ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Rok 2007, 46 wpisów
Zima się zaczyna?

Dzisiejszej nocy balkonowy termometr zanotował mi 0,5 stopnia poniżej zera. To jak na razie najniższa temperatura jaką udało mi się zaobserwować tej zimy w Londynie. I zarazem pierwszy raz, gdy temperatury spadły poniżej zera. Ciekawe, czy jeszcze bardziej poleci?

Teraz jest pewnie jakieś 0-2 stopnia w plusie...

Na śnieg nie mam raczej co liczyć, ale chwilowy przymrozek wystarczył, by londyńska mgła skropliła się na chodnikach i zamarzła w niewidzialną warstewkę lodu. Mało się nie wywróciłem w drodze do pracy gdy kawałek znajomego chodnika zaskoczył mnie śliskością. Inni ludzie też mieli problemy. To nienormalne, żeby się tak ślizgać gdy nigdzie nie widać ani krzty śniegu... moje dotychczasowe zimowe doświadczenia nie mają tu większej wartości.

Refleksja poranna

Potrzebuję trzeciego monitora do pracy. Dwa przestają mi wystarczać.

Idealny byłby chyba jakiś widescreen i dwie standardowe 17" po bokach. Tylko jaką kartę graficzną trzeba mieć żeby to uciągnąć?

Google Web

Lubię usługi Google. Lubię ich rewelacyjną przeglądarkę wyszukiwarkę. Prywatne konto mam na GMailu i korzystam z niego tylko poprzez przeglądarki WWW. Lubię Google Notebook, Google Bookmarks (ostatnio sprzężone z Notebook), Google Readera... Uwielbiam Google Maps i Google Earth. Z Calendara nie korzystam za bardzo, ale gdybym był typem człowieka prowadzącego terminarz, to też bym go bardzo lubił.

To uzależnienie, spójrzmy prawdzie w oczy. Im dłużej używam jakiejś usługi, tym trudniej mi potem z niej przejść na coś innego.

Dzisiaj zauważyłem, że Googlowe Picasa Web Albums przestało działać poprawnie pod Operą. Nigdy nie działało tak dobrze jak w FF, ale teraz nawet pojedyncze zdjęcia się nie wczytują (czyli podstawowa funkcjonalność nie działa). Ot, googlowy monopol i wspieranie browserów.

Coraz poważniej zastanawiam się nad zapłaceniem za konto na flickerze. Jakiś hosting zdjęć by mi się przydał, a flickerowy interfejs zawsze dużo bardziej mi się podobał -- ale musiałbym zapłacić za konto, bo darmowe jest zbyt ograniczone. Myślałem, że Picasa będzie niezłym wyborem (zwłaszcza, że tak dobrze integruje się z desktopową Picasą), a tu znowu typowe dla Googla problemy wyskakują.

Wrrr.

Londyn jest ładny

Tytułowa myśl przyszła mi do głowy gdy spacerowałem sobie w okolicach stacji metra Holborn.

Wyszedłem sobie na przerwie lunchowej z zamiarem kupna jakiejś zabawki (padło na obiektyw do aparatu, taki malutki). Do wyboru miałem kilka sklepów w okolicy, UK-owskie sklepy wysyłkowe oraz oczywiście prawie bezkonkurencyjny import z Hongkongu (trzeba się tylko modlić, żeby cła nie przywalili po drodze).

Ale oprócz tego znalazłem też Microglobe, w którym wiele towarów jest tylko odrobinkę droższa niż najtańsze ebayowe przesyłki z Chin.

Microglobe znajduje się niedaleko stacji Holborn. Pracuję niedaleko stacji Chancery Lane. Holborn i Chancery Lane to sąsiednie stacje jednej z linii londyńskiego metra.

Więc postanowiłem skoczyć na Holborn. Wydrukowałem mapkę okolic Holborn i Microglobe (jak dobrze mieć Google Maps!) i poszedłem na przerwę.

Piękna pogoda. Naprawdę całkiem ciepło, bardzo słonecznie, aż chce się żyć.

Londyn jest niesamowity - ciągle zadzieram głowę, bo budynki ciągną się dziesiątkami metrów w górę. I są to nie tylko nowoczesne drapacze chmur, ale i tradycyjne puby, kamienne kaplice, ceglane domy i sklepy... A wszystko pocięte londyńskimi, chaotycznymi, przewężonymi ulicami, przez które ludzie przechodzą nie zwracając większej uwagi na ruch samochodowy (w Londynie piesi skutecznie wymuszają sobie pierwszeństwo zawsze i wszędzie, a zebry są tylko po to, żeby było lepiej widać granice ulic ;)

Masa ludzi - niektórzy się spieszą, inni idą gdzieś powoli. Wszystkie możliwe mieszanki kolorów, ras, styli. Rozbawiło mnie np. dwóch młodych facetów w garniturach -- przez jakiś czas szli równo ze mną, a jeden "prowadził" piłkę. Taką zwykłą piłkę do nogi. Tłum ludzi, faceci odpicowani w garniturkach jak bankierzy czy inni finansiści, a on sobie spokojnie kopie piłkę. W centrum miasta, przechodząc przez ulicę itp. Dobry był -- ani razu mu nigdzie nie uciekła, nikogo nie uderzyła. Wyglądało to jak jakaś reklama TV. (...)

Czytaj dalej...
Dlaczego faceci nie powinni pracować dla kobiecych pisemek

Z firmowej poczty. Rubryka z listami od czytelników szukających porad życiowych. Przepraszam że nie po polsku, ale nie chciało mi się tłumaczyć :)

Dear Walter:

I hope you can help me here. The other day I set off for work leaving my husband in the house watching the TV as usual. I hadn't gone more than a few hundred yards down the road when my engine conked out and the car shuddered to a halt. I walked back home to get my husband's help.

When I got home I couldn't believe my eyes. He was parading in front of the wardrobe mirror dressed in my underwear and high-heel shoes, and he was wearing my make up. I am 32, my husband is 34 and we have been married for twelve years. When I confronted him, he tried to make out that he had dressed in my lingerie because he couldn't find his own underwear. But when I asked him about the make up, he broke down and admitted that he'd been wearing my clothes for six months. I told him to stop or I would leave him.

He was let go from his job six months ago and he says he has been feeling increasingly depressed and worthless. I love him very much, but ever since I gave him the ultimatum he has become increasingly distant. I don't feel I can get through to him anymore. Can you please help?

Sincerely,
Sheila

Dear Sheila:

A car stalling after being driven a short distance can be caused by a variety of faults with the engine. Start by checking that there is no debris in the fuel line. If it is clear, check the jubilee clips holding the vacuum pipes onto the inlet manifold. If none of these approaches solves the problem, it could be that the fuel pump itself is faulty, causing low delivery pressure to the injector chamber.

Walter

Zaskoczenie!

Zima zaskoczyła drogowców. Frekwencja zaskoczyła komisje.

