów, obrządków, modlitw, ale to takie ośle mosty. Tak samo niespecjalnie trafiają do mnie kościelne modlitwy - są dobre dla dzieci, ale dorosły człowiek powinien umieć się modlić bez recytowania czegokolwiek. Własnymi słowami. Gdy byłem młodszy księża karcili mnie za to, że przy spowiedzi uciekałem od gotowych sentencji i robiłem to bardziej, hmm, osobiście. Ale ja naprawdę jestem przekonany, że całe nasze przekonanie, wiara, mistyczne umiejętności wypływają z nas - a nie z jakichś wykutych na pamięć zdań. Teraz już żaden ksiądz nie ma mi za złe gdy spowiedź przeprowadzam w mojej wybranej formie :) Dlatego mogę używać talii tarota w sposób jaki sobie wybiorę - bo ważne... e, nie będę zanudzał.
W każdym razie mam całkiem bogate (duchowo) wnętrze. Może nieco nieortodoksyjne, trochę szamańsko-panteistyczny, choć jednocześnie nie ma we mnie nic co by się kłóciło z klasycznym katolicyzmem - jest za to o wiele za dużo niepewności by rzucić się w ramiona jakiejś konkretnej religii. Bo IMO one wszystkie są wypaczone już w jakimś stopniu. Więc próbuję znaleźć odbicie całego duchowego świata w samym sobie, bez sugerowania się tym co mówią przedstawiciele poszczególnych wierzeń. I wychodzi taki patchwork. Dlatego nie mogę być księdzem :)
@lanrat: Wrr. Ile mam powtarzać, to nie kreskówki! To się hentai nazywa!
<do reżysera>to się wytnie, tak?</do reżysera> ;)
@badmad: ja też miewam czasem sny w których seks się łączy z przemocą, czasem bardzo ostro. Vide mój sen o rekinach na cmentarzu (chyba opowiadałem już, prawda?). To chyba konsekwencja bycia człowiekiem. O, może przez to poczujesz się lepiej: nie tak dawno temu studia języka amerykańskiego wykazały wielkie zazębienie się pól seksu i przemocy. I to na poziomie mechanizmów tworzących język. Ludzie kojarzą te dwa tematy ze sobą praktycznie już w podświadomości. To że masz takie sny to tylko wyraz tego, że masz normalnie funkcjonujący mózg :)
@OJO: nie wiem. Ja o śmierci... hmm. Chyba bardzo rzadko śnię o takich sprawach. Ale raz, raz jeden w życiu miałem wrażenie, że dotarłem gdzieś gdzie nie powinienem. Miałem świadomość bycia otoczonym przez masę istot, starszych ode mnie i nieskończenie mądrzejszych. Przez krótką chwilkę. Po której mnie zauważyły i stanowczo (acz delikatnie i bez agresji) wyprosiły. Co ciekawe, identyczne sny udało mi się potwierdzić jeszcze u całkiem sporej grupy ludzi. Na alt.tarot kiedyś siedziała świetna ekipa, z wieloma korespondowałem potem prywatnie. I w sumie wszystko sprowadzało się do tego, że odkrywasz w pewnym momencie miejsce w którym są jacyś "inni", i chyba cała wiedza jakiej kiedykolwiek pragnąłeś. Ale nikt nie umiał się tego uchwycić i po chwili musiał zapomnieć o wszystkim by wrócić do swojej rzeczywistości. I każdy opisywał to przeżycie dokładnie w ten sposób. Mi się wydawało, że zrozumiałem "sens życia" (czy też raczej dostałem odpowiedzi na nurtujące mnie pytania), pewien matematyk opowiadał mi o tym, że widział "uniwersalną" bryłę która była rozwiązaniem całej masy ichnich zagwozdek (jakieś tam pi, logarytmy, nie wiem - ale był podekscytowany strasznie - chyba chodziło o takiego Świętego Graala matematyków, pewnie coś jak wzór łączący wszystkie siły w świecie fizyków). Pewna kobieta miała dokładnie te same wrażenia co ja... i mógłbym tak wymieniać.
