ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Długi wywód o oczekiwaniach w związkach

Ten tekst nie zawiera żadnych informacji technicznych ani komputerowych. Jest dość długim, mętnym i powtarzającym się miejscami monologiem o oczekiwaniach w związkach. I ma 25KB długości. Żebyś nie narzekał(a) potem, że nie ostrzegałem!

Więc masz ochotę czytać? OK. To napiszę sobie coś w temacie komentarzy do poprzedniego wpisu. A co! :)

Najpierw - zdjęcie. Nie czuję wyrzutów sumienia z powodu jego pokazania, bo po pierwsze było zrobione w miejscu jak najbardziej publicznym, po drugie ludzie na nim przedstawieni nie czuli potrzeby skrywania się przed ludzkimi oczami, po trzecie nie zniesławiłem ich w żaden sposób, nie próbowałem też ośmieszać. A ponieważ nie są VIP-ami, to dla wszystkich czytelników Repo, w tym i mnie, będą tylko zwykłymi ludźmi "z ulicy", jakich widujemy każdego dnia. Sytuacja przedstawiona na fotografii z pewnością nie godzi w żadne "normy społeczne", więc czuję się rozgrzeszony :)

Dla mnie sprawa sprowadza się do tego, czy mam prawo chwytać na zdjęciu obrazy, które widzę w ciągu swojego normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Myślę, że mam. Co innego gdybym robił zdjęcie ludzi, którzy myśleli, że są sami (i naruszał w ten sposób ich intymność - ale w realiach wagonu kolejowego chyba trudno mówić o "intymnym środowisku", prawda? Co innego gdybym zakradł się do przedziału w którym ta parka by spała, i myślała że będzie sama. Ale oni dosiedli się do mnie i wiedzieli, że są na widoku jakiegoś człowieka). Pewnie nie pokazałbym też zdjęcia które przedstawia scenę przemocy, albo jakiegoś nieszczęścia, czy cokolwiek nacechowanego negatywnymi emocjami. Ale w tym wypadku przecież nie ma o tym mowy. Więc czuję się rozgrzeszony :)

A teraz ciekawsza sprawa - "co do ,,szansy jednej na milion''. A co jeśli pożądane cechy nie są stałe ale zmieniają się (przychodzą) wraz z drugim człowiekiem? Czy to zmienia rachunek?". Hmm.

HMM. Niech pomyślę o "wymaganiach", tak ogólnie...

Na pewno każdy z nas ma określone oczekiwania i wymagania, jakiś obraz hipotetycznego partnera. Część wymagań jest klasy sine qua non, a część to rzeczy które dodają dodatkowe "punkty" do ogólnego wrażenia jakie ktoś na nas robi, ale nie są konieczne byśmy mogli takiego człowieka zaakceptować. Ja skoncentruję się na wymaganiach "koniecznych" i perspektywie tzw. "związku/partnerstwa". Czyli odpuszczę sobie wielki zbiór cech "would be nice" i relacje typu "znajoma/przyjaciółka/kochanka/kumpela", bo wobec tych mamy inne wymagania... Więc ja będę poruszał się w kontekście partnerstwa i wymagań koniecznych. Chyba taki sam kontekst zakładał też bies.

Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z wymagań jakie przed kimś stawiamy. Wydaje mi się, że te "żelazne, niezbędne" warunki potrafimy opisać dużo słabiej niż te wszystkie "byłoby fajnie, gdyby miał(a) takie i takie cechy, ale w sumie nie jest to konieczne". Ja np. wiem na pewno, że nie mógłbym wiązać się z głupią kobietą. No nie mógłbym. Bo dla mnie najważniejsze jest chyba to, żebym się przy kimś czuł dobrze, a to jest możliwe tylko gdy czuję, że ktoś mnie rozumie, i zna. Niekoniecznie "na wylot", bo na to potrzeba wielu, wielu lat, ale przynajmniej na tyle, bym mógł być przy kimś sobą bez obawy, że będę oceniany... albo że zostanę opacznie zrozumiany. Nie jestem prostą osóbką, wręcz przeciwnie. Moja dusza to spory, zamotany kłębek. I moja partnerka musi być w stanie mnie zrozumieć. Nie musi myśleć tak jak ja, nie musi mieć tych samych reakcji i opinii, ale powinna umieć zrozumieć zależności przyczynowo-skutkowe we mnie. Mam dużo "sprzeczności" w sobie, ale to tylko pozorne sprzeczności. Ludzie są jak algorytmy przetwarzania danych. Trafiamy na jakieś dane wejściowe, przetwarzamy je i jako wynik dostajemy nasze reakcje. Jeśli wyniki wydają się być chaotyczne, niespójne albo czysto losowe, to pewnie nie rozumiemy algorytmu stojącego za tym wszystkim. A ja chcę by ktoś rozumiał jak działam, bo tylko wtedy będzie mógł zrozumieć jaki tak naprawdę jestem.

