ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2006/01, 9 wpisów
Obejrzałem Sin City

Przed chwilką skończyłem oglądać "Sin City". Tak, dopiero teraz...

Wrażenia: suuuper! Świetna, wciągająca narracja. Kompozycja też bardzo trafna. Selektywne kolorowanie czarno-białych scen okazuje się być bardzo udanym chwytem. Fabuła przykuwa uwagę. No i ten nastrój pesymizmu z przebłyskami szczęścia bardzo do mnie przemówił. Lubię takie filmy. Orientacja ideologiczno-filozoficzna, narracja i kompozycja tego filmu są bardzo bliskie mojego ideału opowieści, przynajmniej dzisiaj, w ten chłodny, sobotni poranek. Nie mogłem wybrać lepszego filmu po wczorajszym wieczorze, nocy pełnej koszmarów i przebudzeniu w zimnej pościeli...

Przy przeżywaniu takiej estetyki czuję wyraźnie, że gdzieś we mnie coś się porusza. Jakieś horyzonty wrażliwości się odrobinkę poszerzają, dostaję masę nowych obrazów o których mogę potem myśleć. To takie specyficzne odświeżenie zastałego już świata w mojej głowie, coś jak mentalny peeling. I wszystko wyszło odpowiednio wyważone, nieco stonowane - bo nie krwawię jak po "skrajnie ambitnym kinie", więc peeling nie był zbyt głęboki.

A teraz pora śniadanie jakieś upolować :)

No i serwis oddał mi nagrywarkę...
[avatar]

Odebrałem z serwisu nagrywarkę DVD. Dla przypomnienia, oddałem ją tam 21 grudnia, krótko po Zlocie u harnira, gdy zauważyłem że nie chce odczytać wypalonej na Zlocie płytki DVD (a u harnira i Cachotterie czytała się bardzo ładnie). Potem zauważyłem, że nie chce odczytywać i innych nośników które jeszcze tydzień wcześniej normalnie czytała. A że akurat miałem ~1 miesiąc gwarancji, to oddałem do serwisu.

Ostatecznie wymienili mi ją na nową - nieco inny model, mam nadzieję, że się będzie dobrze sprawował. Płytkę ze Zlotu oraz inne, z którymi stara nagrywarka sobie nie radziła, ten egzemplarz odczytuje bezproblemowo.

Wracając z serwisu zaszedłem do mojego nowego Ulubionego Sklepu Z Herbatami. Wziąłem 60g wiśni w rumie (tak naprawdę to nie herbata, tylko suszone owocki, więc w efekcie wychodzi coś co powinno się nazywać kompotem... ale smakuje pysznie), a potem skonsultowałem z panią sprzedawczynią moją chęć "wypicia czegoś cytrusowego", i skończyłem z dodatkowymi 40g cytryny z ananasem, na bazie czarnej herbaty (proponowała też zieloną, ale jakoś nie mam teraz ochoty na zielone).

Więc siedzę sobie i piszę te słowa popijając barrrrdzo aromatyczny, cytrynowy napój. Jak znalazł na ten chłód i zmęczenie.

A, zakończyłem już mój malutki friendtest, po tym jak podjęto 50 prób jego rozwiązania. Wyniki omówię przy najbliższej okazji - może jutro...

Po druzgoczącej krytyce mojego nowego avatarka, powróciłem do starego. Dlaczego się ugiąłem? Bo ten avatar nie jest dla mnie tak naprawdę, patrzą na niego moi rozmówcy/czytelnicy/znajomi/przyjaciele... Skoro stary się widział bardziej niż lisek (NIE ROZUMIEM, DZIWNI JESTEŚCIE), to i wróciłem do starego. Ani jedna osoba nie powiedziała, że lisek jest fajny... jestem zaskoczony... ani jedna...

Trudno, od teraz będziecie się znowu męczyć z moją gębą :P

Zima. Pora przyjazna galaretce.

Mróz ma jedną zaletę - salaterki galaretki wiśniowej, którą sobie właśnie zrobiłem, błyskawicznie stężały po wystawieniu na balkon. Na jednej dodatkowo para wodna zdołała się skroplić w warstewkę lodu...