Aha, po tym jednym śnie przestałem się bać śmierci. Tak jakbym wiedział już dokładnie co jest potem i miał pewność, że nie ma czego się bać - tyle, że nie pamiętam już żadnych konkretów. I to mnie do dzisiaj nie opuściło chyba. Niesamowite. Może gdybyś pozwolił sobie nie otwierać oczu, to jednak... Każdy kogo znam i kto przeszedł coś takiego jednoznacznie mówił, że został po prostu "wykopany" jak nieproszony natręt - widać nie da się w tak prosty sposób odejść dopóki masz tu żyjące ciało. A czy da się umrzeć przez samo senne życzenie? Mmmoże, ale sądzę że ktoś zdolny do takiej mentalnej dyscypliny potrafiłby wyginać łyżki i otwierać zamki samym aktem woli. I pewnie wiedziałby, że takie odejście nie ma sensu, więc by nie umierał tak łatwo :)
@Irish: no dobra, gdy następnym razem zacznę słyszeć dziwnych lektorów i widzieć facetów robiących sobie makijaż, to każę im spadać i iść do Ciebie :) Tylko nie narzekaj jeśli wyjdzie z tego coś upiornego :)
@PW: no wiesz, ta gotowość do ekshibicjonizmu przed duszkiem... nawet według moich standardów to przegięcie. Wstydź się! ;)
Od: badmad
Data: 20051022, 17:32
Ad. mojego wpisu: konkretnie rzecz biorąc śniło mi się że byłem w szpitalu i 6-7 pielęgniarek chciało 'ten teges', potem nagle sen się zmienił i byłem w jakiejś łazience a z sufitu zwisała jakaś kobieta ociekając krwią, w następnej chwili stanęła przede mną i mnie zaatakowała i wtedy się obudziłem. Więc to jest nie o tyle przemoc o ile jakieś potwory, strachy itp. Zawsze miałem wybujałą wyobraźnię, pamiętam do dziś i czasem mi sie to śni, że w łazience czai się na mnie jakiś potwór ;) Przemoc natomiast rzadko się pojawia w moich snach, no chyba że wobec mnie, a nie ja wobec kogoś, co pewnie się wiąże z tym że mam (przeważnie) pacyfistyczne poglądy (z wyjątkami np. zabiłeś, to też zasługujesz na śmierć). Szkoda że przeważnie nie pamiętam snów, bo pozostaje wrażenie, że były ciekawe.
Od: greblus
Data: 20051022, 20:57
Niestety, jeżeli chodzi o symbolikę i interpretację snów, staram się tego nie robić (nie ma też zbyt wielu okazji ale o tym dalej). Powód jest jeden, siedzi we mnie sceptyczna, podejrzliwa, niewierna i nieufna bestyja ;]. Jeżeli czegoś nie jestem w stanie zrozumieć za pomocą, nazwijmy to metod klasycznego pojmowania rzeczywistości, to raczej omijam z daleka (z poprawką na wstępne zaspokojenie ciekawości). Podobnie jest ze snami, garbage collector przy wybudzaniu odpowiednio szybko wymiata pozostałości tego, co niewygodne. Taki niskopoziomowy leń, po co się męczyć? Podświadomie nie chcę pamiętać pewnych rzeczy, czasem można się przerazić jakie psychopatyczne pomysły przychodzą w nocy człowiekowi do głowy :).
