Zlot. MucoZlot. MiniZLOT. O tym chcę powiedzieć parę słów.
Czytelnicy przychodzą tu różni, więc postaram się przedstawić sprawę uciekając od typowej w takich sytuacjach hermetycznej szczelności.
Zacznę od IM. Czym jest IM chyba każdy wie? Instant Messaging? Gadu Gadu, ICQ, Jabber, Spik, Miranda, Gaim, Psi i inne takie? Przynajmniej część tych terminów powinna być zrozumiała, prawda?
Ja korzystam z kilku sieci IM, głównie GG i Jabbera. I przez sporą część dnia korzystam (no, może "korzystam" to za dużo powiedziane - po prostu jestem zalogowany i od czasu do czasu czytuję) z pokoju "linux" na serwerze "chat.chrome.pl". To taka konferencja, chat, kanał, pokój do rozmów dla ludzi korzystających z jabbera. Obiegowo nazywa się to często MUC-em (Multi-User Chat).
Od ładnych paru miesięcy przesiaduję więc na linux@chat.chrome.pl. Jak to w takich środowiskach bywa, padały propozycje "spotkania się kiedyś w realu". I, jak to w takich środowiskach bywa, nic z tego nie wychodziło. Do czasu...
Grupka sieciowych znajomych postanowiła się zjechać. Planowaliśmy wynajęcie sobie ośrodka pod Poznaniem, niestety nic z tego nie wyszło. Okazało się, że część ludzi nie może w danym terminie, część nie ma pieniędzy, a część po początkowych "tak, jasne, chcemy jechać!" wykruszyła się prędzej czy później. Ostatecznie zostało nam tylko bardzo kameralne grono ludzi na tyle zainteresowanych sobą, by się zebrać i pojechać.
Z powodu niskiego pogłowia mucowiczów odpadł pomysł wynajmowania czegokolwiek. Na szczęście harnir zgodził się nas wszystkich hostować! Super!
Cała impreza trwała 3 dni, od piątku po niedzielę włącznie. Najpierw zjechałem na dworzec ja, z moim znakiem rozpoznawczym - jasnoniebieską kurtką HP. Harnir był łatwy do namierzenia. Po jakimś kwadransie z przeciwnej strony nadjechał da.killa. Do przyjazdu OJO mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc by nie marznąć na dworcu (aura była niesprzyjająca - zimno, mokro, śnieg zacinał) wybraliśmy się do... eee... "Starego Browaru"? Tak to się zwało? W każdym razie do takiego czegoś z brązowej cegły. W środku ganiał facet przebrany za renifera, babka przebrana za choinkę i masa aniołków ze sztucznymi skrzydłami, w srebrnych i złotych perukach. Najpierw poszliśmy na kawę. Stolik był brudny i zastawiony jakimiś talerzykami i pustymi kubkami. Zajęliśmy miejsce czekając na kelnerkę - ale bez efektu. Po jakimś czasie poszliśmy złożyć zamówienia - chłopacy brali kawy, ja wziąłem sobie dużą czekoladę. Czekoladę dostałem w miarę szybko, była nawet smaczna, ale moi towarzysze kaw doczekać się już nie mogli. Po niewiarygodnie długim oczekiwaniu da.killa poszedł interweniować - okazało się, że paragon im się "zagubił", więc nie realizowali zamówienia. Ech. Dno. Poza tym mieli za mało osób do obsługi, za mało kubków, w ogóle tak jakby zainteresowanie klientów ich przerosło. IIRC, to działo się to w "Coffee Heaven" w "Starym Browarze", czy jakoś tak. A, da.killa nie dostał do swojej mocnej kawy tradycyjnej mineralki do popicia. Czyli raczej nie można polecić.
W międzyczasie zdzwoniliśmy mormira, który odebrał OJO z dworca i przyprowadził go do nas. mormir miał fajną kurtkę na sobie (bardzo mi się spodobała), a pod spodem raczej niewygodne ciuchy (przybywał prosto z matur próbnych). No i buty go obcierały - wiadomo, te "galowe" zawsze tak robią.
Ja zacząłem narzekać na głód, więc rozglądaliśmy się za pizzerią czy czymś takim. W centrum handlowym coś tam było, ale zajęte PO BRZEGI. No komplet, zero miejsc wolnych. Wyszliśmy więc na zewnątrz by znaleźć jakąś pizzerię w wersji "standalone", ale po przejściu kawałka poddaliśmy się. Nawet moje trapery zaczęły przeciekać w konfrontacji z poznańską chlapą.
