ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Miesiąc 2007/02, 5 wpisów
5-Łańcuch

Nooo więc zostałem załańcuszkowany przez Lili (a może i przez kogoś jeszcze, ale tylko ona mi dała o tym znać).

Hmm. Co by tu...

  1. Nie mogę jeść rosołu z kury. Takiego prawdziwego. Grożą mi po nim straszne migreny. Trapi mnie to już od dziecka i zdaje się być dziedziczne, bo dotyka sporej liczby mężczyzn w mojej rodzinie (co drugie pokolenie od strony matki, widać odziedziczyłem to po dziadku, a on po swoim dziadku itp.)
  2. Jako mały żłobkowicz i przedszkolak upierałem się, żeby nosić wstążki i spinki we włosach. Bardzo trudno było mnie też oduczyć mówienia "chciałam, poszłam, zrobiłam". Widać brałam przykład ze starszych sióstr ;)
  3. Mam dość pomieszaną edukację: na początku podstawówki miałem średnie zwykle koło 5,0, potem mocno spadłu, ósmą klasę skończyłem ze średnią ~3,9. Nie mogłem być na balu pożegnalnym, bo skręciłem nogę. Poszedłem do LO na profil mat-inf (przekształcony mat-fiz). Na maturze z polaka wybrałem interpretację poezji, średnia z egzaminów maturalnych to 5,4. Nie byłem na studniówce, bo akurat miałem wstawiany metalowy bolec w szczękę. Studiowałem filologię germańską (specjalizacja: językoznawstwo, magisterka z frazeologii) i dorabiałem malowaniem, spawaniem, kryciem dachów etc. Nigdy nie dawałem korepetycji. Pracuję czasem jako tłumacz jęz. angielskiego. Etatowo jestem programistą Javy.
  4. Około trzeciej-piątej klasy podstawówki uprawiałem z moim klasowym kolegą Irkiem "kreatywny" recycling. By mieć pieniądze na drobne wydatki (jak np. lizaki "HIT" na kartonowych patyczkach, albo ponoć rakotwórcze gumy "Turbo") sprzedawaliśmy złom na złomowisku. Złom pozyskiwaliśmy z tegoż samego złomowiska (kreatywne, czyż nie? :) Przełaziliśmy w niestrzeżonym miejscu przez ogrodzenie na tyłach złomowiska i przerzucaliśmy na zewnątrz co ciekawsze kawałki złomu. Potem pakowaliśmy je do jakiegoś worka i targaliśmy na front złomowiska celem odsprzedaży. Aha, pewnego znalezionego kawałka nie sprzedałem, lecz zabrałem do domku -- było to wyprodukowane przed '39 urządzonko do odpalania ładunków wybuchowych. Z niemieckim wojskowym adlerkiem Wehrmachtu. Odrestaurowałem, wymieniłem okablowanie, naoliwiłem, odmalowałem, szpanowałem przed wszystkimi w klasie i na osiedlu. Działało!
  5. Jako bardzo młode pacholęcie zrobiłem kupę do popielniczki, wbiłem w to świeczkę, ustawiłem na ławie w pokoju gościnnym, a rodzicom starałem się ponoć wytłumaczyć, że zrobiłem torcik. Ja wolę nie pamiętać tego epizodu, ale rodzice mi czasem dokuczają tą opowieścią.

OK, to moje ogniwo w tym łańcuszku. Na kolejnych załańcuszkowanych typuję da.killę, Dentharga i harnira. Wiem, że to nie piątka, ale przy tych osobach mam pewność, że się nie obrażą. No :)

Hoppke.sync();

Czas na kolejny update. Najpierw sprawy zawodowe. Dzisiaj mija mi pierwszy miesiąc w nowej firmie, chcą mnie zatrzymać sobie. A ja nie mam nic przeciwko :) Powinno być fajnie, zwłaszcza gdy wyrwę się z Saxona/XSLT/odrobiny PHP (BRRRR!) i będę mógł więcej javować. Bo chwilowo javowanie ograniczało mi się do pisania antowego taska i tworzenia w javie XML-a. Aha, jak dostanę w końcu pierwszy przelew, to będę jeszcze bardziej zadowolony. W końcu rachunki trzeba z czegoś opłacać :)

Inna sprawa -- sklep o nazwie Znak. Będę ich unikał, i innym też radzę. Mają chyba ambicje bycia konkurencją dla Komputronika, ale... ech. Opowiem.

Szukałem sobie kolejnej karty SD do mojej Sansy (odtwarzacza MP3). Mam kartę SD 1GB (czyli 1,5GB miejsca na muzykę jeśli wliczy się wbudowane w plejer 512MB), ale trochę mnie to ograniczało, więc pomyślałem o dokupieniu sobie kolejnej karty -- tym razem 2GB. Upatrzyłem sobie taniego i chyba niezłego Goodrama x100. Niestety, w Komputroniku nie mieli takich. A w Znaku były, i to w całkiem fajnej cenie (chyba 89zł). Więc zamówiłem, pojechałem po pracy, zapłaciłem, wróciłem do domu.

I tu się zaczęły schody. Sansa nowej karty SD nie uznawała (wieszała się). Laptop i pocket Aniołka też nie widziały karty. Cyfrówka Canona twierdziła, że karta ma 3,8MB, ale i tak nie da się na niej ani bajta zapisać.

Zacząłem podejrzewać, że karta może być uszkodzona.

No to następnego dnia wybrałem się do Znaku, wymienić kartę. I co? I wielki obciach dla sklepu, bo sprzedawca zażyczył sobie, bym udał się z kartą do ich serwisu (oczywiście położonego poza sklepem), a oni to tam zbadają. No to go zapytałem co ma do tego gwarancja, skoro kupiłem wczoraj wieczorem, przyszedłem do domu, karta w ogóle nie zadziałała na czterech różnych urządzeniach i odnoszę ją od razu? Przecież to chyba podpada pod rękojmię? A on mi na to, że nie ma pewności, czy karta była uszkodzona już w momencie sprzedaży. (...)