PS. Wybory w konsulacie w Londynie.. Trzeba było odstać trzy godziny żeby spełnić swój "obywatelski obowiązek".

Paczka ze sklepu internetowego

Kurier dostarczył mi dziś sporą (lecz lekką) paczkę z paroma drobiazgami ze sklepu komputerowego.

Klawiatura Logitech Premium (coś jak Ultra-X Flat MK2) - przypadła Aniołkowi, ale może się o nią upomnę jeśli puści mi samokontrola - ta klawiórka jest taaaak seksi...

Jakiś czytnik kart CF/SD/XD/... (Trust 42in1, ugh) - no ale był bardzo tani, a że czasem żałowałem, że nie mam...

No i najbardziej wyczekiwany kawałek zestawu - Creative X-Fi Audio. Gdy kupowałem nowy komputer, to odpuściłem sobie kartę dźwiękową i korzystałem ze zintegrowanego układu. Ale ileż można? Więc zamówiłem najtańszy model z serii X-Fi.

Było warto :) Muzyka w końcu brzmi tak jak powinna, procesor w tych kartach wyposażono w bardzo sympatyczny "podrasowywacz", wyspecjalizowany ponoć w przetwarzaniu muzyki pochodzącej z empetrójek i innych podobnych formatów (nie trzeba go oczywiście używać). Mi granie tej karty się w każdym razie bardzo podoba - akcentuje wokale i niektóre z ostrzejszych instrumentów, podbija basy i rozszerza całą scenę (reszta cech nie zmieniła się chyba specjalnie od czasów Audigy 2). Więc następne na mojej liście zakupów będą jakieś porządniejsze słuchawki. Może jakieś Sennheisery z ciut szerszym zakresem częstotliwości?

Aha, karty X-Fi nie działają pod Linuksem... :(

Klasowe wyjazdy

W trakcie mojej edukacji przeszedłem podstawówkę, drugą podstawówkę, liceum ogólnokształcące i studia wyższe.

Na każdym etapie poznawałem jakichś ludzi, z którymi prędzej czy później kontakt mi się zrywał.

Najdłużej wytrzymały relacje z paroma osobami z drugiej podstawówki, bo przeżyły czas ogólniaka i parę lat studiów. Niestety, urwało się. Mój rok na studiach też nie należał do specjalnie zgranych, więc wystarczył rok bym i ze współstudentami stracił kontakt.

c'est la vie.

Nie jestem specjalnie aktywny społecznościowo (choć mam konta na Spinaczu, last.fm i paru innych takich), pewnie dlatego, że kiedyś dałem się namówić na Grono. Mimo tego postanowiłem zobaczyć co takiego jest w naszej-klasie.

Nie będę opisywał samego serwisu czy funkcjonalności, powiem tylko, że udało mi się dzięki niemu odnaleźć ładnych parę osób z mojej przeszłości. Fajno :)

Ludzie często podają w swoich wizytówkach miasto, w którym przebywają. Przeglądając listy swoich znajomych, i znajomych znajomych, zauważyłem coś niezbyt fajnego.

Może po prostu pokażę listę moich znajomych:

-- edit --

15 osób, z czego 5 (33%) na emigracji. U innych osób procentowy wskaźnik "wyjechanych za granicę" znajomych wynosi od kilku do ~40%.

Jeśli nic się nie zmieni, to Polska niedługo bardzo boleśnie to odczuje...

Dzisiaj jadę po mojego D80

Właśnie dostałem sms-a potwierdzającego, że mogę odebrać swoje zamówienie na Canary Wharf, W14 5AB, za jedyne 669,88 funtów.

Oznacza to, że wieczorem powinienem trzymać w łapkach mojego własnego D80, na razie z kitowym obiektywem 18-70mm.

:)) coś czuję, że dzień w pracy będzie mi się dłużył dzisiaj...

Aha, zamówienie złożyłem niecałe 2h temu. Szybka obsługa, nie ma co.

Z przypadłości komputerowych

Zdarza mi się sporo pisywać przy użyciu klawikordu komputera. I idzie mi to całkiem nieźle - bezwzrokowo, w szybkim tempie i w ogóle. Zauważyłem jednak ciekawe literówki które zaczynam robić gdy jestem już naprawdę zmęczony. Oddźwięczniam litery. Zamiast "b" piszę "p", zamiast "g" piszę "k" itp. I np. zamiast "starego" wychodzi mi "stareko". A z "wychodzi" robi się "wychoci".

Fascynujące.

Nie jest to taka typowa literówka ani palcówka, bo trafiam w klawisze bezproblemowo. Coś się psuje za to w sposobie w jaki myślę o słowach (gdy piszę, to tak naprawdę mówię do siebie w myślach).

Przypuszczam, że pod koniec długiego i pracowitego dnia część mózgu zaczyna się odłączać i na powierzchnię wyłazi coś, co normalnie by było wytłumione. Coś, co każe mi pisać przy użyciu jak najmniejszej liczby dźwięcznych dźwięków.

Robię takie błędy bardzo konsekwentnie (i strasznie mnie to irytuje), ale nie jestem w stanie nad tym zapanować. Te pomyłki są znakiem, że pora już iść spać, bo bez odpoczynku będą się tylko nasilać.

Zastanawia mnie czy to coś częstszego? Nie mogę uwierzyć, że pod wpływem zmęczenia tylko ja zaczynam mieć takie specyficzne problemy z ortografią. No i musi być jakieś naukowe wytłumaczenie. Powód, dla którego zmęczony Hoppke woli mniej dźwięczne literki. Czyżbym gdzieś głęboko w środku myślał wyłącznie przy użyciu twardszych, suchych literek? Czy jestem kryptodźwięcznofobem?

Moja przyszła nowa zabawka

Od przyjazdu do UK jestem pozbawiony własnego aparatu, bo swojego znakomitego, acz nieco wysłużonego i nienajnowocześniejszego Olympusa zostawiłem siostrze w Polsce.

Mam więc powód (pretekst? ;) by kupić sobie coś nowego.

Dla ułatwienia zawęziłem sobie już na starcie wybór do Canonów i Nikonów, a po pewnym researchu do duetu Nikon D40X i Nikon D80.

Ech, udręka wyborów... to przez nią nie kupiłem sobie laptopa -- nie umiałem sprecyzować swoich potrzeb (a raczej precyzowałem je przez "ma być lekki, mały, szybki, z dużym ekranem, mocną kartą graficzną, i długo trzymać na akumulatorze").

Z aparatami na szczęście jest ciut inaczej, więc przedwczoraj udało mi się podjąć decyzję: kupię sobie Nikona D80 :)

Nie wiem jeszcze kiedy i gdzie, ale najważniejsza część - wybór modelu - już, mam nadzieję, za mną :)

Auć

Przedwczoraj pod koniec dnia jeden z firmowych adminów zapytał mnie, czy nie chciałbym dostać nowej maszyny. Po chwili wahania zgodziłem się, bo czemu by nie. I następnego dnia ją dostałem. Troszkę lepsza moc (2x2.16GHz zamiast 1x2.8GHz), tyle samo ramu, nieco większy i nieco szybszy dysk, no i przy okazji odświeżony WinXP. Wszystko opakowane w sympatycznej wieży Della Dimension 9200 (poprzednio korzystałem z Dimension 3100). Do tego montowany w szufladce 5,25" czytnik kart pamięci (SM, CF, SD, xD, ...). Sprawdzę jakie ma transfery i może kupię sobie taki do domu?

