ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2006/08, 9 wpisów
Miły początek dnia. KUBEK!!!1

Wczoraj przez większą część dnia firma miała wyłączoną hydraulikę, bo coś tam trzeba było z rurami robić. Wydaje mi się, że to dlatego, że parę miesięcy temu w budynku w którym mieści się biuro (taki kwadratowy klocek, jest w nim jakaś cukiernia, moja firma, malutki oddział poczty polskiej itp.) eksplodował piecyk gazowy (w jakiejś kwiaciarni na parterze) i wyrwał oraz wypalił solidną część budynku, a jeszcze większą trzeba było wyburzyć i czeka na odbudowę. Od tamtej pory wszystko znajduje się tu w stanie permanentnego remontu.

No bo przecież JA nie mogę pracować w przeciętnych warunkach, prawda? To by było niestosowne, obrazek podobny do gwiazdki porno która w życiu prywatnym nie chce "brać do buzi", albo Romana Giertycha biorącego udział w Paradzie Równości. Czego się nie tknę to musi okazać się dziwne, nietypowe, "po przejściach", wyalienowane, undergroundowe albo po prostu EKSCENTRYCZNE. Nie dla mnie mainstream.

Więc nie było wody. Szczęśliwie składa się, że jako jedyna chyba osoba w firmie posiadam kubeczek o pojemności 0,5l (a może nawet ciut większej), więc w porę zrobiłem sobie solidny zapas herbaty "Lychee" Dilmaha. Zastanawiałem się, czy nie wykorzystać niecnie jeszcze paru firmowych naczynek i nie zrobić sobie na biurku małego rezerwuaru wody. Oczami wyobraźni widziałem, jak około godziny czternastej spragnieni wody współpracownicy wiją się dookoła mojego biurka, a ja przyciskam ich buciorem do ziemi w akcie całkowitej dominacji. Bwahahahaha!!!!!11 :)

Ale pomyślałem, że pewnie następnego dnia by mi się oberwało, więc sobie odpuściłem.

Aaale ze względu na brak wody (i hydraulików którzy się wyroili w kuchni... hmm, czy czasownik "wyroili" jest prawidłowy? Analogia do "wylęgli"...) nie mogłem po wszystkim umyć swojego kubeczka i talerzyka pochodzącego z zapasów kuchennych. Nie mogłem też wyrzucić torebek po herbacie. Całość zostawiłem więc na swoim biurku. Wychodząc do domu zauważyłem, że kuchnia już jest sprawna, więc w zasadzie mógłbym wszystko pomyć, ale już mi się nie chciało. (...)

Czytaj dalej...
Googletoys

Właśnie bawię się nową zabawką, "My Sites" Google (mam nadzieję, że podałem właściwy link). Zarejestrowałem sobie tam Repo i uzyskałem dostęp m.in. do historii wyszukiwań jakie Google przechowuje, i jakie są kojarzone z Repo. Dane można pobrać w formie pliku CSV, do którego od ręki napisałem sobie mały parsero-agregator w pythonie. Jeśli dobrze rozumiem FAQ googla, to nie są to zapytania po których ludzie zdecydowali się kliknąć na link i wylądowali na Repo. Są to zapytania, które sprawiły, że gógiel umieścił Repo wśród wyników. Pozwoliłem sobie, jak zwykle, wybrać te najmniej związane z Repo:

zestaw do lepienia balwana
zdjęcia pocałunków namietnych
nie dała mi nic zapytać elki
buuuuuuu
zdjęcia bernardyna
sex fotki z urlopu
zdjęcia facetów
operacja podniebienia w zielonej gorze
to nie dla mnie
"the cardigans" bdsm
sex mamy
sex obrazki
syfilis
dlugi prywatne
tyłek
od tyłu

Google rządzi :) Frapuje mnie to "the cardigans bdsm". Zastanawiam się cały czas, czy chodzi o BDSM przy muzyce The Cardigans (którą to grupę zresztą bardzo lubię), czy może BDSM z użyciem tego konkretnego ciuszka? Obydwa te warianty by mi się chyba spodobały :)

Kłamstwo z półki w markecie

Czy zdarzyło Ci się, drogi Czytelniku/Czytelniczko, kupić jedzenie przeznaczone wg. producenta na "X" porcji/osób i faktycznie się wyrobić w zaplanowanej normie?

