ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2006/07, 5 wpisów
Mord w oczach

Kupiłem sobie dziś nową obudowę do komputera (Modecom Nice II 6060 Black) i wyrwałem się z pracy by ją odebrać. Jadę tramwajem. Upał 50 stopni, połowa tramwaju śmierdzi, kobietom sukienki przylepiają się do spoconych piersi, facetom przyklejają się gdziekolwiek, jednym słowem koszmar i mało brakuje, a ludzie zaczną się nawzajem mordować (tacy wszyscy rozdrażnieni, ja zresztą też).

Jadę po obudowę. Trafił mi się tramwaj pełen krasnali, tzn. jakichś przedszkolaków wczesnoszkolnych. I dawaj jeden z drugim się chwalić sygnałami komórek. Przedszkolanka ich uspokaja, prosi, grozi - bez rezultatu. Ja bym najchętniej ze dwóch dla przykładu wepchnął pod koła tramwaju na najbliższym przystanku, może to by do nich przemówiło. Ale ona ogranicza się do słów, więc dzieciaki mają ją gdzieś. I raczą cały tramwaj takimi hiciorami jak np. theme z "Mission Impossible", w wersji na polifoniczny dzwonek. Mord w oczach mam. Na szczęście jestem w ciemnych okularach, więc go nie widać.

Robię przesiadkę. A co robią krasnale? Krasnale oczywiście TEŻ się przesiadają, i akurat TEŻ do mojego tramwaju. Ech :( Tym razem nie bawią się już komórkami (no, przynajmniej nie wszystkie równocześnie), za to walczą o miejsca siedzące. Mało który ustąpił miejsca "starszym".

Wycinamy półtora godziny z życiorysu. Grześ kupił obudowę, odstawił ją do domu, wraca do pracy. Jedzie tramwajem. Upał 60 stopni, kobiety przyklejają się do foteli, faceci fermentują drożdżowo (a przynajmniej tak to "pachnie"). A co jest atrakcją tramwaju? Mała dziewczynka w sukieneczce. Przykłada sobie do nosa pasek torebki, zaciska całość palcami i prezentuje mantrę o treści "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A potem "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A na refren - "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". Jakby jej ktoś while (true) zrobił. (...)

Czytaj dalej...
Prywatny update

Powoli, powoli przyzwyczajam się do Poznania. Najlepszym dowodem jest to, że nie boję się już tak zagubienia w mieście. Jasne, nadal nie znam większości ulic i miejsc, ale rozpoznaję kilka istotnych punktów, wiem jaka jest różnica między Kaponierą a Rondem Rataje, jak dotrzeć na Serbską, Cytadelę czy w inne okolice. Mogę też krążyć uliczkami dookoła Rynku i się nie pogubię... zbytnio... ;)

Coraz łatwiej też przychodzi mi wprowadzanie zmian w trasach jakimi jeżdżę na miasto, do pracy czy do domu. Na początku kurczowo trzymałem się konkretnych linii, o których wiedziałem, że odwiozą mnie np. spod domu do firmy. Dzisiaj w drodze do pracy skorzystałem (bo akurat podjechał) z tramwaju 7, który nie jest optymalny, ale dowozi mnie na dworzec PKP. Na którym to dworcu mógłbym łapać tramwaje 1 albo 11, dowożące mnie do pracy, lub jakiekolwiek inne dowożące mnie na Rondo Rataje, gdzie mogę złapać 5 lub 11. Po drodze jednak zmieniłem plany, wysiadłem przy Bałtyku, przedarłem się szybko przez ulicę, przejściem podziemnym wyskoczyłem na Kaponierze, a tam akurat stała gotowa do odjazdu piątka. Niby nic, ale ostatnio coraz częściej układam sobie trasę przejazdu ad hoc - zupełnie jak w swoim własnym mieście - co mnie cieszy.

A pod koniec miesiąca czeka mnie przeprowadzka do nowego mieszkanka. Wczoraj podpisaliśmy z Aniołkiem umowę i będziemy wynajmować je od 01.08. Będzie faaaajnie, bo to mieszkanie jest nieporównywalne z warunkami w jakich muszę teraz "mieszkać". No i ma naprawdę wysoki standard, zwłaszcza w porównaniu z innymi lokalami na rynku To mieszkanie dla par, a nie studentów, dlatego jest dobrze wyposażone i zadbane (mieszkania studenckie to niestety całkiem inny standard, np. w mieszkaniu które poprzednio oglądaliśmy studentki (poprzednie lokatorki) wyłamały drzwiczki zamrażarki i połamały szafę). (...)

Czytaj dalej...
FPR: Gingers Cinnamon
[GINGERS]

Ze środków FPR (dziękuję mojemu imiennikowi :) zafundowałem sobie cynamonowego Gingersa.

Lubię cynamon. Lubię go w cieście, na ryżu z powidłami, w gumie do żucia, grzanym mleku... Ba, lubię nawet podgryzać kawałki kory cynamonowej (choć nie jestem z tego dumny i nie chwalę się tym w towarzystwie, bo wzbudzam wtedy niezdrowe zainteresowanie).

No a teraz miałem okazję spróbować cynamonowego piwa. OK, OK, nie wiem jaką opinię masz o Gingersie, może nie uważasz tego nawet za "prawdziwe" piwo... Ale ja go lubię. Gingersy które do tej pory piłem bardzo mi smakowały - orzeźwiające, charakterystyczne, nietypowe, po prostu smaczne. W zasadzie wolę te piwa "nietypowe" bardziej od "typowych". Stąd też pewnie mój pociąg do Karmi Poema (chociaż ono z klasycznym piwem ma już baaardzo mało wspólnego) - zwykłe piwo szybko mi się nudzi i tak naprawdę dopicie półlitrowego kufla rzadko kiedy przynosi mi tyle radości co napoczęcie go. No ale z piwami "smakowymi" jest inaczej, a Gingersy zaliczam ogólnie do "smakowych".

Teraz padło na wariant cynamonowy, którego wcześniej nie próbowałem. Wyjąłem uprzednio przygotowaną butelkę z lodówki i napełniłem szklankę. Obecna upalna pogoda tylko dodaje smaku napojom z lodówki, więc dokumentalne zdjęcie po przelaniu wykonywałem walcząc z pokusą wypicia wszystkiego jednym haustem.

Piwo zachowuje się jak klasyczny Gingers - dość jasne, piana o strukturze przypominającej mi od razu gąbkę łazienkową, bąbelki osadzające się na ściankach jak w każdym popularnym piwie... nie ma co się rozwodzić. W tej wersji Gingersa cynamonowy aromat jest wyczuwalny już przy zbliżaniu szklanki do ust, ale nie jest nachalny po przelaniu piwa do ust. To mnie ciekawiło od chwili gdy kupiłem to piwo... Bo cynamon to przyprawa z którą trzeba uważać - jeśli się jej da zbyt wiele, to może zacząć nieprzyjemnie irytować, a nawet palić w gardle. Nie tak jak imbir, ale mimo wszystko... (...)

Czytaj dalej...
Sansa e130 512MB + SD 1GB

Motywowany paroma drobnymi przelewami jakie udało mi się niedawno wyrwać moim dłużnikom z gardziołek, wziąłem byłem i postanowiłem kupić sobie w końcu kartę SD do swojego odtwarzacza MP3 (o którym już pisałem).

W normalnych warunkach kupiłbym coś na Allegro, ale przy moim obecnym trybie życia przesyłki to straszna komplikacja. Dlatego rozejrzałem się po sklepach (sztuk dwie, bo nie znam innych w Poznaniu). Komputronik odpadł, bo akurat nie mieli niczego ciekawego na stanie. Zaszedłem więc do znak.pl, bo mieszczą się akurat przy mojej trasie dom-praca, no i parę dni temu kupowałem tam pendrajwa (dla siostry). A ja lubię sklepy które już znam :)

Tam również nie mieli zbyt ciekawej oferty dostępnej "na sklepie", ale wyszedłem z Kingstonem 1GB. Kingstony są względnie tanie i mają dożywotnią gwarancję, ale w swoim segmencie cenowym są powolne jak jasna cholera. Gdyby to miała być karta do aparatu, to pewnie bym jej nie kupił. Ale odtwarzacz MP3 nie potrzebuje dużej wydajności, więc ją wziąłem.

Zamontowałem w Sansie, podłączyłem do linuksa... i pierwszy problem - system widzi playerka, ale nie widzi karty (powinien widzieć je jako dwa osobne napędy). Sprawdziłem szybko czy WinXP zobaczy drugi napęd - zobaczył. Czyli sprzętowo jest OK, a problem tkwi w moim linuksie. Podejrzewałem, że to konfiguracja mojego kernela (mocno okrojona i dostosowana do sprzętu), więc wypaliłem szybko Ubuntu Live na CD-RW i sprawdziłem, czy sobie poradzi. Ubuntu dało radę (przy okazji przypisując playerkowi słitaśne ikonki pokazujące, że wpiąłem wymienne napędy USB o przeznaczeniu muzycznym - Ubu ma naprawdę dopracowane GUI, może dać mu szansę na dysku?). (...)

Czytaj dalej...
Złe, paskudne Słońce

Co się dzieje, kiedy ktoś taki jak ja ląduje prawie-goły na ostrym słońcu?

Proste. Ten ktoś zamienia się w prosiaczka. Nie chodzi o charakter, maniery stołowe czy "guzik" na końcu ryjka. O kolor chodzi.

Wczoraj spędziłem z Aniołkiem prawie cały dzień na świeżym powietrzu. I słońcu. I nabrałem ładnego, różowo-czerwonego kolorku. Wszędzie, nawet w zgięciach kolan.

Jak większość "komputerowców" mam na ogół taki klasyczny, biały odcień skóry. I zapominam jak wrażliwy jestem (tak ogólnie, niekoniecznie ze względu na młynarską biel) na promienie naszego kochanego słoneczka.

Nie boli tak naprawdę. No, w każdym razie niezbyt. Ale zastanawiam się po ilu dniach różowa skóra zblednie/zbrązowieje?