ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miły początek dnia. KUBEK!!!1

Wczoraj przez większą część dnia firma miała wyłączoną hydraulikę, bo coś tam trzeba było z rurami robić. Wydaje mi się, że to dlatego, że parę miesięcy temu w budynku w którym mieści się biuro (taki kwadratowy klocek, jest w nim jakaś cukiernia, moja firma, malutki oddział poczty polskiej itp.) eksplodował piecyk gazowy (w jakiejś kwiaciarni na parterze) i wyrwał oraz wypalił solidną część budynku, a jeszcze większą trzeba było wyburzyć i czeka na odbudowę. Od tamtej pory wszystko znajduje się tu w stanie permanentnego remontu.

No bo przecież JA nie mogę pracować w przeciętnych warunkach, prawda? To by było niestosowne, obrazek podobny do gwiazdki porno która w życiu prywatnym nie chce "brać do buzi", albo Romana Giertycha biorącego udział w Paradzie Równości. Czego się nie tknę to musi okazać się dziwne, nietypowe, "po przejściach", wyalienowane, undergroundowe albo po prostu EKSCENTRYCZNE. Nie dla mnie mainstream.

Więc nie było wody. Szczęśliwie składa się, że jako jedyna chyba osoba w firmie posiadam kubeczek o pojemności 0,5l (a może nawet ciut większej), więc w porę zrobiłem sobie solidny zapas herbaty "Lychee" Dilmaha. Zastanawiałem się, czy nie wykorzystać niecnie jeszcze paru firmowych naczynek i nie zrobić sobie na biurku małego rezerwuaru wody. Oczami wyobraźni widziałem, jak około godziny czternastej spragnieni wody współpracownicy wiją się dookoła mojego biurka, a ja przyciskam ich buciorem do ziemi w akcie całkowitej dominacji. Bwahahahaha!!!!!11 :)

Ale pomyślałem, że pewnie następnego dnia by mi się oberwało, więc sobie odpuściłem.

Aaale ze względu na brak wody (i hydraulików którzy się wyroili w kuchni... hmm, czy czasownik "wyroili" jest prawidłowy? Analogia do "wylęgli"...) nie mogłem po wszystkim umyć swojego kubeczka i talerzyka pochodzącego z zapasów kuchennych. Nie mogłem też wyrzucić torebek po herbacie. Całość zostawiłem więc na swoim biurku. Wychodząc do domu zauważyłem, że kuchnia już jest sprawna, więc w zasadzie mógłbym wszystko pomyć, ale już mi się nie chciało.

A dzisiaj rano przychodzę i co widzę? Sprzątaczki odwaliły kawał dobrej roboty, bo wywaliły mi torebki po herbacie, umyły talerzyki i zaniosły do kuchni, a co najlepsze, umyły też mój kochany prywatny kubeczek (bardzo dokładnie, sam lepiej bym go nie umył) i odstawiły go dokładnie na to samo miejsce na moim biurku. No super, full service. Hmm, dzisiaj chyba zostawię na kubeczku (który sam umyję) karteczkę "Dziękuję za umycie!" :)

Dzisiaj zaryzykuję też i w ramach stołowania się w firmie zrobię sobie w moim ukochanym kubeczku zupkę chińską. To będzie jego pierwszy raz... pierwszy raz gdy zamiast herbaty czy kawy poczuje w sobie coś innego... gęstszego, twardszego, bardziej pożywnego. Mam nadzieję, że mu się spodoba.

W końcu to MÓJ kubek :) Zastanawiałem się co bym zrobił, gdyby któregoś dnia zaginął... a w zasadzie komu z biura by się udało ujść z... yyy... o czym to ja?

Aha, dzisiaj w trakcie porannego zaparzania herbaty (w moim kochanym kubku) usłyszałem intrygujące pluskanie. Zaciekawiony zajrzałem do pobliskiego pokoju i odkryłem, że panowie hydraulicy zostawili wczoraj jakąś zwisającą, niezaślepioną rurę i właśnie w najlepsze (i pod całkiem niezłym ciśnieniem) leci z niej jakaś ciemna maź, zapewne spokrewniona z wodą. Maź sobie pryskała trochę na ścianę, ale głównym jej zajęciem było zalewanie wykładziny i zawartości jakiejś szafki na dokumenty. Błyskawicznie wyszukałem w kuchni jakiś większy pojemnik i ustabilizowałem go pod rurą. Po czym zacząłem wołać o pomoc.

