ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Rok 2006, 78 wpisów
Prima aprilis! :)

Nie lubię pisać o tematach "politycznych", AAAALE czasem trudno mi się powstrzymać.

Nasz kwiat narodu, śmietanka intelektualna, słoneczka naszych istnień, a więc politykierzy rezydujący na ogół w okolicach Wiejskiej (w Warsaw, DC) po raz kolejny mnie zafrapowali i skłonili do przemyśleń. A przemyślenia te, jak zwykle, sprowadziły się do moooment, ale przecież dzisiaj nie jest pierwszy kwietnia?!

Aby skrócić wodolejstwo do minimum: Jezus na Króla Polski!. Tak tak. Nie tylko wznowimy monarchię (to akurat mi się podoba, wolałbym żyć w państwie które ma króla i dwór niż tych ćwoków), ale jako Honorowego Króla wybierzemy sobie najpopularniejszego od dwóch tysięcy lat syna cieśli.

To ja jeszcze parę pomysłów zgłoszę: proponuję, by ministrem edukacji powołać Buddę. Ministerstwo finansów niech przypadnie Midasowi. A obronnością niech się zajmie Atylla. A gazety będą wtedy mogły z czystym sumieniem pisać "Polska RP v4.0 (Beta) rzondzi rulezem!!!11"

Uch.

Gmła

Mamy w Polsce mgłę. A raczej "mamy w Polsce MGŁĘ". Nie wiem ile miast jest dotkniętych i jakie rejony, ale Poznań jest trwale zamglony. Już drugą dobę. Nieustająca, bardzo gęsta i mokra mgła.

Z okna mieszkanka ledwo widzę drugą stronę ulicy. O polu które jest za nią mogę zapomnieć, kompleks M1 i browar Lecha też są, oczywiście, niewidoczne. Kierowcy autków są biedni strasznie.

Lubię mgłę. Mgła jest fajna, bo we mgle kurczy się świat. Cały krajobraz zawęża się do niedużego okręgu i tak naprawdę istnieje tylko to, co jestem w stanie dostrzec. Idąc "tworzę" (bo wyciągam z mgły) nowe kawałki świata, chowając przy tym w białych obłoczkach mgły stare fragmenty. Idąc we mgle mogę wyobrażać sobie co też za chwilę się z niej wyłoni. Nawet znajome okolice są zaskakujące, bo nagle okazuje się, że rzeczy nie są do końca takie jak je pamiętam. Więc spacer przez mgłę to odkrywanie świata na nowo. Dodawanie i odejmowanie elementów z rzeczywistości. Mocno przypomina mi to podróżowanie przez Cienie (swoją drogą pora znowu przeczytać Amber, lubię ten cykl).

Wczoraj musiałem kupić sobie nową sieciówkę. Tzn. bilet miesięczny na komunikację miejską, a nie kartę sieciową. Po pracy przeszedłem się więc wzdłuż Malty, chcąc dotrzeć na Rondo Rataje (tam zwykle przedłużam elektroniczną kartę biletu). Specjalnie ułożyłem sobie taką pokrętną trasę by we mgle przejść się wzdłuż wody. Było super :) Godzina 17, ciemno że oko wykol, mgła, widać tylko różnokolorowe kulki latarni. Orientacja w terenie minimalna. Nad Maltą ptactwo wodne daje koncert. Mgła tak gęsta, że oddycham wilgocią, a nie powietrzem. Bardzo fajnie.

...wiadomość z ostatniej chwili: mgła się nadal trzyma.

Myślę, że to zwykłe prawo wyporu. Jak wiadomo dzięki słusznym posunięciom władz państwowych przestawiamy produkcję krajową na eksport siły roboczej do (m.in.) UK. Ale w UK nie ma próżni. Jeśli coś tam wrzucamy, to coś się wychlupie. Musi.

Wydaje mi się, że z każdym wyeksportowanym do Londynu kilogramem polskiego obywatela wylewa się stamtąd kilogram mgły. I trafia do nas. To taka wymiana kulturalno-gospodarcza: my wysyłamy kilogramy fachowców, oni w zamian wysyłają nam kilogramy mgły. No i mamy państwo pogrążone w oparach. Mgły, nie absurdu. (OK, absurdu też, ale jego nie musimy importować, mamy wystarczająco aktywną fabrykę na Wiejskiej. Pokrywa 320% naszego zapotrzebowania). Swoją drogą kraina spowita mgłą kojarzy mi się od razu z Nibelungami, tymi złowieszczymi karłami w niej mieszkającymi. Ale nie mówmy o polityce, jest tyle przyjemniejszych tematów...

Lili, popatrz, rączki mi świecą!

Miałem miły, ciepły sen niedawno.

Śniło mi się, że wewnętrzna strona moich dłoni zaczęła świecić przyjemnym, dość jasnym, zielonkawo-fluorescencyjnym światłem.

Nie bolało, prawdę mówiąc nie miało to żadnych efektów ubocznych. Pomijając posiadanie "pseudolatarek" wbudowanych w rączki.

Mój Aniołek mówił, że to pewnie jakaś straszna choroba i powinienem dać to jakiemuś lekarzowi do obejrzenia. Przytakiwałem, ale nie chciałem iść do lekarza i się wyleczyć, bo świecące dłonie to bardzo fajna sprawa. A światło mi nie przeszkadzało, bo świeciła tylko wewnętrzna strona - wystarczyło zacisnąć dłonie w pięści lub położyć je płasko na czymś i już nie było nic widać. Czułem się bardzo wyjątkowy.

Niestety po paru dniach świecenia blask zaczął przygasać. Próbowałem go podładować naświetlając dłonie pod pod biurkową lampką, tak jak "podładowuje" się np. cyferblaty zegarków. Niestety, nic nie dało. Może baterie mi się wyczerpały... a ja nie miałem pojęcia na jakich bateriach działam i gdzie je mam wsadzone, o ile w ogóle to była kwestia baterii.

Koniec końców moje dłonie przestały świecić. Jeśli się je nacisnęło, albo przejechało po nich palcem, to jeszcze na moment w uciśniętych miejscach pojawiały się smugi światła. Ale to już nie było to co wcześniej.

Było mi bardzo smutno...

HtmlUnit. Nice!

Zabieram się właśnie za pisanie automatycznych testów do Repo. Automatyczny test (albo test jednostkowy) to kawałek kodu który sprawdza, czy inny kawałek kodu działa poprawnie. Czyli próbuje go używać na różne sposoby i alarmuje jeśli wydarzy się coś nieprzewidzianego. W Javie używa się biblioteki JUnit wspomagającej pisanie testów, dla .NET jest chyba coś podobnego. Pewnie istnieje też jakiś PyUnit. Miłe jest też to, że Eclipse bardzo pomaga w tworzeniu i korzystaniu z testów.

Nie znam się na automatycznych testach. I dlatego chcę dorobić trochę testów do Repo.

Zamiast testować struktury danych, zachowanie bazy etc. postanowiłem zacząć od testowania tego, co widać w przeglądarce. To bardziej nietypowe - wszystkie testy jakie gdzieś widziałem operują na poziomie kodu, wywołują metody i sprawdzają wartości przez nie zwracane, etc. Repo również powinno mieć takie testy (np. tworzące nowy obiekt w bazie danych, sprawdzające czy ma poprawną zawartość, usuwanie go, sprawdzanie czy zniknął, tworzenie niepoprawnego obiektu, sprawdzanie czy zostało to wyłapane itp.), ale nimi zajmę się później.

Na razie interesuje mnie podejście bardziej "zewnętrzne", takie, które testuje Repo poprzez serwer http. Zacząłem więc szukać sobie gotowego toolkitu, i proszę - znalazłem HtmlUnit. Jejciu, jakie to fajniutkie :)

W odróżnieniu od innych "wspomagaczy" ten pozwala operować na dość wysokim poziomie (czyli bez babrania się w nagłówkach HTTP, choć można uzyskać dostęp i do tych danych). (...)

Czytaj dalej...
Przekąska w Poznaniu

Jakiś czas temu fugasi pytał o czekoladę itp. w Poznaniu. Nie zdążyłem wtedy odpowiedzieć, ale może teraz nadrobię. Nie wiem czy fugasi jeszcze na tym skorzysta, ale jeśli nie on, to może kto inny. A może ktoś mi podrzuci tu też jakieś miejsca które warto samemu sprawdzić?

No to które miejsca lubię w Pyrlandii?

Zapiekanki tak jak podał Aniołek - w bistro przy Starym Browarze. Trzeba stanąć zaraz za drzwiami Browaru, ustawić się twarzą w stronę skrzyżowania przy Multikinie (tego z przystankami tramwajowymi) i przejść parę metrów. Po lewej stronie będzie wejście do niedużego bistro, takiego z oldskoolowym czerwonym zadaszeniem. Na ogół kupuję tam zapiekankę z warzywami, przez zieleninę jest nieco mniej "junkfoodowa". W chwili pisania tych słów kosztuje 5zł i jest naprawdę dłuuuga, nieprzyzwyczajeni mogą poprosić obsługę o przekrojenie na pół, ciut wygodniej się wtedy je. Mają tam też sympatyczne wyglądające kebaby i inne takie. W lokalu jest strasznie mało miejsca i daleko mu do luksusu, ale warto zajść, bo żarełko mniam mniam. Bardzo dobry biały sos czosnkowy (standardowo leją ten sos i ketchup).

Inne niezłe miejsce to zapiekankarnia na Matejki (idąc od Grunwaldzkiej jest po prawej stronie, od ulicy schodzi się po schodach do takiej jakby piwnicy), tam polecam zapiekankę szwedzką (czy jakoś tak).

A czekoladę najbaaardziej lubię w "Czekoladzie" na Żydowskiej. Żydowska to jedna z ulic odchodzących od rynku. Trzeba iść nią prawie do samego końca, wejście do Czekolady jest po prawej stronie (idąc od rynku). Trzeba uważać, bo front lokalu jest wąski, drzwi też, łatwo przeoczyć jeśli idzie się szybszym krokiem. Polecam czekoladę z marcepanem i bitą śmietaną... ale pyszna jest też z piernikiem... w ogóle wszystkie czekolady mają tam pyszne. I takie prawdziwe, gęste, aż krzepną przy stygnięciu. IMO najlepsza czekolada w Poznaniu. I praktycznie zawsze mają wolne miejsca. Można usiąść w środku i na wewnętrznym podwórku (trzeba przejść przez cały lokal), chociaż podwórko jest otwierane chyba tylko latem. (...)

Czytaj dalej...
Mrauk!

Mam świetną dziewczynę. Wystarczy, że o niej pomyślę i już się czuję szczęśliwszy.

"Czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku." uznał Hoppke.
"Mru mru...". Zamruczał wewnętrznie, wysłał ten bardzo pozytywny wpis na Repo i wrócił do pożerania z apetytem swojego drugiego śniadania.

Marud

Dzisiaj jest jeden z tych dni... nic mi się nie chce, absolutnie. Czuję podejrzaną niechęć do wszelkiej aktywności. Nie mogę skoncentrować myśli. Kiedy chodzę czuję się dziwnie, tak jakbym miał za chwilę się przewrócić. Cały czas czuję coś pomiędzy oszołomieniem a bólem głowy. Najchętniej wyrwałbym się z pracy i wyciągnął na tapczanie. Pogoda jest paskudna, może to jakieś osłabienie organizmu przy przeziębieniu? A może po prostu poniedziałek?

PS. Nie, nie jestem hipochondrykiem jak każdy facet. Ale czuję się tak marudnie i słabo. I smutno. Tak szaro jest dzisiaj, i ciemno za oknem... fuj.

Chcę długopis, ale taki piszący

Parę dni temu w skrzynce znalazłem awizo - przyszła paczka z prezentem-niespodzianką dla mojej najulubieńszej dziewczyny. Oczywiście uparła się zepsuć niespodziankę i gdy koło dziewiętnastej poszedłem na pocztę odebrać przesyłkę, to postanowiła mi towarzyszyć.

Gdy wracaliśmy do domu, to tak ją zżerała ciekawość, że w połowie drogi musiałem jej powiedzieć co też takiego niosę w sporej, dość ciężkiej paczce. Jak mała dziewczynka...

Ale ja nie o tym chciałem.

Na poczcie zastaliśmy dwa czynne okienka (to malutka poczta osiedlowa, a liczba_wszystkich_okienek = 3) i pewną kolejkę. Ze dwie osoby przy okienkach i dwie przed nami, czy jakoś tak.

W pewnym momencie jedno okienko robi sobie przerwę, więc zostaje tylko jedno czynne. Jedna osoba przy okienku, my w kolejce, przed nami jeszcze jakaś starsza pani.

Na pocztę wchodzi Babcia Anonimowa. W okularach, szarym płaszczu, z laską, nogi silne i nieżylakowe. Stoi chwilkę przy drzwiach, patrzy na okienka, na kolejkę i ostatecznie zajmuje miejsce równoległe z moim. Na przestrzeni kilkudziesięciu sekund nieznacznymi ruchami przesuwa się do przodu (jak wydma niepostrzeżenie prąca do przodu), tak że w końcu jest na mojej dziesiątej godzinie, a może i nieco później nawet.

Przy okienku zwalnia się miejsce. I co się dzieje? Oczywiście, Babcia Anonimowa sprintem rzuca się do lady. Patrzymy z Aniołkiem z niedowierzaniem, starsza pani stojąca przed nami (Aniołek mówi, że była w wieku jeszcze bardziej zaawansowanym niż Babcia Anonimowa) też jest jakby zdziwiona.