Ale są też dwa minusy. Przenoszenie środowiska itp. zabrało trochę czasu (głównie przerzucenie przez sieć projektów z którymi pracuję ze starego komputera na nowy), ale z tym się liczyłem. Dużo gorzej wypadła sprawa monitorów. Do tej pory pracowałem na dwóch 17" LCD z kablami D-SUB. A nowy komputer ma kartę z jednym złączem DSUB i jednym DVI, więc chwilowo mam podłączony tylko jeden monitor i czekam na przelotkę DVI/D-SUB do drugiego.

I... ech. Szybko się przyzwyczaiłem do wygody pracy z dualscreenem. Teraz, gdy tak siedzę i jeden z monitorów pokazuje tylko czerń czuję się jakbym oślepł na jedno oko.

Człowiek za szybko przyzwyczaja się do wygody. I cierpi gdy się mu ją potem odbierze. Gdzie moja przelotka?!

Uśmiech z rana

http://imgs.xkcd.com/comics/lisp_cycles.png

Inne 10 dni

Minęło 10 dni od mojego przylotu do Londynu. Jutro, jeśli nie wyskoczy coś nieoczekiwanego, wprowadzam się do prywatnie wynajmowanego mieszkanka :)

Praca została oficjalnie przyklepana w tydzień od przylotu, w poniedziałek zacznę i podpiszę papierki. Na początek kontrakt próbny na 3 m-ce, z tygodniowym wypowiedzeniem (nie będzie potrzeby z niego korzystać... :) i 25-ma dniami urlopu w roku. Stawka to 30k brutto rocznie, dopasowywana co rok w kwietniu. Nie miałem ochoty czytać jeszcze całego kontraktu, ale jest chyba dość standardowy. Wydaje mi się, że bardzo dobrze trafiłem z firmą - no ale to wyjdzie w praniu.

Firma znajduje się w odległości może 500 metrów od biura, w którym pracuje Aniołek. Więc jeździć będziemy tą samą trasą, wysiadać na tej samej stacji metra. Wygodne.

Trasa z domu do pracy będzie wyglądała jakoś tak. Strona Transport For London mówi, że jadąc ścieżkami rowerowymi będzie to 8km z hakiem, a gdyby ścinać mało uczęszczanymi uliczkami, to może jeszcze mniej wyjść. Więc może w końcu będę rowerkował do pracy?

Hmm, czy powinienem o czymś jeszcze wspomnieć? Na razie mi nic do głowy nie przychodzi.

Aha, równolegle prowadzimy z Aniołkiem też mały blog emigracyjny, London Geeks, trochę mniej osobisty, ale bardziej aktywny ostatnio.

10 dni

10 dni.

Zostało mi 10 dni w kraju, 5 dni w pracy. Staram się o tym nie myśleć za bardzo, żeby skala wyzwania i wszystkie możliwe komplikacje do mnie nie dotarły. I żeby mnie nerwy nie zjadły.

Przeprowadzka. Emigracja. Iiik!

Myśl!

Szykuje się nam (narodowi) jakiś nowy system PESEL2, czy coś w ten deseń. Są organizowane przetargi, wygrywają je firmy itp. Standard.

Jednym z wykonawców ma być ponoć firma Pro-Info. Super, ale czy mają kompetentnych pracowników? Bo jeśli ich strona pozwala zainkludować zewnętrzne treści (o, np. tak), to...

Książkowy przypadek bezmyślności i żałosnego braku jakiejkolwiek wiedzy czy doświadczenia... Ale to nie przeszkadza w podpięciu się pod lukratywny kontrakt finansowany przez podatników.

I co się dziwić, że z takimi (pod)wykonawcami żaden państwowy projekt informatyczny nie wychodzi tak jak powinien?

500

Madness? This is SpaPoland!

MajEsKuEl

Jest sobie serwer MySQL, jest sobie baza jego. Baza jest fizycznie złożona z pliku bazy i pliku indeksów.

Jeden z indeksów jest zbędny, więc go usuwam.

Usuwanie trwa podejrzanie długo i podejrzanie mocno mieli dyskiem.

Zaglądam więc do katalogu z bazami i co widzę? Ano widzę, że MySQL przy usuwaniu jednego z indeksów robi kopię pliku z indeksami oraz KOMPLETNĄ KOPIĘ BAZY.

Uch. Nie rozumiem tego.

A myślałem, że dużym przegięciem jest już to, że nazwy baz są case-insensitive w MySQL pod Windows i case-sensitive w MySQL pod unix-like. Każdego dnia się człowiek czegoś uczy...

Telefon

Zadzwonił dziś mój telefon. Patrzę na wyświetlacz - numer zastrzeżony. Odbieram.

- Halo?
- (jakiś kobiecy głos) Halo. (chwila milczenia)
- Tak? (dociekam)
- (jakieś stłumione śmiechy w tle, po czym ten sam kobiecy głos) Czy widział pan kiedyś końskie gówno?
- (zatkało mnie, więc milczę. Po paru przemilczanych sekundach kobieta się rozłącza)

Aniołek pyta "Kto dzwonił?". I jak tu powiedzieć prawdę?

Zfs

Od miesięcy mam na pulpicie jakiegoś PDF-a o zfs. Wczoraj go przeczytałem.

Jestem pod wrażeniem. Serio. Chciałbym to zobaczyć w akcji na moim komputerku.

Ktoś wie czy/kiedy to ma szansę wyjść na Linuksa? Pomijam portowanie pod Fuse, chodzi mi o zwykły moduł podpięty bezpośrednio pod linuksowe VFS.

Bu :(

Właśnie rozmawiałem z moim pracodawcą i zakomunikowałem mu, że od lipca planuję być w Londynie, i będzie to pobyt raczej długoterminowy (trzymać kciuki! :), i że w ogóle się przeprowadzać będę.

W związku z czym nasza współpraca... no wiadomo.

Dzielnie to przyjął.

Czeka mnie teraz sporo dodatkowej roboty z pisaniem dokumentacji i instrukcji, bo jest parę projektów które tylko ja znam na wylot (głównie to, co sam pisałem), a mam zamiar wszystko udokumentować. Bo generalnie miły jestem i zawsze myślę o bliźnich.

Ech. Szkoda będzie to zostawić, bo miejsce i ludzie fajni. I płaca też. Tym bardziej szkoda, że w niedalekiej przyszłości kroi się tu jeszcze kilka zarąbistych projektów dla kogoś takiego jak ja.