NIKT się nie ruszył. Dupki. W pokoju obok siedziało 5 osób, żadna nie ruszyła dupska żeby zobaczyć o jakiej cieknącej rurze krzyczę. Jak nadejdzie rewolucja będą pierwszymi pod ścianą, o tak...

Zabezpieczyłem więc całość tak, żebym mógł na pół minuty przestać podtrzymywać pojemnik na szlam i poleciałem do recepcji, po Olgę. W całej firmie najbardziej ją właśnie lubię. Często pomagała mi z rzeczami które tak naprawdę należały do kompetencji kogoś innego, ale że nie mogłem się doprosić pomocy "kompetenta", to Olga mnie ratowała.

Okazało się, że podobne cudeńka (szlam cieknący z niezaślepionych rur) zdarzyły się jeszcze w dwóch innych pokojach w biurze. Czyżby wszyscy dobrzy hydraulicy już wyjechali do Francji? Całkiem możliwe. Pewnie trudno o dobrego hydraulika. Podobnie jak o dobrego kodera. W centrali niedawno podnajęto do "mojego" projektu parę osób z innej firmy. Młodziki, jeszcze nie pokończyli studiów. Jestem przerażony widząc ich pracę. Nie chodzi mi o ich umiejętności, bo to kwestia doświadczenia, ale o ogólnie lekceważące podejście do wykonywanej pracy. Wszystko "bylejako", w CVS commity które nie przeszły najprostszych testów... Mieli trochę czasu na własne testy, otrzymali polecenie przetestowania swojej pracy na serwerze który im wawa wystawiła, mieli potwierdzić mailem czy wszystko działa. Potwierdzili. Parę dni potem poszło to potem jeszcze do cross-testów, dostałem do skontrolowania pracę jednego z "młodych informatyków". I co? I ani jednej z jego modyfikacji nie mogłem zaakceptować. Jedna wywalała aplikację, druga miała jakieś literówki (w bardzo istotnych miejscach na dodatek), do tego modyfikacja innego "młodego kodera" rozpieprzyła co innego...

A założę się, że oni mają większe doświadczenie niż ja z takimi projektami. Mają wykłady na uczelni, ćwiczenia, jakieś projekty uczelnianie. Jakaś firma ich zatrudnia, bo nie zwerbowaliśmy ich z ulicy przecież. Ale podejście... Chryste. Takie "po najmniejszej linii oporu", powolne tempo pracy, bardzo dużo rzeczy po prostu bezmyślnie zakodowane. Nie wiem ile im płacą, może grosze, ale to nie powód żeby wrzucać do CVS kod którego się nawet lokalnie nie sprawdziło.

Ale co ja tam mogę wiedzieć, jestem tylko filologiem. A oni będą niedługo mieli tytuły magistra inżyniera. I dyplomy jakiejś renomowanej warszawskiej uczelni. I pewnie za grubą forsę będą przygotowywać jakieś systemy informatyczne dla ZUS-u czy maszynki do liczenia głosów w wyborach.

Wiem już, że w następnym CV dopiszę przynajmniej te nowe punkty:
- Moja korespondencja służbowa jest wolna od błędów ortograficznych i gramatycznych.
- Wrzucam kod do CVS dopiero po gruntownym przetestowaniu.
- Nie robię tego bo to "jedyne co umiem po studiach", robię to bo to mój świadomy wybór.
- Identyfikuję się z jakością swojej pracy.

...można jechać na trójach na studiach, mieć podejście "byle zaliczyć". Ale potem to się już nie sprawdza.

A może to ja jestem skrzywiony przez filologię? Gdybym jako tłumacz czy autor odwalił choć raz coś "po łebkach", to by oznaczało dla mnie pewnie koniec współpracy z danym klientem. Do tej pory pracowałem jako samotny wilk, i ponosiłem w całości konsekwencje za jakość swojej pracy. Cholera, w stadzie to już tak nie działa. A informatycy (pomijając ekspertów, konsultantów i innych kontraktowców) to chyba raczej zwierzątka stadne, przynajmniej procentowo patrząc (najwięcej jest w końcu koderów, prawda?). Prawie nigdy jedna osoba nie ponosi odpowiedzialności za wszystko, zawsze się to rozmywa. Prawie zawsze można na kogoś zepchnąć winę, liczyć że własne błędy gdzieś umkną w tłumie, że ktoś to za nas poprawi...

