Właśnie wróciłem do Poznania.
Pierwsza uwaga: pociąg osobowy którym jechałem do Zielonej był prawdziwie osobowy. Dwa przedziały na wagon, kupa ludzi, totalny brak ogrzewania(!)... na szczęście szybko przysnąłem i jakoś przeleciało.
Druga uwaga: w mojej rodzimej Zielonej Górze pojawiły się na niektórych przystankach tablice wyświetlające numer, czas pozostały do przyjazdu oraz przystanek końcowy najbliższych linii. Fajne, bo podchodząc z bagażem do przystanku widziałem od razu, że za 4 minuty będę miał "0" pod sam dom :) Ładnie.
Trzecia uwaga: w Zielonej jest mniej śniegu niż w Poznaniu.
Czwarta uwaga: TLK którym wracałem do Poznania jechało prawie o 30 minut dłużej niż osobowy, ale za to miało bardzo przyzwoite grzanie.
Poprawka do czwartej uwagi: TLK mają obowiązkowe miejscówki, ale ludzie i tak nie umieją usiąść na swoim miejscu. W moim przedziale dwie osoby się próbowały wepchnąć na siłę. Jedna pomyliła numer (na bilecie miała numer 61, a próbowała usiąść na miejscu 41), a druga numer wagonu. Oh well.
Luźna uwaga: kolejny raz (czwarty? piąty?) kupując bilet na TLK z Zielonej Góry do Poznania dostałem miejscówkę na wagon 7, miejsce 46 (niepalący, przy oknie). Serio.
No i ostatnia rzecz, związana z tytułem wpisu. Osiągnąłem kolejny poziom wtajemniczenia w byciu przekaźnikiem elektronów. Dzisiaj odkryłem, że nie potrzebuję wcale metalu, wody ani ciała Aniołka żeby posłać iskrę elektryczną. Aha. Jestem już tak dobry, że pruję iskrami w... drewniany regał, którego część zaadoptowałem sobie na stanowisko komputerowe. Iskierki sobie wesoło skaczą z moich palców na okleinę płyt wiórowych, z których jest zbity regał. Odkryłem to, gdy się oparłem o półkę i iskra wyszła mi z nadgarstka.
...zaczynam się czuć jak w pierwszych minutach jakiegoś odcinka X-Files. Brakuje jeszcze tylko, żeby mnie piorun trzepnął (co oczywiście bym przeżył). Oczywiście piorun by musiał rypnąć z jasnego nieba. Kilka razy, żeby nie wyglądało na przypadek. A potem bym zaczął nadużywać mojej mocy i dzielny agent Duchovny by mnie musiał zastrzelić. Moje 10 minut sławy :)
...a żeby było jeszcze bardziej tajemniczo, literacko-kafkowsko wręcz, to przyznam się, że każdego ósmego dnia miesiąca otrzymuję od tajemniczego darczyńcy przelew na kwotę 10 zł 81 gr (za każdym razem dokładnie ta sama kwota). Od ponad pół roku. Każdego ósmego dnia miesiąca. To nie żart.
Jestem blogerem, który nie musi blagować, bo własne życie ma już wystarczająco dziwne.
Jakim cudem ja się w ogóle uchowałem tak normalny do tej pory? :)