Nic nie mówimy, zatkało nas. Tzn. nie zatkało Aniołka, bo zaczął teatralnym szeptem mówić coś o braku kultury, niewychowaniu etc. Mi z niedowierzaniem wymsknęło się tylko "super partia" (link dla nieobznajomionych z najnowszym slangiem), ale poza tym zachowałem wstrzemięźliwość. (...)

Czytaj dalej...
Śnieg!

Dzisiaj w nocy padał pierwszy śnieg, uznaję więc sezon zimowy za otwarty. Bo zimno jest, psiakrew. A ja tu w Poznaniu żadnej zimowej kurtki nie mam...

Aaale jakoś przeżyję, twardy jestem i mrozoodporny w dużym stopniu.

Aha, dla zainteresowanych przygotowałem ciągi z wyszukiwarek, czyli świeżutką porcyjkę zapytanek z enginków indeksujących internecik. Generowane na bieżąco, sortowane chronologicznie, na razie wszystko hurtem, bez wybierania najfajniejszych kąsków (chciałbym, żeby było to jakoś automatycznie filtrowane, może na podstawie słów kluczowych, liczby wystąpień czy czegoś w tym stylu?). Wydaje mi się, że te najzabawniejsze zapytania pojawiają się zawsze tylko raz...

Permanentna Inwigilacja w wykonaniu profesjonalnym

Czy Google jest zły? Czy Firefox jest zły? Polecam ten ciekawy artykuł. Nie podejmuję się wyciągania wniosków, zostawiam bez komentarza.

Permanentna Inwigilacja (Beta)

W wolnej chwili bawiłem się wczoraj moim małym czołgiem, tfu, chciałem powiedzieć moim małym www. Dodałem do niego filtr logujący ruch WWW. Najbardziej interesujące są oczywiście fragmenty z refererami, pozwalające mi m.in. zobaczyć czego szukają ludzie na googlach czy onecie zanim trafią w te tu skromne progi.

Logowanie jest fajniutkie. Kiedyś, nie tak dawno temu, Repo miało dział "statystyki", gdzie pokazywane były statystyki ruchu - liczba odwiedzin etc. Było to generowane webalizerem na podstawie logów Apache, ale... ale skoro moje małe www to teraz bardziej Normalna Aplikacja niż jakiś tam zbiór stron HTML, to i mogę dane potrzebne do statystyk zbierać samodzielnie. Co i robię. Od wczoraj w bazie danych logowane są potrzebne mi informacje. Za każdym razem gdy ktoś tu zagląda.

Dane zgromadzone w bazie można bardzo szybko przetwarzać, dużo szybciej i wygodniej niż by to mógł zrobić webalizer, no a z racji tego, że całość napiszę sobie samemu, to i mam okazję serwować na www dokładnie te informacje, które mnie interesują.

...w ramach ćwiczenia przepiszę może w Innej Wolnej Chwili też stary generator statystyk usenetowych (jeśli ktoś go jeszcze pamięta), tak by ładnie współpracował z moim małym czołgiem...

A na razie bawię się odpytując bazę danych z informacjami o odwiedzinach na Repo. Trochę osób wpada z Googla, trochę z Google Images. Jest trochę zapytań technicznych: "ksh shell", "fvwm", "dobre słuchawki douszne", "jak wspinać kable internetowe do gniazda" (pisownia oryginalna), trochę seksualnych ("mokro między udami", "kisiel ochota sex", "niegrzeczne laski na sex imprezach", "sex w rodzinie opowiadania erotyczne"), trochę dziwnych ("koło sternicze", "co porabiasz?") i trochę całkowicie niezrozumiałych ("zabić skurwiela", "usuwanie śladów po włamaniu na komputer"). Aha, i jest dużo zapytań o pory roku ("jesień", "zima", "zdjęcia jesieni") oraz aktualne wydarzenia ("święto zmarłych"). W przyszłości mam zamiar zrobić osobną stronę, która w czasie rzeczywistym będzie prezentowała teksty z wyszukiwarek, i skonfigurować ją tak by wyszukiwarki jej nie indeksowały i nie powiększały chaosu. A dlaczego? Bo mogę :) Bo zrobiłem sobie na Repo 2.0 na tyle rozszerzalną infrastrukturę, że mogę coś takiego odwalić bez większego problemu. W końcu filologeek lubi się bawić swoimi zabawkami...

Strona startowa?

Jestem tym typem użytkownika, który zawsze ustawiał sobie stronę startową przeglądarki na "about:blank". Ale parę dni temu podkusiło mnie i spróbowałem strony startowej Google.

I jestem całkiem zadowolony. Mam na razie cztery karty - "Home", "Pogoda", "Polskie wiadomości" i "Tasks". W "Tasks" mam moduły Google Calendar i Remember The Milk (na razie nie korzystam z tych zabawek specjalnie, dlatego umieściłem je na osobnej karcie - ale to się może zmienić). W "Polskie wiadomości" mam parę strumieni RSS z takich portali jak gazeta.pl. W "Pogoda" mam parę modułów MSN Weather pokazujących prognozy w miastach które mnie interesują. A w "Home" mam podgląd skrzynki na gmailu, okienko Google Readera, moduł Babelfisha, pole wyszukiwania Wikipedii, ładny widok aktualnych faz księżyca, oraz oczywiście Google Notebook, moją ulubioną zabawkę ostatnich dni. Nie wiem czemu dopiero teraz zacząłem jej używać, bo jest bardzo przydatna. Notebook to takie miejsce do przechowywania wycinków tekstu. Teksty można wpisywać, wycinać ze stron WWW etc. Wcześniej do takich rzeczy używałem folderu "Drafts" gmaila, ale Notebook jest o wiele wygodniejszy. M.in. dlatego, że Google oferuje rozszerzenie do Firefoksa, dodające m.in. ikonkę szybkiego dostępu do Notebooka w pasku statusu przeglądarki. I dodawanie zaznaczonego tekstu strony WWW przez menu kontekstowe.

Idealne do zbierania linków i wycinków informacji. Szukam czegoś w sieci, znajduję interesujące mnie dane, zaznaczam kawałki tekstu, wrzucam do notebooka. Z każdym wycinkiem automatycznie zapamiętywany jest adres strony, tak że mogę w razie czego szybko do niej wrócić. A wycinki mogę dodatkowo grupować na osobnych kartach Notebooka, tak że np. oddzielam sobie rzeczy związane z muzyką od rzeczy programistycznych. (...)

Czytaj dalej...
Update

Nietrudno było zauważyć, że Repo ostatnio dość dziwnie działa. Wszystko (no, prawie) spowodowane jest przesiadką maszyny serwującej Repo z jednego systemu (Gentoo Linux) na drugi (OpenBSD).

Więc tak: prędkość spadła, bo admin drastycznie przyciął pasmo przypisane Repo (ale obiecał to odkręcić, więc powinno być przejściowe...)

Pliterki w komentarzach się skopały, bo na OpenBSD postawił MySQL, ale nie przeniósł dotychczasowej konfiguracji kodowań w 100%. A MySQL potrafi być bardzo kłopotliwy jeśli idzie o kodowania. Ale to już zabezpieczyłem po stronie aplikacji Repo.

Linki do stron domowych Czytelników się popsuły, bo równolegle dość mocno refaktoryzowałem kod Repo (kończąc książkowy wręcz model Web MVC).

Trochę drobnych detali się pozmieniało. Poprawiłem w paru miejscach zgodność z XHTML, w dziale z artykułami trochę przerobiłem menu nawigacyjne, przy wysyłaniu komentarzy dodałem odrobinę kodu JS który waliduje podstawowe rzeczy, w przyszłości może dodam jeszcze trochę bezużytecznych uprzyjemniaczy ;)

No i muszę się solidniej wziąć za blogowanie...

Takie tam...

Ciekawie się dzieje. Hans Reiser (ten od systemu plików ReiserFS) został aresztowany, bo jest podejrzany o zabicie swojej żony. Ciekawe jak się to zakończy. Policja wydaje się być bardzo pewna siebie, więc czyżby Hans miał wypaść z obiegu?

Ja coraz bardziej przyrastam do Windowsa (bo jestem zmuszony do używania go w pracy, poza tym Eclipse wygląda pod Windows o nieeebo lepiej niż pod Linuksem - nie ma takich wielkich, rozdmuchanych pasków narzędzi i zakładek; to pewnie kwestia toolkitu SWT). Coraz częściej odczuwam chęć zainstalowania sobie jakiegoś Win2k3... i ciarki mnie przechodzą, bo dobrze wiem jak kapryśny ten system być potrafi...

Politycznie

Moja wishlist w polityce:

Unormowanie sytuacji podatkowej. Płacenie po parę razy tego samego podatku (np. VAT) naprawdę nie jest miłe. Podobnie należałoby się przyjrzeć akcyzom - zabijają handel przecież. Nic dziwnego, że maleją wpływy do skarbu państwa.

Likwidacja obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w naszej państwowej służbie zdrowia. Wolałbym płacić tylko prywatnemu ubezpieczycielowi. No i należy stanowczo uznać ZUS za instytucję łamiącą prawa konsumenta i rzucić go w ręce jakichś komisarzy.

Wywalenie religii ze szkół. Od religii są kościoły/synagogi/meczety/domy. OK, państwo jest katolickie, wierzące. Ale niepraktykujące.

Redukcja płac i stołków na Wiejskiej. Po cholerę nam tylu posłów? I niech zarabiają najwyżej 2-3 razy średnią krajową, ze sztywnym limitem na dodatki funkcyjne, premie i inne takie. A, no i w zeznaniu majątkowym powinni mieć jakiś minimalny wymagany majątek. Skoro jest wymóg ukończenia iluś-tam lat (ponad ogólnopaństwową "dojrzałą osiemnastką"), to czemu nie wymagać posiadania jakiejś tam kasy?

Sejm i senat powinny być "prowadzone" podobnie do firm. Czyli po pierwsze kwestia wykształcenia. Polityk (jak choćby szeregowy poseł) bez języków obcych i wyższego wykształcenia powinien nie mieć racji bytu, tak jak to jest na normalnym rynku pracy. Wchodząc do sejmu na kadencję każdy poseł powinien podpisywać kontrakt, najlepiej z klauzulą o zakazie prowadzenia konkurencyjnej działalności przez X lat (albo przynajmniej do końca kadencji). To by powstrzymało szczury przed zmienianiem klubów i partii. (...)

Czytaj dalej...
O kobietach

Na studiach, w trakcie wykładów filozofii, poznałem pewnego niemieckiego profesora, filozofa, radykała. Mimo wieku już, nie owijajmy w bawełnę, "tatusiowego" zapraszał do siebie niektóre studentki na "wieczorki z winem i poezją". I niektóre faktycznie odwiedzały go w jego mieszkanku. Mimo iż bywał w stosunku do kobiet dość dwuznaczny, rozerotyzowany i definitywnie nie uznawał równouprawnienia. Czasem był po prostu niesmaczny i obleśny. A może to właśnie je pociągało? Aha, był też bardzo antypolski i antypapieski. Ponoć wiecznie składano na niego skargi.

Chcę być taki sam jak dorosnę.

:) Nie, żartuję. Pan profesor był okropny i nie chcę być taki jak on. Ale jego poglądy, chociaż niekompatybilne z moimi, były w paru miejscach ciekawe i mądre. Taką straszną, "amoralną" mądrością.

Całkiem spora część tego czym żył pokrywała się z myślami A. Schopenhauera (który do mnie wtedy za bardzo nie przemawiał, byłem zdecydowanie typem Fichte, z całym tym dysonansem poznawczym i subiektywizmem). Taaak, pan profesor był bardzo interesującą personą. Nie zaaranżuję spotkania między Tobą, mój Czytelniku, a nim, ale mogę podsunąć lekturę, która wywiera wrażenie bardzo zbliżone do obcowania z tym panem.

Lektura ta to angielska wersja "O kobietach" pana Schopenhauera. By najpełniej zrozumieć tekst potrzebna będzie znajomość angielskiego, minimalna chociaż umiejętność wczucia się w "tamte czasy", no i oczywiście otwarty umysł. Miłego czytania i ciekawych refleksji!

Test test ;)

Blogowanie łączy się z wypełnianiem tych wszystkich śmiesznych testów, więc...

Dzisiaj, buszując po sieci, wyskoczył mi link do jednego z popularniejszych testów IQ (tego z gatunku bardziej popkulturowych niż poważnych). Wydaje mi się, że widziałem go już kiedyś, ale pewnie zabrakło mi cierpliwości do wypełniania kolejnych stron.

W testach na inteligencję nie lubię dwóch rzeczy: liczby pytań, na które należy odpowiedzieć (te naprawdę profesjonalne testy potrafią być cholernie długie) oraz mierzenia czasu jaki potrzebny mi był na odpowiedź (po prostu robienie czegokolwiek "na czas" strasznie mnie irytuje). Ten konkretny test był średnio męczący, bo pytania zgrupowano na 11 dość krótkich stronach, i chyba nie liczono czasu (a może liczono, ale "po cichu" - nie wiem).

A oto fragmenty wyniku:

Whatever you decide to do in life, you've got a powerful mix of skills and insight that can be applied in a wide variety of ways. You can expand your mind to understand a situation. Your strong balance of math and verbal skills will help you explain things to others. For example, if you were on an archaeological dig and discovered an object, you could probably use your deductive powers to figure out not only what the object was but also how it was used. Given your ability to put things together, you are more than capable of inventing a life plan that is in synch with your perspective on how things were, how they are, and how they might be one day.