Nie wiem czy mi się to podoba. Chyba etyka zawodowa admina jest mi bliższa. Nie no, mogę z tym żyć, ale...

Miałem okazję właśnie podglądać jak pracują studenci informatyki, i to tacy których już ktoś tam gdzieś zatrudnił. Musiałem kontrolować ich pracę, być im konsultantem i w ogóle. I... gdzieś tam się rozprysł kawałek mojego światopoglądu. Myślałem, że zawodowi informatycy (tacy po dużych uczelniach, np. ze stolicy) to fachowcy. Że są odpowiednio kształceni, przygotowani, że są po prostu dobrzy w tym co robią.

Zawsze mi się wydawało, że to, że ja nie mam studiów kierunkowych to duży minus. I problem. A przynajmniej tak mi wmawiano na rozmowach kwalifikacyjnych, a ja nie wiedziałem co odpowiedzieć. Myślałem więc, że taki informatyk po studiach to niezły fachura musi być. A teraz...

Jeśli mi teraz ktoś powie "ale Pan nie ma studiów kierunkowych!", to odpowiem "tak, i to nie koniec moich zalet!". Spokojnie mogę stawać w szranki z 80-90% absolwentów kierunków informatycznych i wygram. Bo mam coś, czego oni bardzo często nie mają - samodyscyplinę i etykę pracy. I humanistyczny dyplom. I szersze perspektywy. I motywację, bo siedzę "w komputerach" dla siebie, a nie by zaliczyć kolejną sesję. Mam też masę innych zalet i konkretnych informatycznych kompetencji. I dopiero się rozkręcam. Ha.

Jak ja mogłem sobie tak dawać wciskać kit, że brak studiów kierunkowych to w moim przypadku jakiś minus... Cóż, człowiek uczy się na błędach. Najlepszy sposób na wyleczenie się z kompleksów to zobaczenie, że zazdrościło się lamerii :)

PS: Nie chcę obrażać studentów jakiegokolwiek kierunku, ale wszędzie jest tak, że większość absolwentów jest cienka albo (najwyżej) przeciętna. Na moich studiach odsiewało się przynajmniej 75% studentów, a i tak dyplom magistra dostawali ludzie, którzy dostać go nie powinni.

No a młodzi i zdolni wolą wywiać z kraju, więc coraz trudniej o kompetentnych ludzi w Polsce. Zresztą ja też planuję emigrację, bo póki nie mam w Polsce własnego mieszkania ani dziecka, to jestem lotny jak pyłek dmuchawca i mam zamiar z tego skorzystać. Wybór mam spory - wszystkie kraje DACH, UK czy Irlandia... Praktycznie żadnej bariery językowej dla Hoppke. A różnice kulturowe mi zwisają, bo jedną z dobrych stron bycia ekscentrykiem jest to, że wszędzie czujesz się tak samo nie na miejscu ;)

Dopiski:

Od: badmad
Data: 20060831, 13:27
Wnioski poprawne, u mnie na "europeistyce" po 1 sem. 50% poszło sobie, a w grupie tylko kilka osób jest takich które się starają, cóż potem będą tego żałować (tzn. ci którzy się nie starają).

Od: maniel
Data: 20060831, 15:19
Hmm, piszesz 'młodzi koderzy', nie wiedziałem ze masz się już za starszego, nie tylko kodera ale i faceta, człowieka.. Nie dobija Cię to?:D

Od: Hoppke
Data: 20060831, 16:27
@maniel: Pochopny wniosek wyciągasz, bo "młody" != "młodszy ode mnie".

O sobie też mówię "młody" i nie uważam się jeszcze z tego powodu za młodszego ode mnie ;)

Od: shadow
Data: 20060831, 17:13
A ja przy podpisywaniu umowy o pracę jako administrator uslyszałem, że zatrudnili mnie m.in. dlatego, że nie kończyłem studiów o kierunku informatycznym = "bo po takich studiach ma się skrzywiony światopogląd" (w wolnym tlumaczeniu). O!