Większość moich snów - tych, które przetrwają próbę poranka, to typowe sny w nieskończoność wałkujące jakieś problemy, taki też mam charakter, potrafię się gryźć tygodniami ("a może lepiej gdybym zrobił inaczej?"). Wyjątki, to jakieś mocno traumatyczne przeżycia z dzieciństwa. Te czasem potrafią mocno zaskakiwać. Co najbardziej lubię w snach? Odświeżanie pamięci wydarzeń. Przykładowo jeden ze snów - hollywoodzka ekranizacja moich 5-tych urodzin. W życiu bym nie przypuszczał, że na drugi dzień rano przypomnę sobie co dostałem w prezencie od jednego z kumpli :), albo jak wtedy smakował tort zrobiony przez moją mamę. Całkiem możliwe, że nie chodzi tutaj wcale o sny (bestyja mówi teraz). Przebłyski pamięci dziwnych wydarzeń pojawiają się czasem w chwilach zamyślenia, myślę o czymś zupełnie innym, nagle ktoś przestawia mi zwrotnicę i zaczynam myśleć o tym, że 15 lat temu ktoś coś do mnie powiedział i jednak miał rację :-/.
Pamięć to osobny temat, korzystając z okazji pozdrawiam wszystkich "lewusów" :).
(zwłaszcza cierpiących z powodu pamięci wydarzeń).
Motyw śmierci w snach to coś, co do mnie powraca dość regularnie i na samą myśl włosy mi się jeżą nie tylko na głowie. Sen bez formy, nic w nim nie widzę, nic nie słyszę, jednak uczucie paniki wykracza poza jakąkolwiek skalę. Jedyne co może choć trochę przybliżyć to uczucie, to wyobrażenie nieskończenie gęstej mgły, która zalewa całe ciało i przygniata swoim ciężarem. Potem uczucie utraty przytomności i świadomość tego, że to ostatnie myśli, ostatnia chwila, która jednak nie chce przestać trwać. Gdy przyśniło mi się to pierwszy raz miałem niewiele więcej niż pięć lat. Bałem się nazwać to uczucie, ale mimo tego wiedziałem, że właśnie tak czuje się umieranie. Nie zdziwie jak się okaże, że się nie pomyliłem. Brr.
Hoppke często pisze o dziwnych językach, którymi posługuje się w snach. Najfajniejsze jest to, że potrafi sobie przypomnieć ich brzmienie i wymowę.
Mnie się to zdarzało do czasu jednego z gwałtownych przebudzeń, kiedy to skompromitowałem te umiejętności :). Niestety, okazało się że mój umysł poszedł na skróty i wmówił sam sobie, że w totalnym bełkocie słyszy idealną angielszczyznę, albo piękny francuski, czy jakiś inny abstrakcyjny język. Niedowiarek na wszystko znajdzie wytłumaczenie, ale przynajmniej w moich snach taki jest mechanizm posługiwania się językami. A szkoda. Na szczęście alkohol rewelacyjnie poprawia zdolności językowe :).
Od: slawiog
Data: 20051023, 03:05
Niestety Hoppke radziłbym ci wybrać się do najbliższego egzorcysty, bo to, o czym teraz piszesz, nie jest niczym dobrym. Oko Horusa, czy też wszechwiedzące oko, to symbol Szatana, widzącego, "płaczącego" nad tymi, których nie może posiąść we władanie. Jednocześnie symbolizuje ona (jak sam skonkludowałeś) "dar" widzenia pozazmysłowego, "uduchowionego". Szatan i jego demony zwodzą świat na różne sposoby, m.in. proponując namiastkę duchowości, prowadzącej do zniewolenia - stąd wszystkie te "doświadczenia pozazmysłowe", channeling, media, okultyzm, new-age, przewidywanie przyszłości itd. Swoją drogą ciekawym jest fakt, że Aleister Crowley (twórca i założyciel współczesnego okultystycznego kultu/odłamu satanizmu) doznał "objawienia" podczas pobytu w Egipcie od cienistej istoty posłanej przez Horusa Harpokratesa... Ciekawszym jest jeszcze to,że ten zatwardziały bluźnierca i okultysta po tym doświadczeniu dostał takiego pietra, że uciekł wraz z żoną z Egiptu.
Od: Hoppke
Data: 20051023, 15:57
@slawiog: Eee tam, nic mi nie grozi... hmm, ktoś pali siarkę za oknem? skąd ten zapach...
