Przed chwilką skończyłem oglądać "Sin City". Tak, dopiero teraz...
Wrażenia: suuuper! Świetna, wciągająca narracja. Kompozycja też bardzo trafna. Selektywne kolorowanie czarno-białych scen okazuje się być bardzo udanym chwytem. Fabuła przykuwa uwagę. No i ten nastrój pesymizmu z przebłyskami szczęścia bardzo do mnie przemówił. Lubię takie filmy. Orientacja ideologiczno-filozoficzna, narracja i kompozycja tego filmu są bardzo bliskie mojego ideału opowieści, przynajmniej dzisiaj, w ten chłodny, sobotni poranek. Nie mogłem wybrać lepszego filmu po wczorajszym wieczorze, nocy pełnej koszmarów i przebudzeniu w zimnej pościeli...
Przy przeżywaniu takiej estetyki czuję wyraźnie, że gdzieś we mnie coś się porusza. Jakieś horyzonty wrażliwości się odrobinkę poszerzają, dostaję masę nowych obrazów o których mogę potem myśleć. To takie specyficzne odświeżenie zastałego już świata w mojej głowie, coś jak mentalny peeling. I wszystko wyszło odpowiednio wyważone, nieco stonowane - bo nie krwawię jak po "skrajnie ambitnym kinie", więc peeling nie był zbyt głęboki.
A teraz pora śniadanie jakieś upolować :)