Więc ewakuowaliśmy się na dworzec PKS by podjechać już do harnira, bez czekania na Cachotterie. Na dworcu okazało się, że da.killa i mormir są ciężko uzależnieni od internetu i gry w Traviana. Rozmawiali o jakichś magazynach i zasobach które musieli rozdysponować, by się im wioski nie rozsypały podczas ich nieobecności ;)
Do harnira dojechaliśmy po zmroku. Było zimno, pusto, mokro. Wiał wiatr, a wilki szczypały mnie po łydkach. Brrr. Ale w środku było za to cieplutko. Szybko namierzyłem ciepły kaloryfer i suszyłem sobie przemoczone stópki. OJO też :)
Zamówiliśmy pizze (smaczne i ostre), jakąś colę do przepłukania gardełek i spędziliśmy resztę wieczoru na oswajaniu się ze sobą, obgadywaniu joggerowców i dystrybucji, no, masa frajdy :) Niestety, Cachotterie nie mogła dotrzeć na wieczór, więc odkorkowaliśmy wino bez niej.
Wino wiozłem ze sobą z ZG, jedną butelkę tegorocznej "domowej produkcji". Nie było tego dużo, ot, po lampce czy dwóch dla każdego. Z da.killi wyszło przywiązanie do łyskaczy i innych świństw - wybrzydzał na wino i kręcił noskiem, ale go przymusiliśmy i wypił. Potem zasnął, na kanapie, w skarpetach... Ech, te nienawykłe głowy... ;)
Harnir znakomicie nam gospodarzył, miejsca noclegowe były super. Warunki: pierwsza klasa. A, zrobiliśmy też śpiącemu da.killi parę kompromitujących zdjęć...
Sen przyszedł szybko.
Dzień drugi: jesteśmy głodni, da.killa łyka proszki na ból głowy (i klnie na moje wino), idziemy odebrać Cachotterie na dworcu PKP.
Dworzec okazuje się być rozpadającą, pustą skorupką bez szyb itp. luksusów. Coś jak wiata kolejowa :)
Odbieramy Cachotterie, idziemy na ZAKUPY! Kupujemy chleb, makaron, sos, smarowidła do chleba, jakąś pepsi i trochę piwa. Ja malutko, OJO malutko, Cachotterie malutko, harnir w ogóle, a da.killa przynajmniej ze dwa sześciopaki.
Na miejscu bierzemy się za śniadanie... jakimś cudem przegapiam porę smarowania i kończę jedząc gołą kromkę chleba z kubkiem kawy instant. Sięgam po rezerwę - jedno jabłko oraz mleko w tubce które ze sobą przywiozłem. A potem Karmi Poema i inne takie ;)
Dzień mija nam na rozmowach, śmianiu się, krytykowaniu Debiana na harnirowym komputerze, wyśmiewaniu dystrybucji, śmianiu się, słuchaniu muzyki i dowcipach. Jednym słowem - super. A, oczywiście pijemy też piwo i takie tam.
Wieczorem jemy obiad - makaron z sosem. Sosu jest mało, a makaron trochę wystygł... ale nikt nie marudzi. Dobre było, z sosem pieczarkowym. Sam taki jem często, więc czułem się swojsko.
Siedzimy długo przy ogniu kominka (i inhalując kominkowy dym, bo da.killa zmniejszył cug i prawie nas zaczadziło :), palimy kadzidełka cynamonowe, na stole mamy świece, słuchamy muzyki... no, relaks na całego.
Kolejna noc mija w znakomitych warunkach.
Dzień trzeci: jemy i pijemy, śmiejemy się etc., po czym nadchodzi pora odjazdu. Docieramy do Poznania, pakujemy da.killę i OJO do pociągów. Ja mam jeszcze trochę czasu, więc zgrywam u Cachotterie wszystkie zdjęcia (wypalone u harnira na DVD) na jej dysk. Potem jedziemy na dworzec i... spóźniamy się. Z winy zimy, oczywiście. Więc spędziliśmy jeszcze uroczy wieczór w kawiarni. Z mojej rozpiski pociągów wynikało, że następny mam o 20:30... ale gdy dojechaliśmy na dworzec okazało się, że to "EX", a nie pospieszny. Więc mój bilet jest nieważny. Po bieganinie i ogólnym szaleństwie wylądowałem w tym ekspresie, kupiłem bilet u konduktora i... no, dotarłem cało do domu.
To bardzo skrócona relacja, pomijająca wszystkie te... "niewygodne" rzeczy które powiedziałem, albo zrobiłem, albo... ;) Kto nie był niech żałuje, bo było naprawdę świetnie :) Towarzystwo było znakomite, integracja poszła sprawnie (takie rzeczy trzeba KONIECZNIE organizować z noclegami, inaczej nie ma takiego efektu), było bardzo dużo śmiechu, trafiłem da.killę śnieżką a on mnie nie!, żartowaliśmy sobie z OJO, harnirem i mormirem, Cachotterie była mi aniołkiem... śmiałem się z nimi, jadłem z nimi, piłem z nimi i spałem z nimi. I było bardzo, bardzo fajnie. Pełen sukces.
Mamy sporo zdjęć i parę filmików nawet (na miejscu były 3 aparaty, więc...), wypalaliśmy je u harnira na DVD. Niestety, mój napęd DVD szwankuje i nie widzi płyty, więc chwilowo ich nie mogę obejrzeć wszystkich. Tylko to, co miałem w aparacie...