...no ale wracając do tematu :) Motyw "szatana zwodzącego" to wymysł stosunkowo nowy, zawdzięczamy go przecież naszemu kochanemu Kościołowi który, nie tolerując konkurencji, albo stanowczo wymazywał z powierzchni świata inne wierzenia (politeizm na stos, nawracanie mieczem), albo wypaczał tak by dały się włączyć w jego obrządek - np. pogańskie strojenie drzewka które ostatecznie przekształcono w akceptowalną "choinkę", czy właśnie postać Lucyfera (i jego wcieleń w innych kulturach/czasach) który niesie światło, ciepło i wiedzę (prometejskie wartości, na swój sposób) - a zostaje przedefiniowany na "wroga publicznego numer jeden". A to, że owo oko "płacze" to fakt. Tyle, że to jest powiązane z egipską mitologią. Według oryginalnych wierzeń on nie płacze nad tymi których nie może posiąść. W oryginale z tych łez powstał ród ludzki (IIRC słowa "łza" i "człowiek" w języku starożytnych Egipcjan były nawet bardzo blisko spokrewnione). Ten cały pomysł ze zwodzeniem ludzi na pokuszenie to młoda idea, od oryginalnych korzeni Ra, Horusa czy Isis (też bogu ducha winnej, a nieźle szkalowanej przez łowców czarownic) dzielą go tysiące lat. BTW, nawet chrześcijańska "matka Boga" to odprysk tego co kiedyś przedstawiała Isis właśnie. Niektóre wyobrażenia Isis przedstawiające kobietę karmiącą dziecko są dziwnie podobne do współczesnych ikon... I nawet Kościół nie mógł tu kwestionować, że tysiące lat przed nim istniały osobne wierzenia. Oczywiście nie musiał się tłumaczyć, miał w końcu inne metody - krucjaty, stosy, ostatecznie nawet instytucję Inkwizytora...
Religie przeplatają się strasznie, deformują z czasem. A chrześcijaństwo, sposób w jaki było krzewione... przypomina trochę Borga z SF. Albo asymilowało, albo niszczyło bezpowrotnie. To nie było "żyj i pozwól żyć". I rezultat jest jaki jest.
Dlatego nie ufam tak do końca żadnej religii - wszystkie odeszły już tak daleko od swoich korzeni... A chrześcijaństwo mutowało chyba w najszybszym tempie, przez swoją nietolerancję względem innowierców.
Dlatego dla mnie łzy tego oka będą mitem o stworzeniu gatunku ludzkiego, a postać "niosącego światło i wiedzę" będzie właśnie tym - postacią tego, który rozświetla ciemności i pomaga zrozumieć. A nie siedzącym na tronie Księciem Piekielnych Płomieni który owszem, daje ciepło, ale po to by spalać nim ludzkie ciała i daje wiedzę, ale też tylko po to by oszukać. Bo to współczesny patch nałożony przez Kościół. Okropne jak ta religia siała FUD-y byle tylko powiększyć swoją "user base".
PS: Crowley to oszołom (lub szarlatan, jak kto woli - jeden z wielu którzy byli przed nim i po nim), jak i jego nowocześni "sataniści" zresztą. To ja już wolę tych którzy we Francji/Hiszpanii organizowali swego czasu jakże modne "okultystyczne" orgie dla zblazowanych arystokratów. Bardziej rozrywkowi. To wszystko IMO oczywiście, żeby mi się żaden fan Crowleya nie obraził :)
BTW, żadna "wiara" która jest definiowana jako opozycja dla czegoś już istniejącego nie jest warta uwagi - a ci nasi obecni "sataniści" byliby niczym bez Kościoła. Istnieją tylko jako opozycja przecież. Nawet ich sztandarowa "czarna biblia" co i rusz definiuje się przez przeciwstawianie chrześcijaństwu w taki czy inny sposób, a te hasła typu "jeśli ktoś uderzy cię w policzek"... nie stać ich było na wymyślenie czegoś samodzielnie? Odwracają parę wartości i tyle. Chrześcijanie tłumią seksualność - więc my ją promujmy. Mówią o poświęceniu - więc my będziemy egoistami. Mówią że szatan jest zły - więc będziemy go czcić. Nie uznają magii - więc my będziemy w nią wierzyć. E, słabe. Dobre dla nastolatków w okresie buntu ;)
Od: piotrek jasiewicz
Data: 20051023, 20:13
Rozumiem tę symbolikę, zastanawiam sie tylko na ile sam siebie chcesz zgłębić, a na ile uciekasz się do rytuału. A może to dwie półkule mózgowe rywalizują między sobą o prawo do odbierania otoczenia?