Od: OJO
Data: 20060831, 17:56
to smutne :(

Od: PanPomidor
Data: 20060831, 19:19
Smutne, ale prawdziwe - chyba nie ja jeden znam ludzi, którzy na studiach informatycznych nie napisali nawet jednego programu na zaliczenie. Faaajnie jest potem z kimś takim pracować - nie tylko zdarza mu się wrzucać kod, który nie przechodzi prostych testów, ale też taki, który nawet się nie kompiluje (pomijam kwiatki w stylu "blokuję pliki, nad którymi pracuje grupa osób i wyjeżdżam sobie na urlop").

Od: Aniolek
Data: 20060831, 20:18
Eee, troche przesadzacie. Owszem, sa jednostki na moich studiach ktore nie skazily sie napisaniem nawet 5 linii kodu, ale to raczej wyjatki a nie regula. A ze wiekszosc ludzi po tych studiach jest - delikatnie mowiac - srednia to inna sprawa, ale zwykle wynika to bardziej z braku odpowiedzialnosci i rzetelnosci jako takiej, a nie z braku umiejetnosci stricte informatycznych.
Innymi slowy, twierdze ze ci ludzie byliby takimi samymi partaczami niezaleznie jakie studia by wybrali - informatyke, budownictwo czy filologie germanska.

Od: zoidberg
Data: 20060831, 22:35
Witam,
Zaglądam do Twojego bloga od jakiegoś czasu ale czytając dzisiejszy wpis omało co nie oblałem się kawą którą sobie popijałem przy czytaniu. Hoppke ja nie wiedziałem że ty jesteś filologiem cały czas byłem święcie przekonany że jesteś z wykształcenia informatykiem. Twoja osoba tylko utwierdza mnie w przekonaniu że w tej branży nie trzeba mieć wykształcenia informatycznego jeżeli jest się prawdziwymi pasjonatem. Patrząc na studentów informatyki (sam kiedyś nim byłem) odnosiłem wrażenie że większość poszła na te studia tylko dlatego że informatyka jest modna, że niby dobrze płacą, dlatego że lubią sobie poklikać w Windows. A potem przychodzi rozczarowanie bo na pierwszym roku jest dużo matematyki bo w programowaniu nie ma żadnych kolorowych kreatorów prowadzących "za rączke". Prawdziwych pasjonatów było naprawde niewielu. Ja sam skończyłem informatykę na małej prywatnej uczelni i zrobiłem to tylko dlatego żeby ktoś mi kiedyś nie zarzucił braku kierunkowego wykształcenia , teraz już wiem że należy omijać takie firmy i ludzi którzy oceniają pod kątem papierka z uczelni a nie pod kątem tego co umiem i z sobą reprezentuje.

Od: ravbc
Data: 20060901, 09:26
To ja też dorzucę moje 5 gr.

Po pierwsze: poziom kształcenia w Polsce już od dawna spada. I to nie tylko na prywatnych uczelniach (które często najpierw pytają o czesne, a dopiero później o wyniki zaliczeń), ale również na dużych państwowych uczelniach. Tyle tylko, że i tak poziom w Polsce jest wciąż wyższy niż w zachodniej Europie, o USA nie wspominając...

Po drugie: warunki gospodarcze mamy takie, że do każdej pracy wymagane jest niemal wyższe wykszatłcenie (poziom bezrobocia się kłania). Przykład jeden z wielu: Poczta Polska do pracy "na okienku" chętniej przyjmuje tych z wyższym. To są powody dla których ludzie pchają się na te wyższe studia, niezależnie od tego czy coś są w stanie z nich wynieść.

Po trzecie: coraz więcej firm szukając fachowca przestaje zwracać uwagę na sam fakt posiadania wyższego kierunkowego, a bierze pod uwagę z jakiej uczelni ten papierek i przede wszystkim jakie dany osobnik ma doświadczenia zawodowe.

Po czwarte: ludzie są różni. Jedni lubią wiedzieć jak to wszystko działa, inni kombinują tylko, żeby się nie przepracować. Spotkanie pierwszych z drugimi wygląda tak jak to Hoppke opisał.