Zrozumieć mnie nie jest wcale łatwo. Mam tendencję do popadania w skrajności, robienia wielkich emocjonalnych inwestycji, polaryzowania... więc muszę mieć przy sobie mądrą, inteligentną kobietę. Zdolną do empatii i wyobrażania sobie tego, co akurat czuję. Chcę człowieka z którym mógłbym rozmawiać tak otwarcie, jak z samym sobą.

Oprócz tego wymagam szczerości. Tym bardziej, że naciąłem się kiedyś paskudnie właśnie na brak szczerości. Nie da się niczego zbudować jeśli nie możesz wierzyć czyimś słowom. Jestem dziwnym człowieczkiem i sam ze szczerością nie mam problemów. Może dlatego, że umiem wpaść w tryb "mówienia tego, co myślę". To z jednej strony może być kłopotliwe (zwłaszcza gdy walczę z jakimiś myślami), ale z drugiej ułatwia utrzymanie prawdomówności i "trzymanie ręki na pulsie".

No i na pewno nie mogę poradzić sobie bez zaufania. Zaufanie to zabawna sprawa, bo wymaga obustronnej wymiany. Chcę móc ufać, a jednocześnie chcę by ufano mi. I coś czuję przez skórę, że łatwiej bym przełknął jakieś kłamstewko niż utratę zaufania (choć to zawsze się jakoś ze sobą splata).

I to by były warunki konieczne. Przynajmniej te, które mnie dotyczą i które mi w pierwszej chwili przyszły do głowy. Ale nie są to oczywiście WSZYSTKIE warunki jakie są mi niezbędne.

I tu dochodzę do "pożądanych cech przychodzących z drugim człowiekiem". To prawda, wymagania nie są stałe. Myślę, że dobrze jest jeśli w ciągu życia wymagania idą w górę. Obniżanie wymagań jest takie... pesymistyczne. Jasne, że potrzebne są kompromisy, zawsze, ale trzeba uważać by cały związek nie był jednym wielkim kompromisem. Więc jestem raczej za podnoszeniem poprzeczki, oczywiście bez przesady (nie ma ideałów przecież!). Moje bezapelacyjne wymagania to szczerość, zaufanie, mądrość i inteligencja. Ale po chwili zastanowienia pewnie dorzuciłbym poczucie humoru - w pierwszej chwili o tym nie myślę, ale gdybym spotkał świetną kobietę, tyle że sztywną jak wiktoriański belfer, to pewnie nagle bym odkrył, że jednak poczucie humoru to też warunek konieczny. A, wygląd też w jakimś stopniu jest warunkiem koniecznym, nie oszukujmy się, chociaż w moim wypadku nie jest tak, że skreśliłbym kobietę np. przez "niewystarczającą" długość nóg.

Więc tak, na pewno wymagania mogą się zmienić gdy poznajemy nowego człowieka. Może nam pomóc uświadomić sobie, że tak naprawdę zestaw cech bez których sobie nie możemy wyobrazić związku jest szerszy. Że coś, co do tej pory traktowaliśmy jako "oczywistość" tak naprawdę oczywiste nie jest. Ot, jak ten mój przykład z poczuciem humoru. Wymagania te wychodzą na wierzch dopiero, gdy widzimy ludzi którzy im nie są w stanie sprostać. I tak, to na pewno zmienia rachunek. I na pewno na niekorzyść, bo nowe wymagania są z definicji niezaspokojone (inaczej byśmy nie zwrócili na nie uwagi).