Smutno mi. Ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować, żeby dłuższą perspektywę mieć lepszą. Co nie? Prawda? Tak trzeba, no nie?

Najpopularniejsze API dla bloga?

Mam zamiar uaktualnić sobie nieco aplikację Repo (przy okazji podszlifuję znajomość jednego czy dwóch frameworków), a przy okazji chciałbym zaimplementować jakieś standardowe API blogowe (nie wiem jeszcze jak działają, liczę na coś ze świata webservice, ale tego się dowiem).

No i tutaj mam pytanie techniczne. Pytanie do blogujących. Jakie API warto implementować? Co ma najszersze wsparcie? MovableType? Blogger? Coś innego?

...no i może od razu zmieniłbym look. Na jakiś jaśniejszy. Bardziej kolorowy. I pastelowy. Jak nowy Jogger ;)

And now for something completely different

Cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu powodowany pracą, dodatkowymi zleceniami, lenistwem oraz zarywaniem wolnych godzinek przed Neverwinter Nights (Lilka sobie kupiła NWN razem z dwoma dodatkami, a ja jej podebrałem i pogrywam sobie. Fajnie jest mieć geek girlfriend :)

Ale ad rem. Jako że w mandrivie znowu się trochę rzeczy rozjechało (m.in. devpts przestał się poprawnie montować na niedystrybucyjnych kernelach, a skrypty startowe zaczęły pluć dziwnymi błędami - wiem wiem, jakbym nie wyłączył bootsplasha, to bym tego nie widział) a mnie znowu naszła ochota na przemeblowanie, to i posadziłem sobie Ubuntu.

Podchodziłem do tego systemu już wcześniej, ale ze względu na masę niedoróbek i braki pakietów postanowiłem jeszcze odczekać jedno-dwa wydania.

No i właśnie minęło to jedno-dwa wydania, a że akurat wyszło Ubuntu Feisty, to i skorzystałem.

I... jest OK. Od jakiegoś już czasu korzystam z Gnome (ale przeglądarką jest Opera, odtwarzaczem Amarok, przeglądarką procesów qps, a gdyby Brasero nie dawał rady, to mam zawsze K3b w odwodzie), więc Ubuntowa koncentracja na Gnome mi bardzo pasuje.

System jest ładny i estetyczny, bardzo profesjonalnie wykończony (mówiąc "profesjonalnie" mam na myśli taki profesjonalizm pokroju Apple). Kolorki są OK, o ile lubi się brąz, kolory ziemi i ostry pomarańcz. Ikonki bardzo ładne. Całość schludnie opakowana.

Instalator bardzo sprawny i szybki, minimum pytań, minimum ingerencji usera (to częściowo i wada). Aha, wykrył moją instalację Windowsa i zaproponował import windowsowych kont na Linuksa :) Pierwszy raz widziałem coś takiego, bardzo miły akcent. Nie skorzystałem, bo moje windowsowe konta są czyste i służą tylko do odpalania egzotycznego softu windows-only, ale wielu userów pewnie doceni możliwość zaimportowania sobie dokumentów czy tapety.

System jest z definicji single-user (bo każdy może zrobić "sudo su", a rasowe konto roota jest początkowo bezużyteczne), ale o dziwo bez autologowania. (...)

Czytaj dalej...
Fakty z życia

Dzisiaj przytoczę trzy fakty:

  1. Można stworzyć 100% sztuczny rendering, który będzie wyglądał jak żywy człowiek z gumowymi uszami (jak hobbit z gumowymi stopami w ekranizacji Władcy Pierścieni).
  2. Charlie Chaplin wziął kiedyś potajemnie udział w konkursie na swojego sobowtóra. Zajął siódme miejsce, nie dotarł do rundy finałowej.
  3. W życiu mężczyzny wszystko kręci się dookoła jedzenia, cycków i budowania cywilizacji.
Sklep lepszy od urzędu

Mam ja sobie dowód osobisty. Taki zwykły, zielony, "książeczkowy". Chciałbym go sobie wymienić na nowomodną plastikową kartę. Zresztą niedługo i tak bym musiał.

Muszę złożyć wniosek o wydanie nowego dowodu, dowód wpłaty na konto urzędu oraz odpowiednie zdjęcia. Dowód zostanie wydany w przeciągu miesiąca.

Problem polega na tym, że muszę to zrobić w Urzędzie Miejskim w Zielonej Górze, a przebywam w Poznaniu.

Wychodzi więc na to, że muszę przejechać się do Zielonej Góry by złożyć papiery, a potem powtórzyć wycieczkę by dowód odebrać.

Doinformowałem się w urzędzie i wychodzi na to, że nie mogę wysłać wniosku, zdjęć i dowodu wpłaty listem poleconym. Muszę to zrobić osobiście, bo jeśli dobrze zrozumiałem, to na wniosku znajdzie się mój podpis, który zostanie zeskanowany i umieszczony na dowodzie. I podpis ten musi zostać "poświadczony" przez urzędnika.

Nie znam procedury składania wniosku, ale jestem prawie pewny, że mógłbym zanieść podpisany już wniosek i urzędnik by go przyjął bez zmuszania mnie do podpisywania papierków na jego oczach. Ale nie mogę tego wysłać pocztą.

Oczywiście urząd w soboty jest zamknięty, a gdy jest otwarty, to tylko do 15:30.

To pewna komplikacja dla kogoś, kto w trakcie tygodnia wychodzi z pracy około czwartej-piątej.

Nie załatwię tego w weekend, więc będę pewnie dwa piątki musiał wziąć wolne i jechać do Zielonej Góry.

Najgłupsze jest to, że nie mogę tego załatwić przez urząd w Poznaniu, bo on mógłby mi pomóc tylko gdybym miał tu meldunek na przynajmniej trzy miesiące. A przynajmniej przyjąć dokumenty, bo nie wiem jak z wydaniem nowego dowodu.

Jednym słowem - kicha. Rozumiem jeszcze to, że dowód muszę odebrać osobiście. OK. Ale żeby wniosku nie móc złożyć korespondencyjnie? Albo żeby nie móc załatwić tego przez najbliższy mi urząd miejski? W dobie informatyzacji?

...kupiłem sobie w zielonogórskim Deichmannie buty. Przechodziłem w nich zimę, pod koniec sezonu na jednym bucie pękła skóra. Zaniosłem do najbliższego poznańskiego Deichmanna. Przyjęli. Jeszcze nie wiem jak rozpatrzyli reklamację, ale przynajmniej nie odsyłali mnie do miejsca zakupu.

Uwaga, Facebox

Wypełnię swój obowiązek internauty i pomogę w rozprzestrzenianiu się ostrzeżenia. Strzeż się faceboxa.

Webtest wyznaniowy

Za "which religion is the right one for you".

You scored as agnosticism.