Od: slawiog
Data: 20051024, 01:43
Hoppke mylisz niektóre aspekty katolicyzmu (który zawędrował daleko w swoich wierzeniach, jest już blisko granicy religii okołochrześcijańskiej) z rzeczywistymi naukami chrześciajńskimi. Chrześcijaństwo najlepiej charakteryzuje życie i działanie apostoła Pawła, a z nim niewiele ma wspólnego KrK. Pierwotne, przepełnione duchem i miłością(agape) chrześcijaństwo to pełny poświęcenia uduchowiony (ale osadzony w twardych realiach) ruch ludzi, którym na myśl by nie przyszło, aby dokonać tego, czego dopuszczali się tzw."chrześcijanie" w imię zbawiciela. Dobrze wskazałeś na powiązanie kultu tzw. "matki bożej" z Isis (ale również Aszery, Isztar i innymi wschodnimi przewodnimi bóstwami żeńskimi).
Niestety twoje wyobrażenie o satanizmie jest płyciutkie - to przecież wielobarwny nurt, a tzw. "czarna biblia" Antona LaVeya jest uznawana tylko w niektórych kręgach satanistycznych. Równie wpływowe są księgi angielskiego okultysty - twórcy tzw. magica (w odróżnieniu od magicka - sztuczek cyrkowców) Aleistera Crowleya.W satanizmie istnieją odłamy intelektualne, odrzucające wprost Boga, jako stworzyciela, ale i Szatana, jako istotę; uznające, że Szatan reprezentuje jedynie siłę, jak sami stwierdzają najmocniejszy popęd we wrzechświecie. Istnieją również różnego rodzaju kulty okołosatanistyczne, z mniejszym lub większym naciskiem na religijno-kultowy aspekt ich odmienności, w tym również prymitywni zabójcy kotów i gwałciciele dzieci. Mamy w końcu do czynienia z okultystami i ludźmi zaangażowanymi w różnego rodzaju loże "jaśnie oświeconych" blaskiem wiedzy Lucyfera itd.
Od: slawiog
Data: 20051024, 01:57
Ach i jeszcze odnośnie Szatana, jako władcy płomieni piekielnych - wystarczy poczytać źródło wszelkich wierzeń chrześcijańskich - Biblię, aby przekonać się, że to wszystko mity i bzdury (czy propagowane przez Kościół Katolicki nie wiem, bo związany z nim nie jestem). Tak więc Szatan to upadły anioł, jeden z archaniołów ("będących w obecności Boga"), najpiękniejszy - "jasniejący", pierwszy we wszystkim z całego grona, ten, który przechadzał się w ogrodzie Eden; ten, który za sprawą swojej świetności uniósł się pychą i chciał zasiąść na tronie Boga. Z lektury fragmentów Starego i (Nowego) Testamentu można się dowiedzieć, że walczył on z aniołami wiernymi Bogu, w tym z arch. Michałem, ale został zrzucony z niebios (pamiętać należy, że czas świecie duchowym jest czymś zupełnie innym - "dla Boga jeden dzień jest jak tysiąc lat, tysiąc lat, niczym tchnienie") i krąży niczym lew ryczący, czychając na ludzi, których może posiąść. W ostatecznej rozgrywce zostanie pokonany przez samego Boga (Słowo Boże - Jezusa) i wrzucony do niekończącego się jeziora płonącego, aby przez wieczność być dręczonym. Takie piekło nie będzie bynajmniej miejscem, w którym mógłby rządzić, ponieważ będzie to miejsce kaźni stworzone SPECJALNIE dla niego i jego aniołów, a do którego to zostaną wrzuceni również ci, którzy odrzucą przebaczenie win dokonane przez ofiarę Jezusa (tzw. druga śmierć). Tak to się mniej więcej przedstawia, jeśli chodzi o wierzenia chrześcijańskie.