Inna okazja wzrostu wymagań to tradycyjna "piramidka wymagań" narastająca w miarę pogłębiania się relacji. Spróbuję dać przykład - gdy spotykam kobietę, to pierwszym na co zwracam uwagę, obok wyglądu, jest sposób mówienia. Głos, słownictwo, sposób budowania zdań, śmiech. Kobiety o nieprzyjemnym śmiechu są dla mnie nieatrakcyjne. Dziwne? Może. Ale to tak samo jak z wyglądem. Jeśli czyjś wygląd może nam aż tak nie pasować, by go całkiem skreślić, to dlaczego nie mieć wymagań co do głosu? Skoro optyka jest tak istotna, to zwracanie uwagi na fonię nie jest niczym dziwnym... POZA TYM ja nastawiam się bardziej na komunikację niż seks (w związku więcej czasu spędza się na rozmowach niż ruchach frykcyjnych), więc głos i wymiana myśli są dla mnie "ciut" ważniejsze niż tzw. CYCKI ;) (W przypadku Kochanki mógłbym mieć inny zestaw wymagań, ale przypominam, że jestem w kontekście Partnerki - a to wieeelka różnica). Więc gdy kogoś spotykam, to mogę go skreślić "za głos lub śmiech". Zdarzyło się to może parę razy w ciągu mojego życia, więc nie jestem chyba nadmiernie wybredny. Oprócz tego - słownictwo. Niestety, jestem inteligentny. Tego samego oczekuję od partnerki. Sposób formułowania myśli jest ważny z dwóch powodów - jeden, że to podstawowy sposób zestawiania komunikacji i tworzenia więzi między duszami, a o to przecież chodzi w związku, a dwa, że to jak mówimy wystawia świadectwo naszemu wykształceniu, wiedzy i inteligencji. Oraz kulturze osobistej - z miejsca skreślam "panienki używające łacińskiej interpunkcji".

Takie są moje wymagania przy "pierwszym wrażeniu", żebym mógł w ogóle z kimś rozmawiać. A potem, wraz z ewolucją mojej relacji z tą osobą, dochodzą kolejne wymagania. Gdy na przykład kobieta zaczyna mi być bliska, to ważne robią się kolejne rzeczy - np. nie może zbyt wiele pić. Potem dochodzi wymóg szczerości i zaufania. Dotrzymywanie wierności. Piramidka rośnie w miarę jak relacja robi się coraz bardziej intymna. To bardzo ważny proces - odkrywamy nowe rzeczy o danym człowieku, stawiamy przed nim nowe wyzwania... czy im podoła? Nigdy nie wiadomo. Równanie robi się coraz bardziej skomplikowane, dochodzą nowe niewiadome... baaaardzo wiele zależy od tego, w którym momencie pakujemy się w związek. Jeśli robimy to na podstawie "wypiłem z nią parę drinków i tańczyłem na dwóch imprezach", to szanse na porażkę są duże. Bo piramidka wymagań była jeszcze nieduża, więc zbiór pasujących kobiet był potencjalnie szeroki. Czyli mogło się trafić na kogoś, kto jednak nie będzie pasował.

Potencjalnie ciekawe mogą być związki zawierane na bazie istniejącej już jakiś czas przyjaźni. Gwarantują, że ludzie są w dużym stopniu dopasowani do siebie (zakładając, że była to faktycznie Przyjaźń), więc zostało mniej pięterek piramidki wymagań do dostawienia, czyli mniej niewiadomych w równaniu, czyli większa szansa powodzenia. Niebezpieczeństwo polega na tym, że kontekst przyjaźni mógł wytworzyć patologiczne dla partnerstwa wzorce zachowań, czy szablony myślowe. Czasem ze starej przyjaźni nie da się przejść do związku, bo bardziej przypomina to relacje brat-siostra niż partner-partnerka. Ale takie przejście jest absolutnie możliwe, przyjaźń wcale nie wyklucza miłości - ja np. od mojego Aniołka oczekuję też przyjaźni. Chyba cała trudność polega na tym, by w przyjaźni nie zrobić niczego, co by wykluczyło miłość. Czyli np. nie zacząć traktować kobiety jako kolejnego "kumpla" - lecz to też trudne, bo traktując kobietę jako kobietę trzeba zachować pewien poziom "profesjonalizmu", by nie zasugerować kontekstu Partnera/Kochanka... ech, same problemy na każdym kroku :(

Ja jestem typem który się zwykle wstrzymywał długo przed proponowaniem związku. Wolę przejść chociaż króciutko przez etap przyjaźni, by jak najbardziej rozbudować swoją piramidkę wymagań i zobaczyć, czy dana osoba sobie z nią poradzi. Pewnie dlatego, że źle znoszę porażki i rozczarowania, no i (co bardzo istotne chyba) nie jestem w stanie podjąć decyzji "żyć to bym z tobą nie mógł, ale możemy się ograniczyć do seksu". Dla dużej części moich znajomych takie relacje to nie problem, takie niby-związki gdzie nikt nie ma czasu na rozmowę i wszystkie spięcia "łagodzi" się w łóżku (albo od razu stawia sprawę otwarcie - chodzi tylko o seks i nic więcej), ale ja nie umiem. Mam seksualność podporządkowaną uczuciowości i zaufaniu, seks bez zaufania jest dla mnie niewiele warty. To już wolę własną dłoń, mniej kłopotu :) I nie czuję się taką męską szmatą robiąc kobiecie nadzieje na coś, z czego nie chcę się wywiązać, nie pozoruję związku tylko po to, by dotknąć gołych cycków. Grunt to być sobą, nie udawać uczuć. I stąd wynika kolejny (mój) problem - muszę zawsze być pewnym swoich uczuć, tak bym mówiąc "kocham Cię" faktycznie to czuł i był gotów ponosić odpowiedzialność za swoje słowa. I to nie tylko tego konkretnego dnia, ale i za tydzień, miesiąc, pół roku, rok... A to zwykle wymaga czasu, bo moja definicja miłości jest dość, no, wymagająca. Ze związkami jest jak z płodzeniem dzieci - niektóre są jak "wypadek przy pracy", inne to konsekwencja "uroku chwili", takie "dałem się ponieść i powiedziałem, że ją kocham i chcę z nią być, ale następnego dnia już nie byłem taki pewny", ale niektóre to dzieci "zaplanowane" - gdzie obydwie strony zastanowiły się dobrze czy aby na pewno tego chcą, czy będą w stanie zatroszczyć się odpowiednio o dziecko nie tylko teraz, ale i za pięć lat... Po prostu poważnie podchodzę do moich związków i nie ładuję się z myślą "najwyżej się nie uda", bo tak nie umiem. Więc... ale ok, wracam do tematu, bo chyba zanudziłem już wszystkich czytających :)

Więc co uwzględniłem... pojawianie się kolejnych wymagań jako odkrywanie tych, z istnienia których sobie sprawy nie zdawaliśmy oraz pojawianie się kolejnych wymagań jako naturalną konsekwencję rozwoju związku. I w przypadku tego drugiego myślę, że wiele zależy od momentu w którym "ryzykujemy" i pakujemy się w związek. Jeśli zrobimy to znając już danego człowieka, to oczywiście ryzyko jest mniejsze, teoretycznie przynajmniej (patrz uwagi co do przechodzenia z przyjaźni do miłości), jeśli "zakochujemy" się w panience na jakiejś pijackiej imprezce informatyków, to ryzyko jest oczywiście wielkie, prawie tak samo duże jak przy wybieraniu sobie kogoś "z ulicy". Oczywiście trudno określić moment "zakochania" jak i "czegoś poważniejszego". U mnie ta granica zwykle przebiega gdzieś w okolicy wyznania uczuć i nadziei tej drugiej osobie. Dopóki czegoś nie powiem, to mam komfortową możliwość jakiegoś stłamszenia w sobie uczuć. Potem się robi trudniej, bo mam już reakcję drugiej osoby, jeśli ona odwzajemnia moje uczucia to zaczynam ponosić odpowiedzialność ZA JEJ UCZUCIA (tak, niestety tak to działa - oczywiście to są jej uczucia, ale ja ponoszę odpowiedzialność za podtrzymywanie ich przy życiu). Więc ja wyznaczam sobie moment, w którym zaczynam ostatecznie wyliczać równanie, na moment wyartykułowania swoich uczuć drugiej osobie. To moment przełomowy, podwójnie nawet. Bo od tego momentu nie wolno mi już prowadzić równolegle żadnych innych równań. Jeśli mam np. pięć znajomych, wszystkie lubię, jestem single i czuję potrzebę utworzenia związku, to przez jakiś czas mogę sobie równolegle prowadzić równania dla każdej z kobiet. I wyniki negatywne w tych równaniach zwykle nie są dla mnie jakoś specjalnie istotne - ot, Anka mnie nie pociąga, bo nie umie być szczera. Monika też odpada, bo za bardzo imprezuje i za dużo pije. Równania mogę zmazać i tyle, żadnych szkód nie ponoszę.

W momencie gdy jednak powiem jakiejś kobiecie co do niej czuję, że chciałbym z nią zbudować sobie trwały związek, że się w niej zakochuję itp., to już się wystawiam na ciosy. I to jest chyba ta dystynkcja - moment w którym stajesz się podatnym na rany. Jeśli kobieta odrzuci "zaloty", to odnoszę rankę. W moim wypadku niespecjalnie dużą, byłem odrzucany już sporo razy ;), sam też odrzucałem parę razy i oswoiłem się z sytuacją. Jeśli jednak kobieta też zechce zaryzykować, to muszę zmazać wszystkie równania oprócz tego które Ją uwzględnia, i od tej pory prowadzić tylko Jej równanie. I DLATEGO WŁAŚNIE powstrzymuję się przed angażowaniem do chwili, gdy mam już bardzo dużo pewności co do danej osoby. Bo moralność nakazuje mi odciąć wtedy wszystkie "potencjalne plany" co do innych kobiet które znam. Dlatego nie mogę "próbować" z każdą napotkaną kobietą, bo to by zmniejszyło moje szanse. Odpowiedzialność i rozsądek każe mi stawiać sprawę jasno i przyznawać się do uczuć gdy tylko jestem ich pewny; w momencie przyznania się do uczuć odsłaniam serce i mogę się poranić; po poranieniu potrafię mieć długi okres rekonwalescencji (dziesiątki miesięcy nawet). Więc widać, że strategia z upewnianiem się i wyczekiwaniem jest optymalna w moim wypadku - minimalizuję liczbę porażek, minimalizuję obrażenia, mniej czasu spędzam na lizaniu ran.

