ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2006/06, 7 wpisów
"cvs commit Hoppke" :)

(Dla nietechnicznych: tytył wpisu oznacza synchronizację zmian wprowadzonych u mnie ze stanem znanym "światu".)

Podzielę może wszystko na trzy części - zawodowe, prywatne i repo. I streszczę po kolei.

Zawodowo jest OK. Odebrałem pierwszą wypłatę, nie słyszałem też by ktoś chciał mnie zwolnić, nikt na mnie nie krzyczy, nie opieprza za niewykonanie czegoś na czas etc. Czyli fajno jest. Jestem częścią zespołu szlifującego pewien olbrzymi projekt robiony w kooperacji z paroma innymi firmami. Projekt jest generalnie skończony, teraz przechodzi testy (wykonywane przez klientów biznesowych i partnerów) - więc jedyne co jest do roboty, to naprawianie zgłaszanych błędów. Zadanie to jest takie, hmm... mało przewidywalne. Bywają dni, gdy nic nie spływa do bugtrackera (o, dzisiaj jest jeden z takich dni, dlatego piszę na Repo :). Ale bywają też dni, w których spływa masa błędów, z czego parę oznaczonych jest jako "urgent", "critical", albo przynajmniej "high priority". I wtedy w pośpiechu trzeba łatać, przy okazji poznając logikę biznesową aplikacji. To jest to, czego mi brakuje. Nie umiejętności tak naprawdę (a tego się bałem najbardziej), a znajomości produktu. Bestia jest DUŻA, naprawdę duża. Przechowuje dokumenty, polisy, certyfikaty, nadzoruje ich workflow, obsługuje transakcje, tworzy pliki RTF, komunikuje się z inną, zewnętrzną aplikacją, a do tego ma swój cały interfejs www. Bardzo kompleksowe rozwiązanie. Duży "technology stack". I, co ciekawe, to nie technologie sprawiają mi problem. OK, wiadomo, Java. Do tego struts, jsp, servlets, xml, xsl, castor, toplink, jakieś własne DAO, websphere, oracle, PL/SQL, MQ services, pewnie jeszcze sporo innych o których nie pamiętam, albo nawet nie wiem, że są wykorzystywane w projekcie. (...)

Czytaj dalej...
SanDisk Sansa E130 512MB

Po zakupieniu sobie tytułowego odtwarzacza MP3 mogę pokusić się o pierwszą recenzję. Playerka nabyłem w Agito.pl, bo ten sklep internetowy miał najlepszą cenę (199zł).

Obsługa klienta była bezproblemowa - musiałem się zarejestrować, wysłałem zamówienie, po przygotowaniu przez nich sprzętu do wysyłki poprosili o przelew. Przelałem, zaksięgowali, wysłali. Fakturę wystawili mi na adres zielonogórski, paczkę przesłali do Aniołka (niestety, w moim obecnym lokum nie jestem za bardzo w stanie odbierać poczty, a odbieranie paczek pod adresem firmy w której pracuję też nie jest takie do końca wygodne).

Sam playerek ma wbudowane 512MB pamięci i slot na kartę SD o pojemności maks. 2GB. Czyli można go rozbudować do 2,5GB, co jest już bardzo rozsądną wielkością. Gdy doda się do tego fakt, że karty SD można przecież wymieniać w trakcie korzystania z playera, to zabaweczka tylko zyskuje. Bo to przecież podstawowa bolączka takich odtwarzaczy - nigdy nie mają dość pamięci, by pomieścić wszystkie potrzebne dane. W przypadku tego wystarczy zorganizować sobie dostatecznie dużo kart pamięci ;)

Nie mam jeszcze żadnej karty SD, ale "zamiaruję" kupić sobie jakąś 1GB (pewnie na Allegro, bo tam naprawdę przyzwoitą kartę mogę znaleźć za ~80-90zł). Niestety, 512MB to nie jest zbyt dużo. Oczywiście jest to, patrząc technicznie, sporo miejsca, bo AŻ parę albumów się zmieści - ostatnim przenośnym odtwarzaczem muzyki jakiego używałem był kasetowy walkman Sony (i było to w czasach liceum). Więc zrobiłem przeskok z technologii kasetowej do pamięci flash, omijając erę discmanów, tak więc powinienem doceniać fakt, że zamiast jednej kasety mam przy sobie kilka albumów. No właśnie, powinienem doceniać. Ale coś nie doceniam. Więcej nawet, już teraz widzę, że nigdy nie będę tak do końca zadowolony, bo oczekuję od przenośnego playera, że będzie czymś w stylu małego Amaroka. Niestety, rozpuszczony jestem ;) (...)

Czytaj dalej...
Refleksja technologiczna.

Niewiarygodne jak ten nasz świat pędzi do przodu.

Gdy półtora roku temu kupowałem sobie aparat cyfrowy (przestarzały już wtedy o rok), dość szybko kupiłem też dodatkową kartę pamięci. 128MB. Czemu tak mało? Bo to karta SmartMedia, a one po prostu nie są produkowane w większych pojemnościach. Aparat ma też prawdopodobnie dodatkowy limit 128MB w swoim oprogramowaniu.

Zazdrościłem wtedy trochę posiadaczom zabawek na karty CF, bo po pierwsze mieli dostęp do kart o pojemnościach 256MB, 512MB, a nawet porażających (acz dość drogich) 1GB. No i za te prawie 100zł, które wydałem na kartę SM 128MB, mógłbym bez problemów kupić CF 256MB.

Mam dużo styczności z komputerami. Te wszystkie elektroniczne, oprogramowane zabawki jakoś mnie pociągają, być może za parę lat wykształcę nawet jakiś paskudny nawyk gadżeciarstwa. Dodatkowo próbuję właśnie powiązać swoją przyszłość z branżą IT, co również bardzo mi pasuje - lubię te wszystkie urządzonka, technologie, zmiany. Lubię tempo w jakim wszystko się rozwija, i lubię to z konsumencko/filologikowego punktu widzenia. Jako konsumenta cieszy mnie pojawianie się coraz to nowych komputerów, akcesoriów, gadżetów. A filologik lubi mieć nowe urządzonka w których może podłubać. Mobilne rzeczy (aparaty, odtwarzacze, nośniki danych, narzędzia komunikacyjne/PIM) mnie szczególnie pociągają, bo są miłą odskocznią od huczących pecetów. Nie jestem wizjonerem, ale myślę, że w nie tak znowu dalekiej przyszłości laptopy i pecety zostaną zastąpione urządzeniami bazującymi na technologiach mobile - żadnej mechaniki precyzyjnej, wirujących elementów, minimum aktywnego chłodzenia...

W końcu już teraz, gdybym miał kupić telewizor, to zapewne szukałbym jakiegoś LCD/plazmy (a może OLED?). Inna sprawa, że telewizora specjalnie nie potrzebuję, bo został w moim życiu wyparty przez internet. (...)

Czytaj dalej...
Moje podejście do Gentoo.

Przestawiłem system tak, by zamiast z hda1 startował z hda3. A na hda3 leży sobie moje "maciupkie" gentoo, to które sobie w chroocie chowałem.

Instalacja Gentoo w chroocie jest trywialne, dzięki dobrze przygotowanemu tarballowi ze stage3 (ot, taki kompletny basesystem). Wystarczy rozpakować, dociągnąć do tego drugiego tarballa ze snapshotem portage (czyli katalogiem ebuildów i informacji potrzebnych do kompilowania pakietów) i już ma się działający chroot. No, prawie - warto jeszcze /proc ustawić, i /dev, i resolv.conf i parę innych, ale generalnie rzecz biorąc wszystko leci błyskawicznie. Szkoda, że np. PLD nie jest tak proste w instalacji.

Korzystając z chroota stopniowo rozszerzałem i aktualizowałem moje gentoo, używając emerge do instalowania pakietów. Zdecydowałem się na gałąź ~x86, czyli teoretycznie najnowszą, potencjalnie niestabilną paletę pakietów. Pierwsze wrażenie - portage nie oszałamia liczbą dostępnych pakietów. Serio. Nie ma w nim np. programu qps, nie znalazłem też nautilus-actions, ani mysqlcc, ani rozszerzenia kadu-spy, ani... Ale nie jest źle, z takimi rzeczami trzeba się w końcu liczyć.

Wczoraj uznałem, że w zasadzie gentoo na moim dysku jest już całkiem kompletne i możnaby spróbować uruchomić z niego system. I, o dziwo, udało się! Jeśli przeskoczymy takie detale, jak wstawianie kernela używającego mojej prywatnej konfiguracji, doinstalowywanie przeoczonego gnome-session, czy ustawianie hasła rootowi, to całość poszła zadziwiająco gładko. Naprawdę, sam byłem pod wrażeniem. Oczekiwałem czegoś dużo bardziej, hmm, rozklekotanego. A tymczasem piszę te słowa z pokładu Gentoo właśnie, systemu w którym mam Gnome w odpowiadającej mi konfiguracji, o wyglądzie przeniesionym żywcem z mojej Mandrivy... mam praktycznie ten sam zestaw aplikacji pod ręką, nawet Cedega działa bezproblemowo. Z ciekawości poużywam tego przez jakiś czas, ciekawe czy się będziemy tolerować. Na dzień dzisiejszy w każdym razie Gentoo ~x86 działa dużo lepiej, niż mój dotychczasowy Mandriva Cooker. Więc Gentoo nie musi się bać, że je od razu porzucę.

PS. A OpenOffice kompilował się mniej niż dobę ;)

Suma

Albo mówiąc plaintekstem: po trzech tygodniach poznaniowania, lekkomyślnym jedzeniu obiadów na mieście, opłaceniu stancji za czerwiec i innych takich, jestem DO PRZODU o dwieście złotych z hakiem :) A właściwa wypłata dopiero za dwa tygodnie. To znaczy, że nie umrę z głodu i powinienem wykazywać generalnie tzw. plusy dodatnie na koncie. UFFF.

Oznacza to też, że zacznę sobie szukać nowych butków, z zamszu. I sandałków. Pierwszy raz w życiu chcę mieć sandały. Myślę, że dojrzałem do tej decyzji. Czuję się mężczyzną i chcę mieć sandały. O. Tak właśnie. Męskie sandały dla prawdziwego mena. Bo prawdziwy men to ja. Jestem o 200zł do przodu w końcu, co jest bardzo słusznym stanem dla każdego mena ;)

I coś jeszcze zanotuję. Czwartego maja kupiłem sobie ładowarkę GP Traveler. Nową, razem z akumulatorkami, bo stara ładowarka (MW9168, czy jakoś tak) się popsuła i na dodatek zabiła akumulatorki. Nowe akumulatorki naładowałem w tym samym dniu jeszcze. A aparat wyczerpał je dopiero wczoraj. Dzisiaj ładuję je więc po raz drugi. Daje to 38 dni odstępu między ładowaniami, co jest moim zdaniem bardzo ładnym wynikiem. Pewnie mógłbym spokojnie jeszcze z tydzień na nich pociągnąć i pstrykać zdjęcia, ale parę dni temu przez ponad godzinę pokazywałem fotki z aparatu na telewizorze, a dostarczanie sygnału composite zżera pewnie sporo prądu. Założyłem sobie arkusz w OpenCalcu, będę w nim notował datę każdego ładowania. Tak z ciekawości.

Liberał jeden!

Po pracowitym dniu zwisania nad klawiaturą zapragnąłem się przejść. Więc pojechałem sobie na Cytadelę. A raczej podjechałem tramwajem i podszedłem kawałek pieszo. Była świetna, ciepła pogoda i spacer na świeżym powietrzu dobrze mi zrobił.

Przy okazji zgłodniałem, bo mój obiad dzisiaj składał się z ćwiartki arbuza. Na dodatek mało smacznego. Punkt dwudziesta byłem więc już w bistro przy Starym Browarze i zamawiałem zapiekankę. Jadłem ją patrząc na ciepły zachód słońca. I było wiele radości :)

Obejrzałem sobie też zasoby sklepików z mydłami w Browarze (tego na parterze i tego na pierwszym piętrze). Na piętrze mieli takie fajne mydło pomarańczowo-cynamonowe. W przekroju wyglądało jak czarny kot otoczony pomarańczową masą :) Koło 40-50zł za sporą kostkę, albo 25zł za taką "wersję próbną"... Ostatecznie nie kupiłem, bo tak samo kusiły mnie też mydła "trawa cytrynowa" i jakieś inne, którego nazwy już nie pamiętam. Osiołkowi w żłoby dano...

Mają też fajne płyny do kąpieli. Dość drogie (~60zł za średnią butelkę, ~90zł za dużą). Mógłbym sobie pozwolić, w końcu kąpiele to ważny element regenerowania psychiki, ale jestem jak najbardziej zadowolony z posiadanego obecnie pomarańczowego olejku do kąpieli. Jest mniej snobistyczny (plastikowa butelka zamiast szklanej "idealnej na prezent"), ale i dużo tańszy. Pewnie gdybym szukał jakiegoś bardzo konkretnego, niezbyt typowego zapachu, to tylko w mydlarni bym go znalazł. Na szczęście to mnie nie dotyczy.
...ale tak coś czuję, że to mydło z kotem sobie kupię kiedyś. Mrrrau ;)

Ałć. Głowa mnie boli. Pora na łóżko. (...)

Czytaj dalej...
Osmoza oraz ciężki los. Mój.

Mój gospodarz już wcześniej przejawiał pewne zainteresowanie moim komputerkiem. Dzisiaj się to nasiliło.

Zaczęło się niewinnie - jako że jego park pecetów jest obecnie w stanie pewnej rozsypki, to i pożyczył mi swoje głośniki - sam z nich nie będzie teraz korzystał. Jakieś Creative 5.1, podłączyłem do swojej karty 4.1. Bo głośników swoich nie zwiozłem do Poznania, nie chciało mi się; myślałem, że wystarczą mi słuchawki. Ale fakt, głośniki są przydatne, więc podłączyłem sobie.

Słuchałem akurat jakiegoś miękkiego żeńskiego wokalu, gdy zapytał, czy aby nie mam czegoś mocniejszego. No to zaserwowałem mu trochę Therapy. Po paru kawałkach uznał, że liczył na coś nieco słabszego.

No i jakoś zainteresował się tym, czego używałem do przeszukiwania kolekcji muzyki. A używałem Amaroka.

Najpierw stał mi trochę za plecami, pytając o zakładkę "Collection". Spodobało mu się grupowanie utworów według artystów, albumów według lat itp. Zakładki z tekstami piosenek i wikipedią też przypadły do gustu, jak zresztą całość programu. Parę razy wyrwało mu się "fajny ten linux!". Podsumowując - w najbliższym czasie będziemy musieli mu zainstalować gdzieś jakiegoś Linuksa. Szlaaag :(

Już wcześniej mi mówił, że chętnie by wypróbował ten system i czy nie mógłbym go trochę poduczyć, ale udawało mi się wykręcać. Niestety dzisiaj zobaczył tego cholernego Amaroka :( OpenSource krzewi się samoczynnie, przez osmozę :(

A jakby tego było mało - w kuchni stanie zapewne domowy serwer samby. Zgaduj-zgadula, kto ma go postawić? No właśnie.

No nic, pewnie muszę się pogodzić z losem. Będę skazany na życie w mieszkaniu gdzie każdy pokój ma wtyczkę RJ-45 i jakiegoś blaszaka do niej przyczepionego. A, poza tym kąpiemy się w falach wifi, bo oczywiście obok kabli jest tu też aktywny Access Point. Obok mojego łóżka.

Od dawna uciekałem przed tak skrajnym nasyceniem elektroniką. Ale widać przeznaczenie dorwie każdego. Trudno. Może uda mi się sprząc przyszły serwer kuchenny z (równie kuchenną) wieżą. I zrobić taki kuchenny jukebox, sterowalny z innych komputerów w mieszkaniu. Bo na razie, żeby posłuchać czegoś sympatycznego stojąc przy garach albo jedząc śniadanie, muszę wypalać AudioCD...

Ale uczyć kogoś linuksa? Stawiać serwer W KUCHNI? Buuu :( Na co mi przyszło... to takie... takie...

(ale po cichu już zastanawiam się, jakie usługi mogę sobie hostować w kuchni ;)