Your mind's strengths allow you to think ahead of the game — to imagine or anticipate what should come next in just about any situation. Because you're equally skilled in the numerical and verbal universes of the brain, you can draw from multiple sources of information to come up with great ideas. The timelessness of your vision and the balance between your various skills are what make you a Visionary Philosopher. In addition to your strengths in math and linguistics, you have a knack for matching and anticipating patterns. These skills and your uncanny ability to detect the underlying blueprint of most of life's situations add to your Visionary Philosopher mind. (...)

Czytaj dalej...
Jest giczo

Wyjazd na urlop pociągnął za sobą komplikacje. Do pracy wróciłem w zeszły piątek, tylko po to by odkryć, że manager poznańskiego oddziału omyłkowo uznał, że mam urlop aż do poniedziałku, więc można "zagospodarować" mojego laptopa. No i zabrali mi laptopa, ugrzązł na jakimś szkoleniu jako front-end do Oracla. I przesadzono mnie do innego pomieszczenia, bo moje biurko zarosło w trakcie mojej nieobecności jakimiś komputerami i monitorami.

Dostałem wtedy jakiegoś zastępczego Compaqa, ale nie nadawał się do niczego poza przeczytaniem korporacyjnej poczty. O dwunastej zrobiłem sobie wolne, bo skończyły mi się zajęcia jakie mogłem z tym "cudem techniki" robić.

Dzisiaj rano się wkurzyłem i zacząłem szukać mojego laptopa. W końcu go znalazłem zabunkrowanego w salce konferencyjnej. Okazało się, że w tzw. "międzyczasie" zgubił mu się kabelek łączący zasilacz z życiodajnym gniazdkiem 220V. Podprowadziłem stosowny element z jakiegoś innego laptopa. Wyciąłem sobie też przestrzeń roboczą wśród obudów big tower i monitorów, odzyskując jakieś 80% mojego biurka. Siedzę w plątaninie kabli, ekranów i elektroniki, ale mi to zwisa.

Na moim ulubionym stanowisku okazało się, że nie mam już jak podłączyć się do sieci, bo wykorzystywany przeze mnie do tej pory kabelek ethernetowy jest teraz zajęty przez jakąś nową maszynę, która znienacka usadowiła się na moim biurku. Nie wiem czyj to pecet, nie wiem do czego służy, ale ssał MÓJ kabelek sieciowy! Skandal!

Namierzyłem w ścianie inne, wolne jeszcze gniazdko RJ-45, ale brakowało mi kabla. Ruszyłem na szaber po biurze, wracając po jakimś czasie z odpowiednim kabelkiem :) Po uruchomieniu laptopa zauważyłem, że ktoś podprowadził mi moje krzesło gdy mnie nie było. Niestety, nie udało mi się znaleźć wolnego krzesła w biurze (a przynajmniej nie takiego modelu jaki miałem do tej pory). Ostatecznie podkradłem krzesło z innego stanowiska. Jego użytkownik jest teraz chyba na delegacji w Londynie, więc nie będzie go potrzebował. A jak wróci, to będę udawał, że o niczym nie wiem. (...)

Czytaj dalej...
I po urlopie

Właśnie wróciłem z urlopu. Plaża, morze, basen hotelowy, góry Atlasu, Sahara, gekony łażące po ścianach, wszechobecne muchy i meczety. Czyli 2 tyg. w Tunezji.

Tak opalonych nóg nie miałem od 1987.

Miło być znowu w cywilizowanej Europie :)

Skromność i lans :)

Chciałem odpowiedzieć na komentarz lanrata pod poprzednim wpisem i nawiązać do mojej skromności. Ale uznałem, że lepiej zrobić z tego osobny temat. Czyli nowy wpis.

Skromność? Oj. Ja naprawdę jestem skromny. I muszę baaardzo mocno się starać i walczyć ze swoją naturą żeby ta zaleta skutecznie nie przesłoniła moich pozostałych zalet.

I mówię to śmiertelnie poważnie. Jeszcze pół roku temu nie umiałbym tak bezczelnie mówić o sobie, czy krytykować innych. I, choć może trudno w to uwierzyć, bardzo często miewam okropne poczucie niższości. Ale dobrze (precyzyjnie i przemyślnie) zastosowana bezczelność wychodzi mi na dobre i pozwala rozwijać skrzydła, pozbywać się kompleksu niższości, i innych kompleksów też.

Widzę to choćby w pracy, gdzie początkowo dostawałem malutkie zadanka których wykonanie zajmowało 1-2 dni, i byłem przy tym skrupulatnie kontrolowany, a obecnie sam kontroluję już pracę innych (ha!), często lepiej (przynajmniej na papierze) wykształconych niż ja. Równolegle ciągnę (jakiś miesiąc już) spore zmiany w kodzie, mając całkowicie wolną rękę. Gdybym pozwolił wrodzonej skromności brać cały czas górę, to byłbym może w połowie tej drogi i nie cieszyłbym się takim zaufaniem ani managera, ani architekta projektu.

A poza tym to ma dobry wpływ na moją samoocenę. Gdy mówię sobie "jestem naprawdę dobry", to poprawia mi się humor. A gdy Hoppke ma dobry humor, to jest NAPRAWDĘ dobry. (Gdy Hoppke jest euforyczny, to dokonuje cudów, leczy ślepych, przenosi góry, zwalcza czerwoną zarazę komunizmu i rozdaje orgazmy samym dotykiem. Obojgu płciom, taki jest zarąbisty. Euforia zdarza się co prawda dość rzadko (i jest zwykle męcząca dla otoczenia, bo Hoppke tryskający dobrym humorem i energią po prostu męczy), ale poczucie bycia dobrym mam już prawie permanentne :) (...)

Czytaj dalej...
Miły początek dnia. KUBEK!!!1

Wczoraj przez większą część dnia firma miała wyłączoną hydraulikę, bo coś tam trzeba było z rurami robić. Wydaje mi się, że to dlatego, że parę miesięcy temu w budynku w którym mieści się biuro (taki kwadratowy klocek, jest w nim jakaś cukiernia, moja firma, malutki oddział poczty polskiej itp.) eksplodował piecyk gazowy (w jakiejś kwiaciarni na parterze) i wyrwał oraz wypalił solidną część budynku, a jeszcze większą trzeba było wyburzyć i czeka na odbudowę. Od tamtej pory wszystko znajduje się tu w stanie permanentnego remontu.

No bo przecież JA nie mogę pracować w przeciętnych warunkach, prawda? To by było niestosowne, obrazek podobny do gwiazdki porno która w życiu prywatnym nie chce "brać do buzi", albo Romana Giertycha biorącego udział w Paradzie Równości. Czego się nie tknę to musi okazać się dziwne, nietypowe, "po przejściach", wyalienowane, undergroundowe albo po prostu EKSCENTRYCZNE. Nie dla mnie mainstream.

Więc nie było wody. Szczęśliwie składa się, że jako jedyna chyba osoba w firmie posiadam kubeczek o pojemności 0,5l (a może nawet ciut większej), więc w porę zrobiłem sobie solidny zapas herbaty "Lychee" Dilmaha. Zastanawiałem się, czy nie wykorzystać niecnie jeszcze paru firmowych naczynek i nie zrobić sobie na biurku małego rezerwuaru wody. Oczami wyobraźni widziałem, jak około godziny czternastej spragnieni wody współpracownicy wiją się dookoła mojego biurka, a ja przyciskam ich buciorem do ziemi w akcie całkowitej dominacji. Bwahahahaha!!!!!11 :)

Ale pomyślałem, że pewnie następnego dnia by mi się oberwało, więc sobie odpuściłem.

Aaale ze względu na brak wody (i hydraulików którzy się wyroili w kuchni... hmm, czy czasownik "wyroili" jest prawidłowy? Analogia do "wylęgli"...) nie mogłem po wszystkim umyć swojego kubeczka i talerzyka pochodzącego z zapasów kuchennych. Nie mogłem też wyrzucić torebek po herbacie. Całość zostawiłem więc na swoim biurku. Wychodząc do domu zauważyłem, że kuchnia już jest sprawna, więc w zasadzie mógłbym wszystko pomyć, ale już mi się nie chciało. (...)

Czytaj dalej...
Googletoys

Właśnie bawię się nową zabawką, "My Sites" Google (mam nadzieję, że podałem właściwy link). Zarejestrowałem sobie tam Repo i uzyskałem dostęp m.in. do historii wyszukiwań jakie Google przechowuje, i jakie są kojarzone z Repo. Dane można pobrać w formie pliku CSV, do którego od ręki napisałem sobie mały parsero-agregator w pythonie. Jeśli dobrze rozumiem FAQ googla, to nie są to zapytania po których ludzie zdecydowali się kliknąć na link i wylądowali na Repo. Są to zapytania, które sprawiły, że gógiel umieścił Repo wśród wyników. Pozwoliłem sobie, jak zwykle, wybrać te najmniej związane z Repo:

zestaw do lepienia balwana
zdjęcia pocałunków namietnych
nie dała mi nic zapytać elki
buuuuuuu
zdjęcia bernardyna
sex fotki z urlopu
zdjęcia facetów
operacja podniebienia w zielonej gorze
to nie dla mnie
"the cardigans" bdsm
sex mamy
sex obrazki
syfilis
dlugi prywatne
tyłek
od tyłu

Google rządzi :) Frapuje mnie to "the cardigans bdsm". Zastanawiam się cały czas, czy chodzi o BDSM przy muzyce The Cardigans (którą to grupę zresztą bardzo lubię), czy może BDSM z użyciem tego konkretnego ciuszka? Obydwa te warianty by mi się chyba spodobały :)

Kłamstwo z półki w markecie

Czy zdarzyło Ci się, drogi Czytelniku/Czytelniczko, kupić jedzenie przeznaczone wg. producenta na "X" porcji/osób i faktycznie się wyrobić w zaplanowanej normie?

Bo mi nie. Nigdy. Nie wiem jak oni to robią, mnożą wszystko razy dwa? Jakby żywcem wyjęci z montypythonowskiego skeczu, tego z "We want to buy a bed, please" i świeżo zaślubioną parą. O, tego: "buying a bed".

Pudełko opisane jako "wystarcza na 6 porcji"? Zejdzie na obiad dla 2,5 osób. Sos dla czterech osób? Wystarczy mi na obiad i porcję odgrzewaną na śniadanie następnego dnia. Torebka "na dwie porcje"? Zjem w jednym podejściu.

I nie dlatego, że jem dużo, duże porcje. Nie. To tylko łże-elity świata żywnościowego spiskują i próbują mi wcisnąć, że "porcja" dowolnego produktu ma zmieścić się w szklance, a nie w misce. "Wystarcza dla 6 osób"? Może i tak, ale tylko jeśli te 6 osób to Pigmeje. Karłowaci. Z anoreksją. Bo jeśli te osoby to normalni, zdrowi, dorośli ludzie, to NIE MA MOWY by najedli się trzymając się zaleceń producentów żywności.

PiS powinien coś z tym zrobić. Rozbić układ, powołać komisję śledczą, oskarżyć kogoś o współpracę ze służbami (mogą być nawet służby sanitarne). Niech ktoś coś z tym zrobi, no. Bo czuję dyskomfort zjadając za jednym z razem coś, co miałoby mi niby wystarczyć na dwa posiłki. Kłamstwa, wszędzie kłamstwa. Grrrrr. ;)

Mandriva Cooker, cd.

Po poprzednim przygniębionym wpisie zrobię odskocznię w świat komputerowej dłubaniny, bo do tego tylko się nadaję chyba.

Więęęęc wziąłem się za mandrivę :)

Jako że mandriva nie jest zbyt modna w świecie "bardziej zaawansowanych użytkowników", to może napiszę za co ją lubię.

Przede wszystkim - Cooker. Cooker to front rozwojowy Mandrivy - bardzo często aktualizowany zestaw pakietów, często w wersjach "developerskich", potencjalnie niestabilny. Czyli pasuje idealnie do mojego gustu :) Dlatego od tej pory mówiąc "Mandriva" mam na myśli Cookera, a nie jakiś konkretny release Mandrivy (tak w ogóle, to "stabilne wydania" Mandrivy biorą się z Cookera właśnie - co jakiś czas się przyhamowuje tempo zmian w cookerze, stabilizuje i wydaje taki snapshot jako release. Potem przez jakiś czas jest on utrzymywany jako osobna gałąź, a Cooker się w tym czasie normalnie rozwija).

Mandriva ma też obszerne zasoby pakietów. Wydaje mi się, że ma więcej oprogramowania niż takie Gentoo (bo brak pakietu RPM do zainstalowania w mojej Mandrivie spotykał mnie dużo rzadziej niż brak ebuilda w Gentoo), Ubuntu czy PLD (no i całe jest od razu skompilowane, żadnych sytuacji "nie ma pakietu, ale jest spec i możesz samemu zbudować"). Ubuntu miałoby szansę może dorównać Mandrivie gdyby było bardziej zgodne z Debianem i pozwalało łatwiej instalować jego paczki. Nie wiem jak rozległe są zasoby FC i SuSE, więc ciężko mi coś tu powiedzieć. Ale nie sądzę by były w stanie przebić Mandrivę, bo ta ma w moich oczach opinię najlepiej zaopatrzonej dystrybucji. Serio! Wiele osób sobie nie zdaje z tego sprawy, ale tak jest. (...)