Dzisiaj wieczorem sobie śpiewałem razem z A. Louisan, tym razem wtórując jej przy kawałku "Chancenlos" (voila.pl może próbować wymusić głupią nazwę pobieranego pliku, chyba nie lubi spacji w nazwach - więc z góry powiem, że to Ogg Vorbis). Mięciutka piosenka, miękka jak futerko polarnego liska ;) I tym akcentem zakończę, zieeeew, ten wpis. Pora spać.

Sztuka padania i zabawy w wannie

Życie gra na zwłokę, aż wygra. (a postanowiłem sprawdzić sobie, jak to jest blogować niezrozumiałymi cytatami ;)

Zima. Zimno. Minus dwadzieścia w nocy, lekko licząc. A po wyjściu na zewnątrz od razu zamarzają skrzydełka nosa. No i wszechobecny w Zielonej Górze lód. Dzisiaj raz się rasowo wywaliłem, raz prawie złamałem sobie kolano i raz wykonałem poślizg kontrolowany na przejściu dla pieszych.

Note to self: przy upadaniu na lód trzeba chcieć upaść. Albo przynajmniej sobie pozwolić na to. Wtedy najlepiej wychodzi. Mój pierwszy dzisiejszy upadek był właśnie taki "z przyzwoleniem". I wyszedł cudownie - poleciałem miękko, wyłożyłem się jak długi, by po chwili bez problemu wstać i pójść dalej. Ani jednego siniaka, urazu, NIC. Dosłownie, nie poczułem żadnego bólu, tylko to przyjemne poczucie nagłej zmiany orientacji. A wszystko dlatego, że byłem na czyściutkim lodzie i przewrócenie się mi wcale nie przeszkadzało. A z kolei za drugim razem gdy straciłem równowagę, nooo, za drugim razem już chciałem zachować godność. Więc szamotałem się by ustać pionowo, na sztywnych nogach... i w pewnym momencie poczułem, że prawie wyłamuje mi się kolano, bo jakoś tak głupio mi się nogi obróciły i staw przyblokował. Za trzecim razem, na przejściu dla pieszych, straciłem na chwilę równowagę - ale zgrabnie wszystko opanowałem przejeżdżając kawałek na pięcie. Wrażenie podobne do zeskakiwania z ruchomych schodów.

Wniosek: bardziej mogę sobie zaszkodzić próbując ustać na nogach za wszelką cenę, niż wywalając się zgrabnie na bok.

...zmiana tematu. Goliłem się wczoraj rano, a jeszcze dziś mam trochę podrażnioną skórę. Przypuszczam, że to przez ten mróz wolniej się regeneruję. Skoro jesteśmy przy goleniu, to pochwalę się jednym z zabawniejszych kosmetyków jakie posiadam. "Kremowy żel do mycia twarzy", ogórek+limonka, producent: "Bielenda". Ma ładny zapach i w ogóle, ale za konsystencję, wygląd i ogólne właściwości... well... jak to ująć... (...)

Czytaj dalej...
Czy jestem geekiem?

Avatars, avatars, avatars!

Awatarki, awatary, awki, avsy... nieważne jak się je nazwie, chodzi o to samo - niewielkie obrazeczki, których używamy w sieci jako "wizytówek". Avatar to to, co symbolizuje żywą osobę w strumieniu pakietów IP. A, oryginalne "avatar" powinno się "na nasze" tłumaczyć w sumie jako "wcielenie", bo oryginalny avatar to najczęściej osoba, ew. zwierzę, natchnione przez jakiegoś ducha, czy boga, lub będące po prostu boskim wcieleniem. Takie zagrywki były popularne wśród greckich bogów (Zeus wyskakiwał na miasto w ciele byka, bo laski na to leciały ;), ale najczęściej "avatara" kojarzy się z hindusami i ichnimi bogami. Którzy też lubili sobie chodzić między ludźmi w ludzkim wcieleniu. Niektórzy lubili sobie nawet umierać po upojnych nocach z bajaderami (ale o tym chyba kiedyś pisałem). Zresztą - nieistotne.

Przez dłuższy czas używałem gdzie popadnie awatarka opartego na fotografii, o, tego. Ale trochę mi się przejadł. Poza tym coraz więcej komunikatorów pokazuje awatarki w trakcie rozmowy z kimś, a trudno ze mną rozmawiać patrząc na tego awatara... jest jakiś taki mało zachęcający, prawda? Surowy i w ogóle...

Więc poszukałem sobie czegoś nowego, bardziej przytulnego. A jednocześnie czegoś, z czym czułbym więź. I znalazłem, oto mój nowy awatarek :) Myślę, że dobrze oddaje moją osobowość, nastrój i w ogóle. Jest taki bardzo bardzo JA ;)

A. Czy ja jestem geekiem? Tak serio... Bo ostatnio wszyscy mi dokuczają i wmawiają, że jestem... a ja się nie czuję, bo nie jestem zafiksowany na żadnej dziedzinie wiedzy, nie mam tak wysokich kompetencji w niczym... jestem ogólnie dobry w wielu rzeczach, ale brakuje mi właśnie tej typowej dla geeka "wybitności" w czymś, czymkolwiek. Więc ja nie uważam się za "gika". Mylę się? Czy Czytelnicy widzą jakieś "za"/"przeciw" nazywaniu mnie geekiem? Czy można być geekiem i wcale tego nie czuć?

Długi wywód o oczekiwaniach w związkach

Ten tekst nie zawiera żadnych informacji technicznych ani komputerowych. Jest dość długim, mętnym i powtarzającym się miejscami monologiem o oczekiwaniach w związkach. I ma 25KB długości. Żebyś nie narzekał(a) potem, że nie ostrzegałem!

Więc masz ochotę czytać? OK. To napiszę sobie coś w temacie komentarzy do poprzedniego wpisu. A co! :)

Najpierw - zdjęcie. Nie czuję wyrzutów sumienia z powodu jego pokazania, bo po pierwsze było zrobione w miejscu jak najbardziej publicznym, po drugie ludzie na nim przedstawieni nie czuli potrzeby skrywania się przed ludzkimi oczami, po trzecie nie zniesławiłem ich w żaden sposób, nie próbowałem też ośmieszać. A ponieważ nie są VIP-ami, to dla wszystkich czytelników Repo, w tym i mnie, będą tylko zwykłymi ludźmi "z ulicy", jakich widujemy każdego dnia. Sytuacja przedstawiona na fotografii z pewnością nie godzi w żadne "normy społeczne", więc czuję się rozgrzeszony :)

Dla mnie sprawa sprowadza się do tego, czy mam prawo chwytać na zdjęciu obrazy, które widzę w ciągu swojego normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Myślę, że mam. Co innego gdybym robił zdjęcie ludzi, którzy myśleli, że są sami (i naruszał w ten sposób ich intymność - ale w realiach wagonu kolejowego chyba trudno mówić o "intymnym środowisku", prawda? Co innego gdybym zakradł się do przedziału w którym ta parka by spała, i myślała że będzie sama. Ale oni dosiedli się do mnie i wiedzieli, że są na widoku jakiegoś człowieka). Pewnie nie pokazałbym też zdjęcia które przedstawia scenę przemocy, albo jakiegoś nieszczęścia, czy cokolwiek nacechowanego negatywnymi emocjami. Ale w tym wypadku przecież nie ma o tym mowy. Więc czuję się rozgrzeszony :)

A teraz ciekawsza sprawa - "co do ,,szansy jednej na milion''. A co jeśli pożądane cechy nie są stałe ale zmieniają się (przychodzą) wraz z drugim człowiekiem? Czy to zmienia rachunek?". Hmm.

HMM. Niech pomyślę o "wymaganiach", tak ogólnie... (...)

Czytaj dalej...
Zazdrość szczęścia?
:)

Jakiś czas temu dane mi było jechać pociągiem. Lubię pociągi, ten miarowy stukot i krajobrazy przesuwające się za oknem... ale nie to jest główną osią tego wpisu.