BTW. Tzw. "matka boska" jest wspominana kilkukrotnie w Starym Testamencie (m.in. przez proroka Jeremiasza) jako wyjątkowo ochydny dla Boga kult demoniczny...
Od: slawiog
Data: 20051024, 02:08
Uch, sorki za ten wpis o "płytkości wyobrażeń nt. satanizmu" - pobieżnie tylko rzuciłem okiem na twój wpis :/
Od: dood
Data: 20051024, 15:08
Hoppke, przemawianie wieloma jezykami, oko, krwawe wizje - jestes najprawdopodobniej w mniejszym czy wiekszym stopniu opetany.
BTW, odnosnie twoich rozwazan na temat Lucyfera - czy w swiecie duchowym w ogole nie ma zadnuch istot zlych ? Wszystkie takie fajne misie do przytulania, a to ogien przyniosa, zeby sobie ludzie grilla zrobili a to oswieca nieoswieconych, jezykow naucza... ?
Od: Hoppke
Data: 20051024, 15:37
@dood: trudno, taki mój urok. Hy hy. Czy moje ciągoty do samobójstwa też się na to załapią? Ostatnio są coraz silniejsze i silniejsze... dzisiaj prawie wpakowałem się pod koła jakiegoś samochodu (zdążył jednak wyhamować) i, co najdziwniejsze, chyba zrobiłem to z rozmysłem (serio. nie wiem co o tym myśleć. jakoś tak spokojnie do tego podchodzę, bez uczuć...)
A złe istoty... a bo ja wiem. Instynkt mi mówi, że nie ma "dobrych", które sobie za punkt honoru obrały bezinteresowne pomaganie ludziom (bo i niby czemu miałyby to robić?), ale nie ma też "złych", które mają obsesję na punkcie zwodzenia ludzi. Zakładanie, że jakieś inne istoty mają takiego fioła na punkcie ludzi to chyba nasza zwykła próźność. Tak jakby mrówki sobie ubzdurały, że ludzie dzielą się na dobrych (którzy dokarmiają) i złych (którzy rozdeptują). A przecież ludzie mają ważniejsze rzeczy na głowie niż jakieś mrówki. Przerysowany przykład, ale to wymyślanie "dobra" i "zła" jakoś podejrzanie próbuje stawiać ludzi w centrum wszystkiego co istnieje. Może świat duchów ma nas po prostu gdzieś? Czasem dostaniemy coś dobrego, czasem złego, ale powody są inne niż "dobro" czy "zło". Nie mamy tylko odpowiedniej perspektywy by to zrozumieć (tak jak nie mają jej mrówki). Zakładając oczywiście że istnieje coś poza materią którą widzimy - ja jestem skłonny w to wierzyć, ale oczywiście mogę się mylić.
Od: dood
Data: 20051024, 17:19
Skoro "maja nas gdzies" to po co stworzyly swiat materialny i nas ? Bo zakladamy - sami sie nie stworzylismy i Ziemi z ziemi nie ulepilismy.
Od: Hoppke
Data: 20051024, 18:20
A po co my dokarmiamy mrówki? Ktoś zgubi lizaka, gdzieś komuś upadnie kawałek hotdoga, na jakimś tarasie ktoś inny zostawi upaćkany czekoladą papierek po Marsie... dlaczego musimy zakładać jakąkolwiek celowość? To wszystko może być efektem ubocznym, zupełnie nieistotnym odpryskiem czegoś większego, czego nie widzimy i nie rozumiemy.
BTW - "po co stworzyły świat materialny" - to już samo w sobie spore założenie. Może nie stworzyły, może zostały stworzone razem z nim (przez co? kto wie... pewnie same nie wiedzą). A może istnieją razem ze światem "tak po prostu", tak samo jak istnieje np. energia. A może nie ma ich w ogóle.