Czytaj dalej...
Samopoczucie--

Zły dzień. Tak źle nie czułem się przynajmniej od paru miesięcy. Mam całkiem popieprzony system wartości i powinienem chyba zostać pustelnikiem, bo nie umiem się zachowywać tak jak inni. Zawsze coś zrobię nie tak, przesadzę w którąś stronę, żyję w wiecznych skrajnościach i przeciwieństwach. Na okrągłej planszy otoczonej magnesami, gdzie "normalni ludzie" są z solidnego plastiku, ja zachowuję się wiecznie jak stalowa kulka i ganiam tylko po obrzeżach. A przynajmniej tak to dziś odczuwam.

Bez sensu. Wszystko. I nie ma co liczyć na czyjeś zrozumienie; jedyne wyjście to przymknąć się i udawać, że jest się plastikową kuleczką.

Bez sensu.

I to chyba jest najgorsze, że jedyna szansa na w miarę wygodną egzystencję to ukrywanie tego kim naprawdę jestem, co czuję, jak myślę. Inaczej prędzej czy później się będę frustrował, że ktoś mnie nie rozumie, albo że kogoś przyłożę do swojej miary i się na tym pięknie przejadę.

Mój anioł stróż powinien mi zasadzać solidnego kopa w tyłek za każdym razem gdy ubzdura mi się, że...

A zresztą, kogo to obchodzi tak naprawdę.

Gdy Hoppke się nudzi...

...to psuje komputerek :)

Tym razem naszło mnie na ponowne zainstalowanie Mandrivy, oczywiście Cookera. W pracy ściągnąłem sobie obraz "mandriva-one-2007-odin-gnome-1.i586.iso" (live cd, i586, gnome, język angielski, instalator uruchamiany ponoć z ikonki na pulpicie), zaniosłem go do domu w pamięci odtwarzacza mp3, wypaliłem na CD-R (próbowałem na starym CD-RW, ale najwidoczniej padł już całkiem, bo mimo wypalania 3 razy i formatowania całego nośnika nadal nie przechodził weryfikacji po nagraniu).

Lubię tę dystrybucję i tyle. Jest bardzo świeża, szybko aktualizowana (Cooker jest zwykle bardziej "do przodu" niż Gentoo czy PLD), no i ma maaasę pakietów - oficjalnych cookerowych, niezbyt oficjalnych z PLF, czy całkiem third-party jak te z Opera Software czy Sunowa Java. A, masa paczek z PLD czy FC też gładko wchodzi w Cookera.

Niestety mój Cooker się w pewnym momencie popsuł, nie chciało mi się go naprawiać, a Harnir zamazał mi go Dapperem. Więc spróbuję zainstalować na nowo, tym razem korzystając ze snapshota "Odin" Mandrivy 2007 (czyli de facto jakiegoś tam Cookera, bo wszystkie "releases" to tylko mrożone wycinki Cookera).

No co? Jestem w nastroju "co by tu popsuć", więc sobie zainstaluję Cookera. O.

Zwykły dzień

Kolejny zwykły dzień się kończy. Jest już po dziesiątej wieczorem, a ja siedzę w zaciemnionym mieszkanku przed ekranem komputera, zajadając pyszne jabłka (papierówki importowane do Poznania z Zielonej Góry) i zapijając jakimś Tyskim z puszki. No i próbuję coś zablogować. Siedząc w satynowych, podejrzanie kolorywych bokserkach i wiśniowym podkoszulku. Rozczochrany jak rosomak, bo u fryzjera już dawno nie byłem - jeszcze trochę i zacznę wyglądać jak te dziwaki z Dragon Balla. Ale taka ekscentryczna szopa na głowie pasuje idealnie do image młodego programisty, więc mi to nie przeszkadza. No i będzie jak znalazł jeśli zechcę kiedyś zostać tzw. Szalonym Naukowcem :)

Dzień zacząłem bardzo dobrze, budząc się w miękkiej, ciepłej pościeli po spokojnie prześnionej nocy (to już druga noc z rzędu podczas której mam bardzo przyjemne, relaksujące sny i budzę się naprawdę wypoczęty - nie wiem czy nie ma to związku z tym, że przestawiłem tapczan i śpię głową na wschód). Śniadanie sztampowe - muesli z mlekiem, połówka rogalika z dżemem. Sprawdzić pocztę, rss-y, obejrzeć dzienną porcję komiksów (oprócz UserFriendly, bo ten jest aktualizowany punktualnie o dziewiątej). I do pracy.

W pracy oglądam UserFriendly, czytam korporacyjną pocztę (włączając outlooka powtarzam sobie zawsze "byle nic do mnie, byle nic do mnie" - maile kierowane do mnie zwykle oznaczają jakieś nieprzyjemne rzeczy do wykonania ;), zaglądam do firmowego bugtrackera i biorę się do pracy. Ostatnio siedzę po uszy w kobyle - refactoring wyjątków. W projekcie jest masa wyjątków (setki klas), część z nich bardzo obciąża VM i ma różne dziwne efekty uboczne, bo dziedziczy po jednym dość paskudnym wyjątku. Zadanie polega więc na przerobieniu hierarchii wyjątków, dostosowaniu kodu, przeczyszczeniu klauzul throws pod kątem wyjątków dziedziczących po RuntimeException, sprawdzeniu czy pewien konkretny wyjątek nie jest używany w miejscach gdzie potrzebne by były rollbacki transakcji, a przy okazji generalnych poprawkach wszystkiego co tylko rzuci się nam w oczy. Nam. Bo dostałem pomocnika :) I wolną rękę w refactorowaniu kodu według mojego widzimisię. Więc wreszcie mogę zmieniać co tylko zapragnę. (...)

Czytaj dalej...
Nowa norka (ale nie taka z łapkami)

Repo ostatnio doświadcza zastoju, a wszystko przez moją przeprowadzkę. Zmieniłem mieszkanie, musiałem dopilnować podłączenia internetu (łącze 512/96kbps z kablówki), skompletować podstawowe wyposażenie kuchenne, zwieźć z Zielonej Góry trochę rzeczy (bardziej jesienne ciuchy, drukarka itp.)... W połączeniu z pracą pożera to dużo czasu i energii (oraz pieniędzy, ale to bez związku akurat), więc Repo siłą rzeczy przyhamowało.

Ale to stan przejściowy. Tak że bez obaw - nie umarłem, nie porzucam Repo, moszczę sobie tylko norkę na jesień i zimę ;) No. Będzie dobrze.

I po pierwszej delegacji

A dzisiaj napiszę "co u mnie".

Więc tak - delegacja do Warszawy minęła pomyślnie. Mieszkanie służbowe było bardzo OK, hotel już mniej, biuro przypominało labirynt (faktycznie można było w nim biegać w kółko), na dodatek co krok drzwi otwierane kartami magnetycznymi, zero "szerokiej, otwartej przestrzeni". Za to fotele genialne, obejrzałem bardzo skrupulatnie ale niestety, nie znalazłem info o producencie. I komputery Della też bardzo dobrze zrobione, wielkie radiatory, wielkie ciche wiatraki...

Bez wdawania się w zbędne szczegóły, kod który przez ponad 8h był w stanie przetworzyć koło 90k jednostek danych (po czym wykładał się z braku pamięci) udało mi się doprowadzić do stanu, w którym mieli coś koło 11mln jednostek w czasie ok. 0,5h. Dałoby się jeszcze bardziej to wyśrubować, ale tylko po aktualizacji paru frameworków używanych w projekcie, a to było wykluczone.

Oprócz poprawionego kodu zostawiłem też bardzo ładny anglojęzyczny raport, opisujący zastany problem, diagnozę, podjęte czynności naprawcze, zakres modyfikacji istniejącego kodu ze wskazaniem błędów popełnionych przez jego pierwszego autora, możliwości dalszej optymalizacji, wyliczenie wypróbowanych przeze mnie optymalizacji łącznie z tymi, z które nic nie dały i z nich zrezygnowałem, zyski i zagrożenia jakie niesie ew. aktualizacja frameworków, rozpiskę zmodyfikowanych klas z krótkimi streszczeniami do każdej, etc. Taki ładny transfer wiedzy w skondensowanej formie. Dokument który powinno się IMO zawsze przekazywać razem z kodem... napisanie go zajmuje trochę czasu, ale ostatecznie oszczędza czas i mój, i innych.

Podziękowali mi za przyjazd i naprawienie kodu (to było miłe, to podziękowanie). A potem wyrwałem się z powrotem do Poznania, bo

Czyli wszystko poszło tak jak miało pójść, chociaż po pierwszym dniu byłem pesymistycznie nastawiony. Za to drugiego wyszedłem na prostą, a trzeciego nawet niespodziewane aktualizacje specyfikacji nie zrobiły na mnie wrażenia i zaimplementowałem je od ręki. (...)

Czytaj dalej...
Mord w oczach

Kupiłem sobie dziś nową obudowę do komputera (Modecom Nice II 6060 Black) i wyrwałem się z pracy by ją odebrać. Jadę tramwajem. Upał 50 stopni, połowa tramwaju śmierdzi, kobietom sukienki przylepiają się do spoconych piersi, facetom przyklejają się gdziekolwiek, jednym słowem koszmar i mało brakuje, a ludzie zaczną się nawzajem mordować (tacy wszyscy rozdrażnieni, ja zresztą też).

Jadę po obudowę. Trafił mi się tramwaj pełen krasnali, tzn. jakichś przedszkolaków wczesnoszkolnych. I dawaj jeden z drugim się chwalić sygnałami komórek. Przedszkolanka ich uspokaja, prosi, grozi - bez rezultatu. Ja bym najchętniej ze dwóch dla przykładu wepchnął pod koła tramwaju na najbliższym przystanku, może to by do nich przemówiło. Ale ona ogranicza się do słów, więc dzieciaki mają ją gdzieś. I raczą cały tramwaj takimi hiciorami jak np. theme z "Mission Impossible", w wersji na polifoniczny dzwonek. Mord w oczach mam. Na szczęście jestem w ciemnych okularach, więc go nie widać.

Robię przesiadkę. A co robią krasnale? Krasnale oczywiście TEŻ się przesiadają, i akurat TEŻ do mojego tramwaju. Ech :( Tym razem nie bawią się już komórkami (no, przynajmniej nie wszystkie równocześnie), za to walczą o miejsca siedzące. Mało który ustąpił miejsca "starszym".

Wycinamy półtora godziny z życiorysu. Grześ kupił obudowę, odstawił ją do domu, wraca do pracy. Jedzie tramwajem. Upał 60 stopni, kobiety przyklejają się do foteli, faceci fermentują drożdżowo (a przynajmniej tak to "pachnie"). A co jest atrakcją tramwaju? Mała dziewczynka w sukieneczce. Przykłada sobie do nosa pasek torebki, zaciska całość palcami i prezentuje mantrę o treści "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A potem "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A na refren - "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". Jakby jej ktoś while (true) zrobił. (...)

Czytaj dalej...
Prywatny update

Powoli, powoli przyzwyczajam się do Poznania. Najlepszym dowodem jest to, że nie boję się już tak zagubienia w mieście. Jasne, nadal nie znam większości ulic i miejsc, ale rozpoznaję kilka istotnych punktów, wiem jaka jest różnica między Kaponierą a Rondem Rataje, jak dotrzeć na Serbską, Cytadelę czy w inne okolice. Mogę też krążyć uliczkami dookoła Rynku i się nie pogubię... zbytnio... ;)

Coraz łatwiej też przychodzi mi wprowadzanie zmian w trasach jakimi jeżdżę na miasto, do pracy czy do domu. Na początku kurczowo trzymałem się konkretnych linii, o których wiedziałem, że odwiozą mnie np. spod domu do firmy. Dzisiaj w drodze do pracy skorzystałem (bo akurat podjechał) z tramwaju 7, który nie jest optymalny, ale dowozi mnie na dworzec PKP. Na którym to dworcu mógłbym łapać tramwaje 1 albo 11, dowożące mnie do pracy, lub jakiekolwiek inne dowożące mnie na Rondo Rataje, gdzie mogę złapać 5 lub 11. Po drodze jednak zmieniłem plany, wysiadłem przy Bałtyku, przedarłem się szybko przez ulicę, przejściem podziemnym wyskoczyłem na Kaponierze, a tam akurat stała gotowa do odjazdu piątka. Niby nic, ale ostatnio coraz częściej układam sobie trasę przejazdu ad hoc - zupełnie jak w swoim własnym mieście - co mnie cieszy.

A pod koniec miesiąca czeka mnie przeprowadzka do nowego mieszkanka. Wczoraj podpisaliśmy z Aniołkiem umowę i będziemy wynajmować je od 01.08. Będzie faaaajnie, bo to mieszkanie jest nieporównywalne z warunkami w jakich muszę teraz "mieszkać". No i ma naprawdę wysoki standard, zwłaszcza w porównaniu z innymi lokalami na rynku To mieszkanie dla par, a nie studentów, dlatego jest dobrze wyposażone i zadbane (mieszkania studenckie to niestety całkiem inny standard, np. w mieszkaniu które poprzednio oglądaliśmy studentki (poprzednie lokatorki) wyłamały drzwiczki zamrażarki i połamały szafę). (...)

Czytaj dalej...
FPR: Gingers Cinnamon
[GINGERS]

Ze środków FPR (dziękuję mojemu imiennikowi :) zafundowałem sobie cynamonowego Gingersa.

Lubię cynamon. Lubię go w cieście, na ryżu z powidłami, w gumie do żucia, grzanym mleku... Ba, lubię nawet podgryzać kawałki kory cynamonowej (choć nie jestem z tego dumny i nie chwalę się tym w towarzystwie, bo wzbudzam wtedy niezdrowe zainteresowanie).