A wszystko dlatego, że w momencie gdy mówię komuś "chcę być z Tobą i nikim innym" ja naprawdę w to wierzę. I nie mogę się z tego wycofać bez bólu. Wyjściem byłoby mówienie "kocham Cię" zanim tak naprawdę kogoś pokocham i zżyję się z nim tak, że ewentualne rozstanie będzie bolało jak wyszarpywanie kawałka serca. Dużo osób umie tak robić. Zacząć związek, powiedzieć "kocham", a potem odejść i po tygodniu zacząć kolejny "związek". Ale to tylko ślizganie się po powierzchni miłości. Jeśli rozstanie nie bolało JAK JASNA CHOLERA, nie wywróciło życia do góry nogami, to to nie było prawdziwe uczucie. A jeśli czujesz tylko swój własny ból, a nie myślisz o tym jak cierpi ta druga osoba, to to też nie było prawdziwe uczucie. Ja wiem, że jestem romantykiem. Niepoprawnym. Ale w realiach naszego świata trzeba pamiętać o takich rzeczach. To co mówię może wydawać się przesadzone, albo chore czy nierealne, ale... ale ja mam rację. Może epoka mnie trochę wyprzedziła, może "wolne związki" bez zobowiązań i odpowiedzialności to teraz norma, może normą jest też mówienie "kocham cię" każdej panience noszącej odpowiednią wielkość miseczki czy posiadającej wystarczająco ładną buźkę, ale to strasznie ogranicza naszą uczuciowość. Miłość powinna być silna. Tak silna, by móc zaprowadzić człowieka nawet na skraj obłędu. Kto nie chciałby przeżyć czegoś tak porywającego? :) I trzeba pamiętać, że aparat uczuć ma skalę wyznaczaną przez sinusoidę. Im większą przyjemność jesteś w stanie czuć, tym większy ból też poczujesz. Wszystko zależy od wrażliwości. Jeśli rozstanie przychodzi ci łatwo, jeśli czujesz niewielki ból, to i miłości nie mogło w tym być zbyt wiele. Wszystko zależy od wrażliwości. Dlatego zawsze szczególną uwagę zwracałem na kobiety, które przyznawały się do bolesnych zawodów miłosnych. Które umiały płakać całymi dniami, albo nie umiały przez następny rok w nikim się zakochać, albo... Bo to dowodzi, że ich sinusoida musi być wysoka. Że są w stanie doświadczyć też wielkiego ciepła. Bierze się szaloną odpowiedzialność angażując w związek z kimś takim, ale jest WARTO. Ale znowu odbiegłem od tematu...

A, trzecia możliwość w której wymagania rosną przy poznawaniu nowej osoby, tym razem pozytywna - gdy ktoś z łatwością radzi sobie z naszą piramidką wymagań. Coś takiego czuję przy moim Aniołku - z moim zestawikiem "warunków koniecznych" poradziła sobie całkowicie naturalnie, dając jeszcze masę zalet których nie oczekiwałem od kobiet (bo ideałów nie ma, prawda?). Nie chcę wchodzić w detale, ale jakieś przykłady muszę podać... o, na przykład czułość i wrażliwość. To teoretycznie typowo kobiece cechy, ale w moim otoczeniu kobiety nie wykazują ich aż tak bardzo. Byłem zdziwiony widząc, że jest jednak kobieta która umie dopasować się do moich potrzeb w tej materii (a są to potrzeby bardzo wygórowane, bo chłonę ciepło w tempie błyskawicznym - mam nadzieję, że wystarczająco dużo go też Jej daję :) Albo z innej beczki, coś przyziemnego - papierosy. Nie palę, nie znoszę papierosów. Ale praktycznie wszystkie moje znajome palą. Więc chcąc nie chcąc musiałem nauczyć się z tym żyć, albo mogłem zapomnieć o damskim towarzystwie. Więc przywykłem. Dawałem każdej kobiecie "punkty karne" za palenie, ale trudno - co robić. Pewnie z czasem bym tak przywykł, że uznałbym to za normalne. Ot, taki "kompromis", "Grzesiek zawsze przegra z paczką papierosów". Byłem strrrasznie zaskoczony, gdy okazało się, że mój Aniołek nie pali. Albo inna sprawa - dzielenie się życiem i zainteresowaniami. Podrzucanie muzyki, tytułów książek do przeczytania, filmów do obejrzenia... Nie znałem niczego takiego wcześniej, nie spotkałem kobiety która w taki sposób by chciała pokazać mi kim jest, co lubi. I to jest właśnie ta trzecia możliwośc przy której rosną wymagania - gdy ktoś, oprócz poradzenia sobie z "zestawem podstawowych wymagań", zaprezentuje jeszcze całą masę zalet, zalet których by się samemu nie śmiało nawet wymagać (bo Ideały nie istnieją przecież)... albo, co już całkowicie zwala z nóg, gdy Ta Osoba pokaże nam coś miłego, sprawi przyjemność w sposób którego się wcześniej w ogóle nie znało.