You are an agnostic. Though it is generally taken that agnostics neither believe nor disbelieve in God, it is possible to be a theist or atheist in addition to an agnostic. Agnostics don't believe it is possible to prove the existence of God (nor lack thereof). Agnosticism is a philosophy that God's existence cannot be proven. Some say it is possible to be agnostic and follow a religion; however, one cannot be a devout believer if he or she does not truly believe.

agnosticism 96%
Paganism 79%
Satanism 75%
Buddhism 71%
Islam 67%
atheism 67%
Christianity 50%
Judaism 42%
Hinduism 33%

O przyzwyczajeniach

Prawda, że przyzwyczajenia są drugą naturą?

Siedzę dziennie po kilkanaście godzin przed monitorem komputera/komputerów, jest to więc spora część mojej aktywności. I w pewnym momencie spostrzegasz, że dorobiłeś się już nawyków, małych przyzwyczajeń. Rzeczy, bez których nie możesz/nie chcesz pracować (a jak musisz, to cierpisz za miliony).

Moje nawyki/preferencje to:

A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaczynają mi się dodatkowo podobać monitory widescreen. Aczkolwiek to może dlatego, że sam posiadam monitor 17" i bardzo podoba mi się Eclipse mający w poziomie więcej niż 1280 pikseli. Gdybym miał kupować sobie nowy monitor, to pewnie i zwykły 4:3 by mi się bardzo podobał, o ile by miał ze 20" :)

PS: Innym moim nawykiem jest Linux jako system operacyjny, ale oczywiście nie wszędzie mam ten komfort :(

A jakie Ty masz nawyki? Jakieś konkretne elementy wyglądu, marki, programy? A może napoje "do picia przed monitorem"?

A co TY zrobiłeś dla polskiej edukacji?

Nie mam sił, więc tylko podlinkuję:

Sam news oraz tło społeczne wyróżnionego człowieka. No brawo, brawo.

A najlepszy w tym wszystkim jest ten cytat z Gazety:

Prezes ZNP przypomina, że kilka miesięcy temu minister Giertych odrzucił wszystkie 285 rekomendowanych przez ZNP kandydatur do Medalu KEN.
- W tej grupie były osoby naprawdę zasłużone dla polskiej oświaty - mówi Broniarz. - Co ciekawe, wszyscy oni zostali pozytywnie zweryfikowani przez komisję powołaną przez ministra Giertycha. On jednak wyrzucił te kandydatury do kosza, bo rekomendował je ZNP.

I tu moje parę słów własnego komentarza: My wszyscy, niestety, ponosimy odpowiedzialność. Ci, którzy nie poszli do wyborów (bo pozwolili innym decydować). Ci, którzy głosowali na PiS (bo to on przecież wypromował Wysokiego Ministra Edukacji byle tylko utrzymać się przy korycie). Ci, którzy głosowali "za mniejszym złem" lub oddali "antygłosy" też ponoszą odpowiedzialność, bo najwidoczniej trzeba się było bardziej uaktywnić społecznie i zaciągnąć do lokalu swoich znajomych. Cóż, takie czasy.

Wychodzi na to, że nie można mieć do nikogo pretensji, bo wszyscy jesteśmy winni w jakiś sposób.

Na szczęście granice są jeszcze otwarte. I to naprawdę dobra myśl.

PS: Czy tylko ja czuję się coraz bardziej wyalienowany w Polsce, ojczystym kraju?

Don't hurt the web

...use open standards.

Prawda, że fajna akcja?

Ja to Przetłumaczyć

Z racji bycia językoznawcą (przynajmniej z wykształcenia), dość bliski jest mi temat automatycznej translacji tekstów. Za pomocą komputerów. Wiadomo, babelfish i inne takie. Jak wszyscy wiemy, efekty są często rozkosznie nieporadne. Jak np. to automatyczne tłumoczenie :)

Smark, smark

Choroba jakaś mnie wzięła. Mam katar, gardło drapie, nos pali... na szczęście już przeszły mi zawroty głowy oraz ból w okolicach brzucha i nerek, więc może osiągnę dziś w pracy jakieś 70% wydajności.

To pewnie ta zdradliwa, prawie wiosenna pogoda. Niby ciepło, niby słonecznie, ale mój układ odpornościowy jest tak rozmiękczony po zimie, że już coś złapałem.

No ale przynajmniej nie powinno przejść w grypę. Bo się przezornie zaszczepiłem swego czasu, więc większość prognozowanych w tym sezonie szczepów nie powinna się mnie imać.

Aaaa-psik.

Bez sensu. Takie ładne słońce za oknem, a ja kicham i smarkam...

A najdziwniejsze jest to, że kiedy jestem na zewnątrz, to czuję się całkiem nieźle. Gorzej mi się robi gdy wejdę pod dach. Pewnie organizm wychodzi z "trybu survival" :)

Jedno z najgroźniejszych stworzeń świata

Jednym z najgroźniejszych stworzeń świata jest regexp pospolity (lat. regexpus vulgaris). Błędnie zastosowany znacząco wpływa na przyrost naturalny populacji tzw. bugów.

Od rana próbowałem dojść, czemu z wynikowych dokumentów znikają mi pierwsze dwie linijki na stronie tytułowej. Powodem była nadmiarowa gwiazdka w regexpie. Do regexpów trzeba z szacunkiem...

5-Łańcuch

Nooo więc zostałem załańcuszkowany przez Lili (a może i przez kogoś jeszcze, ale tylko ona mi dała o tym znać).

Hmm. Co by tu...

  1. Nie mogę jeść rosołu z kury. Takiego prawdziwego. Grożą mi po nim straszne migreny. Trapi mnie to już od dziecka i zdaje się być dziedziczne, bo dotyka sporej liczby mężczyzn w mojej rodzinie (co drugie pokolenie od strony matki, widać odziedziczyłem to po dziadku, a on po swoim dziadku itp.)
  2. Jako mały żłobkowicz i przedszkolak upierałem się, żeby nosić wstążki i spinki we włosach. Bardzo trudno było mnie też oduczyć mówienia "chciałam, poszłam, zrobiłam". Widać brałam przykład ze starszych sióstr ;)
  3. Mam dość pomieszaną edukację: na początku podstawówki miałem średnie zwykle koło 5,0, potem mocno spadłu, ósmą klasę skończyłem ze średnią ~3,9. Nie mogłem być na balu pożegnalnym, bo skręciłem nogę. Poszedłem do LO na profil mat-inf (przekształcony mat-fiz). Na maturze z polaka wybrałem interpretację poezji, średnia z egzaminów maturalnych to 5,4. Nie byłem na studniówce, bo akurat miałem wstawiany metalowy bolec w szczękę. Studiowałem filologię germańską (specjalizacja: językoznawstwo, magisterka z frazeologii) i dorabiałem malowaniem, spawaniem, kryciem dachów etc. Nigdy nie dawałem korepetycji. Pracuję czasem jako tłumacz jęz. angielskiego. Etatowo jestem programistą Javy.
  4. Około trzeciej-piątej klasy podstawówki uprawiałem z moim klasowym kolegą Irkiem "kreatywny" recycling. By mieć pieniądze na drobne wydatki (jak np. lizaki "HIT" na kartonowych patyczkach, albo ponoć rakotwórcze gumy "Turbo") sprzedawaliśmy złom na złomowisku. Złom pozyskiwaliśmy z tegoż samego złomowiska (kreatywne, czyż nie? :) Przełaziliśmy w niestrzeżonym miejscu przez ogrodzenie na tyłach złomowiska i przerzucaliśmy na zewnątrz co ciekawsze kawałki złomu. Potem pakowaliśmy je do jakiegoś worka i targaliśmy na front złomowiska celem odsprzedaży. Aha, pewnego znalezionego kawałka nie sprzedałem, lecz zabrałem do domku -- było to wyprodukowane przed '39 urządzonko do odpalania ładunków wybuchowych. Z niemieckim wojskowym adlerkiem Wehrmachtu. Odrestaurowałem, wymieniłem okablowanie, naoliwiłem, odmalowałem, szpanowałem przed wszystkimi w klasie i na osiedlu. Działało!
  5. Jako bardzo młode pacholęcie zrobiłem kupę do popielniczki, wbiłem w to świeczkę, ustawiłem na ławie w pokoju gościnnym, a rodzicom starałem się ponoć wytłumaczyć, że zrobiłem torcik. Ja wolę nie pamiętać tego epizodu, ale rodzice mi czasem dokuczają tą opowieścią.