No a teraz miałem okazję spróbować cynamonowego piwa. OK, OK, nie wiem jaką opinię masz o Gingersie, może nie uważasz tego nawet za "prawdziwe" piwo... Ale ja go lubię. Gingersy które do tej pory piłem bardzo mi smakowały - orzeźwiające, charakterystyczne, nietypowe, po prostu smaczne. W zasadzie wolę te piwa "nietypowe" bardziej od "typowych". Stąd też pewnie mój pociąg do Karmi Poema (chociaż ono z klasycznym piwem ma już baaardzo mało wspólnego) - zwykłe piwo szybko mi się nudzi i tak naprawdę dopicie półlitrowego kufla rzadko kiedy przynosi mi tyle radości co napoczęcie go. No ale z piwami "smakowymi" jest inaczej, a Gingersy zaliczam ogólnie do "smakowych".

Teraz padło na wariant cynamonowy, którego wcześniej nie próbowałem. Wyjąłem uprzednio przygotowaną butelkę z lodówki i napełniłem szklankę. Obecna upalna pogoda tylko dodaje smaku napojom z lodówki, więc dokumentalne zdjęcie po przelaniu wykonywałem walcząc z pokusą wypicia wszystkiego jednym haustem.

Piwo zachowuje się jak klasyczny Gingers - dość jasne, piana o strukturze przypominającej mi od razu gąbkę łazienkową, bąbelki osadzające się na ściankach jak w każdym popularnym piwie... nie ma co się rozwodzić. W tej wersji Gingersa cynamonowy aromat jest wyczuwalny już przy zbliżaniu szklanki do ust, ale nie jest nachalny po przelaniu piwa do ust. To mnie ciekawiło od chwili gdy kupiłem to piwo... Bo cynamon to przyprawa z którą trzeba uważać - jeśli się jej da zbyt wiele, to może zacząć nieprzyjemnie irytować, a nawet palić w gardle. Nie tak jak imbir, ale mimo wszystko... (...)

Czytaj dalej...
Sansa e130 512MB + SD 1GB

Motywowany paroma drobnymi przelewami jakie udało mi się niedawno wyrwać moim dłużnikom z gardziołek, wziąłem byłem i postanowiłem kupić sobie w końcu kartę SD do swojego odtwarzacza MP3 (o którym już pisałem).

W normalnych warunkach kupiłbym coś na Allegro, ale przy moim obecnym trybie życia przesyłki to straszna komplikacja. Dlatego rozejrzałem się po sklepach (sztuk dwie, bo nie znam innych w Poznaniu). Komputronik odpadł, bo akurat nie mieli niczego ciekawego na stanie. Zaszedłem więc do znak.pl, bo mieszczą się akurat przy mojej trasie dom-praca, no i parę dni temu kupowałem tam pendrajwa (dla siostry). A ja lubię sklepy które już znam :)

Tam również nie mieli zbyt ciekawej oferty dostępnej "na sklepie", ale wyszedłem z Kingstonem 1GB. Kingstony są względnie tanie i mają dożywotnią gwarancję, ale w swoim segmencie cenowym są powolne jak jasna cholera. Gdyby to miała być karta do aparatu, to pewnie bym jej nie kupił. Ale odtwarzacz MP3 nie potrzebuje dużej wydajności, więc ją wziąłem.

Zamontowałem w Sansie, podłączyłem do linuksa... i pierwszy problem - system widzi playerka, ale nie widzi karty (powinien widzieć je jako dwa osobne napędy). Sprawdziłem szybko czy WinXP zobaczy drugi napęd - zobaczył. Czyli sprzętowo jest OK, a problem tkwi w moim linuksie. Podejrzewałem, że to konfiguracja mojego kernela (mocno okrojona i dostosowana do sprzętu), więc wypaliłem szybko Ubuntu Live na CD-RW i sprawdziłem, czy sobie poradzi. Ubuntu dało radę (przy okazji przypisując playerkowi słitaśne ikonki pokazujące, że wpiąłem wymienne napędy USB o przeznaczeniu muzycznym - Ubu ma naprawdę dopracowane GUI, może dać mu szansę na dysku?). (...)

Czytaj dalej...
Złe, paskudne Słońce

Co się dzieje, kiedy ktoś taki jak ja ląduje prawie-goły na ostrym słońcu?

Proste. Ten ktoś zamienia się w prosiaczka. Nie chodzi o charakter, maniery stołowe czy "guzik" na końcu ryjka. O kolor chodzi.

Wczoraj spędziłem z Aniołkiem prawie cały dzień na świeżym powietrzu. I słońcu. I nabrałem ładnego, różowo-czerwonego kolorku. Wszędzie, nawet w zgięciach kolan.

Jak większość "komputerowców" mam na ogół taki klasyczny, biały odcień skóry. I zapominam jak wrażliwy jestem (tak ogólnie, niekoniecznie ze względu na młynarską biel) na promienie naszego kochanego słoneczka.

Nie boli tak naprawdę. No, w każdym razie niezbyt. Ale zastanawiam się po ilu dniach różowa skóra zblednie/zbrązowieje?

"cvs commit Hoppke" :)

(Dla nietechnicznych: tytył wpisu oznacza synchronizację zmian wprowadzonych u mnie ze stanem znanym "światu".)

Podzielę może wszystko na trzy części - zawodowe, prywatne i repo. I streszczę po kolei.

Zawodowo jest OK. Odebrałem pierwszą wypłatę, nie słyszałem też by ktoś chciał mnie zwolnić, nikt na mnie nie krzyczy, nie opieprza za niewykonanie czegoś na czas etc. Czyli fajno jest. Jestem częścią zespołu szlifującego pewien olbrzymi projekt robiony w kooperacji z paroma innymi firmami. Projekt jest generalnie skończony, teraz przechodzi testy (wykonywane przez klientów biznesowych i partnerów) - więc jedyne co jest do roboty, to naprawianie zgłaszanych błędów. Zadanie to jest takie, hmm... mało przewidywalne. Bywają dni, gdy nic nie spływa do bugtrackera (o, dzisiaj jest jeden z takich dni, dlatego piszę na Repo :). Ale bywają też dni, w których spływa masa błędów, z czego parę oznaczonych jest jako "urgent", "critical", albo przynajmniej "high priority". I wtedy w pośpiechu trzeba łatać, przy okazji poznając logikę biznesową aplikacji. To jest to, czego mi brakuje. Nie umiejętności tak naprawdę (a tego się bałem najbardziej), a znajomości produktu. Bestia jest DUŻA, naprawdę duża. Przechowuje dokumenty, polisy, certyfikaty, nadzoruje ich workflow, obsługuje transakcje, tworzy pliki RTF, komunikuje się z inną, zewnętrzną aplikacją, a do tego ma swój cały interfejs www. Bardzo kompleksowe rozwiązanie. Duży "technology stack". I, co ciekawe, to nie technologie sprawiają mi problem. OK, wiadomo, Java. Do tego struts, jsp, servlets, xml, xsl, castor, toplink, jakieś własne DAO, websphere, oracle, PL/SQL, MQ services, pewnie jeszcze sporo innych o których nie pamiętam, albo nawet nie wiem, że są wykorzystywane w projekcie. (...)

Czytaj dalej...
SanDisk Sansa E130 512MB

Po zakupieniu sobie tytułowego odtwarzacza MP3 mogę pokusić się o pierwszą recenzję. Playerka nabyłem w Agito.pl, bo ten sklep internetowy miał najlepszą cenę (199zł).

Obsługa klienta była bezproblemowa - musiałem się zarejestrować, wysłałem zamówienie, po przygotowaniu przez nich sprzętu do wysyłki poprosili o przelew. Przelałem, zaksięgowali, wysłali. Fakturę wystawili mi na adres zielonogórski, paczkę przesłali do Aniołka (niestety, w moim obecnym lokum nie jestem za bardzo w stanie odbierać poczty, a odbieranie paczek pod adresem firmy w której pracuję też nie jest takie do końca wygodne).

Sam playerek ma wbudowane 512MB pamięci i slot na kartę SD o pojemności maks. 2GB. Czyli można go rozbudować do 2,5GB, co jest już bardzo rozsądną wielkością. Gdy doda się do tego fakt, że karty SD można przecież wymieniać w trakcie korzystania z playera, to zabaweczka tylko zyskuje. Bo to przecież podstawowa bolączka takich odtwarzaczy - nigdy nie mają dość pamięci, by pomieścić wszystkie potrzebne dane. W przypadku tego wystarczy zorganizować sobie dostatecznie dużo kart pamięci ;)

Nie mam jeszcze żadnej karty SD, ale "zamiaruję" kupić sobie jakąś 1GB (pewnie na Allegro, bo tam naprawdę przyzwoitą kartę mogę znaleźć za ~80-90zł). Niestety, 512MB to nie jest zbyt dużo. Oczywiście jest to, patrząc technicznie, sporo miejsca, bo AŻ parę albumów się zmieści - ostatnim przenośnym odtwarzaczem muzyki jakiego używałem był kasetowy walkman Sony (i było to w czasach liceum). Więc zrobiłem przeskok z technologii kasetowej do pamięci flash, omijając erę discmanów, tak więc powinienem doceniać fakt, że zamiast jednej kasety mam przy sobie kilka albumów. No właśnie, powinienem doceniać. Ale coś nie doceniam. Więcej nawet, już teraz widzę, że nigdy nie będę tak do końca zadowolony, bo oczekuję od przenośnego playera, że będzie czymś w stylu małego Amaroka. Niestety, rozpuszczony jestem ;) (...)

Czytaj dalej...
Refleksja technologiczna.

Niewiarygodne jak ten nasz świat pędzi do przodu.

Gdy półtora roku temu kupowałem sobie aparat cyfrowy (przestarzały już wtedy o rok), dość szybko kupiłem też dodatkową kartę pamięci. 128MB. Czemu tak mało? Bo to karta SmartMedia, a one po prostu nie są produkowane w większych pojemnościach. Aparat ma też prawdopodobnie dodatkowy limit 128MB w swoim oprogramowaniu.

Zazdrościłem wtedy trochę posiadaczom zabawek na karty CF, bo po pierwsze mieli dostęp do kart o pojemnościach 256MB, 512MB, a nawet porażających (acz dość drogich) 1GB. No i za te prawie 100zł, które wydałem na kartę SM 128MB, mógłbym bez problemów kupić CF 256MB.

Mam dużo styczności z komputerami. Te wszystkie elektroniczne, oprogramowane zabawki jakoś mnie pociągają, być może za parę lat wykształcę nawet jakiś paskudny nawyk gadżeciarstwa. Dodatkowo próbuję właśnie powiązać swoją przyszłość z branżą IT, co również bardzo mi pasuje - lubię te wszystkie urządzonka, technologie, zmiany. Lubię tempo w jakim wszystko się rozwija, i lubię to z konsumencko/filologikowego punktu widzenia. Jako konsumenta cieszy mnie pojawianie się coraz to nowych komputerów, akcesoriów, gadżetów. A filologik lubi mieć nowe urządzonka w których może podłubać. Mobilne rzeczy (aparaty, odtwarzacze, nośniki danych, narzędzia komunikacyjne/PIM) mnie szczególnie pociągają, bo są miłą odskocznią od huczących pecetów. Nie jestem wizjonerem, ale myślę, że w nie tak znowu dalekiej przyszłości laptopy i pecety zostaną zastąpione urządzeniami bazującymi na technologiach mobile - żadnej mechaniki precyzyjnej, wirujących elementów, minimum aktywnego chłodzenia...

W końcu już teraz, gdybym miał kupić telewizor, to zapewne szukałbym jakiegoś LCD/plazmy (a może OLED?). Inna sprawa, że telewizora specjalnie nie potrzebuję, bo został w moim życiu wyparty przez internet. (...)

Czytaj dalej...
Moje podejście do Gentoo.

Przestawiłem system tak, by zamiast z hda1 startował z hda3. A na hda3 leży sobie moje "maciupkie" gentoo, to które sobie w chroocie chowałem.

Instalacja Gentoo w chroocie jest trywialne, dzięki dobrze przygotowanemu tarballowi ze stage3 (ot, taki kompletny basesystem). Wystarczy rozpakować, dociągnąć do tego drugiego tarballa ze snapshotem portage (czyli katalogiem ebuildów i informacji potrzebnych do kompilowania pakietów) i już ma się działający chroot. No, prawie - warto jeszcze /proc ustawić, i /dev, i resolv.conf i parę innych, ale generalnie rzecz biorąc wszystko leci błyskawicznie. Szkoda, że np. PLD nie jest tak proste w instalacji.

Korzystając z chroota stopniowo rozszerzałem i aktualizowałem moje gentoo, używając emerge do instalowania pakietów. Zdecydowałem się na gałąź ~x86, czyli teoretycznie najnowszą, potencjalnie niestabilną paletę pakietów. Pierwsze wrażenie - portage nie oszałamia liczbą dostępnych pakietów. Serio. Nie ma w nim np. programu qps, nie znalazłem też nautilus-actions, ani mysqlcc, ani rozszerzenia kadu-spy, ani... Ale nie jest źle, z takimi rzeczami trzeba się w końcu liczyć.