Do takich zalet zaczynam się przyzwyczajać i nie chcę się z nimi już rozstać. I stają się moimi dodatkowymi wymaganiami. Oczywiście wtedy nie mają wpływu na równanie, bo przychodzą od razu zaspokojone. Na zasadzie "zobaczy co umiem dać drugiemu człowiekowi... czy to nie piękne? A ode mnie możesz tego wymagać, bo to część mojej natury! :)". I tak między nami, to chyba mnie najbardziej oszałamia w kobiecie którą spotkałem - że przy niej moje wymagania mogą iść w górę, bo sama sobie podnosi poprzeczkę. I to będąc po prostu "sobą".

Tak że co do "szansy jednej na milion", ogólnie, mogę powiedzieć tylko, że w moim przypadku obowiązuje cały czas. A oczekiwania owszem, zmieniają się w trakcie (w moim wypadku - tylko narastają, bo pozostawałem przez cały wywód w kontekście wymagań nieodzownych). Mogą pozostać albo niespełnione (minus), albo spełnione (plus). Te "plusiki" dodają całej relacji trochę bajkowości, bo to te momenty, gdy ktoś sprawia nam przyjemność robiąc dokładnie to, czego akurat potrzebujemy - albo daje nieoczekiwaną przyjemność. Ale nie uratują całego równania, bo w przypadku wymagań nieodzownych wystarczy jeden minus by popsuć wszystko, nieważne ile plusów by się nazbierało - np. nie mógłbym być z kobietą, która by mnie cały czas okłamywała. Choćby miała tonę zalet, to ta jedna wada wszystko niszczy. Więc zmiany mogą być na plus lub minus, przy czym plusy nie neutralizują minusów. Więc tak naprawdę w tym monologu ważne się okazują być tylko te momenty, gdy ktoś nas rozczaruje. Jak zmienia to szansę na milion, biorąc pod uwagę, że minusy mogą dochodzić w trakcie trwania relacji?

Cóż, można to sprowadzić do "może się zrypać w każdym momencie". Bo cały czas poznajesz tego drugiego człowieka. Jest jednak coś pocieszającego - ludzie nie są eklektycznymi zbiorami wad i zalet. Wszystkie nasze cechy są powiązane w kłębku osobowości. Wybierając pięć istotnych spraw i wiedząc jak do nich podchodzi dana osoba można często odgadnąć jak by się zachowała przy jakiejś szóstej sprawie. Jeśli widzisz połowę jamnika, to pewnie odgadniesz jak wygląda jego druga połowa. Wygląda jak druga połowa jamnika, a nie jak np. druga połowa owczarka ;) Wiedząc jak wygląda tylko nos czy oczy psa nie odgadniesz reszty, ale gdy znasz już łeb i przednie łapki... ;) (tak, czasem porównania których używam zadziwiają mnie samego ;)

Z ludźmi i ich poznawaniem jest często tak samo. Obowiązuje przyczynowość, prawo serii. Wystarczy tylko uważnie patrzeć na to, co już wiesz o danym człowieku. Na tej podstawie można naprawdę całkiem celnie oszacować inne podstawowe cechy charakteru. Zawsze jest miejsce na niespodzianki, ale da się uniknąć grubych rozczarowań. Podstawowym narzędziem jest, jak zwykle, komunikacja. Trzeba też jak najszybciej reagować na wszystkie niepokojące symptomy, czasem rozmowa o jakimś detalu który właśnie w kimś zauważyliśmy pozwala namierzyć dużo grubszą, powiązaną z tym wadę - albo odwrotnie, wyjaśnić wszelkie wątpliwości. Nie wolno niczego bagatelizować, bo zawód boli tym bardziej, im później nastąpi. Więc jeśli ma się rypnąć, to lepiej żeby stało się to jak najszybciej. Byle tylko nie "pomagać opatrzności" i nie prowokować konfliktów, nie piętrzyć sztucznie problemów "bo to się i tak może popsuć, więc lepiej jeśli zepsuje się teraz, z moją małą pomocą".