OK, to moje ogniwo w tym łańcuszku. Na kolejnych załańcuszkowanych typuję da.killę, Dentharga i harnira. Wiem, że to nie piątka, ale przy tych osobach mam pewność, że się nie obrażą. No :)

Hoppke.sync();

Czas na kolejny update. Najpierw sprawy zawodowe. Dzisiaj mija mi pierwszy miesiąc w nowej firmie, chcą mnie zatrzymać sobie. A ja nie mam nic przeciwko :) Powinno być fajnie, zwłaszcza gdy wyrwę się z Saxona/XSLT/odrobiny PHP (BRRRR!) i będę mógł więcej javować. Bo chwilowo javowanie ograniczało mi się do pisania antowego taska i tworzenia w javie XML-a. Aha, jak dostanę w końcu pierwszy przelew, to będę jeszcze bardziej zadowolony. W końcu rachunki trzeba z czegoś opłacać :)

Inna sprawa -- sklep o nazwie Znak. Będę ich unikał, i innym też radzę. Mają chyba ambicje bycia konkurencją dla Komputronika, ale... ech. Opowiem.

Szukałem sobie kolejnej karty SD do mojej Sansy (odtwarzacza MP3). Mam kartę SD 1GB (czyli 1,5GB miejsca na muzykę jeśli wliczy się wbudowane w plejer 512MB), ale trochę mnie to ograniczało, więc pomyślałem o dokupieniu sobie kolejnej karty -- tym razem 2GB. Upatrzyłem sobie taniego i chyba niezłego Goodrama x100. Niestety, w Komputroniku nie mieli takich. A w Znaku były, i to w całkiem fajnej cenie (chyba 89zł). Więc zamówiłem, pojechałem po pracy, zapłaciłem, wróciłem do domu.

I tu się zaczęły schody. Sansa nowej karty SD nie uznawała (wieszała się). Laptop i pocket Aniołka też nie widziały karty. Cyfrówka Canona twierdziła, że karta ma 3,8MB, ale i tak nie da się na niej ani bajta zapisać.

Zacząłem podejrzewać, że karta może być uszkodzona.

No to następnego dnia wybrałem się do Znaku, wymienić kartę. I co? I wielki obciach dla sklepu, bo sprzedawca zażyczył sobie, bym udał się z kartą do ich serwisu (oczywiście położonego poza sklepem), a oni to tam zbadają. No to go zapytałem co ma do tego gwarancja, skoro kupiłem wczoraj wieczorem, przyszedłem do domu, karta w ogóle nie zadziałała na czterech różnych urządzeniach i odnoszę ją od razu? Przecież to chyba podpada pod rękojmię? A on mi na to, że nie ma pewności, czy karta była uszkodzona już w momencie sprzedaży. (...)

Czytaj dalej...
Mój przyjaciel elektron

Właśnie wróciłem do Poznania.

Pierwsza uwaga: pociąg osobowy którym jechałem do Zielonej był prawdziwie osobowy. Dwa przedziały na wagon, kupa ludzi, totalny brak ogrzewania(!)... na szczęście szybko przysnąłem i jakoś przeleciało.

Druga uwaga: w mojej rodzimej Zielonej Górze pojawiły się na niektórych przystankach tablice wyświetlające numer, czas pozostały do przyjazdu oraz przystanek końcowy najbliższych linii. Fajne, bo podchodząc z bagażem do przystanku widziałem od razu, że za 4 minuty będę miał "0" pod sam dom :) Ładnie.

Trzecia uwaga: w Zielonej jest mniej śniegu niż w Poznaniu.

Czwarta uwaga: TLK którym wracałem do Poznania jechało prawie o 30 minut dłużej niż osobowy, ale za to miało bardzo przyzwoite grzanie.

Poprawka do czwartej uwagi: TLK mają obowiązkowe miejscówki, ale ludzie i tak nie umieją usiąść na swoim miejscu. W moim przedziale dwie osoby się próbowały wepchnąć na siłę. Jedna pomyliła numer (na bilecie miała numer 61, a próbowała usiąść na miejscu 41), a druga numer wagonu. Oh well.

Luźna uwaga: kolejny raz (czwarty? piąty?) kupując bilet na TLK z Zielonej Góry do Poznania dostałem miejscówkę na wagon 7, miejsce 46 (niepalący, przy oknie). Serio.

No i ostatnia rzecz, związana z tytułem wpisu. Osiągnąłem kolejny poziom wtajemniczenia w byciu przekaźnikiem elektronów. Dzisiaj odkryłem, że nie potrzebuję wcale metalu, wody ani ciała Aniołka żeby posłać iskrę elektryczną. Aha. Jestem już tak dobry, że pruję iskrami w... drewniany regał, którego część zaadoptowałem sobie na stanowisko komputerowe. Iskierki sobie wesoło skaczą z moich palców na okleinę płyt wiórowych, z których jest zbity regał. Odkryłem to, gdy się oparłem o półkę i iskra wyszła mi z nadgarstka.

...zaczynam się czuć jak w pierwszych minutach jakiegoś odcinka X-Files. Brakuje jeszcze tylko, żeby mnie piorun trzepnął (co oczywiście bym przeżył). Oczywiście piorun by musiał rypnąć z jasnego nieba. Kilka razy, żeby nie wyglądało na przypadek. A potem bym zaczął nadużywać mojej mocy i dzielny agent Duchovny by mnie musiał zastrzelić. Moje 10 minut sławy :)

...a żeby było jeszcze bardziej tajemniczo, literacko-kafkowsko wręcz, to przyznam się, że każdego ósmego dnia miesiąca otrzymuję od tajemniczego darczyńcy przelew na kwotę 10 zł 81 gr (za każdym razem dokładnie ta sama kwota). Od ponad pół roku. Każdego ósmego dnia miesiąca. To nie żart.