Wszystko to tylko kwestia przekonania i jakiejś wiary, czegoś co instynktownie przyjmiemy jako swoje... i pewnie nawet nie jest ważne "jak jest naprawdę". Będąc człowiekiem, stworzeniem skazanym na tak subiektywne postrzeganie świata... jedyne co możesz robić, to zgłębiać ten swój subiektywizm. Niby bez sensu, bo po co brnąć w coś co jest pewnie tylko osobistą fikcją... ale ogólnie rzecz biorąc życie, poza podtrzymaniem gatunku, też nie ma żadnego konkretnego sensu na tym poziomie. Żyjemy sobie mając tylko własne wyobrażenia o świecie, jak małe statki zamknięte w butelkach. Możesz się poddać i olać wszystko, a możesz też upiększać swoją małą butelkę. IMO żadne z wyjść nie jest "właściwsze".
Od: dood
Data: 20051025, 17:50
"Nie stworzyly, zostaly stworzone" - ale co bylo na poczatku tego lancucha kreacyjnego ? Nie chodzi mi o historie ludow prymitywnych typu: wielki zolw, na nim cztery slonie a na sloniach malpy itd a na samym koncy ziemia z ludzmi (pytanie na czym stoi zolw).
Dalej "tak po prostu"...energia... ale przeciez musialo byc tak, ze na poczatku nic nie bylo. Wielkie Nic. Istniala tylko jakas Nadistota, ktora stworzyla to co jest. Pytanie - po co to zrobila, skoro nie mialoby miec to dla niej zadnego znaczenia ? Musimy zakladac celowosc.
Temu, ze jej szukamy zawdzieczamy nasza zaawansowana cywilizacje i mozemy teraz sobie dywagowac przez Internet a nie bajac o zolwiu, sloniach i malpach przy dzwiekach bebnow i w spodniczkach z trawy.
Od: Hoppke
Data: 20051025, 19:25
@dood: co było "na początku"? cokolwiek. może to co znamy teraz. bo nawet jeśli był Stworzyciel, to i tak zaraz zapytasz "a co stworzyło stworzyciela?" (a przynajmniej powinieneś zadawać to pytanie jeśli chcesz mieć "solidną" metodologię). I popadniesz w niekończący się łańcuch. Jeśli możesz przełknąć to, że na początku była odwieczna nicość i odwieczny Stworzyciel, to dlaczego odrzucasz od razu istnienie wiecznego wszechświata, z całą kreacją, bez stworzyciela? Przecież to nielogiczne.
"ale przeciez musialo byc tak, ze na poczatku nic nie bylo" - dlaczego "musiało"?
IMO podejście, że coś "po prostu istnieje" jest tak samo uprawnione jak "zostało stworzone z nicości przez Nadistotę". Nigdy bym nie powiedział "ale musiało być tak"... bo skąd musiałbym mieć tę pewność. Ludzie mają tendencję by szukać Stworzyciela, by zakuwać wszystko w ramówkę początku i końca bo tak wygląda ich istnienie. Wszechobecna okresowość, rytm natury, cykl zapłodnienia, narodzin i śmierci...
A, i nie "musimy" zakładać celowości jeśli choć na chwilę rozszerzymy horyzonty i założymy, że nie wszystko jest bezpośrednim przejawem czyjejś woli. Nawet jeśli założysz, że okresowym rozpad atomów służy jakiemuś wyższemu celowi, to jakiej "celowości" doszukasz się w tym, że w jakiejś próbce rozpadł się właśnie atom "A", a nie "B" czy "C"? Może to po prostu obojętne - któryś się musiał rozpaść. Może z łańcuchem kreacyjnym jest podobnie - sam łańcuch ma jakieś przeznaczenie, ale implementacja jego ogniw jest już nieistotna o ile spełniają pewne kryteria. Np. atomy mają rozpadać się co jakiś czas, ale to który się akurat rozleci jest more or less obojętne. Być może zamiast całego naszego wszechświata równie dobrze mogłoby istnieć coś zupełnie innego, z innymi prawami fizyki (lub bez fizyki w ogóle, z innym zestawem wymiarów), pozbawione życia. Pytanie o celowość to pułapka pychy, bo zakłada, że umiesz tę celowość rozpoznać. Tak jakby konkretna pojedyncza dachówka próbowała mówić jak jest zbudowany cały dom i dlaczego ona jedna leży akurat w rzędzie na skraju dachu, a nie wyżej. Widać została Wybrana przez Stworzyciela, celowo.
I nie sądzę, byśmy naszą cywilizację zawdzięczali pytaniom o motywy hipotetycznego stworzyciela. To doprowadza ludzi tylko do etapu szamanizmu, w najlepszym wypadku. Owszem, to podwaliny, ale cywilizację budują dużo bardziej przyziemne sprawy - pismo, pieniądz, poznawanie praw przyrody i ludzkiego organizmu... Postęp cywilizacyjny był nawet swego czasu zwalczany przez naszą dominującą religię - heliocentryzm, poznawanie ludzkiej anatomii...
Potem pojawia się zorientowana dużo bardziej na człowieka i jego otoczenie filozofia, z której wykształcają się nauki przyrodnicze, ścisłe, a w końcu krytyczny naukowy umysł który popycha naszą cywilizację do dziś. Cywilizacja istnieje dzięki ludzkiemu lenistwu i chęci rozumienia (ogólnie), a nie konkretnemu pytaniu o motywy jakiejś hipotetycznej osoby Stworzyciela.
Od: dood
Data: 20051031, 14:24
Hoppke, dlaczego musiało na początku być nic ? A co ci podpowiada logika - ze wszystko ma swój poczatek, że nie może powstać coś z niczego. Uważasz, że może powstać coś z niczego ? Jedynym założeniem może być to, że istniała jakaś Nadistota, która stworzyła to, co jest (czyli Coś z Niczego). Mówimy Nadistota a więc Nadintelekt, Wszechwiedza, Wszechmoc - zatem jak można to kojarzyc z brakiem celowości ?
Pytanie o celowośc to pycha, bo zakłada, że umiem celowośc rozponać ? W jakim zatem celu człowiek posiada rozum ? Tak, "dachówka została wybrana celowo" :)
Co do pytań o motywy Stworzyciela i szamanizmu - tak się jakoś dziwnie składa, ze to ludzi, którzy zadawali sobie takie pytania, pełni pychy zbudowali cywilizację i weszli na wysoki stopień rozwoju, natomiast właśnie "szamaniści", którzy nie stawiali ich sobie w ogóle albo stawiali inne pytania lub też znajdowali złe odpowiedzi na dobre pytania chodzą do dzisiaj w spódniczkach z trawy z dzidami. Myslenie religijne takie a nie inne pociągnęło za soba właściwe rozpoznanie rzeczywistości, które uczyniło możliwym rozwój, progres. Czy buddyści, wyznawcy Wielkiego Manitou, bądź animalizmu byli mniej leniwi, mieli mniejszą chęć rozumienia, a może kolokwialnie mówiąc byli genetycznie głupsi, ze to nie oni zbudowali "dzisiejszy świat" ? A może to znowu przypadek, brak celowości ?
Od: Irish Coffee
Data: 20051031, 19:07
@dood: Przeczysz sam sobie. Z jednej strony piszesz że "na początku było nic", za chwilę że była Nadistota która z tego niczego coś stworzyła - czyli jednak nie takie nic. A może ta Nadistota jest niczym? Gdzie tu logika na którą się powołujesz?
Dalej, czemu tak bardzo się upierasz na celowość też nie rozumiem. Analogia do mrówek była bardzo trafiona, nie masz najmniejszych podstaw żeby twierdzić że ludzie nie są też takimi mrówkami - no chyba że właśnie z wrodzonej pychy?