A ja starałem się wchodzić w związki gdy już znałem połowę jamnika, więc unikałem przykrych niespodzianek. Poza jednym razem, gdy dziewczyna mnie po prostu owinęła dookoła palca i uczyniła częścią swojej gry. Ale to dlatego, że nie chciałem widzieć wszystkich niepokojących symptomów. Cóż, człowiek uczy się na błędach.

OK, wystarczy pisaniny na dziś. I tak wszyscy już pozasypiali :)

Dopiski:

Od: da.graveyard.killa
Data: 20060118, 16:21
Chrrrrrr....

:)

Od: guzik
Data: 20060118, 19:38
Scrolluje się rolką 20 sekund.

Od: Hoppke
Data: 20060118, 20:13
E tam, u mnie to 9 ruchów palcem na rolce. Nie jest źle ;)

Od: Irish
Data: 20060118, 21:51
U mnie 5 ruchów, co Wy za myszki macie?? ;]

Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20060118, 21:55
7,5 scrolla :), a wpis ciekawy :)

Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20060118, 22:45
4.5 scrolla -_-;

Od: axquan
Data: 20060118, 23:32
12 scrolli. A co do samego tekstu - true, true. Tylko troszkę razi mnie twoja "matematyka" uczuć. Znaczy się, wiem, że tak to można reprezentować w uproszczonej wersji, ale takie zimne kalkulacje jakoś mi się gryzą z całą ideą miłości.

I jeszcze jedna rzecz: tysiące razy słyszałem już "tak, to moja jedyna, znalazłem swój ideał, z Nią do końca", tymczasem koniec był np. za miesiąc :) Tak tylko przestrzegam, że nie zawsze jest to co chcemy, żeby było. (A raczej nigdy nie jest to co chcemy żeby było, bo zawsze chcemy tego, czego nie ma :D).

Od: mr-k
Data: 20060119, 02:23
Po miesiącu dostrzegamy to, czego nie było widać na początku. Problem polega na sosunku "nowych" pozytywów i negatywów (bo za pewne zauważymy zarówno te jak i te). Podsumowując - to co na początku wydaje się idealne, z biegiem czasu może okazać się zupełnie inne i nie pasujące. Niestety :/

Od: Hoppke
Data: 20060119, 06:48
@axquan: "matematyka" w przypadku decydowania o tym, co w kimś lubimy, a czego nie możemy znieść nie jest chyba aż tak "zimna". W końcu nawet miłość nie jest tak do końca nieobliczalna. Żeby kogoś pokochać, to trzeba mieć "za co". A wiedzieć za co kogoś kochasz, czy za co mógłbyś pokochać, oraz co by musiał(a) zrobić żebyś jednak odszedł. Wolę jasną sytuację "kocham Cię, ale odejdę jeśli wytniesz mi numer i kiedykolwiek [...]; a trzymają mnie przy Tobie takie Twoje cechy, jak [...] i za nie właśnie Cię kocham", niż nieobliczalna czy przeidealizowana miłość.

@mr-k: mhm. Na szczęście jeśli potraktuje się sprawę poważnie, to można większość najważniejszych kwestii omówić sobie dość wcześnie i wyczuć, czy to ma szansę w ogóle zadziałać. Jasne, że potem się jeszcze dłuuugo odkrywa kolejne wady (i zalety), ale takie całkowicie zaskakujące wady, które by wszystko przekreślały, chyba nieczęsto występują. A przynajmniej mi się jeszcze nie zdarzyło spotkać kobiety która by mi się wydawała interesująca przez parę miesięcy, a potem nagle trach! dowiaduję się, że czasem wysysa krew z małych kociąt na podwieczorek ;) Ludzie mają określone, dość spójne osobowości. Gdy tylko przeczeka się moment początkowej fascynacji i przestanie pokazywać sobie nawzajem same zalety, to jest już z górki. Czuję niepokój gdy nie widzę w kimś żadnych słabości czy wad, w pozostałych przypadkach ufam swojej intuicji :)

Od: guzik
Data: 20060119, 11:31
@scrollerzy: Ok, źle się wyraziłem, chodziło mi o autoscroll. ;-P

Od: Anonimowy Czytelnik Repo
Data: 20060119, 14:22
...na wszelki wypadek za dnia czytałam - ja, 3kropka /gdyby mnie tu znowu anonimem ochrzczono, podaję/ ;)

...frapujący rozbiór zdrowej reakcji hormonalnej na czynniki pierwsze postrzegłam, ale...
...powiem krótko - tracisz pan wiele analizując ;)

Od: Hoppke
Data: 20060119, 20:26
Trzykropko, kiej ja nie analizuję, a przynajmniej nie świadomie i nie przed podjęciem decyzji ;)

Ja też mam uczucia, reaguję tak samo jak każdy inny człowiek. Staram się tylko zrozumieć "co kotek ma w środku", po fakcie najczęściej. Nic w człowieku nie bierze się z próżni...

Zawsze bardzo lubiłem poznawać ludzi, i próbować ich zrozumieć. Bez refleksji i jakiejś "analizy" nie ma mowy o zrozumieniu...

A że bies podrzucił temat, to i coś o tym napisałem. "Analizując" tak naprawdę dopiero w momencie pisania tych słów. Nie sądzę bym cokolwiek przez to stracił... wolę wiedzieć o swoich uczuciach więcej, niż można odczytać z samych reakcji. Lubię znać przyczyny :)

Od: hughofborg
Data: 20060119, 23:24
O kurka, Hoppke, ale zes splodzil...
Moje wrazenia:
- 12 scrolli ;]
- Genialne: 'niestety, jestem inteligentny' ;)
- Wpis ma sens. W zyciu bym tyle nie napisal z sensem. Za 100 dni matura, czy jak? :)

Od: bies
Data: 20060120, 00:20
Jak za parę lat będziesz szczęśliwy ze swoim Aniołkiem to pogadamy o akceptowaniu wad, to raz. Nie wiem skąd bierzesz znajome ale kobiecie która pali lub (co mnie niewymownie wkurza) używa wulgarnego języka mówi się po prostu: ,,Kochana, nie wiem jakiego jesteś gatunku ale wyraźnie różnego od mojego. A ja nie przepadam za innymi gatunkami, więc nie uprzykrzajmy się sobie nawzajem więcej.''. To dwa. Trzydzieści sześć scrolli, co oznacza, że musisz popracować nad ścisłością wypowiedzi, to trzy. Pozdrów Aniołka ode mnie, to cztery.

Od: Hoppke
Data: 20060120, 07:17
@bies: co do rozmowy za parę lat, to też chciałbym, by do niej doszło :)

A skąd biorę znajome? Normalnie, z otoczenia. Nie wiem, może wpadłem w jakiś "social microbubble", ale jeśli chodzi o palenie, to gdzieś 90% kobiet które znam... pali. A jak jesteś czymś otoczony, to się zaczynasz przyzwyczajać. Z czasem musiałem zacząć obniżać wymagania, bo gdybym z żelazną konsekwencją wymagał "niepalącej", to nie miałbym nawet z kim do pubu wyjść. Z wulgaryzmami jest trochę inaczej, bo do tego przyzwyczaić się nie dam rady (bluzgaty język najczęściej idzie w parze z niskim "poziomem", a jak nie mam z kimś wspólnych tematów do rozmowy, to...). No, wyjątkiem jest jedna moja znajoma Majka - klnie strasznie, ale to mądra, inteligentna i szalenie dowcipna dziewczyna. Więc toleruję język którego używa, bo rekompensuje to choćby tym ciętym poczuciem humoru.

@hughofborg: matura? Nie. Wiem, że młodziutko wyglądam ;), ale matura na szczęście już za mną ;)

Od: Irish
Data: 20060120, 21:15
Tak, z tym klnięciem to dziwna sprawa. Generalnie też nie lubię, ale moja M. też klnie (no, może nie strasznie, ale zdarza się, szczególnie jak się wkurzy na czyjąś głupotę) i w jej wykonaniu mi to nie przeszkadza. Może dlatego że ma pozostałe cechy jak wymieniłeś dla Majki ;)
Może to też chodzi o to, że jakieś siarczyste wyrazy nie robią za przecinki, tylko rzeczywiście są środkiem dodatkowej ekspresji. Jak M. coś lekko zirytuje, to powie "zdenerwowałam się", ale jak naprawdę ktoś na odcisk nadepnie albo koszmarne chamstwo zrobi, to powie "wkur*ł mnie na maksa i najchętniej to tylko zap... w ten ... łeb". I wszystko jest jasne ;)

Pozostaw dopisek: