Kolejny zwykły dzień się kończy. Jest już po dziesiątej wieczorem, a ja siedzę w zaciemnionym mieszkanku przed ekranem komputera, zajadając pyszne jabłka (papierówki importowane do Poznania z Zielonej Góry) i zapijając jakimś Tyskim z puszki. No i próbuję coś zablogować. Siedząc w satynowych, podejrzanie kolorywych bokserkach i wiśniowym podkoszulku. Rozczochrany jak rosomak, bo u fryzjera już dawno nie byłem - jeszcze trochę i zacznę wyglądać jak te dziwaki z Dragon Balla. Ale taka ekscentryczna szopa na głowie pasuje idealnie do image młodego programisty, więc mi to nie przeszkadza. No i będzie jak znalazł jeśli zechcę kiedyś zostać tzw. Szalonym Naukowcem :)
Dzień zacząłem bardzo dobrze, budząc się w miękkiej, ciepłej pościeli po spokojnie prześnionej nocy (to już druga noc z rzędu podczas której mam bardzo przyjemne, relaksujące sny i budzę się naprawdę wypoczęty - nie wiem czy nie ma to związku z tym, że przestawiłem tapczan i śpię głową na wschód). Śniadanie sztampowe - muesli z mlekiem, połówka rogalika z dżemem. Sprawdzić pocztę, rss-y, obejrzeć dzienną porcję komiksów (oprócz UserFriendly, bo ten jest aktualizowany punktualnie o dziewiątej). I do pracy.
W pracy oglądam UserFriendly, czytam korporacyjną pocztę (włączając outlooka powtarzam sobie zawsze "byle nic do mnie, byle nic do mnie" - maile kierowane do mnie zwykle oznaczają jakieś nieprzyjemne rzeczy do wykonania ;), zaglądam do firmowego bugtrackera i biorę się do pracy. Ostatnio siedzę po uszy w kobyle - refactoring wyjątków. W projekcie jest masa wyjątków (setki klas), część z nich bardzo obciąża VM i ma różne dziwne efekty uboczne, bo dziedziczy po jednym dość paskudnym wyjątku. Zadanie polega więc na przerobieniu hierarchii wyjątków, dostosowaniu kodu, przeczyszczeniu klauzul throws pod kątem wyjątków dziedziczących po RuntimeException, sprawdzeniu czy pewien konkretny wyjątek nie jest używany w miejscach gdzie potrzebne by były rollbacki transakcji, a przy okazji generalnych poprawkach wszystkiego co tylko rzuci się nam w oczy. Nam. Bo dostałem pomocnika :) I wolną rękę w refactorowaniu kodu według mojego widzimisię. Więc wreszcie mogę zmieniać co tylko zapragnę.
Oczywiście najpierw należy doprowadzić całość do stanu używalności. Setki wyjątków, implementacje gęsto korzystające z polimorfizmu... ruszyliśmy w jednym miejscu i całość się posypała, jak domino. Do tego doszła masa radości z ustawianiem API na nowo (szczęście że to końcowa aplikacja, a nie biblioteka i nie musimy się martwić mrożeniem API), no i oczywiście niewytłumaczalne (jak na razie) problemy z narzędziami IBM-a z których musimy korzystać (bardzo wylewne komunikaty typu "Error: -1"). A, no i cackanie się z takim paskudztwem które ktoś wprowadził by poradzić sobie z cyklicznymi zależnościami przy budowaniu kodu. Maaaaasa frajdy. Nic dziwnego, że mnie w to wkręcili. Od razu wydało mi się niemożliwe do zrobienia :)
No ale posuwamy się całkiem sprawnie do przodu i w zasadzie jutro bym mógł zacząć testować aplikację, bo udało mi się dzisiaj skompilować poprawnie wszystkie moduły (hurra :). Po raz pierwszy odkąd zaczęliśmy refactoring. Najgorsze jest to, że w zasadzie powinno się od zera przeprojektować wszystkie wyjątki i przypadki ich użycia, żeby było elegancko i spójnie, ale to niemożliwe. Pewnie ze cztery miesiące by nam były potrzebne... A nawet teraz co i rusz musiałem się odrywać i pilnie robić inne rzeczy dla klienta.
Swoją drogą jeszcze trochę, a będę mógł pisywać notki według formuły "Będąc młodą lekarką, tfu, młodym programistą z krótkim stażem i niedużym apanażem(...)" ;)
Dzisiaj się dowiedziałem, że jakoś na dniach będę podpisywał nową umowę o pracę, bo aktualna się kończy wraz z tym miesiącem - czyli firma chce przedłużyć współpracę. Nie dziwi mnie to, sam też bym ze sobą przedłużył ;) A od początku nowego roku bym miał dostać podwyżkę (nie powaliła mnie z nóg, ale wszystko się przyda). Niespodziewanie do gry włączyło się wyższe szefostwo (z centrali, jeśli dobrze rozumiem hierarchię stanowisk), bo rozpoznało moją skromną osóbkę i zaleciło dać mi podwyżkę już teraz, bez czekania do stycznia. Cóż za miła niespodzianka, to pewnie pokłosie tej delegacji do Warszawy. Jak się nadarzy okazja, to znowu muszę pojechać do stolicy - robienie pozytywnego wrażenia wychodzi mi najwidoczniej bardzo dobrze, no i procentuje ;) Ale i na miejscu w Poznaniu są ze mnie zadowoleni, przynajmniej tyle dziś usłyszałem. A mówiłem, że filologicy to świetni pracownicy? Ba. :)
Po pracy spacer do domku, ustawienie komputera na jego nowym stoliku, obiad, pranie, parę rozmów telefonicznych... i jakoś zeszło. Ech, nudno tak bez mojego prywatnego Aniołka. Tęsknię i tyle.
Dopiski:
Od: imiennik
Data: 20060818, 20:21
Podwyżka, no to Gratulacje! <piwo> ;-)
a przy okazji pytanie: jak długo znasz Jave praktycznie, tzn jak długo coś tam od czasu do czasu pisałeś w niej?
Od: Hoppke
Data: 20060819, 00:38
Czy używanie Azureusa mogę zaliczyć do praktycznego poznawania Javy? ;)
Hmm... może to nie wycieknie poza Repo, więc tak między nami mogę powiedzieć prawdę - zacząłem znajomość z javą od napisania tego tu silnika blogowego (aka Repo2.0) i konwertera który przerobił stare Repo na SQL. A potem zostałem zawodowym projektantem i developerem ;)