Czytaj dalej...
Mój przyjaciel elektron

Właśnie wróciłem do Poznania.

Pierwsza uwaga: pociąg osobowy którym jechałem do Zielonej był prawdziwie osobowy. Dwa przedziały na wagon, kupa ludzi, totalny brak ogrzewania(!)... na szczęście szybko przysnąłem i jakoś przeleciało.

Druga uwaga: w mojej rodzimej Zielonej Górze pojawiły się na niektórych przystankach tablice wyświetlające numer, czas pozostały do przyjazdu oraz przystanek końcowy najbliższych linii. Fajne, bo podchodząc z bagażem do przystanku widziałem od razu, że za 4 minuty będę miał "0" pod sam dom :) Ładnie.

Trzecia uwaga: w Zielonej jest mniej śniegu niż w Poznaniu.

Czwarta uwaga: TLK którym wracałem do Poznania jechało prawie o 30 minut dłużej niż osobowy, ale za to miało bardzo przyzwoite grzanie.

Poprawka do czwartej uwagi: TLK mają obowiązkowe miejscówki, ale ludzie i tak nie umieją usiąść na swoim miejscu. W moim przedziale dwie osoby się próbowały wepchnąć na siłę. Jedna pomyliła numer (na bilecie miała numer 61, a próbowała usiąść na miejscu 41), a druga numer wagonu. Oh well.

Luźna uwaga: kolejny raz (czwarty? piąty?) kupując bilet na TLK z Zielonej Góry do Poznania dostałem miejscówkę na wagon 7, miejsce 46 (niepalący, przy oknie). Serio.

No i ostatnia rzecz, związana z tytułem wpisu. Osiągnąłem kolejny poziom wtajemniczenia w byciu przekaźnikiem elektronów. Dzisiaj odkryłem, że nie potrzebuję wcale metalu, wody ani ciała Aniołka żeby posłać iskrę elektryczną. Aha. Jestem już tak dobry, że pruję iskrami w... drewniany regał, którego część zaadoptowałem sobie na stanowisko komputerowe. Iskierki sobie wesoło skaczą z moich palców na okleinę płyt wiórowych, z których jest zbity regał. Odkryłem to, gdy się oparłem o półkę i iskra wyszła mi z nadgarstka.

...zaczynam się czuć jak w pierwszych minutach jakiegoś odcinka X-Files. Brakuje jeszcze tylko, żeby mnie piorun trzepnął (co oczywiście bym przeżył). Oczywiście piorun by musiał rypnąć z jasnego nieba. Kilka razy, żeby nie wyglądało na przypadek. A potem bym zaczął nadużywać mojej mocy i dzielny agent Duchovny by mnie musiał zastrzelić. Moje 10 minut sławy :)

...a żeby było jeszcze bardziej tajemniczo, literacko-kafkowsko wręcz, to przyznam się, że każdego ósmego dnia miesiąca otrzymuję od tajemniczego darczyńcy przelew na kwotę 10 zł 81 gr (za każdym razem dokładnie ta sama kwota). Od ponad pół roku. Każdego ósmego dnia miesiąca. To nie żart.

Jestem blogerem, który nie musi blagować, bo własne życie ma już wystarczająco dziwne.

Jakim cudem ja się w ogóle uchowałem tak normalny do tej pory? :)

Powrót Człowieka-Kondensatora

Znowu strzelam. Ale tak źle chyba jeszcze nie było. Trzy kroki, dotknięcie czegoś metalowego i trzzzzask. A jeśli nie chwycę metalu mocno, to mogę pukając palcem w przedmiot nawet kilka razy pod rząd produkować iskierki jak elektryczna zapalniczka. I chyba o podobnej mocy.

Aniołkowi dwa razy przyłożyłem dziś iskrą przez bluzkę. Raz tak mocno, że mnie paznokieć palca rozbolał. Teraz trzymam się na dystans i staram się nie ruszać...

...pięć minut później...

Zagadka rozwiązana!

To moje krzesło! W połączeniu z moim tyłkiem!

Tzn. jasne, że mój tyłek działa elektryzująco na otoczenie. Ładny jest w końcu. Jest awatarem grupy "For Porn" na Spinaczu, a to coś znaczy. Ale nie przypuszczałem, że oprócz seksu ocieka też elektronami. A ocieka.

Wystarczy że wstanę z krzesła i strzelam. Siądę i znowu mogę strzelić. Wstanę i strzelam. Siądę i strzelam.

Welcome to Hoppke Repo, where normal things don't happen very often.

Radości Kolei Żelaznej

Właśnie szukam sobie pociągu do Zielonej Góry na piątek. W grę wchodzą pociągi jadące jakoś między 16 a 17. Wchodzę więc na rozkład PKP i wklepuję Poznań-Zielona Góra. I ok, mam jeden pociąg startujący o 16:56 (ok, może być), ale ciekawe jest jego otoczenie. Otóż o 15:55 startuje pospieszny do Zielonej Góry. O 16:56 odjeżdża pospieszny, którym mam zamiar pojechać. O 20:43 odjeżdża ekspres (tym nawet kiedyś jechałem, gdy się spóźniłem na wcześniejsze).

Ale ad rem. Czas podróży tymi pociągami i ceny biletów to:

Cudnie, ekspres szybszy o całe 6 minut od osobowego. Ba, pospieszny wolniejszy niż osobowy :) Ceny całkowicie bez umocowania w rzeczywistości...