Bardziej zwróciła moją uwagę pewna parka, z którą dane mi było przejechać spory kawałek w jednym przedziale. Nie zainteresowały mnie ich ubrania, wygląd, sposób mówienia, za to zachowanie było ciekawe. Bardzo szybko zasnęli. To co się rzucało w oczy, to jakaś taka, hmm, bliskość w ich zachowaniach. Tzn. mi się rzuciło w oczy - "głodnemu chleb na myśli" i zawsze byłem szczególnie wyczulony na te rzeczy za którymi sam tęskniłem...

Więc zwróciłem uwagę na dłonie. Zastanawiałem się jakie to musi być uczucie mieć kogoś tak blisko siebie... nawet we śnie nie tracili tego kontaktu ze sobą. No i umieli zasnąć razem. A mnie naprawdę ruszają takie "drobne" rzeczy, bo ja sam bardzo potrzebuję bliskości wyrażanej w ten sposób. Często nie namiętnych pocałunków czy wyrafinowanych pieszczot, tylko takiego zwykłego czucia, że kogoś mam. Poczuć jak ktoś opiera głowę na moim ramieniu, jak czyjeś palce ruszają się w mojej dłoni... zasnąć przy kimś - o, to dla mnie bardzo, bardzo ważne. Chyba jedna z najintymniejszych sytuacji (dla mnie) to właśnie zasypianie. I jeśli umiałbym przy kimś spokojnie zamknąć oczy i po prostu zasnąć, a potem obudzić się i zobaczyć tego kogoś obok siebie, i tylko się uśmiechnąć, to... to to by było już coś naprawdę, naprawdę cudownego. Bo za każdym gestem stoją u mnie emocje i uczucia. I nawet takie proste ujęcie czyjejś dłoni w trakcie podróży jest dla mnie sposobem na przekazanie wielkiego ładunku uczuć. I dlatego automatycznie złapałem sobie ten obraz na strasznie rozmazanym zdjęciu (pociąg podskakiwał, a ja nie mogłem błyskać lampą). (...)

Czytaj dalej...
Friendtest, Linux i mój tyłek ;)

Nie mam chwilowo czasu i... no, Repo znika mi pod grubą warstwą kurzu. Ankieta świąteczna odłożona na później, bo naprawdę nie dam rady... zastanawiam się, czy nie zrobić z niej ankiety wiosennej ;)

Aby jakoś uratować twarz (no bo w końcu OBIECAŁEM) przygotowałem test "co o mnie wiesz". Dziesięć pytań, absolutnie poważnych (niech nikogo pozory nie zmylą ;). Hostowane na friendtest.com, bo własnego CGI do obsługi testu nie mam teraz czasu pisać. Niestety, szablon który tam oferują mnie straaasznie ograniczył - no trudno. A oto i sam test - jak dobrze mnie znasz?. Powodzenia! :))

PS: Test jest banaaaalny. Oczekuję masy wyników po 100% ;)

OK, a teraz troszkę technicznych rzeczy nadgonię. Używam Gnome! Tak tak, GNOME. O, proszę, screen. Jakoś tak mi lepiej wśród aplikacji GTK+... tylko tego amaroka jeszcze czymś zastąpić :( Jestem tak zdesperowany, że gdybym miał więcej czasu, to bym pewnie sam napisał sobie jakieś ładne, amarokopodobne gui do mpd albo xmms2.

Wczoraj zostałem nazwany geekiem, bo przyznałem się do posiadania soundtracku z Wipeouta. Soundtracku na kasecie :) Kaseta z soundtrackiem z gry... maniak komputerowy, jak nic. Kobietom doradza się trzymać dystans, bo pewnie na okrągło przynudzam o komputerach ;) BTW, jak widać polubiłem flickera. Bardzo przyjemny serwis. Z innych modnych serwisów typu "social" przyzwyczajam się też do del.icio.us - wiem, geeki używają tego od dawna, ale ja nie jestem rasowym geekiem... w każdym razie mam już własne konto do przechowywania zakładek. (...)

Czytaj dalej...
No i mamy 2006