Jestem blogerem, który nie musi blagować, bo własne życie ma już wystarczająco dziwne.

Jakim cudem ja się w ogóle uchowałem tak normalny do tej pory? :)

Powrót Człowieka-Kondensatora

Znowu strzelam. Ale tak źle chyba jeszcze nie było. Trzy kroki, dotknięcie czegoś metalowego i trzzzzask. A jeśli nie chwycę metalu mocno, to mogę pukając palcem w przedmiot nawet kilka razy pod rząd produkować iskierki jak elektryczna zapalniczka. I chyba o podobnej mocy.

Aniołkowi dwa razy przyłożyłem dziś iskrą przez bluzkę. Raz tak mocno, że mnie paznokieć palca rozbolał. Teraz trzymam się na dystans i staram się nie ruszać...

...pięć minut później...

Zagadka rozwiązana!

To moje krzesło! W połączeniu z moim tyłkiem!

Tzn. jasne, że mój tyłek działa elektryzująco na otoczenie. Ładny jest w końcu. Jest awatarem grupy "For Porn" na Spinaczu, a to coś znaczy. Ale nie przypuszczałem, że oprócz seksu ocieka też elektronami. A ocieka.

Wystarczy że wstanę z krzesła i strzelam. Siądę i znowu mogę strzelić. Wstanę i strzelam. Siądę i strzelam.

Welcome to Hoppke Repo, where normal things don't happen very often.

Radości Kolei Żelaznej

Właśnie szukam sobie pociągu do Zielonej Góry na piątek. W grę wchodzą pociągi jadące jakoś między 16 a 17. Wchodzę więc na rozkład PKP i wklepuję Poznań-Zielona Góra. I ok, mam jeden pociąg startujący o 16:56 (ok, może być), ale ciekawe jest jego otoczenie. Otóż o 15:55 startuje pospieszny do Zielonej Góry. O 16:56 odjeżdża pospieszny, którym mam zamiar pojechać. O 20:43 odjeżdża ekspres (tym nawet kiedyś jechałem, gdy się spóźniłem na wcześniejsze).

Ale ad rem. Czas podróży tymi pociągami i ceny biletów to:

Cudnie, ekspres szybszy o całe 6 minut od osobowego. Ba, pospieszny wolniejszy niż osobowy :) Ceny całkowicie bez umocowania w rzeczywistości...

O Grzesiu z dużą fujarką
[j:0 c:0]/home/grzegorz> ./fujarka.sh
128.4cm

:) lubię moją maszynkę. Aż szkoda by było kupować laptopa...

Ałć!

Strzelam. Elektrycznością.

Jestem jak samobieżny ładunek elektrostatyczny. Przed dotknięciem Aniołka muszę najpierw uziemić się z czymś metalowym, inaczej kłuję ją przeskakującą iskrą. Iskra przebija się nawet przez ubrania. Raz nawet niefortunnie oberwaliśmy po ustach, bo to była pierwsza część ciała jaka się nam zetknęła. Można powiedzieć, że intensywnie iskrzy między nami. Ałć.

Strzelam też chwytając za (częściowo metalowe) krzesełko przedkomputerowe. Strzelam do klamek w drzwiach. Strzelam do futryn. A już absolutnie najpaskudniejsze jest rozładowanie się w strumień wody z kranu. Parę razy udało mi się odkręcić wodę bez dotknięcia metalowych części kranu i iskra poszła dopiero gdy strumień wody spadł mi na dłonie. Z wodą jest wyjątkowo nieprzyjemnie :(

Podejrzewam trochę moje włosy (strzelam intensywniej odkąd mam dłuższe), trochę ubrania (ciepłe, zimowe), i dość mocno dywan w pokoju. Z moich obserwacji wynika, że mogę się uziemić z czymś, przejść dwa kroki, i dotykając czegoś metalowego już powoduję odczuwalną, słyszalną, a przede wszystkim WIDZIALNĄ iskrę. Boję się dotykać skrzynki komputera, bo wiadomo co elektrostatyka może zrobić elektronice.

A jakiś kwadrans temu iskra poszła ładnym, pewnie pięciocentymetrowym(!) łukiem między moją dłonią a oparciem krzesła, obok którego tylko przechodziłem.. Już nawet nie muszę dotykać, zaczynam razić na odległość.

Już sam nie wiem co robić. Rozebrać się do naga? Głupie, głupie, głupie luźne elektrony. Obłażą mnie jak mrówki. A paszoł won!

-- to mówiłem ja, Hoppke, Człowiek-Kondensator.

Dresden Codak

Lubię obrazki. Fotografie. Grafikę.

Lubię patrzeć. I lubię być zaskakiwany.

I dlatego bardzo lubię serwis Dresden Codak. To zbiór luźno (bardzo luźno) połączonych ilustracji... komiksów... chociaż...

No właśnie. Typowy komiks to to nie jest. Jak na standardy sieci grafika jest uroczo urocza, staranna i po prostu szczegółowo-ładna. Pewnie dlatego nowe ilustracje pojawiają się tak rzadko.

Inna sprawa, że są naprawdę oryginalne i inteligentne i zabawne i... no, świetne. Kimiko jest taka mięciutka, a malutki Carl Jung, ojciec współczesnej malutkiej psychologii, taki überraschend :)

Polecam, polecam, polecam. I komiksy (wszystkie, koniecznie!), i opis postaci, i w ogóle. Mniam!

Kogut domowy

I kolejny udany obiad upichcony. Może rozmijam się z powołaniem, może powinienem być kurą domową (kogutem)? Piorę (tzn. programuję pralkę :), gotuję, pilnuję terminów rachunków, odkurzam, zmywam podłogi... Psiamać, baba ze mnie.

No i jestem zaje... w łóżku. Jakbym był kobietą, to sam bym się w sobie z miejsca zakochał.

Tak mnie naszło na refleksję wieczorową porą. Over and out :)

O opiece medycznej

Od jakiegoś czasu latam sobie w wolnym czasie do Medicover. Jakaś plomba, obserwacja, usuwanie osadu z paru zębów etc. Mam tam ulubioną dentystkę z którą lubię pogadać i która się mną naprawdę dobrze opiekuje.

Aż się okazało, że muszą mi dolną szóstkę usunąć. A tak naprawdę to wyciąć częściowo, bo z jednej strony korzenie się zrosły razem i zrobiły bardzo długie, z drugiej jakoś zawinęły, i w ogóle zaczęły zrastać z przegrodą i kością szczęki. Przykra sprawa, genetycznie uwarunkowana (akurat okolice tej szóstki to w mojej rodzinie dość częsty problem, zrasta się z innymi zębami, szczęką i w ogóle jest taka bardzo zaborcza). Na szczęście u mnie wyszło to na jaw zanim zacząłem cierpieć z tego powodu.