Bo mi nie. Nigdy. Nie wiem jak oni to robią, mnożą wszystko razy dwa? Jakby żywcem wyjęci z montypythonowskiego skeczu, tego z "We want to buy a bed, please" i świeżo zaślubioną parą. O, tego: "buying a bed".

Pudełko opisane jako "wystarcza na 6 porcji"? Zejdzie na obiad dla 2,5 osób. Sos dla czterech osób? Wystarczy mi na obiad i porcję odgrzewaną na śniadanie następnego dnia. Torebka "na dwie porcje"? Zjem w jednym podejściu.

I nie dlatego, że jem dużo, duże porcje. Nie. To tylko łże-elity świata żywnościowego spiskują i próbują mi wcisnąć, że "porcja" dowolnego produktu ma zmieścić się w szklance, a nie w misce. "Wystarcza dla 6 osób"? Może i tak, ale tylko jeśli te 6 osób to Pigmeje. Karłowaci. Z anoreksją. Bo jeśli te osoby to normalni, zdrowi, dorośli ludzie, to NIE MA MOWY by najedli się trzymając się zaleceń producentów żywności.

PiS powinien coś z tym zrobić. Rozbić układ, powołać komisję śledczą, oskarżyć kogoś o współpracę ze służbami (mogą być nawet służby sanitarne). Niech ktoś coś z tym zrobi, no. Bo czuję dyskomfort zjadając za jednym z razem coś, co miałoby mi niby wystarczyć na dwa posiłki. Kłamstwa, wszędzie kłamstwa. Grrrrr. ;)

Mandriva Cooker, cd.

Po poprzednim przygniębionym wpisie zrobię odskocznię w świat komputerowej dłubaniny, bo do tego tylko się nadaję chyba.

Więęęęc wziąłem się za mandrivę :)

Jako że mandriva nie jest zbyt modna w świecie "bardziej zaawansowanych użytkowników", to może napiszę za co ją lubię.

Przede wszystkim - Cooker. Cooker to front rozwojowy Mandrivy - bardzo często aktualizowany zestaw pakietów, często w wersjach "developerskich", potencjalnie niestabilny. Czyli pasuje idealnie do mojego gustu :) Dlatego od tej pory mówiąc "Mandriva" mam na myśli Cookera, a nie jakiś konkretny release Mandrivy (tak w ogóle, to "stabilne wydania" Mandrivy biorą się z Cookera właśnie - co jakiś czas się przyhamowuje tempo zmian w cookerze, stabilizuje i wydaje taki snapshot jako release. Potem przez jakiś czas jest on utrzymywany jako osobna gałąź, a Cooker się w tym czasie normalnie rozwija).

Mandriva ma też obszerne zasoby pakietów. Wydaje mi się, że ma więcej oprogramowania niż takie Gentoo (bo brak pakietu RPM do zainstalowania w mojej Mandrivie spotykał mnie dużo rzadziej niż brak ebuilda w Gentoo), Ubuntu czy PLD (no i całe jest od razu skompilowane, żadnych sytuacji "nie ma pakietu, ale jest spec i możesz samemu zbudować"). Ubuntu miałoby szansę może dorównać Mandrivie gdyby było bardziej zgodne z Debianem i pozwalało łatwiej instalować jego paczki. Nie wiem jak rozległe są zasoby FC i SuSE, więc ciężko mi coś tu powiedzieć. Ale nie sądzę by były w stanie przebić Mandrivę, bo ta ma w moich oczach opinię najlepiej zaopatrzonej dystrybucji. Serio! Wiele osób sobie nie zdaje z tego sprawy, ale tak jest. (...)

Czytaj dalej...
Samopoczucie--

Zły dzień. Tak źle nie czułem się przynajmniej od paru miesięcy. Mam całkiem popieprzony system wartości i powinienem chyba zostać pustelnikiem, bo nie umiem się zachowywać tak jak inni. Zawsze coś zrobię nie tak, przesadzę w którąś stronę, żyję w wiecznych skrajnościach i przeciwieństwach. Na okrągłej planszy otoczonej magnesami, gdzie "normalni ludzie" są z solidnego plastiku, ja zachowuję się wiecznie jak stalowa kulka i ganiam tylko po obrzeżach. A przynajmniej tak to dziś odczuwam.

Bez sensu. Wszystko. I nie ma co liczyć na czyjeś zrozumienie; jedyne wyjście to przymknąć się i udawać, że jest się plastikową kuleczką.

Bez sensu.

I to chyba jest najgorsze, że jedyna szansa na w miarę wygodną egzystencję to ukrywanie tego kim naprawdę jestem, co czuję, jak myślę. Inaczej prędzej czy później się będę frustrował, że ktoś mnie nie rozumie, albo że kogoś przyłożę do swojej miary i się na tym pięknie przejadę.

Mój anioł stróż powinien mi zasadzać solidnego kopa w tyłek za każdym razem gdy ubzdura mi się, że...

A zresztą, kogo to obchodzi tak naprawdę.

Gdy Hoppke się nudzi...

...to psuje komputerek :)

Tym razem naszło mnie na ponowne zainstalowanie Mandrivy, oczywiście Cookera. W pracy ściągnąłem sobie obraz "mandriva-one-2007-odin-gnome-1.i586.iso" (live cd, i586, gnome, język angielski, instalator uruchamiany ponoć z ikonki na pulpicie), zaniosłem go do domu w pamięci odtwarzacza mp3, wypaliłem na CD-R (próbowałem na starym CD-RW, ale najwidoczniej padł już całkiem, bo mimo wypalania 3 razy i formatowania całego nośnika nadal nie przechodził weryfikacji po nagraniu).

Lubię tę dystrybucję i tyle. Jest bardzo świeża, szybko aktualizowana (Cooker jest zwykle bardziej "do przodu" niż Gentoo czy PLD), no i ma maaasę pakietów - oficjalnych cookerowych, niezbyt oficjalnych z PLF, czy całkiem third-party jak te z Opera Software czy Sunowa Java. A, masa paczek z PLD czy FC też gładko wchodzi w Cookera.

Niestety mój Cooker się w pewnym momencie popsuł, nie chciało mi się go naprawiać, a Harnir zamazał mi go Dapperem. Więc spróbuję zainstalować na nowo, tym razem korzystając ze snapshota "Odin" Mandrivy 2007 (czyli de facto jakiegoś tam Cookera, bo wszystkie "releases" to tylko mrożone wycinki Cookera).

No co? Jestem w nastroju "co by tu popsuć", więc sobie zainstaluję Cookera. O.

Zwykły dzień

Kolejny zwykły dzień się kończy. Jest już po dziesiątej wieczorem, a ja siedzę w zaciemnionym mieszkanku przed ekranem komputera, zajadając pyszne jabłka (papierówki importowane do Poznania z Zielonej Góry) i zapijając jakimś Tyskim z puszki. No i próbuję coś zablogować. Siedząc w satynowych, podejrzanie kolorywych bokserkach i wiśniowym podkoszulku. Rozczochrany jak rosomak, bo u fryzjera już dawno nie byłem - jeszcze trochę i zacznę wyglądać jak te dziwaki z Dragon Balla. Ale taka ekscentryczna szopa na głowie pasuje idealnie do image młodego programisty, więc mi to nie przeszkadza. No i będzie jak znalazł jeśli zechcę kiedyś zostać tzw. Szalonym Naukowcem :)

Dzień zacząłem bardzo dobrze, budząc się w miękkiej, ciepłej pościeli po spokojnie prześnionej nocy (to już druga noc z rzędu podczas której mam bardzo przyjemne, relaksujące sny i budzę się naprawdę wypoczęty - nie wiem czy nie ma to związku z tym, że przestawiłem tapczan i śpię głową na wschód). Śniadanie sztampowe - muesli z mlekiem, połówka rogalika z dżemem. Sprawdzić pocztę, rss-y, obejrzeć dzienną porcję komiksów (oprócz UserFriendly, bo ten jest aktualizowany punktualnie o dziewiątej). I do pracy.

W pracy oglądam UserFriendly, czytam korporacyjną pocztę (włączając outlooka powtarzam sobie zawsze "byle nic do mnie, byle nic do mnie" - maile kierowane do mnie zwykle oznaczają jakieś nieprzyjemne rzeczy do wykonania ;), zaglądam do firmowego bugtrackera i biorę się do pracy. Ostatnio siedzę po uszy w kobyle - refactoring wyjątków. W projekcie jest masa wyjątków (setki klas), część z nich bardzo obciąża VM i ma różne dziwne efekty uboczne, bo dziedziczy po jednym dość paskudnym wyjątku. Zadanie polega więc na przerobieniu hierarchii wyjątków, dostosowaniu kodu, przeczyszczeniu klauzul throws pod kątem wyjątków dziedziczących po RuntimeException, sprawdzeniu czy pewien konkretny wyjątek nie jest używany w miejscach gdzie potrzebne by były rollbacki transakcji, a przy okazji generalnych poprawkach wszystkiego co tylko rzuci się nam w oczy. Nam. Bo dostałem pomocnika :) I wolną rękę w refactorowaniu kodu według mojego widzimisię. Więc wreszcie mogę zmieniać co tylko zapragnę. (...)

Czytaj dalej...
Nowa norka (ale nie taka z łapkami)

Repo ostatnio doświadcza zastoju, a wszystko przez moją przeprowadzkę. Zmieniłem mieszkanie, musiałem dopilnować podłączenia internetu (łącze 512/96kbps z kablówki), skompletować podstawowe wyposażenie kuchenne, zwieźć z Zielonej Góry trochę rzeczy (bardziej jesienne ciuchy, drukarka itp.)... W połączeniu z pracą pożera to dużo czasu i energii (oraz pieniędzy, ale to bez związku akurat), więc Repo siłą rzeczy przyhamowało.

Ale to stan przejściowy. Tak że bez obaw - nie umarłem, nie porzucam Repo, moszczę sobie tylko norkę na jesień i zimę ;) No. Będzie dobrze.

I po pierwszej delegacji

A dzisiaj napiszę "co u mnie".

Więc tak - delegacja do Warszawy minęła pomyślnie. Mieszkanie służbowe było bardzo OK, hotel już mniej, biuro przypominało labirynt (faktycznie można było w nim biegać w kółko), na dodatek co krok drzwi otwierane kartami magnetycznymi, zero "szerokiej, otwartej przestrzeni". Za to fotele genialne, obejrzałem bardzo skrupulatnie ale niestety, nie znalazłem info o producencie. I komputery Della też bardzo dobrze zrobione, wielkie radiatory, wielkie ciche wiatraki...

Bez wdawania się w zbędne szczegóły, kod który przez ponad 8h był w stanie przetworzyć koło 90k jednostek danych (po czym wykładał się z braku pamięci) udało mi się doprowadzić do stanu, w którym mieli coś koło 11mln jednostek w czasie ok. 0,5h. Dałoby się jeszcze bardziej to wyśrubować, ale tylko po aktualizacji paru frameworków używanych w projekcie, a to było wykluczone.

Oprócz poprawionego kodu zostawiłem też bardzo ładny anglojęzyczny raport, opisujący zastany problem, diagnozę, podjęte czynności naprawcze, zakres modyfikacji istniejącego kodu ze wskazaniem błędów popełnionych przez jego pierwszego autora, możliwości dalszej optymalizacji, wyliczenie wypróbowanych przeze mnie optymalizacji łącznie z tymi, z które nic nie dały i z nich zrezygnowałem, zyski i zagrożenia jakie niesie ew. aktualizacja frameworków, rozpiskę zmodyfikowanych klas z krótkimi streszczeniami do każdej, etc. Taki ładny transfer wiedzy w skondensowanej formie. Dokument który powinno się IMO zawsze przekazywać razem z kodem... napisanie go zajmuje trochę czasu, ale ostatecznie oszczędza czas i mój, i innych.

Podziękowali mi za przyjazd i naprawienie kodu (to było miłe, to podziękowanie). A potem wyrwałem się z powrotem do Poznania, bo

Czyli wszystko poszło tak jak miało pójść, chociaż po pierwszym dniu byłem pesymistycznie nastawiony. Za to drugiego wyszedłem na prostą, a trzeciego nawet niespodziewane aktualizacje specyfikacji nie zrobiły na mnie wrażenia i zaimplementowałem je od ręki. (...)

Czytaj dalej...