Wczoraj uznałem, że w zasadzie gentoo na moim dysku jest już całkiem kompletne i możnaby spróbować uruchomić z niego system. I, o dziwo, udało się! Jeśli przeskoczymy takie detale, jak wstawianie kernela używającego mojej prywatnej konfiguracji, doinstalowywanie przeoczonego gnome-session, czy ustawianie hasła rootowi, to całość poszła zadziwiająco gładko. Naprawdę, sam byłem pod wrażeniem. Oczekiwałem czegoś dużo bardziej, hmm, rozklekotanego. A tymczasem piszę te słowa z pokładu Gentoo właśnie, systemu w którym mam Gnome w odpowiadającej mi konfiguracji, o wyglądzie przeniesionym żywcem z mojej Mandrivy... mam praktycznie ten sam zestaw aplikacji pod ręką, nawet Cedega działa bezproblemowo. Z ciekawości poużywam tego przez jakiś czas, ciekawe czy się będziemy tolerować. Na dzień dzisiejszy w każdym razie Gentoo ~x86 działa dużo lepiej, niż mój dotychczasowy Mandriva Cooker. Więc Gentoo nie musi się bać, że je od razu porzucę.

PS. A OpenOffice kompilował się mniej niż dobę ;)

Suma

Albo mówiąc plaintekstem: po trzech tygodniach poznaniowania, lekkomyślnym jedzeniu obiadów na mieście, opłaceniu stancji za czerwiec i innych takich, jestem DO PRZODU o dwieście złotych z hakiem :) A właściwa wypłata dopiero za dwa tygodnie. To znaczy, że nie umrę z głodu i powinienem wykazywać generalnie tzw. plusy dodatnie na koncie. UFFF.

Oznacza to też, że zacznę sobie szukać nowych butków, z zamszu. I sandałków. Pierwszy raz w życiu chcę mieć sandały. Myślę, że dojrzałem do tej decyzji. Czuję się mężczyzną i chcę mieć sandały. O. Tak właśnie. Męskie sandały dla prawdziwego mena. Bo prawdziwy men to ja. Jestem o 200zł do przodu w końcu, co jest bardzo słusznym stanem dla każdego mena ;)

I coś jeszcze zanotuję. Czwartego maja kupiłem sobie ładowarkę GP Traveler. Nową, razem z akumulatorkami, bo stara ładowarka (MW9168, czy jakoś tak) się popsuła i na dodatek zabiła akumulatorki. Nowe akumulatorki naładowałem w tym samym dniu jeszcze. A aparat wyczerpał je dopiero wczoraj. Dzisiaj ładuję je więc po raz drugi. Daje to 38 dni odstępu między ładowaniami, co jest moim zdaniem bardzo ładnym wynikiem. Pewnie mógłbym spokojnie jeszcze z tydzień na nich pociągnąć i pstrykać zdjęcia, ale parę dni temu przez ponad godzinę pokazywałem fotki z aparatu na telewizorze, a dostarczanie sygnału composite zżera pewnie sporo prądu. Założyłem sobie arkusz w OpenCalcu, będę w nim notował datę każdego ładowania. Tak z ciekawości.

Liberał jeden!

Po pracowitym dniu zwisania nad klawiaturą zapragnąłem się przejść. Więc pojechałem sobie na Cytadelę. A raczej podjechałem tramwajem i podszedłem kawałek pieszo. Była świetna, ciepła pogoda i spacer na świeżym powietrzu dobrze mi zrobił.

Przy okazji zgłodniałem, bo mój obiad dzisiaj składał się z ćwiartki arbuza. Na dodatek mało smacznego. Punkt dwudziesta byłem więc już w bistro przy Starym Browarze i zamawiałem zapiekankę. Jadłem ją patrząc na ciepły zachód słońca. I było wiele radości :)

Obejrzałem sobie też zasoby sklepików z mydłami w Browarze (tego na parterze i tego na pierwszym piętrze). Na piętrze mieli takie fajne mydło pomarańczowo-cynamonowe. W przekroju wyglądało jak czarny kot otoczony pomarańczową masą :) Koło 40-50zł za sporą kostkę, albo 25zł za taką "wersję próbną"... Ostatecznie nie kupiłem, bo tak samo kusiły mnie też mydła "trawa cytrynowa" i jakieś inne, którego nazwy już nie pamiętam. Osiołkowi w żłoby dano...

Mają też fajne płyny do kąpieli. Dość drogie (~60zł za średnią butelkę, ~90zł za dużą). Mógłbym sobie pozwolić, w końcu kąpiele to ważny element regenerowania psychiki, ale jestem jak najbardziej zadowolony z posiadanego obecnie pomarańczowego olejku do kąpieli. Jest mniej snobistyczny (plastikowa butelka zamiast szklanej "idealnej na prezent"), ale i dużo tańszy. Pewnie gdybym szukał jakiegoś bardzo konkretnego, niezbyt typowego zapachu, to tylko w mydlarni bym go znalazł. Na szczęście to mnie nie dotyczy.
...ale tak coś czuję, że to mydło z kotem sobie kupię kiedyś. Mrrrau ;)

Ałć. Głowa mnie boli. Pora na łóżko. (...)

Czytaj dalej...
Osmoza oraz ciężki los. Mój.

Mój gospodarz już wcześniej przejawiał pewne zainteresowanie moim komputerkiem. Dzisiaj się to nasiliło.

Zaczęło się niewinnie - jako że jego park pecetów jest obecnie w stanie pewnej rozsypki, to i pożyczył mi swoje głośniki - sam z nich nie będzie teraz korzystał. Jakieś Creative 5.1, podłączyłem do swojej karty 4.1. Bo głośników swoich nie zwiozłem do Poznania, nie chciało mi się; myślałem, że wystarczą mi słuchawki. Ale fakt, głośniki są przydatne, więc podłączyłem sobie.

Słuchałem akurat jakiegoś miękkiego żeńskiego wokalu, gdy zapytał, czy aby nie mam czegoś mocniejszego. No to zaserwowałem mu trochę Therapy. Po paru kawałkach uznał, że liczył na coś nieco słabszego.

No i jakoś zainteresował się tym, czego używałem do przeszukiwania kolekcji muzyki. A używałem Amaroka.

Najpierw stał mi trochę za plecami, pytając o zakładkę "Collection". Spodobało mu się grupowanie utworów według artystów, albumów według lat itp. Zakładki z tekstami piosenek i wikipedią też przypadły do gustu, jak zresztą całość programu. Parę razy wyrwało mu się "fajny ten linux!". Podsumowując - w najbliższym czasie będziemy musieli mu zainstalować gdzieś jakiegoś Linuksa. Szlaaag :(

Już wcześniej mi mówił, że chętnie by wypróbował ten system i czy nie mógłbym go trochę poduczyć, ale udawało mi się wykręcać. Niestety dzisiaj zobaczył tego cholernego Amaroka :( OpenSource krzewi się samoczynnie, przez osmozę :(

A jakby tego było mało - w kuchni stanie zapewne domowy serwer samby. Zgaduj-zgadula, kto ma go postawić? No właśnie.

No nic, pewnie muszę się pogodzić z losem. Będę skazany na życie w mieszkaniu gdzie każdy pokój ma wtyczkę RJ-45 i jakiegoś blaszaka do niej przyczepionego. A, poza tym kąpiemy się w falach wifi, bo oczywiście obok kabli jest tu też aktywny Access Point. Obok mojego łóżka.

Od dawna uciekałem przed tak skrajnym nasyceniem elektroniką. Ale widać przeznaczenie dorwie każdego. Trudno. Może uda mi się sprząc przyszły serwer kuchenny z (równie kuchenną) wieżą. I zrobić taki kuchenny jukebox, sterowalny z innych komputerów w mieszkaniu. Bo na razie, żeby posłuchać czegoś sympatycznego stojąc przy garach albo jedząc śniadanie, muszę wypalać AudioCD...

Ale uczyć kogoś linuksa? Stawiać serwer W KUCHNI? Buuu :( Na co mi przyszło... to takie... takie...

(ale po cichu już zastanawiam się, jakie usługi mogę sobie hostować w kuchni ;)

Na froncie prywatnym

Od czego zacząć...

Zacznę może od rzeczy najważniejszej dla mnie - uczuciowo (czy, jak mówi moja znajoma Kaśka, "w sprawach serduszka") jest po prostu rewelacyjnie. Tzn. tak po prostu dobrze, i to właśnie jest w tym wszystkim tak cudne :) Biorąc pod uwagę, że znalazłem dziewczynę która strrrasznie mnie pociąga na każdej możliwej płaszczyźnie - i fizycznie, i emocjonalnie, i intelektualnie, którą mogę kochać i mieć w niej jednocześnie najlepszą przyjaciółkę jaką kiedykolwiek miałem, cóż, czego więcej chcieć?

Przeszkoda była jedna - lokacja. OK, przeszkód było więcej, i ta może nawet nie była najtrudniejsza do pokonania, ale... Tak się złożyło, że dzieliło nas trochę kilometrów. Ja jestem chłopakiem z Zielonej Góry, ona dziewczyną z Poznania. Romansowanie w takim układzie jest nieco utrudnione ;)

Ale dla chcącego nic trudnego, więc od tygodnia mieszkam w Poznaniu. I jestem, ech, jak to powiedzieć... nie wiem czy mi to przejdzie przez usta... p r o g r a m i s t ą. Co miłość może z człowiekiem zrobić... ;)

Ale nie jest źle. W zasadzie to jest bardzo dobrze :)

Mój obecny plan życia obejmuje kilka miesięcy, w których mam zamiar zrealizować następujące punkty:

A potem ułożę nowy, równie pozytywny. :) (...)

Czytaj dalej...
Picasa for Linux

No proszę! Doczekaliśmy się Picasy na Linuksie. Dla niewtajemniczonych: Picasa to taki program, tworzony przez Google.Celem tego programu jest zarządzanie kolekcją cyfrowych zdjęć - katalogowanie, drukowanie, wysyłanie przez e-mail, tworzenie galerii, przeszukiwanie zasobów... Coś w rodzaju cyfrowego albumu dla posiadaczy cyfrowych aparatów.

Do tej pory Picasa była dostępna tylko pod Windows. Nie było to jakimś wielkim problemem, bo istnieje przecież znakomity f-spot, ale miło jest gdy "wielcy gracze" (jak Google) dostrzegają systemy inne niż Windows. Zwłaszcza gdy idzie o Google, które niestety traktuje wszystko spoza ścisłego mainstreamu po macoszemu. Ot, Google Earth (windows only) czy Google Calendar (który nie działa zbyt dobrze w Operze). Dlatego sama Picasa sama w sobie mnie nie interesuje aż tak bardzo, jestem jednak zadowolony z faktu zauważania przez Google istnienia Linuksa. Jedna jaskółka wiosny, oczywiście, nie czyni. Ale i tę nagą jaskółkę przyjmę ;)

A dlaczego nagą? Ano, wystarczy się przyjrzeć Picasie pod linuksem. Po pierwsze - winelibs. Tak, Picasa linuksowa to z grubsza Picasa windowsowa, tyle że połączona z bibliotekami Wine (Corel swego czasu też próbował takiego eksperymentu i efekt był mizerny, dziwne że Google postanowiło tak samo zaryzykować. Oczywiście obecne Wine jest o wiele lepsze niż kiedyś, ale mimo wszystko...). Oczywiście nie ma niczego złego w korzystaniu z Wine, zwłaszcza gdy jest to praktycznie jedyna realna możliwość przeportowania programu, trzeba jednak znać konsekwencje takiego wyboru. (...)

Czytaj dalej...
Philologeek

Odnalazłem swoje własne cliché! W końcu!

Jak wiadomo (bo wiadomo, prawda? ;) nie jestem geekiem. Z drugiej strony takie wykluczenie to za mało, by mnie jakoś opisać.

Nie chodzi mi o to, by się określić, zdefiniować. Nie. Wiem dokładnie kim jestem, jaki jestem. Umiem to wyrazić w ~30KB tekstu ;) Cały czas jednak szukałem pojęcia, które wyrazi to w skondensowany sposób. Jakieś pojedyncze słowo...

No i całkiem niedawno w rozmowie z moim prywatnym Aniołkiem doszliśmy (całkowicie przypadkiem) do określenia, które najtrafniej ujmuje moją skromną osóbkę. A magiczne słówko to FILOLOGIK. To czyni Repo blogiem FiloloGicznym ;)

PLD? Eeee tam ;)

W dopiskach do poprzedniego wpisu bies zapytał, czemu nie próbuję PLD.

Otóż próbowałem PLD, ze cztery czy pięć razy. Ac, Ac-ready, Ac-ready+test, AC+Th... ale efekt jest za każdym razem ten sam: dopóki stawiam podstawowe oprogramowanie w trybie tekstowym ("profil serwerowy" że tak powiem), to jest ślicznie.

Ale gdy zaczynam konfigurować sobie otoczenie graficzne (X-y, gnome, aplikacje do obróbki grafiki), to się ZAWSZE coś zaczyna sypać. A to build firefoksa na athlonie ma jakieś bugi (coś z flagami kompilacji, bo np. wersja dla i686 nie wykazywała problemów -- ale przez parę tygodni nie było komu poprawić flag), a to świeżo zainstalowany f-spot po prostu rzuca krytycznym wyjątkiem i się wyłącza (czyli po prostu nie działa), albo próbuję zainstalować PLD jakimś trafem AKURAT w momencie, gdy popsuły się pakiety z alsą, albo AKURAT trafiłem na moment, w którym amarok jakoś rozjechał się z PLD-owym sqlite i nie umie w ogóle stworzyć kolekcji...