Oh well. Skoro trzeba dłutować, to trzeba.

Dostałem podwójne znieczulenie na początek, w trakcie musiałem jeszcze trzecią działkę dostać, bo zaczęło popuszczać i ból dłubania w tkankach miękkich stał się odczuwalny.

Do zabiegu potrzebne było równo 10 różnych narzędzi (tyle pasków sprawdzających sterylność musiałem potem podpisać). Przeleżałem na fotelu swoją wizytę i większą część czasu przeznaczonego na wizytę następnego pacjenta. Miałem ząb podważany, podcinany, obracany i wyciągany. Chrupanie kości było bardzo nieprzyjemne. Bardzo dużo krwi. Ech. Po prostu zabieg chirurgiczny. I szwy na dziąśle. I antybiotyk na parę dni po. Pierwszej nocy potrzebowałem proszków przeciwbólowych żeby jakoś przewiercić się do rana. Ale potem było już lepiej, chociaż jedzenie było trudne przez parę kolejnych dni.

Umówiłem się na zdjęcie szwów/kontrolę. Szwy rozwiązały się nieco wcześniej i sam je sobie wyciągnąłem, ale byłem na to przygotowany, lekarka też.

Poszedłem na kontrolę -- wszystko ślicznie. Prawdopodobnie jestem mutantem. Goję się zarąbiście, żadna infekcja się nie wdała, organizm nic sobie nie zrobił z rozprucia mięcha i odsłonięcia sporego kawałka kości, ani pokruszenia przegrody. Wszystko się ślicznie zrasta, nie boli, nie puchnie. Ba, nawet mnie "zawiasy szczęki" nie bolały, nie miałem też siniaków, nie spuchłem nic a nic. Dobrze wiedzieć, że nadal regeneruję się w ładnym tempie. (...)

Czytaj dalej...
Praca++

Dzisiaj miałem pierwszy dzień w nowej pracy. Denerwowałem się bardzo, denerwuję się nadal. Chciałbym móc za miesiąc, gdy okrzepnę, spokojnie napisać "Level up!" :)

Desktop: Fast Forward

Punkt pierwszy: używam Mandrivy. Lubię klikać. Robić klik-klik.

Ten system nie jest idealny, w chwili obecnej nie działa mi na przykład wyłączanie maszyny po "halt" (wszystko się zatrzymuje, łącznie z dyskami, ale zasilanie muszę odcinać samemu -- pewnie coś z konfiguracją ACPI/APM). Ale jest wygodny, szybko aktualizowany i dobrze się sprawdza gdy ktoś, tak jak ja, ma naprawdę mało czasu. Wczoraj np. chciałem obejrzeć film i co? I obejrzałem tylko połowę. Zapomniałem też zlecić przelew za wynajem mieszkania i spisać liczniki wody dla administracji.

Tak że w kontekście mojej osoby, będącej teraz bardzo leniwym i zajętym filologikiem, Mandriva się sprawdza fajnie.

Ta Mandriva to Cooker.

To tyle tytułem wstępu. Przejdę do rzeczy -- do Beryla. Nie używałem go do tej pory, sądząc że moja karta (radeon 7500, 64MB) nie nadaje się do takich rzeczy. Sądziłem tak po doświadczeniach z compizem, na którym nawet cień pod oknami zatykał komputer, nie wspominając nawet o przezroczystych oknach.

Wszyscy dookoła używają Beryla, więc i ja chciałem spróbować. Wyklikałem więc sobie potrzebne pakiety, zainstalowały się. Potem wklikałem się w Mandriva Control Center, moduł "3D Effects", kazałem używać Beryla. Efekt -- koszmarny. Czasem widać było normalny obraz, ale tekstury szybko znikały i były zastępowane przez jednolitą biel. Uznałem, że to wina słabej karty graficznej.

Ale tego samego dnia da.killa zauważył, że ostatni update bibliotek Mesy popsuł mu Beryla. Po paru minutach udało się wyciągnąć z niego coś więcej niż "popsuło się i nie działa" -- cóż za surpriza, u niego też się wszystko bieliło. Spróbowałem więc użyć Mesy z Mandrivy Stable (i to właśnie jest superaśne w Cookerze, że w razie problemów można z łatwością wymienić kawałek systemu na Stable; jest to trywialnie proste do wyklikania w Smarcie, łącznie z ochroną starszych pakietów by następny update znowu tego nie popsuł, a cofnięcie wersji pakietów nie pociąga za sobą zmian w połowie systemu "bo zależności się zmieniły". Wymieniłem pakiety mesy, tylko i wyłącznie, cała reszta (czyli beryl i inne rzeczy używające Mesy) pozostały w najnowszych mandrivowych wersjach. (...)

Czytaj dalej...
Nowy rok

No i kolejny rok się zaczął. Ostro. Jestem niewyspany, głodny, kicham, w pracy zastój totalny i korporacyjny nieład, strasznie deprymująca atmosfera. A na Repo baza mysql odmawiała współpracy z Repo (grr, pod Linuksem nie było takich problemów z mysqlem...), mam nadzieję, że ponaprawiałem co trzeba.

Nowy rok powitałem w Rosnówku, u harnira, razem z resztą ekipy. Było fajnie. Za dużo wypiłem. Brzuch mnie potwornie bolał przez następne dwa dni. Potem pokażę parę fotek. No i muszę w końcu sobie jakąś wizytę u fryzjerki umówić, tylko kiedy...?

Poza tym jest OK, ale marzę o dotrwaniu do piątku i solidnym wyspaniu się. Mmmm... :)

Trochę przerobiłem stronę z zapytaniami z wyszukiwarek. Odfiltrowałem wieeelką część, zmniejszyłem ilość logowanych danych, przerobiłem trochę. Niektóre są fajniutkie. Bardzo podoba mi się "przelicznik metrów na kilogramy" :) Przypuszczam, że ktoś mógł szukać jakiegoś wskaźnika "ile powinnam ważyć przy moim wzroście", ale zapytanie jest fajne :) "opuchnięty chomik" mnie rozbawił, chociaż potem zrobiło mi się żal zwierzaka. "kichnięcie orgazm" tyż fajne. Ciekawe tylko jaki jest łańcuch przyczynowo-skutkowy. Orgazm przy kichnięciu, czy kichanie przy orgazmach? Ostatnio miewam napady kichania (chyba podziębiony jestem) i powiem szczerze, że ten pierwszy wariant by mi się bardzo podobał. "Aaa-psik!" :)

Wracając do tematu: Jak by nie patrzeć, mamy rok 2007. Ciekawe kiedy to w końcu poczuję? Bo na razie praktycznie tego nie zauważam. Oby ten rok był lepszy od poprzedniego, czego sobie i Wam życzę. I orgazmów przy kichaniu! (oraz nieopuchniętych chomików)