Definitywnie trzeba to powtórzyć, gdy będzie cieplej... I może tym razem skusi się większa liczba osób. Szlaki już przetarliśmy, udowodniliśmy że się da, że możemy się zjechać i po prostu świetnie bawić. Na dodatek fajnie jest skonfrontować swoje wyobrażenia o kimś znanym tylko z sieci z prawdziwym, żywym człowiekiem...
Liczę na powtórkę w przyszłości :) Kupię sobie tym razem więcej alkoholu, poważniej podejdziemy do wyżywienia (zakupy robiliśmy trochę na wariata...), spróbujemy więcej ludzi ściągnąć... ale rdzeń grupy już mamy, przetestowany, więc powinno być OK.
Ja chwilowo nie mam dostępu do wszystkich zdjęć (jutro zaniosę napęd DVD do sklepu, jeszcze jest na gwarancji, może coś wywalczę), nie publikuję więc żadnej galerii. Ale harnir wrzucił na Spinacza trochę zdjęć, da.killa też napisał już parę słów o miniZlocie.
Było super! Serio. Każdy okazał się być znakomitym kompanem. da.killa opowiadał dużo o golfie i prowadzeniu pola, harnir pokazywał tajniki debiana i crystala, wszyscy braliśmy żywy udział w distro wars na żywo, wyprodukowaliśmy masę grypsów...
"Thy!"
"Na tym rentgenie są jakieś trzy kropki..."
"Brakuje nam fotek w ubraniach!"
itp. teksty z których wszyscy obecni się teraz śmieją, a których nieobecni nie mogą już zrozumieć :)) Ech, to trzeba było widzieć i słyszeć na żywo...
Dopiski:
Od: OJO
Data: 20051221, 01:01
I ja tam byłem.
Dębowe i karmi piłem.
Po debianie jeździłem.
Z harnirem się biłem.
Było super. Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania w tym, lub szerszym , gronie. No i jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI dla harnira, bez niego zlot nie byłby możliwy.
Od: harnir
Data: 20051221, 03:19
Oj tak... Dokładnie tak bym to chciał opisać u siebie - czemu ja nie umiem się tak wyrażać, ehh...
Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20051221, 06:54
...pragnie nadmienić, iż
...przeczytała, ale grypsować nie będzie, choć niektóre ładne są... te grypsy, of course ;)
Od: barcin
Data: 20051221, 08:26
zazdroszczę...
Od: badmad
Data: 20051221, 11:23
Może w wakacje następny? :)
Od: Hoppke
Data: 20051221, 13:50
miło by było. Może nawet niekoniecznie w wakacje, tylko po prostu wiosną. Gdy będzie już na tyle ciepło, by można było siedzieć na dworze.
A tymczasem skompletowałem już wszystkie zdjęcia i wrzuciłem nawet parę (głównie mnie przedstawiających) na flickera:
http://flickr.com/photos/24773650@N00/sets/1627706/
Niedługo zrobię może bardziej kompletną galerię w Moskwiczu, z opisami i w ogóle...
Od: hughofborg
Data: 20051221, 20:45
Znam takie zloty z wlasnego doswiadczenia. Na moich bylo milo, ale jednak nieco sztywnawo. No ale nie mielismy kilku dni do dyspozycji (wspolny sen integruje :)) i nie pilismy piwka prawie. Zazdroszcze.
Od: mormir
Data: 20051221, 21:01
a ja protestuje - dlaczegoś wrzucił zdjęcie grupowe bezemnie, zrobione jak byłem w domu u siebie ;(
Od: OJO
Data: 20051221, 23:02
ale na tym zdjęciu z tobą, mormir, hoppke trzyma łapki na kolanach da.kill, więc nie mógł go tu pokazać. :)
Od: barcin
Data: 20051222, 00:38
możecie zdradzić gdzie się zlecieliście? :)
w gliwicach? (tak kojarzy mi się Stary Browar)
Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20051222, 00:45
Przecież pisze, że w Poznaniu...
Od: da.killa
Data: 20051222, 07:04
No tak, zrobił ze mnie jakiegoś pijaka. W tych sześciopakach były butelki 0,33 litra, więc wcale nie wypiłem tak dużo!
Od: Hoppke
Data: 20051222, 08:54
@da.killa: kwestia stronniczego przedstawiania faktów ;)
A! Zapomniałem napisać, jak zręcznym ruchem ręki zrywałeś kapsle z butelek GOŁĄ DŁONIĄ! :))
Od: da.killa
Data: 20051222, 10:58
:D
Od: KonMan
Data: 20051222, 22:32
Hoppke, fajne miałeś kapetki! :D
Od: Hoppke
Data: 20051222, 23:28
dostałem z przydziału harnirowego :) Sam chyba mam podobne gdzieś u siebie, no, może trochę mniejsze.
Od: bolwerk
Data: 20051222, 23:33
Chciałbym zobaczyć otwieranie butelek goła dłonią, oczywiście tych 0,33, co by nie było, że zarzucam komuś alkoholizm ;-)