Mogę stawiać serwery i rutery na PLD, ale na biurku po prostu mi nie działa. Albo inaczej: jakoś dziwnym trafem za każdym razem, gdy instaluję PLD, trafiam na kolejną "ABSOLUTNIE WYJĄTKOWĄ SYTUACJĘ" (jak mówią developerzy) -- awarię bardzo podstawowych (dla mnie) pakietów, która to awaria z kolei dzieje się ponoć raz na sto lat i deweloperzy naprawiają ją (znowu, ponoć) w przeciągu kwadransa. Chyba, że im udowodnię, że pakiet ten nie działa od przeszło tygodnia, wtedy przestają wciskać kit. A miesiąc później w ogóle zaprzeczają, jakoby jakiekolwiek awarie kiedykolwiek wystąpiły... Albo słyszę, że używając ac-ready sam jestem sobie winien, bo powinienem się trzymać gołego ac :)

Albo mam nieziemskiego pecha do tej dystrybucji, albo jest to jedna z dystrybucji najgorzej sprawdzających się na biurku (przy czym moja definicja biurka to raczej gimp-2.3 (niespakietowany w PLD, bo kto by się interesował grafiką...) , f-spot, amarok-1.4 i firefox niż mysql, apache i php w xemacsie). (...)

Czytaj dalej...
Bo ziemia^W zasoby nie powinny leżeć odłogiem

Akurat mam trochę pracy do której wystarcza mi zwykły gedit, więc na osobnym pulpicie uruchomiłem sobie mini-gentoo. W chroocie. Aktualnie ten mini-system próbuje dojść do stadium gtk+, a dalej się zobaczy.

Nie mówię, że chcę używać Gentoo. Ale co mi szkodzi takie małe, malutkie żętu sobie w $HOME/gentoo odchować?... ;)

Stare Repo mocno śpi...

Tak właśnie. Stare Repo poszło spać ustępując miejsca Nowemu Repo. Adresy wskazujące na stare Repo przekierowują teraz na główną stronę Repo2.0, a niektóre adresy (jak RSS czy poszczególne artykuły) prowadzą od razu w odpowiednie miejsca. Wszystko to serwowane jest z kodem HTTP "301", czyli "Moved Permanently". Dzięki temu Google powinno mnie nadal widzieć i dostosować się z czasem do nowej sytuacji.

Uznałem, że Repo2.0 jest już wystarczająco stabilne by sobie dać radę.

O sprawach prywatnych nie będę teraz pisał, żeby nie zapeszać (choć sporo, oj sporo się zaczyna u mnie teraz dziać). Ale mogę trochę o technicznych rzeczach, bo czemu by nie?

Po pierwsze, mam od jakiegoś już czasu monitorek LCD. Chyba o tym nie wspominałem, prawda? Całkowicie niegeekowo wszedłem do sklepu i po prostu przedstawiłem swoje wymagania sprzedawcy, prosząc o radę. Chwilę potem wychodziłem z Flatronem L1715S pod pachą. Bardzo fajna regulacja ostrości (wtyczka D-SUB), bardzo fajny wygląd, kolory, kontrast i jasność jak najbardziej wystarczają do siedzenia w trybie graficznym, "korzystania z internetu" i klepania kilobajtów tekstu. Wiem że to low-endowy monitor, ale naprawdę jestem z niego bardzo zadowolony. Gdybym się cofnął w czasie, to jeszcze raz bym go kupił.

Dzięki LCD odzyskałem dużo miejsca na biurku. Miejsce zostało błyskawicznie skolonizowane w imieniu Jego Wysokości Bałaganu I.

Inna rzecz: akumulatorki mi padły, te których używam w aparacie. 4 ogniwa AA. Przypuszczam, że ładowarka się zepsuła (od jakiegoś czasu coś w niej latało, ale nie mogłem rozkręcić obudowy bo nie mam odpowiedniego wkrętaka) i systematycznie je niszczyła przy ładowaniach. A swoje dno akumulatorki osiągnęły akurat podczas majowego weekendu, wytrzymując po ładowaniu tylko jeden dzień (gdy były fabrycznie nowe, to wytrzymywały ~30 dni ostrego fotografowania), więc zaraz po powrocie do cywilizacji kupiłem nową ładowarkę i nowy komplet akumulatorków. W formie zestawiku GP PowerBank Traveler. Oby służył mi dobrze. Ciekawostka techniczna: ładowanie 4 akumulatorków w dwóch sesjach (dwa razy po dwa akumulatorki) wychodzi krócej, niż ładowanie równolegle wszystkich czterech ogniw. Ot,taka specyfika tej ładowareczki. (...)

Czytaj dalej...
Majówka - podsumowanie
[JEZIORO]

Majowy długi weekend miałem bardzo udany. Zarezerwowaliśmy sobie z Aniołkiem miejsce w Powidzu, nad jednym z najczystszych polskich jezior. Dojechaliśmy tam bez większych problemów, choć automapa sprzężona z GPS-em wpuściła nas w jakąś boczną drogę... która potem przeszła w polną drogę... a potem w koleiny... a potem w jakąś antydrogę... by na końcu zamienić się w doły zasypane częściowo błockiem, kamieniami i potłuczonym szkłem. Było tego chyba tylko kilometr z hakiem, ale wlekliśmy się straaasznie długo. Modliłem się tylko żeby nam koła nie urwało. Albo opony czy miski olejowej nie przebiło. Ale przebrnęliśmy, uff. W drodze powrotnej asekuracyjnie trzymaliśmy się głównych dróg.

A na miejscu: żadnej prasy, telewizji, internetu... jak zwierzęta ;) Nareszcie była okazja by po prostu odpocząć. Chociaż aura była przeciwko nam - pierwsze parę dni było zimno i kapało, bez przerwy praktycznie. Przed rozpaleniem grilla musieliśmy butelkę z rozpałką wymoczyć w miednicy z ciepłą wodą, bo przez noc zamarzła. Pływał w niej lodowy klocek. Brrr. Potem na wszelki wypadek nie zostawialiśmy już rozpałki na noc na dworze. Swoją drogą jakim cudem to zamarzło? Przecież to jakoś na bazie nafty jest niby robione...

Na szczęście pod koniec pogoda się zaczęła poprawiać, więc mogliśmy dużo więcej czasu spędzać na tarasiku (wędząc sąsiadów z pobliskich tarasów dymem grilla ;), łażąc po okolicy czy leżąc nad wodą. A, straszyliśmy też dzieci pozostałych urlopowiczów. Uciekały na sam nasz widok. Za moich czasów dzieci nie były takie nieśmiałe...

Na wyjeździe dorwały mnie też moje urodzinki, które po raz pierwszy w życiu miałem okazję obejść w tak małym gronie (1 Hoppke + 1 Aniołek). Było fajnie :) (...)

Czytaj dalej...
Ogłoszenie

Repo2.0 zmieniło adres. Z tymczasowego http://parrot.dobremiasto.net:47890/ przeszło na http://repo.dobremiasto.net/. Parrot jeszcze przez jakiś czas (raczej krótki) będzie udostępniać Repo, ale ta ścieżka zostanie wyłączona i oficjalnym, jedynym słusznym i wspieranym adresem będzie http://repo.dobremiasto.net/.

A lada moment Repo1 zostanie wyłączone i zacznie przekierowywać na Repo2.0. Bo, pomijając wygląd i wszystkie niedokończone rzeczy, Repo2 serwuje już praktycznie całą funkcjonalność jaką posiada Repo1. A ma przy tym tak miłe dodatki jak np. rss z komentarzami. Od jakiegoś czasu nie notuję też problemów ze stabilnością, nie wyciekają żadne połączenia z bazą. Repo1 jest więc w zasadzie obsolete...

Smoooth :)

Właśnie wyszedłem z łazienki. Długa, leniwa kąpiel w cieplutkiej wodzie, z masą piany, zakończona ceremonialnym goleniem. Z użyciem mojego nowego pędzla. Z borsuka. Któren to pędzel dostałem jako prezent urodzinowy :)

Efekt: boski! Wprost niewiarygodnie gładziutko, bez ani jednego zacięcia, mimo użycia jakiegoś low-endowego ostrza. No i miałem masę frajdy z pienienia kremu do golenia w miseczce. Pienimy pienimy pienimy, smarujemy buźkę (Aniołek mówi, że wyglądam przy tym jak Święty Mikołaj), golimy. Smarujemy buźkę pianą jeszcze raz, bo to bardzo przyjemne jest, ściągamy pianę ostrzem. Zmywamy buźkę, pół godziny wypłukujemy pianę z lewego ucha. Presto - Hoppke gładki jak pupcia niemowlęcia. I nie stracił ani jednego pikolitra krwi. A na dodatek wziął udział w szlachetnej ceremonii pielęgnowania swojej męskości. Jak dziesiątki jego męskich przodków przed nim. Pędzel - taki mały, a tyle radości daje... :)

Od dziś moim drugim ulubionym zwierzęciem futerkowym jest borsuk. Zaraz po wiewiórce. I przed kucykiem.

Stooo laaat, stooo laaat...

Długi majowy weekend już za nami. Sama majówka była dla mnie baaardzo przyjemna (o tym następnym razem), a dodatkowo nałożyła się na moje urodziny. Jak co roku ;)

Miło jest mieć urodziny drugiego maja. Jedno święto z lewej, drugie święto z prawej, a moje urodziny pomiędzy nimi. Prawdziwie doborowe towarzystwo.

Urodziny obchodziłem poza domem, w towarzystwie mojego Aniołka (który podarował mi, uwaga uwaga, wymarzony (bo jak wiadomo łaziłem i miauczałem wszystkim dookoła jak bardzo go pragnę) pędzel z borsuka! :) Te urodziny będę baaaardzo dobrze wspominał.

Dziękuję wszystkim którzy pamiętali o moich skromnych urodzinkach, chlip. Jesteście kochani, naprawdę mnie rozczuliło. W trakcie majówki byłem offline, ale OJO i tak dał radę dotrzeć do mnie sms-kiem. Chlip #2 :) (no dobra, jemu było łatwiej, bo znał mój numer ;).

Tak więc oficjalnie mogę ogłosić, że stara dupa jestem :]

PS. Wpis ten został zamieszczony na Repo2.0 przy użyciu mechanizmów nowego silnika. To jego chrzest bojowy, mam nadzieję że nie zawali...

RSS na Repo2.0

Repo2.0 (http://parrot.dobremiasto.net:47890/) ma już kanały RSS (dla wpisów i komentarzy; z wprowadzaniem feedów dla każdego wpisu osobno się wstrzymałem - nie ze względów technicznych, a po prostu racjonalnych. Bo co się zyskuje dając feedy do każdego wpisu z osobna?). Skróciłem też trochę menu, przenosząc część luźnych (pierwotnie statycznych) artykułów do działu z artykułami, redukując kategorie wpisów do pojedynczego odnośnika etc. Przymierzam się do pierwotnego układu z prostym menu na szczycie ekranu. Nie wiem tylko co z przypiętymi, hmm. Miały mi służyć do (mniej lub bardziej tymczasowego) przypinania na głównej stronie wybranych wpisów. Ale może da radę to jakoś ładnie zintegrować pod menu nawigacyjnym.

...a "dopiski" zostały bezwstydnie zgapione, przyznaję otwarcie :) Z zaczytań w słowniku Trzykropki :)

A! Skoro mam już działające (chyba ;) kanały RSS na nowym Repo, to następne wpisy zapewne właśnie tam będą się pojawiać.

Zastanawiam się też, czy nie puścić RSS-ów przez feedburnera....

Repo2.0 teraz bardziej web2.0 ;)

Kolejne zmiany na http://parrot.dobremiasto.net:47890/. Nie pamiętam co ostatnio raportowałem, ale na pewno są już słitaśne url-e w działach z fotkami i artykułami.

Musiałem wymienić tomcata na serwerze, bo wstrzeliłem się tam chyba akurat w jakąś nieco felerną wersję i było trochę dziwnych problemów. Teraz powinno lepiej wszystko działać...

A. Jak łatwo było zauważyć, dodawanie komentarzy nie działało. Mam nadzieję, że teraz będą już działać.

OK, pomijając panel administracyjny (który jest niewielkim zmartwieniem, bo tylko ja go będę używał) pozostają do zrobienia 2 pilne rzeczy. Po pierwsze, semi-statyczne "luźne" strony jsp muszą jeszcze zostać jakoś zorganizowane (strony "o repo", "o autorze", "fpr"...) - prawdopodobnie wciągnę ich treść do bazy i będę serwował jako np. "/varia/fpr". A druga rzecz to rss-y :)) Będą rss-y do wpisów, rss-y do komentarzy, rss-y do komentarzy każdego wpisu z osobna, rss-y do kategorii wpisów... może z ikonkami "śledź przez comments/cocomments"... no, full service ;)

A potem cały spaß (ew. fun) - bugfiksy, nowe zabawki, strona wizualno-layoutowa, zbieranie feedbacku Czytelników i wprowadzanie go w życie...

Trochę poprawek w NeoRepo ;)

Skróciłem URL do http://parrot.dobremiasto.net:47890/, wywaliłem prawe menu, w changeblogu zrobiłem te "słitaśne linki w stylu web2.0". Raaany :( Teraz to mi się wydaje trywialne, ale byłem zupełnie nieprzygotowany na problemy jakie to sprawia. Myślałem, że "*" w definicji url-mappingów (wiążących servlety z url-ami) to wildcard... a nieprawda. W związku z czym jako wildcardy działają bodajże tylko trzy konkretne sposoby użycia "*", pozostałe są dopasowywane jako exact match. A skoro nie ma nawet normalnego globbingu, to i o regexpach można zapomnieć... No ale jakoś się udało, tyle że musiałem wypchnąć changeblog (tzn. archiwum i funkcje powiązane) do "/blog/*", bo inaczej... lepiej nie mówić. No nic, mam "/tags/*", mam "/blog/*" (tak z grubsza...), brakuje jeszcze "/articles/*" i "/photos/*". Teraz już wiem jak to robić, ale ile razy mi się dzisiaj udało tomcata wpędzić w rekurencyjną pułapkę, to tylko ja wiem... :)

A teraz ustosunkuję się do sugestii i uwag które jak na razie dostaję:

Repo2.0 w sieci

Repo Update. Wrzuciłem pierwsze zarysy nowego Repo w sieć. O, proszę: http://parrot.dobremiasto.net:47890/Blog/. Można macać :)

To nie jest gotowy produkt, wygląd się może jeszcze bardzo diametralnie zmienić, funkcjonalność pewnie też, etc. etc. Część linków nie działa, grafika nie jest prawidłowo linkowana, nie ma rss, layout zżera chyba za dużo poziomej przestrzeni. Chciałem za to sprawdzić czy uda mi się przerzucić aplikację na coś innego niż mój domowy komputer, czy baza danych się da przenieść i czy będzie działać. Nie działała. Ja miałem mysql5, na serwerze było mysql4 (i to chyba 4.0, a nie 4.1), były problemy z typami pól w tabelach (ale to się dało rozwiązać), były też problemy z antypatią zastanego mysql4 do utf-8 (mógłbym to obchodzić w kodzie Repo, ale co to za baza która nie zwraca danych w prawidłowej postaci?). Więc ostatecznie podciągnąłem mysql4 do wersji 5. Parę baz się przy tym rozjechało, bo mysql coś niespecjalnie sobie radzi z większymi apgrejdami, więc musiałem zrobić downgrade do 4.1, uporządkować je, zrobić upgrade do 5.0, przekonwertować na nowy format... Wrrr. Jak Repo okrzepnie, to obejrzę postgresa, bo mysql mam coraz bardziej dość.

Koniec końców chyba działa :) Teraz w pierwszej kolejności: popoprawiać linki występujące na stronach, dodać rss, przerobić schemat url-i na bardziej "web2.0"... ;) Mam nadzieję, że "error page" nie będzie się tam teraz pojawiało. Zbyt często.

Opinie Czytelników

Pod tym artykułem podpięte są opinie Czytelników Repo. Skargi, wnioski, zażalenia, wazelina... Jeśli masz coś sensownego do powiedzenia, to podziel się tym z wszystkimi. Ku chwale Repo!

Angel-A

Wybraliśmy się z Aniołkiem na film "Angel-A" (opis na IMDb). O filmie nie wiedzieliśmy zbyt wiele - oprócz tego że ma w nim być anielica, ma to być kino francuskie, ostatni film Bessona, i ogólnie ma mieć bardzo pozytywny wydźwięk. Mi zapadł w pamięć dodatkowo ten plakat który wypatrzyłem kiedyś pod jakimś zielonogórskim kinem.

Znalezienie seansu było trochę kłopotliwe - wygląda na to, że film nie cieszy się zbyt wielkim powodzeniem i szybko schodzi z ekranów. Mieliśmy komfort oglądania w prawie pustej sali (10 osób, nas wliczając :)

Fabuły zdradzał nie będę - choć nie jest specjalnie złożona ani zaskakująca. Na pewno nie jest to kino akcji. Prawie w ogóle nie ma też efektów specjalnych (pomijając samą końcówkę). Humor jest na poziomie który określiłbym mianem "realistycznego" (tzn. real-life, naturalny). Nie ma też golizny ani "momentów". Jest za to sporo dialogów - akcja posuwa się do przodu głównie dzięki nim. Chwilami bardzo ciekawe prowadzenie kamery, ładne zdjęcia, w pierwszym kwadransie filmu zorientowałem się, że całość jest black&white (dobrze podkreślało nastrój filmu).

Film mi się podobał. Jest kilka momentów które zapadają w pamięć, jak np. scena przed lustrem - przy której naprawdę z ciekawością (i przyjemnością) śledziłem dialogi. Angel-A to jedna z tych produkcji, o których mówię po obejrzeniu "to był ładny film". Ciepła, trochę naiwna historia z happy endem. Parę razy miałem mokre oczy, co przemawia na korzyść filmu. Mojemu prywatnemu Aniołkowi też przypadł do gustu, więc nie jestem odosobniony w tym przekonaniu :)

Polecam, warto obejrzeć (o ile znajdziesz kino w którym to jeszcze grają... bo w Ye Olde Torrent Shoppe się ten film raczej nie pojawi na półkach, zbyt niszowy).

Chaos w głowie...

Prace na froncie Repo2.0 trwają. Nie idzie zbyt szybko, bo więcej czasu chyba spędzam na projektowaniu i zastanawianiu się jaka architektura będzie najkorzystniejsza i najbardziej "przyszłościowa" niż na właściwym kodowaniu. Ale chyba zrobiłem w końcu dodawanie komentarzy, łącznie z prostym antyspamem. Piszę "chyba", bo wydaje mi się, że wszystko działa należycie - ale wiadomo jak to jest, na pewno zaczną wyłazić jakieś przeoczenia, sytuacje których nie przewidziałem itp. Trochę czasu mi zabrało miotanie się w światku servletów i JSP, ale koniec końców chyba wszystko działa tak jak bym chciał. Nie ma co oczekiwać cudów bez sięgania po JS (którego nie mam zamiaru dotykać), ale powinno być OK. Grunt żeby przeładowanie strony nie powodowało wrzucania drugi raz tego samego komentarza - ale to chyba udało mi się zrobić. Mam nadzieję, że będzie się sprawdzało w praktyce :)

Co teraz... no cóż, mam ładnych parę rzeczy do wyboru ;) Artykuły powinny mieć zdolność do "przypinania" ich, ale nie tak jak to jest robione np. na joggerze. Przypięte by wędrowały (jako same tytuły) do specjalnej kolumny po prawej stronie ekranu. Taka kolumna z "zakładkami", o. Wtedy mógłbym wywalić cały dział "Czytelnicy", zamiast niego zrobić jeden wpis na blogu i przenieść do niego komentarze, a następnie przypiąć ten wpis żeby był łatwo dostępny. To akurat by była dłubanina praktycznie czysto xhtml-owa, bo z punktu widzenia silnika to drobna modyfikacja generatora layoutu i dowalenie kolejnej kolumny w bazie komentarzy. Więc pewnie odłożę to na później.

RSS bym mógł już teraz zrobić, a przynajmniej szkielet przygotować. Javowych bibliotek generujących i parsujących RSS-y jest od groma, kwestia wybrania sobie jakiejś. Może RSSLibJ? Wygląda na generator, a nie parserogenerator, więc API i dokumentacja powinny być bardziej zwarte. (...)

Czytaj dalej...
Ruch przy Repo 2.0

Progress update.

Dalej dłubię przy Repo 2.0 ;) Dzisiaj skończyłem dział z Artykułami. Wczoraj koszmarnie dużo czasu mi zeszło na wyciąganie ze statycznych stron HTML danych z lekkim markupem, takich które bym mógł potem wepchnąć do bazy danych. Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że większa (objętościowo) część tekstów była pisana w jakiejś antycznej konwencji, używała też całkiem innego szablonu CSS niż obecne Repo. Tak że sporo czasu zajęło mi dociąganie tekstów do obecnego standardu Repo. Masa vimowania, pisania regexpów i makr ad-hoc. No ale zrobiłem. Teraz będę mógł wywalić w końcu ten zalegający, stary arkusz styli i mieć na całym Repo jednolity look. Artykuły siedzą sobie grzecznie w bazie, spisy treści i nawigacja generuje się automagicznie, ogólnie jestem zadowolony.

Ale to wszystko bebechy, rzeczy które tkwią pod maską i cieszą pewnie tylko mnie :) Więc zrobię inaczej, "pokażę" to co zrobiłem do tej pory. Dzisiaj zainstalowałem sobie z ciekawości pewne rozszerzenie do FF, do chwytania screenshotów całych stron. No i pokazę rezultaty jego działania (na przykładzie nowego silnika Repo, a co! :)

Na pierwszy ogień - strona główna. Trochę zmieniłem politykę pokazywania wpisów - zawsze widać 5 ostatnich, z tym że teraz, tak jak i w innych systemach blogowych, nie będzie zbyt dużo tekstu na głównej (przycisk "Czytaj dalej...").

Drugi zrzut - widok pojedynczego wpisu, z komentarzami. Na razie niczego tu nie ulepszyłem, ot, udowodniłem sobie, że baza danych działa.

Dawny Moskwicz zostanie przechrzczony na Galerię. Jak widać spis "galeryjek" wygląda trochę inaczej. Nie zmieniły się za to specjalnie ani widok miniaturek, ani pojedynczych fotek. (...)

Czytaj dalej...
Jak mi dzisiaj dobrze!

Raaaany, jak mi doooobrze :)

Dzisiaj był cudowny dzień. Chociaż musiałem w urzędzie skarbowym wystać w ogonku Bóg wie ile czasu, to i tak było fajnie. Baaardzo ciepło, osiemnaście stopni w plusie jak nic. WIOSNA! :)

[WIOSNA] Na deptaku, nieśmiali jak przebiśniegi, pojawiają się pierwsi amatorzy piwa (vide załączony obrazek). Ludzie zaczynają siadać na ławeczkach. Przed kościołem jakaś parka zdjęła kurtki nawet. Nikt nie nosił czapek. Cieeepło i słonecznie :)

Ale wprowadźmy nieco więcej porządku w ten chaos :) Po kolei...

Głównym punktem dnia było składanie zeznania podatkowego i aktualizacji danych w US. Chryste, ile ludzi... W zeszłym roku jakimś dzikim fartem udało mi się tak złożyć papiery, że praktycznie ominąłem kolejki - pamiętam dobrze, że był przede mną tylko jeden mężczyzna, który akurat odchodził od okienka gdy ja podchodziłem. A dzisiaj wystałem się nawet-nie-wiem-ile-godzin w kolejce do pokoju 010c, w piwnicach zielonogórskiego Pierwszego US, w krętych klaustrofobicznych korytarzykach, bez klimatyzacji... jedyną rozrywką były dwie babcie stojące akurat przede mną - baaaardzo rozrywkowe, zabawne, tryskające humorem i ironią. Wiesz, Czytelniku mój, znam takie parki dziewczyn/kobiet prywatnie. Bardzo się lubią, wszystko robią razem, a patrząc z boku trzeba się uśmiechnąć. Ale chyba pierwszy raz w życiu widziałem by baaaardzo dorosłe dwie kobiety zachowywały się jak studentki. Samopoczucie od razu poszło mi w górę. Nawet gdy z pokoju 010c odesłano mnie z kolejnymi druczkami do okienka 7 na parterze.

Potem musiałem wystać swoje w ogonku na poczcie. Tak w ogóle to dwie poczty zaliczyłem. Ale hej, przy tak PIĘKNEJ pogodzie grzechem jest nie skorzystać i nie pospacerować po mieście. Jedną rzecz sobie uświadomiłem - wiatr. Ciepły wiatr. Nie wiem kiedy poprzednim razem czułem ciepły wiatr na twarzy, ale było to na pewno miesiące temu. (...)

Czytaj dalej...
Moje preferencje biurkowe

Nie mogę używać Ubuntulooks, bo coś się krzaczy w niektórych widgetach gtk+, głównie w gqview i firefoksie (przy czym w FF tylko jeśli pasek adresu mam przeciągnięty obok menu. Nie, na tym screenie akurat nie widać Ubuntulooks, za to widać samą rearanżację UI. Niemożliwą do uzyskania w Operze, niestety.

W gtk+ spróbowałem czegoś - wziąłem nowy temat "Human" z ubuntu i zmieniając parę wierszy przestawiłem go na stary, dobry clearlooks. Wyszło całkiem ciekawie, prawda? Teraz potrzebuję tylko jakiegoś ładnego zestawu ikonek. Ikonki "mimetype'ów" z Tango są chyba najfajniejsze. Za to ikonki folderów zostawiłbym chętnie z human yasis, bardziej mi się podobają niż te szare lub niebieskie z Tango. Są chyba bardziej zaokrąglone i jakoś tak milej się na nie patrzy. I kosz z hyasis mi się bardziej widzi... ale w innych tematach widziałem też parę innych, ładnych ikonek... więc pewnie wyjdzie miks. Podobają mi się takie tematy jak d3a, glass icons, edge czy etiquette, ale są niekompletne - a w ikonkach nie ma nic gorszego niż braki, gdy w widoku folderu nagle parę plików ma ikonki z całkiem innej parafii... Jedyne wyjście to chyba łączenie podobnych zestawów ikon ze sobą. A najbardziej dopracowane zdaje się być tango właśnie, więc najprościej będzie mi chyba w Tango parę małych podmianek zrobić.

BTW, jest jedna rzecz którą bardzo sobie cenię w Gnome - skalowanie ikonek na pulpicie. Tzn. to, że mogę samemu rozciągać wybrane ikonki. A ikonki różnych rozmiarów to jest to. Przypomina mi trochę czasy Amigi i Workbencha. Nie, serio - jedna z największych bzdur na pulpicie to wymuszanie ikonek jednego rozmiaru. A przecież lubimy sobie eksponować rzeczy ważniejsze, czy częściej używane. Położenie to jedna sprawa, kolory i emblematy druga, ale ROZMIAR to krytycznie ważna rzecz. O, ten przykład. Po pierwsze - większy kosz. Lubię duże kosze. W ten sposób przeciągając na kosz jakieś ikony łatwiej mi uwierzyć, że się zmieszczą (ok, nie przeciągam nigdy tylko naciskam Del, ale i tak lubię duże kosze. Niektórzy lubią duże cycki, ja lubię duże kosze. Taki mój mroczny sekret. (...)

Czytaj dalej...