Po piąte wreszcie: kończyłem studia informatyczne i uważam, że dały mi bardzo dużo. Tylko że ja poszedłem na te studia, bo chciałem się tego dużo dowiedzieć. Byli jednak ze mną na roku też tacy, którzy kończyli studia na zasadzie "zmęczenia materiału": jak się męczy profesora co 3 dni o kolejną "ostatnią" poprawkę, to on w końcu dla świętego spokoju daje zaliczenie.

Podsumowując: sam dyplom wyższej uczelni nic nie mówi o człowieku, ani jego umiejętnościach. To jest tylko jakaś wskazówka, czego można się po nim spodziewać. Im lepsza uczelnia, tym ta wskazówka bardziej wiarygodna. Ale i tak wszystko wychodzi dopiero "w praniu"...

Od: Rdest Matabowicz Szulc
Data: 20060901, 09:55
Filologeek.
To można na wizytówce podawać jako nazwę profesji. :D

Mnie też filologia pomogła...
I z tym CV to jest bardzo konkretny pomysł.

Z Aniołkiem pozwolę sobie się nie zgodzić, jak to stwierdził wykładowca na kierunku informatycznym (chyba wyjdzie mi trawestacja cytatu):
,,nasz wydział ratuje setki istnień ludzkich...'' - chwila na wybałuszenie gał wszystkich słuchaczy - ,,...przyjmując was na swoje studia zamiast na medycynę''.

Od: Aniolek
Data: 20060901, 10:29
Ravbc: Bardzo mocno sie zgadzam, szczegolnie z punktem piatym i podsumowaniem. Od siebie dodam ze jasne - jak ktos chce to tego wszystkiego dowie sie i bez studiow, czytajac ksiazki i z wlasnego doswiadczenia, z praktyki jednak wynika ze baaardzo rzadko kto z tych "samoukow" to robi. Studia nikomu nie wladuja wiedzy do glowy na sile, ale bardzo mocno ulatwiaja jej pozyskanie, dlatego w pewnym stopniu dyplom MOZE (nie musi) swiadczyc o wiedzy i umiejetnosciach czlowieka.

Rdest: Z ktorym konkretnie punktem sie nie zgadzasz? Ze ci ludzie byliby takimi samymi partaczami wszedzie? Ja mam wrazenie, ze wlasnie potwierdziles to co powiedzialam - gdyby dostali sie na medycyne to by partaczyli robote tam, ale dostali sie na informatyke, wiec najwyzej spartacza sklep internetowy :]
Stopien olewactwa i kombinatoryki stosowanej to raczej funkcja zalezaca od osoby, a nie od kierunku studiow ktore dany osobnik studiuje.

Od: lanrat
Data: 20060901, 11:20
A ja i tak uważam, że największą zaletą Hoppke jest jego wrodzona skromność ;-)

Od: ffurbo
Data: 20060902, 10:36
Czy "Żółty tulipan w wazonie" to napewno zdanie? :)

Od: Hoppke
Data: 20060902, 11:16
@ffurbo: Tak. Na Repo słówko "w" może pełnić rolę orzeczenia, o ile występuje w kontekście formularza komentarzowego ;)

Od: ffurbo
Data: 20060903, 17:57
:D

Od: teas
Data: 20060907, 23:25
A ja tak się zastanawiam nad rozmiarem tego kubka. Skoro zna on (jak zrozumiałem) oprócz herbaty smak kawy... To ile tej kawy Hoppke pijesz? Bo czystoteoriotycznie zakładając, że musi mieć ona jakiś smak, czyli i moc... No jakbym w Galicyi, tj. domu mym, gdzie kawa to płyn mający znaczenie magiczne, zrobił kolegom 0,5 l "asfaltu" o smaku "zgodnym ze standardami gacyjskimi" to jeszcze tylko karetka i pogotowie...

Od: teas
Data: 20060907, 23:40
"lotny jak pyłek dmuchawca"! Hoppke nie wyjeżdżaj!!!
Litości
Pozwól Oyczyźnie Naszey na odrobinę inteligencji w jej synach. W tych pracujących na nią, w pocie czoła tudzież innych części ciała, płacących podatki (na administrację), składki ZUS (na emerytów i rencistów). Zostań z nami.
I z tulipanami...

Pozostaw dopisek: