ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kategoria: Linux
Zfs

Od miesięcy mam na pulpicie jakiegoś PDF-a o zfs. Wczoraj go przeczytałem.

Jestem pod wrażeniem. Serio. Chciałbym to zobaczyć w akcji na moim komputerku.

Ktoś wie czy/kiedy to ma szansę wyjść na Linuksa? Pomijam portowanie pod Fuse, chodzi mi o zwykły moduł podpięty bezpośrednio pod linuksowe VFS.

And now for something completely different

Cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu powodowany pracą, dodatkowymi zleceniami, lenistwem oraz zarywaniem wolnych godzinek przed Neverwinter Nights (Lilka sobie kupiła NWN razem z dwoma dodatkami, a ja jej podebrałem i pogrywam sobie. Fajnie jest mieć geek girlfriend :)

Ale ad rem. Jako że w mandrivie znowu się trochę rzeczy rozjechało (m.in. devpts przestał się poprawnie montować na niedystrybucyjnych kernelach, a skrypty startowe zaczęły pluć dziwnymi błędami - wiem wiem, jakbym nie wyłączył bootsplasha, to bym tego nie widział) a mnie znowu naszła ochota na przemeblowanie, to i posadziłem sobie Ubuntu.

Podchodziłem do tego systemu już wcześniej, ale ze względu na masę niedoróbek i braki pakietów postanowiłem jeszcze odczekać jedno-dwa wydania.

No i właśnie minęło to jedno-dwa wydania, a że akurat wyszło Ubuntu Feisty, to i skorzystałem.

I... jest OK. Od jakiegoś już czasu korzystam z Gnome (ale przeglądarką jest Opera, odtwarzaczem Amarok, przeglądarką procesów qps, a gdyby Brasero nie dawał rady, to mam zawsze K3b w odwodzie), więc Ubuntowa koncentracja na Gnome mi bardzo pasuje.

System jest ładny i estetyczny, bardzo profesjonalnie wykończony (mówiąc "profesjonalnie" mam na myśli taki profesjonalizm pokroju Apple). Kolorki są OK, o ile lubi się brąz, kolory ziemi i ostry pomarańcz. Ikonki bardzo ładne. Całość schludnie opakowana.

Instalator bardzo sprawny i szybki, minimum pytań, minimum ingerencji usera (to częściowo i wada). Aha, wykrył moją instalację Windowsa i zaproponował import windowsowych kont na Linuksa :) Pierwszy raz widziałem coś takiego, bardzo miły akcent. Nie skorzystałem, bo moje windowsowe konta są czyste i służą tylko do odpalania egzotycznego softu windows-only, ale wielu userów pewnie doceni możliwość zaimportowania sobie dokumentów czy tapety.

System jest z definicji single-user (bo każdy może zrobić "sudo su", a rasowe konto roota jest początkowo bezużyteczne), ale o dziwo bez autologowania. (...)

Czytaj dalej...
O przyzwyczajeniach

Prawda, że przyzwyczajenia są drugą naturą?

Siedzę dziennie po kilkanaście godzin przed monitorem komputera/komputerów, jest to więc spora część mojej aktywności. I w pewnym momencie spostrzegasz, że dorobiłeś się już nawyków, małych przyzwyczajeń. Rzeczy, bez których nie możesz/nie chcesz pracować (a jak musisz, to cierpisz za miliony).

Moje nawyki/preferencje to:

A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaczynają mi się dodatkowo podobać monitory widescreen. Aczkolwiek to może dlatego, że sam posiadam monitor 17" i bardzo podoba mi się Eclipse mający w poziomie więcej niż 1280 pikseli. Gdybym miał kupować sobie nowy monitor, to pewnie i zwykły 4:3 by mi się bardzo podobał, o ile by miał ze 20" :)

PS: Innym moim nawykiem jest Linux jako system operacyjny, ale oczywiście nie wszędzie mam ten komfort :(

A jakie Ty masz nawyki? Jakieś konkretne elementy wyglądu, marki, programy? A może napoje "do picia przed monitorem"?

O Grzesiu z dużą fujarką
[j:0 c:0]/home/grzegorz> ./fujarka.sh
128.4cm

:) lubię moją maszynkę. Aż szkoda by było kupować laptopa...

Desktop: Fast Forward

Punkt pierwszy: używam Mandrivy. Lubię klikać. Robić klik-klik.

Ten system nie jest idealny, w chwili obecnej nie działa mi na przykład wyłączanie maszyny po "halt" (wszystko się zatrzymuje, łącznie z dyskami, ale zasilanie muszę odcinać samemu -- pewnie coś z konfiguracją ACPI/APM). Ale jest wygodny, szybko aktualizowany i dobrze się sprawdza gdy ktoś, tak jak ja, ma naprawdę mało czasu. Wczoraj np. chciałem obejrzeć film i co? I obejrzałem tylko połowę. Zapomniałem też zlecić przelew za wynajem mieszkania i spisać liczniki wody dla administracji.

Tak że w kontekście mojej osoby, będącej teraz bardzo leniwym i zajętym filologikiem, Mandriva się sprawdza fajnie.

Ta Mandriva to Cooker.

To tyle tytułem wstępu. Przejdę do rzeczy -- do Beryla. Nie używałem go do tej pory, sądząc że moja karta (radeon 7500, 64MB) nie nadaje się do takich rzeczy. Sądziłem tak po doświadczeniach z compizem, na którym nawet cień pod oknami zatykał komputer, nie wspominając nawet o przezroczystych oknach.

Wszyscy dookoła używają Beryla, więc i ja chciałem spróbować. Wyklikałem więc sobie potrzebne pakiety, zainstalowały się. Potem wklikałem się w Mandriva Control Center, moduł "3D Effects", kazałem używać Beryla. Efekt -- koszmarny. Czasem widać było normalny obraz, ale tekstury szybko znikały i były zastępowane przez jednolitą biel. Uznałem, że to wina słabej karty graficznej.

Ale tego samego dnia da.killa zauważył, że ostatni update bibliotek Mesy popsuł mu Beryla. Po paru minutach udało się wyciągnąć z niego coś więcej niż "popsuło się i nie działa" -- cóż za surpriza, u niego też się wszystko bieliło. Spróbowałem więc użyć Mesy z Mandrivy Stable (i to właśnie jest superaśne w Cookerze, że w razie problemów można z łatwością wymienić kawałek systemu na Stable; jest to trywialnie proste do wyklikania w Smarcie, łącznie z ochroną starszych pakietów by następny update znowu tego nie popsuł, a cofnięcie wersji pakietów nie pociąga za sobą zmian w połowie systemu "bo zależności się zmieniły". Wymieniłem pakiety mesy, tylko i wyłącznie, cała reszta (czyli beryl i inne rzeczy używające Mesy) pozostały w najnowszych mandrivowych wersjach. (...)

Czytaj dalej...
Takie tam...

Ciekawie się dzieje. Hans Reiser (ten od systemu plików ReiserFS) został aresztowany, bo jest podejrzany o zabicie swojej żony. Ciekawe jak się to zakończy. Policja wydaje się być bardzo pewna siebie, więc czyżby Hans miał wypaść z obiegu?

Ja coraz bardziej przyrastam do Windowsa (bo jestem zmuszony do używania go w pracy, poza tym Eclipse wygląda pod Windows o nieeebo lepiej niż pod Linuksem - nie ma takich wielkich, rozdmuchanych pasków narzędzi i zakładek; to pewnie kwestia toolkitu SWT). Coraz częściej odczuwam chęć zainstalowania sobie jakiegoś Win2k3... i ciarki mnie przechodzą, bo dobrze wiem jak kapryśny ten system być potrafi...

Mandriva Cooker, cd.

Po poprzednim przygniębionym wpisie zrobię odskocznię w świat komputerowej dłubaniny, bo do tego tylko się nadaję chyba.

Więęęęc wziąłem się za mandrivę :)

Jako że mandriva nie jest zbyt modna w świecie "bardziej zaawansowanych użytkowników", to może napiszę za co ją lubię.

Przede wszystkim - Cooker. Cooker to front rozwojowy Mandrivy - bardzo często aktualizowany zestaw pakietów, często w wersjach "developerskich", potencjalnie niestabilny. Czyli pasuje idealnie do mojego gustu :) Dlatego od tej pory mówiąc "Mandriva" mam na myśli Cookera, a nie jakiś konkretny release Mandrivy (tak w ogóle, to "stabilne wydania" Mandrivy biorą się z Cookera właśnie - co jakiś czas się przyhamowuje tempo zmian w cookerze, stabilizuje i wydaje taki snapshot jako release. Potem przez jakiś czas jest on utrzymywany jako osobna gałąź, a Cooker się w tym czasie normalnie rozwija).

Mandriva ma też obszerne zasoby pakietów. Wydaje mi się, że ma więcej oprogramowania niż takie Gentoo (bo brak pakietu RPM do zainstalowania w mojej Mandrivie spotykał mnie dużo rzadziej niż brak ebuilda w Gentoo), Ubuntu czy PLD (no i całe jest od razu skompilowane, żadnych sytuacji "nie ma pakietu, ale jest spec i możesz samemu zbudować"). Ubuntu miałoby szansę może dorównać Mandrivie gdyby było bardziej zgodne z Debianem i pozwalało łatwiej instalować jego paczki. Nie wiem jak rozległe są zasoby FC i SuSE, więc ciężko mi coś tu powiedzieć. Ale nie sądzę by były w stanie przebić Mandrivę, bo ta ma w moich oczach opinię najlepiej zaopatrzonej dystrybucji. Serio! Wiele osób sobie nie zdaje z tego sprawy, ale tak jest. (...)

Czytaj dalej...
Gdy Hoppke się nudzi...

...to psuje komputerek :)

Tym razem naszło mnie na ponowne zainstalowanie Mandrivy, oczywiście Cookera. W pracy ściągnąłem sobie obraz "mandriva-one-2007-odin-gnome-1.i586.iso" (live cd, i586, gnome, język angielski, instalator uruchamiany ponoć z ikonki na pulpicie), zaniosłem go do domu w pamięci odtwarzacza mp3, wypaliłem na CD-R (próbowałem na starym CD-RW, ale najwidoczniej padł już całkiem, bo mimo wypalania 3 razy i formatowania całego nośnika nadal nie przechodził weryfikacji po nagraniu).

Lubię tę dystrybucję i tyle. Jest bardzo świeża, szybko aktualizowana (Cooker jest zwykle bardziej "do przodu" niż Gentoo czy PLD), no i ma maaasę pakietów - oficjalnych cookerowych, niezbyt oficjalnych z PLF, czy całkiem third-party jak te z Opera Software czy Sunowa Java. A, masa paczek z PLD czy FC też gładko wchodzi w Cookera.

Niestety mój Cooker się w pewnym momencie popsuł, nie chciało mi się go naprawiać, a Harnir zamazał mi go Dapperem. Więc spróbuję zainstalować na nowo, tym razem korzystając ze snapshota "Odin" Mandrivy 2007 (czyli de facto jakiegoś tam Cookera, bo wszystkie "releases" to tylko mrożone wycinki Cookera).

No co? Jestem w nastroju "co by tu popsuć", więc sobie zainstaluję Cookera. O.

Sansa e130 512MB + SD 1GB

Motywowany paroma drobnymi przelewami jakie udało mi się niedawno wyrwać moim dłużnikom z gardziołek, wziąłem byłem i postanowiłem kupić sobie w końcu kartę SD do swojego odtwarzacza MP3 (o którym już pisałem).

W normalnych warunkach kupiłbym coś na Allegro, ale przy moim obecnym trybie życia przesyłki to straszna komplikacja. Dlatego rozejrzałem się po sklepach (sztuk dwie, bo nie znam innych w Poznaniu). Komputronik odpadł, bo akurat nie mieli niczego ciekawego na stanie. Zaszedłem więc do znak.pl, bo mieszczą się akurat przy mojej trasie dom-praca, no i parę dni temu kupowałem tam pendrajwa (dla siostry). A ja lubię sklepy które już znam :)

Tam również nie mieli zbyt ciekawej oferty dostępnej "na sklepie", ale wyszedłem z Kingstonem 1GB. Kingstony są względnie tanie i mają dożywotnią gwarancję, ale w swoim segmencie cenowym są powolne jak jasna cholera. Gdyby to miała być karta do aparatu, to pewnie bym jej nie kupił. Ale odtwarzacz MP3 nie potrzebuje dużej wydajności, więc ją wziąłem.

Zamontowałem w Sansie, podłączyłem do linuksa... i pierwszy problem - system widzi playerka, ale nie widzi karty (powinien widzieć je jako dwa osobne napędy). Sprawdziłem szybko czy WinXP zobaczy drugi napęd - zobaczył. Czyli sprzętowo jest OK, a problem tkwi w moim linuksie. Podejrzewałem, że to konfiguracja mojego kernela (mocno okrojona i dostosowana do sprzętu), więc wypaliłem szybko Ubuntu Live na CD-RW i sprawdziłem, czy sobie poradzi. Ubuntu dało radę (przy okazji przypisując playerkowi słitaśne ikonki pokazujące, że wpiąłem wymienne napędy USB o przeznaczeniu muzycznym - Ubu ma naprawdę dopracowane GUI, może dać mu szansę na dysku?). (...)

Czytaj dalej...
Moje podejście do Gentoo.

Przestawiłem system tak, by zamiast z hda1 startował z hda3. A na hda3 leży sobie moje "maciupkie" gentoo, to które sobie w chroocie chowałem.

Instalacja Gentoo w chroocie jest trywialne, dzięki dobrze przygotowanemu tarballowi ze stage3 (ot, taki kompletny basesystem). Wystarczy rozpakować, dociągnąć do tego drugiego tarballa ze snapshotem portage (czyli katalogiem ebuildów i informacji potrzebnych do kompilowania pakietów) i już ma się działający chroot. No, prawie - warto jeszcze /proc ustawić, i /dev, i resolv.conf i parę innych, ale generalnie rzecz biorąc wszystko leci błyskawicznie. Szkoda, że np. PLD nie jest tak proste w instalacji.

Korzystając z chroota stopniowo rozszerzałem i aktualizowałem moje gentoo, używając emerge do instalowania pakietów. Zdecydowałem się na gałąź ~x86, czyli teoretycznie najnowszą, potencjalnie niestabilną paletę pakietów. Pierwsze wrażenie - portage nie oszałamia liczbą dostępnych pakietów. Serio. Nie ma w nim np. programu qps, nie znalazłem też nautilus-actions, ani mysqlcc, ani rozszerzenia kadu-spy, ani... Ale nie jest źle, z takimi rzeczami trzeba się w końcu liczyć.

Wczoraj uznałem, że w zasadzie gentoo na moim dysku jest już całkiem kompletne i możnaby spróbować uruchomić z niego system. I, o dziwo, udało się! Jeśli przeskoczymy takie detale, jak wstawianie kernela używającego mojej prywatnej konfiguracji, doinstalowywanie przeoczonego gnome-session, czy ustawianie hasła rootowi, to całość poszła zadziwiająco gładko. Naprawdę, sam byłem pod wrażeniem. Oczekiwałem czegoś dużo bardziej, hmm, rozklekotanego. A tymczasem piszę te słowa z pokładu Gentoo właśnie, systemu w którym mam Gnome w odpowiadającej mi konfiguracji, o wyglądzie przeniesionym żywcem z mojej Mandrivy... mam praktycznie ten sam zestaw aplikacji pod ręką, nawet Cedega działa bezproblemowo. Z ciekawości poużywam tego przez jakiś czas, ciekawe czy się będziemy tolerować. Na dzień dzisiejszy w każdym razie Gentoo ~x86 działa dużo lepiej, niż mój dotychczasowy Mandriva Cooker. Więc Gentoo nie musi się bać, że je od razu porzucę.

PS. A OpenOffice kompilował się mniej niż dobę ;)

Osmoza oraz ciężki los. Mój.

Mój gospodarz już wcześniej przejawiał pewne zainteresowanie moim komputerkiem. Dzisiaj się to nasiliło.

Zaczęło się niewinnie - jako że jego park pecetów jest obecnie w stanie pewnej rozsypki, to i pożyczył mi swoje głośniki - sam z nich nie będzie teraz korzystał. Jakieś Creative 5.1, podłączyłem do swojej karty 4.1. Bo głośników swoich nie zwiozłem do Poznania, nie chciało mi się; myślałem, że wystarczą mi słuchawki. Ale fakt, głośniki są przydatne, więc podłączyłem sobie.

Słuchałem akurat jakiegoś miękkiego żeńskiego wokalu, gdy zapytał, czy aby nie mam czegoś mocniejszego. No to zaserwowałem mu trochę Therapy. Po paru kawałkach uznał, że liczył na coś nieco słabszego.

No i jakoś zainteresował się tym, czego używałem do przeszukiwania kolekcji muzyki. A używałem Amaroka.

Najpierw stał mi trochę za plecami, pytając o zakładkę "Collection". Spodobało mu się grupowanie utworów według artystów, albumów według lat itp. Zakładki z tekstami piosenek i wikipedią też przypadły do gustu, jak zresztą całość programu. Parę razy wyrwało mu się "fajny ten linux!". Podsumowując - w najbliższym czasie będziemy musieli mu zainstalować gdzieś jakiegoś Linuksa. Szlaaag :(

Już wcześniej mi mówił, że chętnie by wypróbował ten system i czy nie mógłbym go trochę poduczyć, ale udawało mi się wykręcać. Niestety dzisiaj zobaczył tego cholernego Amaroka :( OpenSource krzewi się samoczynnie, przez osmozę :(

A jakby tego było mało - w kuchni stanie zapewne domowy serwer samby. Zgaduj-zgadula, kto ma go postawić? No właśnie.

No nic, pewnie muszę się pogodzić z losem. Będę skazany na życie w mieszkaniu gdzie każdy pokój ma wtyczkę RJ-45 i jakiegoś blaszaka do niej przyczepionego. A, poza tym kąpiemy się w falach wifi, bo oczywiście obok kabli jest tu też aktywny Access Point. Obok mojego łóżka.

Od dawna uciekałem przed tak skrajnym nasyceniem elektroniką. Ale widać przeznaczenie dorwie każdego. Trudno. Może uda mi się sprząc przyszły serwer kuchenny z (równie kuchenną) wieżą. I zrobić taki kuchenny jukebox, sterowalny z innych komputerów w mieszkaniu. Bo na razie, żeby posłuchać czegoś sympatycznego stojąc przy garach albo jedząc śniadanie, muszę wypalać AudioCD...

Ale uczyć kogoś linuksa? Stawiać serwer W KUCHNI? Buuu :( Na co mi przyszło... to takie... takie...

(ale po cichu już zastanawiam się, jakie usługi mogę sobie hostować w kuchni ;)

Picasa for Linux

No proszę! Doczekaliśmy się Picasy na Linuksie. Dla niewtajemniczonych: Picasa to taki program, tworzony przez Google.Celem tego programu jest zarządzanie kolekcją cyfrowych zdjęć - katalogowanie, drukowanie, wysyłanie przez e-mail, tworzenie galerii, przeszukiwanie zasobów... Coś w rodzaju cyfrowego albumu dla posiadaczy cyfrowych aparatów.

Do tej pory Picasa była dostępna tylko pod Windows. Nie było to jakimś wielkim problemem, bo istnieje przecież znakomity f-spot, ale miło jest gdy "wielcy gracze" (jak Google) dostrzegają systemy inne niż Windows. Zwłaszcza gdy idzie o Google, które niestety traktuje wszystko spoza ścisłego mainstreamu po macoszemu. Ot, Google Earth (windows only) czy Google Calendar (który nie działa zbyt dobrze w Operze). Dlatego sama Picasa sama w sobie mnie nie interesuje aż tak bardzo, jestem jednak zadowolony z faktu zauważania przez Google istnienia Linuksa. Jedna jaskółka wiosny, oczywiście, nie czyni. Ale i tę nagą jaskółkę przyjmę ;)

A dlaczego nagą? Ano, wystarczy się przyjrzeć Picasie pod linuksem. Po pierwsze - winelibs. Tak, Picasa linuksowa to z grubsza Picasa windowsowa, tyle że połączona z bibliotekami Wine (Corel swego czasu też próbował takiego eksperymentu i efekt był mizerny, dziwne że Google postanowiło tak samo zaryzykować. Oczywiście obecne Wine jest o wiele lepsze niż kiedyś, ale mimo wszystko...). Oczywiście nie ma niczego złego w korzystaniu z Wine, zwłaszcza gdy jest to praktycznie jedyna realna możliwość przeportowania programu, trzeba jednak znać konsekwencje takiego wyboru. (...)

Czytaj dalej...
PLD? Eeee tam ;)

W dopiskach do poprzedniego wpisu bies zapytał, czemu nie próbuję PLD.

Otóż próbowałem PLD, ze cztery czy pięć razy. Ac, Ac-ready, Ac-ready+test, AC+Th... ale efekt jest za każdym razem ten sam: dopóki stawiam podstawowe oprogramowanie w trybie tekstowym ("profil serwerowy" że tak powiem), to jest ślicznie.

Ale gdy zaczynam konfigurować sobie otoczenie graficzne (X-y, gnome, aplikacje do obróbki grafiki), to się ZAWSZE coś zaczyna sypać. A to build firefoksa na athlonie ma jakieś bugi (coś z flagami kompilacji, bo np. wersja dla i686 nie wykazywała problemów -- ale przez parę tygodni nie było komu poprawić flag), a to świeżo zainstalowany f-spot po prostu rzuca krytycznym wyjątkiem i się wyłącza (czyli po prostu nie działa), albo próbuję zainstalować PLD jakimś trafem AKURAT w momencie, gdy popsuły się pakiety z alsą, albo AKURAT trafiłem na moment, w którym amarok jakoś rozjechał się z PLD-owym sqlite i nie umie w ogóle stworzyć kolekcji...

Mogę stawiać serwery i rutery na PLD, ale na biurku po prostu mi nie działa. Albo inaczej: jakoś dziwnym trafem za każdym razem, gdy instaluję PLD, trafiam na kolejną "ABSOLUTNIE WYJĄTKOWĄ SYTUACJĘ" (jak mówią developerzy) -- awarię bardzo podstawowych (dla mnie) pakietów, która to awaria z kolei dzieje się ponoć raz na sto lat i deweloperzy naprawiają ją (znowu, ponoć) w przeciągu kwadransa. Chyba, że im udowodnię, że pakiet ten nie działa od przeszło tygodnia, wtedy przestają wciskać kit. A miesiąc później w ogóle zaprzeczają, jakoby jakiekolwiek awarie kiedykolwiek wystąpiły... Albo słyszę, że używając ac-ready sam jestem sobie winien, bo powinienem się trzymać gołego ac :)

Albo mam nieziemskiego pecha do tej dystrybucji, albo jest to jedna z dystrybucji najgorzej sprawdzających się na biurku (przy czym moja definicja biurka to raczej gimp-2.3 (niespakietowany w PLD, bo kto by się interesował grafiką...) , f-spot, amarok-1.4 i firefox niż mysql, apache i php w xemacsie). (...)

Czytaj dalej...
Bo ziemia^W zasoby nie powinny leżeć odłogiem

Akurat mam trochę pracy do której wystarcza mi zwykły gedit, więc na osobnym pulpicie uruchomiłem sobie mini-gentoo. W chroocie. Aktualnie ten mini-system próbuje dojść do stadium gtk+, a dalej się zobaczy.

Nie mówię, że chcę używać Gentoo. Ale co mi szkodzi takie małe, malutkie żętu sobie w $HOME/gentoo odchować?... ;)

Stare Repo mocno śpi...

Tak właśnie. Stare Repo poszło spać ustępując miejsca Nowemu Repo. Adresy wskazujące na stare Repo przekierowują teraz na główną stronę Repo2.0, a niektóre adresy (jak RSS czy poszczególne artykuły) prowadzą od razu w odpowiednie miejsca. Wszystko to serwowane jest z kodem HTTP "301", czyli "Moved Permanently". Dzięki temu Google powinno mnie nadal widzieć i dostosować się z czasem do nowej sytuacji.

Uznałem, że Repo2.0 jest już wystarczająco stabilne by sobie dać radę.

O sprawach prywatnych nie będę teraz pisał, żeby nie zapeszać (choć sporo, oj sporo się zaczyna u mnie teraz dziać). Ale mogę trochę o technicznych rzeczach, bo czemu by nie?

Po pierwsze, mam od jakiegoś już czasu monitorek LCD. Chyba o tym nie wspominałem, prawda? Całkowicie niegeekowo wszedłem do sklepu i po prostu przedstawiłem swoje wymagania sprzedawcy, prosząc o radę. Chwilę potem wychodziłem z Flatronem L1715S pod pachą. Bardzo fajna regulacja ostrości (wtyczka D-SUB), bardzo fajny wygląd, kolory, kontrast i jasność jak najbardziej wystarczają do siedzenia w trybie graficznym, "korzystania z internetu" i klepania kilobajtów tekstu. Wiem że to low-endowy monitor, ale naprawdę jestem z niego bardzo zadowolony. Gdybym się cofnął w czasie, to jeszcze raz bym go kupił.

Dzięki LCD odzyskałem dużo miejsca na biurku. Miejsce zostało błyskawicznie skolonizowane w imieniu Jego Wysokości Bałaganu I.

Inna rzecz: akumulatorki mi padły, te których używam w aparacie. 4 ogniwa AA. Przypuszczam, że ładowarka się zepsuła (od jakiegoś czasu coś w niej latało, ale nie mogłem rozkręcić obudowy bo nie mam odpowiedniego wkrętaka) i systematycznie je niszczyła przy ładowaniach. A swoje dno akumulatorki osiągnęły akurat podczas majowego weekendu, wytrzymując po ładowaniu tylko jeden dzień (gdy były fabrycznie nowe, to wytrzymywały ~30 dni ostrego fotografowania), więc zaraz po powrocie do cywilizacji kupiłem nową ładowarkę i nowy komplet akumulatorków. W formie zestawiku GP PowerBank Traveler. Oby służył mi dobrze. Ciekawostka techniczna: ładowanie 4 akumulatorków w dwóch sesjach (dwa razy po dwa akumulatorki) wychodzi krócej, niż ładowanie równolegle wszystkich czterech ogniw. Ot,taka specyfika tej ładowareczki. (...)

Czytaj dalej...
Chaos w głowie...

Prace na froncie Repo2.0 trwają. Nie idzie zbyt szybko, bo więcej czasu chyba spędzam na projektowaniu i zastanawianiu się jaka architektura będzie najkorzystniejsza i najbardziej "przyszłościowa" niż na właściwym kodowaniu. Ale chyba zrobiłem w końcu dodawanie komentarzy, łącznie z prostym antyspamem. Piszę "chyba", bo wydaje mi się, że wszystko działa należycie - ale wiadomo jak to jest, na pewno zaczną wyłazić jakieś przeoczenia, sytuacje których nie przewidziałem itp. Trochę czasu mi zabrało miotanie się w światku servletów i JSP, ale koniec końców chyba wszystko działa tak jak bym chciał. Nie ma co oczekiwać cudów bez sięgania po JS (którego nie mam zamiaru dotykać), ale powinno być OK. Grunt żeby przeładowanie strony nie powodowało wrzucania drugi raz tego samego komentarza - ale to chyba udało mi się zrobić. Mam nadzieję, że będzie się sprawdzało w praktyce :)

Co teraz... no cóż, mam ładnych parę rzeczy do wyboru ;) Artykuły powinny mieć zdolność do "przypinania" ich, ale nie tak jak to jest robione np. na joggerze. Przypięte by wędrowały (jako same tytuły) do specjalnej kolumny po prawej stronie ekranu. Taka kolumna z "zakładkami", o. Wtedy mógłbym wywalić cały dział "Czytelnicy", zamiast niego zrobić jeden wpis na blogu i przenieść do niego komentarze, a następnie przypiąć ten wpis żeby był łatwo dostępny. To akurat by była dłubanina praktycznie czysto xhtml-owa, bo z punktu widzenia silnika to drobna modyfikacja generatora layoutu i dowalenie kolejnej kolumny w bazie komentarzy. Więc pewnie odłożę to na później.

RSS bym mógł już teraz zrobić, a przynajmniej szkielet przygotować. Javowych bibliotek generujących i parsujących RSS-y jest od groma, kwestia wybrania sobie jakiejś. Może RSSLibJ? Wygląda na generator, a nie parserogenerator, więc API i dokumentacja powinny być bardziej zwarte. (...)

Czytaj dalej...
Ruch przy Repo 2.0

Progress update.

Dalej dłubię przy Repo 2.0 ;) Dzisiaj skończyłem dział z Artykułami. Wczoraj koszmarnie dużo czasu mi zeszło na wyciąganie ze statycznych stron HTML danych z lekkim markupem, takich które bym mógł potem wepchnąć do bazy danych. Sprawę dodatkowo skomplikował fakt, że większa (objętościowo) część tekstów była pisana w jakiejś antycznej konwencji, używała też całkiem innego szablonu CSS niż obecne Repo. Tak że sporo czasu zajęło mi dociąganie tekstów do obecnego standardu Repo. Masa vimowania, pisania regexpów i makr ad-hoc. No ale zrobiłem. Teraz będę mógł wywalić w końcu ten zalegający, stary arkusz styli i mieć na całym Repo jednolity look. Artykuły siedzą sobie grzecznie w bazie, spisy treści i nawigacja generuje się automagicznie, ogólnie jestem zadowolony.

Ale to wszystko bebechy, rzeczy które tkwią pod maską i cieszą pewnie tylko mnie :) Więc zrobię inaczej, "pokażę" to co zrobiłem do tej pory. Dzisiaj zainstalowałem sobie z ciekawości pewne rozszerzenie do FF, do chwytania screenshotów całych stron. No i pokazę rezultaty jego działania (na przykładzie nowego silnika Repo, a co! :)

Na pierwszy ogień - strona główna. Trochę zmieniłem politykę pokazywania wpisów - zawsze widać 5 ostatnich, z tym że teraz, tak jak i w innych systemach blogowych, nie będzie zbyt dużo tekstu na głównej (przycisk "Czytaj dalej...").

Drugi zrzut - widok pojedynczego wpisu, z komentarzami. Na razie niczego tu nie ulepszyłem, ot, udowodniłem sobie, że baza danych działa.

Dawny Moskwicz zostanie przechrzczony na Galerię. Jak widać spis "galeryjek" wygląda trochę inaczej. Nie zmieniły się za to specjalnie ani widok miniaturek, ani pojedynczych fotek. (...)

Czytaj dalej...
Moje preferencje biurkowe

Nie mogę używać Ubuntulooks, bo coś się krzaczy w niektórych widgetach gtk+, głównie w gqview i firefoksie (przy czym w FF tylko jeśli pasek adresu mam przeciągnięty obok menu. Nie, na tym screenie akurat nie widać Ubuntulooks, za to widać samą rearanżację UI. Niemożliwą do uzyskania w Operze, niestety.

W gtk+ spróbowałem czegoś - wziąłem nowy temat "Human" z ubuntu i zmieniając parę wierszy przestawiłem go na stary, dobry clearlooks. Wyszło całkiem ciekawie, prawda? Teraz potrzebuję tylko jakiegoś ładnego zestawu ikonek. Ikonki "mimetype'ów" z Tango są chyba najfajniejsze. Za to ikonki folderów zostawiłbym chętnie z human yasis, bardziej mi się podobają niż te szare lub niebieskie z Tango. Są chyba bardziej zaokrąglone i jakoś tak milej się na nie patrzy. I kosz z hyasis mi się bardziej widzi... ale w innych tematach widziałem też parę innych, ładnych ikonek... więc pewnie wyjdzie miks. Podobają mi się takie tematy jak d3a, glass icons, edge czy etiquette, ale są niekompletne - a w ikonkach nie ma nic gorszego niż braki, gdy w widoku folderu nagle parę plików ma ikonki z całkiem innej parafii... Jedyne wyjście to chyba łączenie podobnych zestawów ikon ze sobą. A najbardziej dopracowane zdaje się być tango właśnie, więc najprościej będzie mi chyba w Tango parę małych podmianek zrobić.

BTW, jest jedna rzecz którą bardzo sobie cenię w Gnome - skalowanie ikonek na pulpicie. Tzn. to, że mogę samemu rozciągać wybrane ikonki. A ikonki różnych rozmiarów to jest to. Przypomina mi trochę czasy Amigi i Workbencha. Nie, serio - jedna z największych bzdur na pulpicie to wymuszanie ikonek jednego rozmiaru. A przecież lubimy sobie eksponować rzeczy ważniejsze, czy częściej używane. Położenie to jedna sprawa, kolory i emblematy druga, ale ROZMIAR to krytycznie ważna rzecz. O, ten przykład. Po pierwsze - większy kosz. Lubię duże kosze. W ten sposób przeciągając na kosz jakieś ikony łatwiej mi uwierzyć, że się zmieszczą (ok, nie przeciągam nigdy tylko naciskam Del, ale i tak lubię duże kosze. Niektórzy lubią duże cycki, ja lubię duże kosze. Taki mój mroczny sekret. (...)

Czytaj dalej...
Wodzony na pokuszenie

"Dobry wieczór. Nazywam się Grzegorz i jestem nałogowym dłubaczem."

Kusi mnie. Kusi mnie żeby wypróbować DEBIANA. Oj, jak mnie kuuusi... Próbowałem usiąść i poczekać aż mi przejdzie, ale nie przeszło. Co robić?!

Kusiło mnie też trochę by spróbować ubuntu, ale koniec końców chyba bym wolał Debiana... sam już nie wiem. Jestem dzisiaj bardzo niezdecydowanym liskiem...

Z innej beczki - opróżniłem dzisiaj kosz na biurku. Ponad 15GB śmieci w nim tkwiło. BTW, podoba mi się to jak Nautilus ponazywał elementy w koszu (chodzi mi o nazwy duplikatów, np. "Adobe" :)

Przymiarki do Repo 2.0

Dane części "blogowej" Repo już od jakiegoś czasu siedzą sobie w moim domowym mysql-u, wyjmowanie ich też już działa. Zastanawiam się tylko co zrobić z artykułami. No i layout, nawigacja... ale to potem.

Hasta la vista, XP

Windows mi się obraził. Chyba chodzi mu o to, że więcej uwagi poświęcam Mandrivie niż jemu... Przy uruchamianiu zacina się na ładowaniu Mup.sys (zaraz na samym początku sekwencji ładującej). Pięknie, pięknie. Nie negocjuję z terrorystami, wręcz przeciwnie - skoro Windows strzelił mi focha, to ja mu teraz odstrzelę partycję z profilami userów (będzie 70GB kolejnego ext3 dla mandrivy). Gdzie to ja miałem mojego cfdiska... :)

Powrót do Linuksa

Aj, nazbierało mi się trochę... więc może obiecany wpis techniczny?

Jestem znowu na starych śmieciach. Liiii-nux. Nie wiem, chyba nie jestem typem windowsowca. Mógłbym opisywać dokładniej - że nie podoba mi się kiepska interaktywność XP, że jeden proces intensywniej korzystający z I/O dyskowego potrafi skutecznie zamrozić cały system, że diagnostyka błędów jest bardzo utrudniona, że doinstalowanie jednej głupiej aplikacji może system rozwalić tak, że tylko odzysk obrazu partycji pomoże. Do tego dziwnie działający podsystem VM...

No i jestem jednak przyzwyczajony do tej mieszanki GUI/CLI, jakiej używam pod Linuksem. Gdy mogę coś wyklikać - to wyklikuję. Gdy szybciej zrobię coś jakąś pętelką w shellu - to shelluję. Windows jest sprofilowany na GUI, co odkryciem żadnym nie jest, ale ja przez tyle czasu nie miałem styczności z Win, że zapomniałem co to oznacza w praktyce.

Poza tym... może jestem dziwny, ale np. od Photoshopa wolę Gimpa. Do jabbera używałem Psi, choć mogłem przecież sięgnąć po coś windows-only. No i kiedy siedziałem na Windows, to nie pojawiałem się na GG - bo nie ma Kadu dla Windows. A oryginalnych klientów GG używać nie mam zamiaru. Tak że jestem zlinuksowiony do szpiku, choć za paroma aplikacjami windowsowymi będę tęsknił. The Bat!, Total Commander, Advanced Disk Catalog... z drugiej strony pod Linuksem mam normalnie działający program do filmów (MPlayer! Jego windowsowy build jakoś mi się wywalał :)

Aby mieć miejsce na sensowną instalację XP (z osobnymi partycjami na C:\Windows, C:\Program Files, profile użytkowników i dane) musiałem ostro ograniczyć swoją Mandrivę. Powywalałem większość zbędnych pakietów (*-devel) i wcisnąłem /home, dotychczas władające partycją 120GB, na malutką (10GB) partycję z samym systemem. Ot, forma przetrwalnikowa.

Więc teraz musiałem to odkręcać, trochę czasu zabrało. Potem update zaniedbanej mandrivy - w Cookerze pakiety szybko płyną, a ja przez dłuższy czas nie aktualizowałem, więc pół nocy system ściągał i instalował sobie uaktualnienia. (...)

Czytaj dalej...
DoPP RFC ;)

Powinienem napisać DoPP RFC.

DoPP to, oczywiście, "DVD over Poczta Polska" :) Będę wysyłał moim sieciowym kontaktom kolejną porcję seriali TV (Stargate, tak konkretniej), wypalonych elegancko na płytkach DVD. Wypalić będę musiał używając Windows + Nero, gdyż growisofs niestety nie lubi mojej nowej nagrywarki DVD. A przynajmniej nagrywarki w połączeniu z moim zapasikiem DVD+R Philipsa. Mieli, mieli, mieli (gdzieś tak w okolicach kalibracji lasera, czyli na samym początku procesu nagrywania), po czym kończy pracę z jakimś kryptycznym błędem. Płytki na szczęście nie psuje przy tym. Nero tak samo dziwnie mieli, ale ostatecznie zaczyna nagrywać i nagrywa bardzo ładnie. Skany nagranych nośników wykazują, że stan płytek jest OK. Moja prywatna hipoteza: firmware nagrywarki nie rozpoznaje nośnika i próbuje samoczynnie dobrać parametry, ale mu się to nie udaje tak do końca (wnioskuję po nietypowo długiej i podejrzanej serii rozpędzeń i wyhamowań płyty, występującej niezależnie od narzędzia). growisofs w tym momencie się poddaje, ale Nero nie.

Odpowiem przy okazji na pytanie o moją "miłość do blogusia" :) Tak, Repo jest zaniedbywane strrrasznie, ale złożyło się na to sporo czynników pożerających mój czas i moją energię. Gdy pisze się kilkadziesiąt KB maili/tłumaczeń dziennie, pracuje przed komputerem cały boży dzień etc., to... no, wiadomo :)

Ale w miarę możliwości będę nadal poświęcał temu miejscu swój czas i chęci. Przez dłuższy czas może to być niezauważalne, bo przymierzam się do wymiany całego silnika i technologii, na których oparte jest Repo. Tak że moja praca będzie się raczej za kulisami odbywać, skutki za to powinny być potem mile odczuwalne dla Czytelników :)

OK, a teraz tak na szybko: tak, nadal jestem zakochany (bardzo szczęśliwie, ze wzajemnością etc. - Czytelnicy mogą trzymać "za nas" kciuki), nadal używam tego nieszczęsnego WinXP na domowym biurku (a Mandriva leży na partycji obok, spróbuję opisać moje wrażenia jakoś na dniach), nadal jestem sobą (tym samym niepozornym chłopakiem co kiedyś, autorem wszystkich poprzednich wpisów na Repo etc.).

A tymczasem - na razie! :) Postaram się w najbliższych dniach zamieścić tu przynajmniej dwa wpisy. Jeden prywatny, drugi techniczny.

Prowokacja

Wszyscy ostatnio czymś prowokują. Europejskie gazety prowokują bluźnierczymi karykaturami, Machina jakby dla symetrii próbuje katolików choć trochę oburzyć, a ja patrzę na to i nie rozumiem w ogóle o co chodzi, jak do tego doszło itp. Ale to temat na inną notkę.

Dzisiaj sprowokuję ja. Jeden obraz wart tysiąca słów, tak? No to proszę, obrazek mojego nowego biurka :)

Zazdrość szczęścia?
:)

Jakiś czas temu dane mi było jechać pociągiem. Lubię pociągi, ten miarowy stukot i krajobrazy przesuwające się za oknem... ale nie to jest główną osią tego wpisu.

Bardziej zwróciła moją uwagę pewna parka, z którą dane mi było przejechać spory kawałek w jednym przedziale. Nie zainteresowały mnie ich ubrania, wygląd, sposób mówienia, za to zachowanie było ciekawe. Bardzo szybko zasnęli. To co się rzucało w oczy, to jakaś taka, hmm, bliskość w ich zachowaniach. Tzn. mi się rzuciło w oczy - "głodnemu chleb na myśli" i zawsze byłem szczególnie wyczulony na te rzeczy za którymi sam tęskniłem...

Więc zwróciłem uwagę na dłonie. Zastanawiałem się jakie to musi być uczucie mieć kogoś tak blisko siebie... nawet we śnie nie tracili tego kontaktu ze sobą. No i umieli zasnąć razem. A mnie naprawdę ruszają takie "drobne" rzeczy, bo ja sam bardzo potrzebuję bliskości wyrażanej w ten sposób. Często nie namiętnych pocałunków czy wyrafinowanych pieszczot, tylko takiego zwykłego czucia, że kogoś mam. Poczuć jak ktoś opiera głowę na moim ramieniu, jak czyjeś palce ruszają się w mojej dłoni... zasnąć przy kimś - o, to dla mnie bardzo, bardzo ważne. Chyba jedna z najintymniejszych sytuacji (dla mnie) to właśnie zasypianie. I jeśli umiałbym przy kimś spokojnie zamknąć oczy i po prostu zasnąć, a potem obudzić się i zobaczyć tego kogoś obok siebie, i tylko się uśmiechnąć, to... to to by było już coś naprawdę, naprawdę cudownego. Bo za każdym gestem stoją u mnie emocje i uczucia. I nawet takie proste ujęcie czyjejś dłoni w trakcie podróży jest dla mnie sposobem na przekazanie wielkiego ładunku uczuć. I dlatego automatycznie złapałem sobie ten obraz na strasznie rozmazanym zdjęciu (pociąg podskakiwał, a ja nie mogłem błyskać lampą). (...)

Czytaj dalej...
Friendtest, Linux i mój tyłek ;)

Nie mam chwilowo czasu i... no, Repo znika mi pod grubą warstwą kurzu. Ankieta świąteczna odłożona na później, bo naprawdę nie dam rady... zastanawiam się, czy nie zrobić z niej ankiety wiosennej ;)

Aby jakoś uratować twarz (no bo w końcu OBIECAŁEM) przygotowałem test "co o mnie wiesz". Dziesięć pytań, absolutnie poważnych (niech nikogo pozory nie zmylą ;). Hostowane na friendtest.com, bo własnego CGI do obsługi testu nie mam teraz czasu pisać. Niestety, szablon który tam oferują mnie straaasznie ograniczył - no trudno. A oto i sam test - jak dobrze mnie znasz?. Powodzenia! :))

PS: Test jest banaaaalny. Oczekuję masy wyników po 100% ;)

OK, a teraz troszkę technicznych rzeczy nadgonię. Używam Gnome! Tak tak, GNOME. O, proszę, screen. Jakoś tak mi lepiej wśród aplikacji GTK+... tylko tego amaroka jeszcze czymś zastąpić :( Jestem tak zdesperowany, że gdybym miał więcej czasu, to bym pewnie sam napisał sobie jakieś ładne, amarokopodobne gui do mpd albo xmms2.

Wczoraj zostałem nazwany geekiem, bo przyznałem się do posiadania soundtracku z Wipeouta. Soundtracku na kasecie :) Kaseta z soundtrackiem z gry... maniak komputerowy, jak nic. Kobietom doradza się trzymać dystans, bo pewnie na okrągło przynudzam o komputerach ;) BTW, jak widać polubiłem flickera. Bardzo przyjemny serwis. Z innych modnych serwisów typu "social" przyzwyczajam się też do del.icio.us - wiem, geeki używają tego od dawna, ale ja nie jestem rasowym geekiem... w każdym razie mam już własne konto do przechowywania zakładek. (...)

Czytaj dalej...
No i mamy 2006
Gnome, Sabres of Paradise i Katie Melua
[GNOME#1]

Postanowiłem przyjrzeć się kawałkowi Gnome (jak widać na zrzucie ekranu). Od amaroka/k3b nie ucieknę, przynajmniej chwilowo (bo nie ma godnych zamienników w świecie gtk+/gnome), ale że gtk+ mi "ogólnie" bardziej leży... to i spróbowałem dzisiaj nautilusa z gnome-panelem i paroma dodatkami. Działa całkiem sprawnie, choć do intuicyjności i łatwości użycia można mieć całą masę zastrzeżeń. Chwalą się HIG, ale...

Prosty przykład - mam pliki .jpg. Mam ustawioną dla nich, jako domyślną aplikację, polecenie "gqview". Mam też w menu kontekstowym "open with..." i do wyboru np. gimpa - gdybym chciał edytować. OK, wygodne. Ale co się stanie, gdy zaznaczę np. 3 pliki .jpg? Ano, znika podmenu "open with...". I nie mogę przesłać paru zaznaczonych plików do Gimpa, mogę jedynie uruchomić domyślną aplikację. A i to jest niedopracowane, bo wyskakuje "Warning: this will open 3 windows". Gdyby gimpa podpiąć jako domyślny program, to też by próbowało otworzyć 3 gimpowe instancje?

[GNOME#2]

Z drugiej strony DA się tego używać, na swój sposób. Część rozwiązań jest trafiona, jak np. ręczne skalowanie wybranych ikonek na pulpicie, zgrabne zapamiętywanie ustawień widoku dla poszczególnych folderów... Rozszerzenia nautilusa też nie wyglądają najgorzej - doinstalowałem sobie jakieś "custom context menus" i może uda mi się tym załatać kilka z najgorszych usterek. Nie mogę jednak powiedzieć, by GNOME jakoś specjalnie ułatwiał mi posługiwanie się komputerem. Fakt, jest prosty w obsłudze, ale to żaden wyczyn gdy prostotę tę osiąga się przez wycinanie "features". Cep też jest prosty w obsłudze i wymaga prawie zerowego przeszkolenia, co nie znaczy jednak, że użytkownik cepa będzie pracował efektywniej niż operator jakiejś napędzanej silnikiem maszyny. A GNOME to w wielu miejscach taki cep. Z bardzo wygodną, profilowaną rączką, uchwytem antypoślizgowym... ale mimo wszystko cep. (...)

Czytaj dalej...
Czekając na prawdziwy śnieg

Hej! Dzisiaj polecę w ekspresowym tempie, bo jeszcze mam sporo do zrobienia...

Więc tak: w Zielonej Górze nadal nie ma śniegu. Leżą tylko jakieś smętne resztki miejscami na trawnikach i kawałkach dachów. Nic ciekawego. Jeśli ktoś ma możliwość zaopatrzenia mnie w duże ilości śnieżnego puchu, to proszę zrzucać go gdzieś w okolicach 65-096, Zielona Góra. Przewidziana nagroda to królestwo i pół księżniczki.

A! Ochrzanię moją Mandrivę. Przy instalacji skonfigurowała mi drukarkę. I to skonfigurowała ją tak, że wczoraj pewien user z mojego lanu (mam jego nazwę konta, IP, wiem też że wydruk poszedł z KDE) wydrukował sobie u mnie jakieś zdjęcie. Znaczy się, ktoś mi wepchnął wydruk na siłę. Oczywiście już to skorygowałem, ale jestem rozczarowany. Udostępnianie domyślnie drukarek to zły pomysł... Może ma to coś wspólnego z tym, że pozbyłem się msec? Może tym, że instalowałem system instalatorem/pakietami w wersji beta?

Jestem też zły na siebie - niby to śmieszna sprawa, siedziałem sobie przed komputerem gdy nagle drukarka zaczęła wypluwać cudzy wydruk, ale... muszę być czujniejszy. Zdecydowanie. Linux mnie rozleniwił.

A, w Moskwiczu mała galeria - moje zabawy z woskiem.

BUUUUUUU...UUU...uuu...u. Bu.

No zły dzień, no. Dalej nie ma śniegu, szaro i mglisto. Ale nie mglisto-przytulnie, tylko mglisto-ponuro.

Dzisiaj położyłem się spać o szóstej rano. Wstałem trochę później. I nawet tego nie odczuwam specjalnie - nawwet gdybym spał 10h to czułbym się tak samo - wypompowany.

To przez brak śniegu i krótki dzień. Serio, śniegu potrzebuję. Śnieg działa jak naturalna blenda, a ja muszę mieć światło. Bez niego usypiam, energii starcza mi na raptem kilka godzin w ciągu doby, reszta to wegetacja.

Od jakiegoś czasu używam trybu "dynamicznego" w amaroku. Działa trochę jak globalne "shuffle" - na playliście pojawiają się teoretycznie losowe utwory. Niby bierze to pod uwagę punktację utworów (moją historię odsłuchiwania), ale jakoś nie widzę żadnego algorytmu stojącego za tym.

W każdym razie skaczę po całej mojej kolekcji teraz. Rano wpadłem na Gwen Stefani i kawałek Harajuku Girls. Nie wiem ile razy go potem odsłuchałem :) 10? 15? :) W każdym razie zapadł w ucho, choć nie przepadam za taką muzyką.

Z mniej przyjemnych rzeczy - wszystko się sypie mi dziś! (tu wstaw obłędne okrzyki). Za co się nie wezmę, to albo nie działa, albo jest niedostępne, albo... no, wszystko dosłownie. Chciałem wydrukować ofertę handlową z WWW. Link do pierwszej części - 404. Druga - 404. Trzecia - 404. Czwarta - 403 (dla odmiany?).

W końcu znalazłem coś, co z grubsza przypominało katalog produktów (siatki sportowe, tak konkretniej). Próbowałem wydrukować, ale Firefox odmówił twierdząc, że moja drukarka nie obsłuży papieru A4. Opera zawisła na "Printing page 1". Próba przeklejenia do OO.o zakończyła się czymś w rodzaju zwisu okienka Writera gdy tylko dotknąłem Ctrl-V. Po jakimś czasie jednak dokument się pojawił i OO się odmroziło... Sama oferta to też istne cudo, np. numery telefonów wstawione jako pliki .jpg.

Po naciśnięciu "drukuj" znowu się uwiesiło na parę minut. Ten OO.o jakiś dziwny... (...)

Czytaj dalej...
Google World Domination. Beta ;)
[H-EYE]

Umieeeeraaaam...

No dobra, przesadzam. Tak naprawdę to tylko jakieś osłabienie organizmu. Chce mi się spać, jest mi zimno (mam na sobie sweter i polarową bluzę z kapturem), boli mnie brzuch, głowa huczy... pogłaszczesz?

Microsoft dominuje w światku biurowego oprogramowania. Fakt. Od lat jednak uważa się, że w którymś momencie może nadejść (i prawdopodobnie nadejdzie) przełom przesuwający ciężar z aplikacji lokalnych na aplikacje sieciowe. Innymi słowy dyktat Microsoftu zostanie złamany i to nie przez pojawienie się jakiegoś klasycznego pakietu biurowego (jak np. Open Office), ale przez spopularyzowanie się całkowicie nowej platformy - WWW.

Do tej pory większość ludzi traktowała to jak zwykłe sci-fi, ja sam też nie sądziłem by nastąpiło to tak szybko. Ale... chyba jesteśmy już bliżej niż dalej "cichej rewolucji biurkowej".

Np. taki gmail - od jakiegoś czasu to moja podstawowa platforma do zarządzania pocztą. Jest całkiem wygodny, jest "gdzieś tam" w sieci, więc mogę robić co tylko zapragnę ze swoim komputerem. Mogę się do niego dobrać i z domowego linuksa, i z kawiarenkowego Win2000, i... Wszędzie ten sam znajomy interfejs. I już jedna z moich aplikacji wypchnięta całkowicie w sieć.

To samo czeka też zapewne typowe pakiety "biurowe". Procesory tekstu, arkusze kalkulacyjne, terminarze... technologie pozwalające je napisać są już dostępne, więc to tylko kwestia czasu. Skoro mogłem przerzucić się na pisanie maili w webmailu, to dlaczego np. webspreadsheet nie miałby się przyjąć?

Na wygranej pozycji jest Google, oczywiście. Ma infrastrukturę, zbiera doświadczenie, jest popularny, rozumie przyszłość sieci dużo lepiej niż Microsoft (który, jak na "wizjonera branży IT" przystało ignorował Internet tak długo jak tylko się dało). Co by się stało gdyby Google kiedyś uruchomił obok gmaila jakieś goffice? Nie musiałoby być tak rozbudowane jak MS Office, w końcu ludzie i tak nie używają 80% funkcji Worda, Excela itp. A i tak miałoby realną szansę podbierać użytkowników "klasycznym" rozwiązaniom. Bo to całkiem nowa platforma... (...)

Czytaj dalej...
Hornet, tropiciel zbędnych RPM-ów
[j:0 c:1]/home/grzegorz/projekty/rpmq> rpm -qa|wc -l     
666

Hmm... "przypadek my ass", jak mawiają Francuzi :) To efekt sesji z H-r (wymawiać przez nieme "i" i z prawie słyszalnym "n", bo inaczej da.killa kręci nosem), nazwa kodowa "Hornet" (a to już w ogóle niezrozumiałe). To takie małe coś wspomagające usuwanie pakietów-których-nic-nie-używa (coś jak deborphan chyba).

Wygląda tak... i jest bardzo toporne... ale w gruncie rzeczy robi co należy. Tyle, że pewnie i tak nie doprowadzę tego do poziomu "konsumenckiego" - działająca prowizorka w rękach lenia nigdy nie wyjdzie poza stadium prowizorki :) (nie doczeka się też wydania)

PS. Zasłuchuję się ostatnio w Jesus Jones - muzyka ta pomagała mi zbierać siły jakieś, eee, siedem-osiem lat temu. Może i teraz coś da...

Zzzzimno... idę się jakoś rozgrzać.

Mam
[j:0 c:0]/home/grzegorz> rpm -q --changelog aspell-pl|head     
* pon paź 10 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 0.51.0-3mdk
- update (using affix compression, thus resulting in smaller package)

* pią gru 03 2004 Thierry Vignaud <tvignaud@mandrakesoft.com> 0.51.0-2mdk
- rebuild for new aspell

* pon lip 19 2004 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.51.0-1mdk
- updated to 0.51.0

* wto sie 05 2003 Pablo Saratxaga <pablo@mandrakesoft.com> 0.50.2-2mdk

Sukces :) Mam "mój" kurnikowy słownik w mandrivie :) 5.8MB zamiast 60MB, wszyscy użytkownicy odczują tę zmianę.

Wyjaśniła się też sprawa z architekturą słowników - tak coś nieśmiało przypuszczałem, że może chodzić o endianess - i faktycznie dlatego... i586 jest nieciekawym wyborem, ale rpm chyba nie oferuje osobnego sposobu na zaznaczenie big/little-endian. Więc... A i586 to i tak jedyny wspierany w MDV rodzaj ix86, więc może faktycznie tak jest najlepiej.

Jak mi się nie chce niczego robić dziś :( Ale trudno, trzeba. Mandrivowa mapa klawiatury przystosowana już xmodmapem, zestaw znaczków poszerzony...

PS. Pachnę cynamonem. Cały. To przez kupione wczoraj kadzidełka cynamonowe (m.in.). Nie paliłem jeszcze, ale już leżąc sobie na biurku nasączyły wszystko dookoła zapachem cynamonu. Mmm, jak w sklepie orientalnym ;) Oprócz tego mam nowy zapas świeczek, w tym śliczne długie czerwono-brunatno-innokolorowe w wypatrzonych cudem idealnie pasujących podstawkach ("klocki" z barwionego na czerwono szkła). I jedną dużą "chińską" świecę na te samotne noce przed monitorem ;) I dużo innych drobiazgów których w ogóle nie potrzebuję, ale z którymi jest mi jakoś tak milej i lepiej i "gemütlich", jak mawiają Francuzi ;)

Przegrywając z supportem

Francuski maintainer Mandrivy (ten od aspell-pl) mnie chyba olał. W mailu nakreśliłem mu obrazowo zyski z redukcji wielkości pakietu z 60MB do niecałych 5MB, opisałem relacje między słownikiem jakiego używają a tym kurnikowym, wspomniałem też że słownik ten szybciej się ładuje i sprawniej działa, z racji bycia mniejszym objętościowo (ale obejmuje wcale nie mniejszy zasób słów - coś ponad 3 miliony). I że polscy userzy Mandrivy by docenili i w ogóle.

I zostałem zignorowany. Nie otrzymałem nawet odpowiedzi.

Przy czym wiem, że pan developer mojego maila przeczytał. Bo w post scriptum napisałem również o tym, że mają nieporządek w pakietach słowników - część jest określona jako "i586", a część (np. aspell-de) jako "noarch". Noarch jest słuszniejsze, bo faktycznie słownik to tylko lista słów, bez binarek, więc sugerowanie iż wymaga i586 jest dosyć, no, niefortunne. I właśnie dzięki temu wiem, że mój mail dotarł i został przeczytany. Bo na drugi dzień w repo MDV pojawiła się nowa wersja pakietu aspell-de, z nowym wpisem w changelogu:

* pon paź 03 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 20030222.1-2mdk
- should not be a noarch packag

Tak, pan Thierry to ten który odpowiada za aspell-pl. Ten do którego pisałem. Normalnie nie dotyka on też aspell-de, to pierwszy raz gdy coś przy nim zrobił.

Podsumowując: polski słownik pan Thierry ma najwidoczniej gdzieś, jest też zdania że do słownika lepiej pasuje i586 niż noarch. Może napiszę mu, że man-pages też jest oznaczone jako noarch? Może niech coś z tym zrobi... ;)

Ot, i support. Zniechęcające prawdę mówiąc. Jako user czuję się tak, jakbym mówił do ściany. Mam nadzieję, że maintainer f-spota (Niemiec, IIRC) będzie bardziej kontaktowy (bo do niego też wysłałem drobnego maila w pewnej sprawie). Jeśli i on mnie oleje to zacznę myśleć, że Mandriva ma support gorszy niż PLD. W PLD developer przynajmniej odpowie. Powie, że go to nie obchodzi albo że masz samemu poprawić, ale odpowie. A tutaj? Ech, smutna sprawa. Aż chce się to zostawić i przejść na jakieś distro w którym wysyłanie bugreportów ma sens. (...)

Czytaj dalej...
Jak wahadło bujam się, od euforii w de-pres-ję

No i znowu trochę czasu przeciekło przez palce. I chyba czuję kolejną nadchodzącą depresję. I mam już serdecznie dosyć użerania się z ludźmi o należne mi pieniądze. I bardzo chciałbym teraz zjeść pączka i się do kogoś przytulić, ale nie mam żadnego pączką pod ręką i wszystkie cukiernie już pozamykane... a przytulić też nie ma się do kogo i nikogo też nie widzę na horyzoncie.

No i buty nowe na jesień by mi się przydały jakieś... czuję, że znowu dwa tygodnie będę łaził po obuwniczych zanim coś sobie znajdę. Tylko dlatego, że mam normalnie zbudowaną stopę. I nie wbiję jej w większość tych nowoczesnych "bucików", bo tzw. "tęgość" nie ta. Gdybym miał płaskostopie, to może, może... ale nie mam. Więc będę łaził, przebierał, przymierzał i narzekał.

A wczoraj po raz pierwszy od daaaawna wypiłem sobie trochę wina. Gdzieś z kubek. Słodkiego, wiśniowego... takiego w którym "czuje się pestkę". Mmmm :) Jest ponoć tylko kilka takich prawdziwych przyjemności w życiu - a należą do nich palenie dobrego cygara, picie dobrego wina i inne takie tam. Więc to z winem mogę potwierdzić - szalenie przyjemne potrafi być. Na cygarach się nie znam, nie palę - ale może kiedyś wypróbuję. Chociaż nigdy nie widziałem niczego fajnego we wciąganiu ciepłego dymu do ust. I nie rozumiem w ogóle palaczy - co oni takiego widzą w tym nałogu? Fuj!

A, ciekawy sen miałem wczoraj. Jeden z gatunku tych nadmiernie rozbudowanych. Niestety natłok zajęć zrobił swoje i większość mi wyparowała z głowy, a szkoda. Akcja snu toczyła się w Muzeum Piratów. Muzeum było zbudowane na bazie okręgu, wielki kolisty korytarz z którego rozchodziły się odnogi do poszczególnych pokoi wystawowych. Wszystko wykończone drewnem pociemniałym ze starości, na ścianach porozwieszane koła sternicze, te szklane okienka w mosiężnych okuciach (bulaje, tak to się nazywa?), kawałki lin itp. I pachniało drewnianym strychem w środku lata. Czyli w skrócie: było ciepło, miękko i baaardzo interesująco. I co najlepsze - żadnych innych zwiedzających, żadnych oprowadzających... byłem tylko ja i muzeum. I tak coś czułem, że jestem tu pierwszą osobą od długiego, długiego czasu. (...)

Czytaj dalej...
Tak, mam mandrivę. No co?

Mieszkam przy Dąbrówki. Taka sobie ulica, króciutka. Niestety wchodzi w skład jednej z głównych arterii miasta. A żeby było jeszcze bardziej "niestety", to od jakiegoś czasu okupują ją ekipy remontowe. Coś z zatoczką autobusową robią i krawężniki przesuwają... No i dzieje się to samo co było przy budowie Carrefoura - korki. Wielkie, długie, paskudne korki. I dzisiaj musiałem swoje odczekać w takim leniwie pełzającym korku. Na szczęście siedziałem na fotelu pasażera, więc mogłem swobodnie zatopić się w myślach i nie zważać na drogową perystaltykę. Chociaż i tak czekanie mnie irytowało... bo wiedziałem już, że znowu będę jadł obiad o osiemnastej, psiakrew...

Ale czasem wystarczy malutka rzecz by człowiekowi humor o 180 stopni obrócić. W moim przypadku owa rzecz miała dwie kitki i siedziała na tylnym siedzeniu jakiejś Fabii stojącej przed nami. Mała dziewczynka, po której stanie w korku najwidoczniej spływało jak po kaczce... wesoło rozglądała się dookoła, "zaglądając" do wszystkich sąsiadujących samochodów. W którymś momencie popatrzyła i na mnie. Ułamek sekundy, kontakt wzrokowy nawiązany, mała się do mnie promiennie uśmiechnęła. I nie miałem wyboru, musiałem odwzajemnić. I w tym momencie cały zły humor gdzieś prysł.

Odwróciłem głowę w prawo, patrząc na jakąś opaloną babkę w aucie obok. Rozmawiała dosyć nerwowo przez komórkę. Zauważyła że się na nią patrzę, popatrzyła na mnie. Znowu kontakt wzrokowy, a ja jeszcze nie zdążyłem zetrzeć uśmiechu z twarzy... i wtedy ona też się uśmiechnęła. Mój Boże! To jest zaraźliwe! ;)

Czasem pozwalamy, by tak drobne sprawy jak np. korek nas zdenerwowały. Aż dziwne, że tak przyziemne rzeczy potrafią nas ściągać w negatywne emocje... a przecież prawie zawsze można się zdystansować, dać sobie margines psychicznego komfortu. Wiem, nie zawsze ma się przed sobą małą dziewczynkę z promiennym uśmiechem typu "no i po co się złościć?". A szkoda. (...)

Czytaj dalej...
Mam nowy dysk!

Miejsce na dysku zaczęło mi się kończyć. Głównie przez zdjęcia...

Od jakiegoś już czasu radziłem sobie zrzucając co popadnie na płyty DVD. Skuteczny sposób - ino niewygodny. Np. gdy siostra wpadła z wizytą i zechciała obejrzeć część zdjęć... skończyło się wertowaniem stosików płyt i żonglowaniem nośnikami.

Słuchanie muzyki równie uciążliwe. Mam sporo vorbisów rozstrzelonych po różnych DVD/CD. Jeśli chciałem sobie czegoś posłuchać, to musiałem albo katować w kółko ten niewielki zbiór jaki mieścił mi się na dysku, albo cały czas coś kasować i dogrywać nowe albumy z płyt.

Poza tym... mój komputer po ostatniej częściowej renowacji jest całkiem dobrą, biurkową maszynką. Procesor 1,8GHz, FSB 200MHz, 512MB pamięci "czterysetki"... zestaw pozwalający na bardzo płynną pracę. Ale dysk był wąskim gardłem.

No i koniec końców kupiłem sobie nowe cacko IDE :) Co prawda miałem zbierać na porządny LCD... ale chwilowo i tak miałbym problemy z uzbieraniem na satysfakcjonujący mnie ekran... więc nadszarpnąłem trochę "fundusz monitorowy" i kupiłem dysk. Ładny Caviar 250GB. Wariant IDE (moja płyta nie ma SATA). 7200rpm, 8MB cache... obecny standard, nic wyuzdanego.

/dev/hda:
 Timing cached reads:   1712 MB in  2.00 seconds = 854.00 MB/sec
 Timing buffered disk reads:  172 MB in  3.00 seconds =  57.32 MB/sec

Po wymianie nastąpił zauważalny skok szybkości "wszystkiego". Writer z OpenOffice.org uruchamia się np. w jakieś 6 sekund (za pierwszym razem, potem oczywiście dużo szybciej), co jest znaczącym przyspieszeniem. Poza tym nowy dysk jest cichszy! Hurra :)

Czeka mnie jeszcze trochę dłubaniny, po głowie łazi mi w ogóle pomysł zrobienia sobie samodzielnie obudowy komputera... z drewna pewnie, bo to najłatwiej się obrabia. Coś typu "desktop" - zwykłe leżące pudło. Szczelne, z wiatrakiem zasysającym z tyłu i kolejnym wydmuchującym z przodu, i z jakimiś filtrami żeby się kurz nie osadzał na radiatorach w środku. I z dużymi diodami power/disk (moja obecna obudowa ma malutkie diodki które mnie nie satysfakcjonują ;)

No i zastanawiam się też nad kupnem roweru. Coś do jazdy po mieście i wycieczek po okolicznych miasteczkach/wioskach, nic wyczynowego. Czy wśród Czytelników jest jakiś biker który by mógł coś doradzić, powiedzieć na co trzeba zwracać uwagę przy kupowaniu roweru itp?

Aha, zainstalowałem Mandrivę. Podoba mi się i chyba przy niej zostanę. Nie, to nie prima aprilis.

A może Ubuntu?

I już po kuracji antybiotykowej. Opuchlizna poschodziła, za parę tygodni pewnie znikną resztki zmian pod skórą (nie widać, ale da się wymacać). Oznacza to, że mogę znowu wychodzić między ludzi. Szkoda tylko, że całe winobranie mi umknęło. Niczego nie widziałem... A na zakończenie było podobno przedstawienie z całkiem gołymi babkami. Darmowa golizna i nie obejrzałem... szlag ;)

Właśnie ściągam sobie ubuntu-5.10-preview-install-i386.iso. Tak, mam zamiar zobaczyć jak poszło do przodu. I może zostawić sobie, ewentualnie? Cthulhu był sceptyczny, mówił, że pewnie i tak zacznę od razu upgrade-ować do Breezy++ i wszystko popsuję. Hmm... Coś w tym jest. Spróbuję się powstrzymywać ;)

O, do fryzjera powinienem iść, bo zarosłem trochę... I od cholernego słońca mi włosy nieco wypłowiały, a miałem przecież już takie prawie-że-czarne... ale to kiedy indziej. Na dzisiaj wystarczy mi, że się ogoliłem bez pozacinania! Brawo ja! ;)

PS. Dzisiejszy odcinek sponsorowany był przez kisiel truskawkowy z kawałkami owoców i ziarnami Winiary, mleko słodzone w tubce SM Gostyń i muzykę The Cardigans - Black Letter Day (lubię ten kawałek, bardzo).

PPS. Ostatnio trochę URL-i mi wpychacie w komentarzach, drodzy Czytelnicy. A przynajmniej próbujecie. Nie ma sprawy, ale nie używajcie tagów HTML. W ogóle. System ich nie lubi. Nie wklejajcie też tego samego URL-a w kilku komentarzach, bo tego system również nie lubi. Możecie za to normalnie wklejać adres jako zwykły tekst, będzie bezpieczny. A czemu tak? Bo to zabezpieczenie przed różnymi dowcipnisiami i spamerami, którzy przez komentarze na blogach próbują sobie podnosić ranking własnej strony w googlach. System komentarzy na Repo ma jeszcze blokowanie po IP, ale to już ostatnia linia obrony przed spamem i wolałbym nie powiększać blacklisty za bardzo...
Podsumowując: żadnego wpisywania tagów w komentarzach. Tylko zwykły tekst.

Last.fm, urokliwy Żagań i pogrzeb w rodzinie

No i znowu biorę antybiotyki. Tym razem coś nowego, Unidox Solutab, 200mg na dobę. Ale o tym za chwilę.

Miałem problemy z klientem radia last.fm. Dokładniej: przygotowana przez nich binarka pokazywała mi kwadraciki zamiast tekstu. Więc była bezużyteczna - klikanie w GUI usianym geometrią zamiast liter jest mało praktyczne. Po małym flejmowaniu sobie z Cthulhu (zwykle flejmujemy o Ubuntu - on tego używa, a ja lubię krytykować wszystko dookoła, więc... :) doszedłem do wniosku, że to przez statyczne biblioteki załączone w kliencie - zapewne niezgodność wersji między komponentami, podejrzewałem okolice fontconfig/Xft. Więc relinkowanie/rekompilacja powinny załatwić sprawę. Na szczęście ludzie z last.fm udostępniają kod (chyba na licencji BSD), więc można sobie zbudować...

No i niedawno sobie zbudowałem samodzielnie tego ich klienta. Była to jednocześnie pierwsza sensowna, samodzielna aplikacja qt4 jaką u siebie skompilowałem. No i pomogło - mam czytelne litery, klient działa. I na dodatek mam pod linuksem trochę nowszą wersję niż to, co skompilowało lastfm (ich binarki pod Linuksa to 1.0.1 chyba, a kod to 1.0.3 - więc tylko kompilując samemu ma się najnowszą wersję).

[LAST.FM PLAYER] Pierwsze wrażenie: o, całkiem fajne. Działa. Proste UI. Po uruchomieniu można sobie przeciągać linki poszczególnych stacji dostępnych na stronach last.fm, można też sprzężyć klienta z firefoksem, by klikanie w linki lastfm:// uruchamiało klienta... można też z poziomu klienta/www wyszukiwać sobie stacje według "podobieństwa" - np. mam ochotę na muzykę w stylu Orbitala, więc wklepuję "Orbital" i last.fm proponuje mi odpowiedni strumień. Można też łączyć się ze strumieniami opisującymi całe gatunki - electronic, ska, takie tam. Całe UI ładnie animowane... Podczas odtwarzania pokazywana jest okładka, wykonawca, album, tytuł - po kliknięciu w wybranej przeglądarce ładowana jest stosowna strona last.fm (pokazująca odpowiednie informacje). Można przeskakiwać odtwarzane aktualnie kawałki, oznaczać jako "lubiane" lub "nielubiane"... Brzmi bardzo ładnie, prawda? (...)

Czytaj dalej...
Let's blog!

A dzisiaj trochę typowego blogowania, czyli linki.

Na pierwszy ogień, Weebl & Bob. Bo, jak się wczoraj okazało, taki da.killa na przykład nigdy wcześniej o tym nie słyszał. No jak można nie znać tych animacyjek? Ech. Więc link do pierwszego odcinka. Polecam. Nie można się tylko zrażać pierwszymi animacjami, potem się robi coraz fajniejsze. Mogą być niezrozumiałe jeśli zacznie się oglądać jakieś wyrwane z kontekstu fragmenty, dlatego radzę oglądać po kolei, wszystkie. Fajny język, bardzo alternatywna muzyka w tle - jednym słowem, dobra rozrywka.

Komiks The Flipside. Milutki, rysowany w stylu który uwielbiam, bardzo dobry i warsztatowo, i pod względem dialogów/fabuły. Nie przegap "Book Zero!".

Drugi komiks który polecę dziś, TwoKinds. Mniej udany technicznie, ale za to kolorowy i bardziej na luzie. Czyta się bardzo miło, a humor miejscami jest naprawdę, naprawdę dobrze zaserwowany. No i fabuła trzyma w napięciu - tzn. śledzi się z niecierpliwością, a przecież o to właśnie chodzi.

Nie komiks, ale... a zresztą, sam zobaczysz. Szadoki pokazał mi lanrat, no i wydaje mi się, że warto polecać to dalej. Więc polecam!

Metapixel to zabawka którą wskazał mi również lanrat, tyle że jakiś czas temu. Znikoma przydatność praktyczna, ale można obejrzeć - efekty są całkiem ciekawe. Programowi serwuje się duży (jak największy) zbiór zdjęć, z których tworzy sobie bazę danych. Następnie używając tych zdjęć jako miniaturek jest w stanie skonstruować dowolne inne podane zdjęcie. Brzmi skomplikowanie? No ale tak to działa. (...)

Czytaj dalej...
No i znowu przemokłem

Wypala mi się właśnie ostatnie kadzidełko "The Moon", "Opium" też mi tylko jedna sztuka została... i świeczek nie mam prawie... a to oznacza, że muszę jakoś na dniach wybrać się na zakupy do świeczkarni i uzupełnić zapasy - bardzo lubię przebierać w tych olejkach eterycznych, kadzidełkach, świeczkach, świecznikach i podstawkach :)

W nocy była niezła burza. Na tyle solidna, że w pewnym momencie się obudziłem i zamknąłem okno. Pamiętam bardzo ładne grzmoty i ulewę.

Dzisiaj, już za dnia, była powtórka z rozrywki. Tylko tym razem byłem oczywiście na zewnątrz i zostałem przez ulewę zaskoczony. Akurat przechodziłem przez park Tysiąclecia gdy się rozpadało. Próbowałem przeczekać pod takim wielkim, rozłożystym drzewem, ale nic z tego - zaczęło przeciekać. Więc zacząłem się przebijać jakoś w kierunku budynków - doleciałem do oddziału BZWBK... wparowałem do środka i przygodne panie od razu nazwały mnie "miss mokrego podkoszulka" (na szczęście nikt nie robił zdjęć :). Cały mokry... Postałem tam z dziesięć minut, odlepiając sobie koszulkę od cycków (praktycznie niewykonalne) i wytrzepując wodę z włosów, zabezpieczyłem też zawartość torby która nieco przemokła. A gdy trochę zelżało rzuciłem się na zewnątrz. Ale już w okolicach Blues Express znowu się rozpadało i musiałem kolejny raz odczekać, tym razem pod parasolami na zewnątrz lokalu. Chyba trochę wtedy przemarzłem. Widziałem też bardzo sympatycznie wyglądającą dziewczynę, która ubrana w czarną bluzę-kangurkę, bez specjalnych zabezpieczeń szła sobie dosyć niespiesznym krokiem przez największą ulewę. Lubię takich ludzi, gdyby nie to że przemakającą torbę miałem wypchaną po brzegi elektroniką, to pewnie sam bym tak właśnie szedł przez deszcz. Uśmiechnąłem się do niej, ona odwzajemniła uśmiech.

Na Kupieckiej popatrzyłem sobie jeszcze na deszczową atrakcję - ulewa była tak nagła i intensywna, że w kanalizacji burzowej wypierane przez wodę powietrze osiągało chyba niezłe ciśnienie (fotka).

A potem wszystkie ciuchy poszły do wymiany, buty się suszą... Byle tylko jakieś przeziębienie mnie nie wzięło teraz. Chyba profilaktycznie wezmę ciepłą kąpiel. Tak, to dobry pomysł. Idę do wanny.

PS. Używam teraz Sawfisha. Może przy nim pozostanę? Jest całkiem wygodny. Po przejściu z icewm muszę odzwyczaić się od korzystania z taskbara (nie jest to trudne, jakoś sobie radzę używając sawfishowego menu z listą okien), a za tray służy mi plugin z fbpanela (działa o wiele lepiej niż icewmtray). Na razie sprawdza się bardzo dobrze.

No i znowu się kernel rozjechał

Ha! Dzisiaj kończyłem porządkować szafę, nie znalazłem już nic do wywalenia (kilka par spodni i parę koszul pozbyłem się w zeszłym tygodniu), za to trafiłem na białe dżinsy które z jakiegoś powodu miałem upchnięte na półeczce "rzeczy nie do noszenia". W zeszłym roku najwidoczniej nie mogłem ich dopiąć (albo mogłem dopiąć, ale musiałem przy tym rezygnować z oddychania). A teraz bez większych problemów. Nie są luźne, ale ich noszenie nie jest też uciążliwe. No, to mam "nowe" spodnie - ładne, jaśniutkie, bardzo ładny krój, idealna długość.

Używałem kernela 2.6.13-pre1, teraz przeskoczyłem na 2.6.13-pre3. Ma sporo rzeczy przeniesionych z gałęzi -mm, a przynajmniej tak to mi wygląda. Konfigurowalna wartość HZ, dodatkowe ustawienie w konfiguracji wywłaszczania, kexec... Z tego co rozumiem to znajdzie się i w pełnym 2.6.13, skoro jest w -pre? To miłe dodatki dla desktopowców...

Tyle że lirc mi się "rozjechał". Bo oczywiście po 2.6.12 zmieniło się API czegoś w kernelu, coś w okolicy rejestrowania/usuwania urządzeń czy jakichś klas... No, nieładna sprawa. Takie zmiany naprawdę nie powinny zachodzić w parzystej serii kernela... poprawki typu "zmiana nazwy/argumentów funkcji" powinno się odkładać na bok i aplikować przy 2.7 dopiero... Ale trudno. Poprawiłem co trzeba i zdaje się działać. Na wypadek gdyby ktoś potrzebował oto sam patch.

Kolejna awaria wifi :(

W wireless lanie którego jestem klientem znowu się coś skopało. Dwa dni bez sieci, dzisiaj działa w sumie tylko http, https i ssh. Do czasu zakupu nowych modemów czy jakoś tak... został mi miesiąc cyrografu jeszcze, potem mogę zmieniać operatora... tylko nie bardzo mam wybór. TPSA jest za droga by ich brać na jedną osobę (potrzebuję czegoś w okolicach min. 256kbps), Dialog tak samo... ZTPNET (sieć lokalnej TV kablowej) nie ma zamiaru teraz kolonizować mojej części osiedla... pozostaje jakaś sieć która ciągnęła tu niedawno kable między blokami, mam jakąś ulotkę sprzed paru miesięcy. Dwa numery telefonów, żadnego www czy adresu email... ale zadzwonię i się dowiem. Wolałbym już wyjść z wifi, za duża awaryjność... Ktoś z Zielonej ma jakiś pomysł?

Wykorzystałem wolną chwilkę oraz obecność wolnej partycji 10GB i zrobiłem benchmark filesystemów w kernelu 2.6.12-mm2. Kopiowanie "z zewnątrz" dużej ilości danych do pojedynczego pliku, rozpakowywanie na filesystem źródeł kernela 2.6.12, kopiowanie tego drzewka do nowego katalogu, usuwanie dużego pliku, usuwanie drzewka kernela i jego kopii. Obciążenia typowe dla normalnego "workload". Pomijałem testy odczytu itp. bo różnice nie są wielkie i na desktopie zwykle całkiem nieistotne. A oto wyniki w PDF.

Enlightenment, anyone?

[MECH] 80% ludzi którzy widzą zrzuty mojego pulpitu narzeka, że kolory są be i w ogóle jest taki deprymujący. Dziwadła :P

Ale zacząłem kombinować z innymi kolorami, kształtami itp. wprowadzając więcej pstrokacizny. Nie powiem, widzi mi się nawet. Zacząłem od odświeżającej tapety mokrego... mokrego... hmm, powiedzmy że to mech. Tak, to to zielone.

Clearlooks przerzuciłem na standardowy, brązowawy zestaw kolorów. Dekoracje okien itp. spróbuję jakoś podkolorować może coś w stylu Elberga, tylko dorzucę jeszcze błękit i czerwień... a skoro jesteśmy przy oknach, to oglądałem niedawno DR17 (Czyli Enlightenment 0.17 z CVS). Jestem pod wrażeniem tego jak wydajnie obsługuje te wszystkie animacyjki, refleksy itp. Imponujące. Ludzie z teamu E wiedzą jak robić szybką grafikę, w końcu używany wszędzie (bezkonkurencyjny) Imlib/Imlib2 to ich dziecko. A z DR17 kroi się coś naprawdę dobrego. Prawdopodobnie się przesiądę gdy tylko wyjdzie release :) Głupio, że powstaje kolejne środowisko oparte na własnych toolkitach, ale ich jakość... chyba usprawiedliwi to wszystko. Na razie nie jest zbyt wiele dokończone - są podstawy, biblioteki (z niestabilnym API), jest pager (działający), system biurek, dekoracje okien z przyciskami, parę modułów (apletów pulpitu) - np. termometr pokazujący temperaturę CPU, coś do cpufreq, zegar, moduł rysowania cieni okien na pulpicie... jest też menu i parę luźnych aplikacji. Gdyby nie to, że engage (coś w rodzaju fikuśnego taskbara z trayem) nie działa mi pod Enlightenment (działa za to pod icewm, ironia losu :) to pewnie już bym używał DR17.

Ten wpis skomponowany został przy butelce "karmi poema". Polecam. I wcale nie dostaję żadnych pieniędzy za reklamowanie, to naprawdę smaczny stuff :)

Dystrybucje nie dla mnie?

Moje poszukiwania dystrybucji - zarzucone...

Oglądałem gentoo, debiana stable, debiana unstable, archa, ubuntu, pld... Może niedługo opiszę moje wrażenia z zetknięcia się z tymi distros.

Wniosek: zamiast szukać sobie nowego podwórka powinienem raczej pokombinować z dalszą automatyzacją HBS-a.

Korzyść uboczna: mam wygospodarowaną partycję 10GB. Zanim przepartycjonuję dysk ponownie (jestem w tym już biegły ;) mogę ją wykorzystać do wykonania benchmarków filesystemów. XFS, Reiser, JFS, Ext3... ale tym razem nie syntetyczne testy z bonnie++, a real-life zadania. Np. rozpakowanie paczki z kernelem, kompilacja, skopiowanie drzewka ze źródłami, skasowanie go.

A co do partycjonowania dysku, to mam już rutynę :) System (/usr, /bin, /etc itp.) są tarowane, gzipowane i wypalane na DVD+RW, z /home wywalam dane "stałe" (filmy, muzyka, zdjęcia) na DVD+R a następnie zgrywam ten katalog na drugie DVD+RW. Potem weryfikacja danych na płycie, restart, do gry wchodzi Knoppix, partycjonowanie, zakładanie fs-ów na nowo, dekompresowanie paczek z DVD, ewentualne odświeżenie bootloadera, restart. Proste. Dwie płytki DVD+RW Philipsa (nabyte kiedyś za ~7zł od sztuki) są baaardzo przydatne do takich zabaw.

Miałem problem z Huginem. Jeden z dialogów powodował segfault. Najpierw szedłem po najmniejszej linii oporu - rekompilacja gtk, glibc, X-ów, wxGTK z mniej agresywnymi flagami... nic, zero efektu. A np. w Archu działa, chociaż nie nakładają patchy. No to dzisiaj przysiadłem, gdb w dłoń... drobna (i obleśna) modyfikacja kodu i już działa. Jak na nie-programistę który pojęcia nie ma o kodowaniu w C++, toolkicie wxWidgets etc. to chyba dobry wynik? :)

PS. Clearlooks wygląda świetnie. Tak tylko zauważam. Żeby go ktoś pod Qt przeportował jeszcze...

Dylemat

Update: Zgodnie z wpłatami na FPR wygrywa... Gentoo! Hmm :) Fani innych distro najwyraźniej nie chcą mnie w swoich kręgach :)

Oglądałem wczoraj Sarge. Na razie jest całkiem aktualny, ale gdybym go wybrał to w przyszłości pewnie bym musiał go zacząć mieszać z testing... Harnir prowadził mnie za rączkę przez zawiłości apt-getowania, choć całkiem dobrze to szło. BTW, aptitude jest totalnie nieintuicyjne :(

Dzisiaj po raz kolejny wraca mi ochota na... Archa. Arch Linux znaczy się. Dosyć surowe pakiety, minimalnie patchowane (czyli dokładnie tak jak u mnie), niezbyt rozbudowane zasoby ale większość tego co by mi było potrzebne... no i uruchomione niedawno AUR, czyli repo w którym userzy mogą składować swoje dodatki... a na dodatek całkiem aktualna bestia - tak jak lubię... Kuszące jest to, że gdybym w tym distro musiał coś samemu spakietować, to mogę potem łatwo się tym podzielić z resztą, powiększyć zasoby swoją pracą. To dobra rzecz. A jednocześnie całość sprawia wrażenie na tyle prostej, że ogarnięcie całości nie byłoby problemem. Badmad mi podrzucił swój /etc, obejrzę i oszacuję sekwencję startową etc. A wieczorkiem może na starym dysku spróbuję postawić Archa 0.7 (ISO dostałem na DVD z którymś L+) i zobaczę jak to w praktyce działa.

A czemu w ogóle? No bo... to z jednej strony instynkt stadny. Po drugie to trochę nierozsądne ładować pracę w system dla jednej osoby, ja naprawdę chętnie bym "wspomógł" jakąś istniejącą distro, w ciągu ostatnich paru miesięcy to właśnie uczucie się znowu zaczęło odzywać... A po trzecie chętnie bym zepchnął na kogoś utrzymywanie i aktualizowanie tak nudnych pakietów jak man-pages, k3b czy imagemagick - sam bym się zajmował tylko jakąś egzotyką czy rzeczami które koniecznie chcę mieć mocno "spersonalizowane" i chciałbym, by te "nudne" pakiety się "same" aktualizowały.

Dystrybucję? Jaką?

Od wielu miesięcy nie oglądałem u siebie (na mojej maszynce) żadnej dystrybucji. Czuję też chęć poużywania gotowej distro, tak żebym mógł się odprężyć w fotelu i narzekać na innych jeśli akurat jakiś program nie będzie działał tak do końca jak powinien. Czyżbym chciał zakończyć awanturniczy tryb życia i ustabilizować się z jakąś jedną dystrybucją? Czyżby to już ten wiek był? Sam nie wiem...

Chwilowo najbardziej kusi mnie... Debian. Tak, Debian. Nie żadne (K)Ubuntu, tylko zwykły, waniliowy Debian...

PS. Powyższe należy brać serio.

PS#2. Liori proponował, żeby wybieranie distro pozostawić czytelnikom Repo. I zorganizować licytację na FPR (które distro uzbiera najwięcej wpłat, te mam zainstalować i pokochać.
Muszę to rozważyć ;)

Przesiadka na JFS

Cholerny świat, musiałem w nocy z poniedziałku na wtorek zrezygnować ze snu. Czuję się trochę jak na rauszu...

Pewnie ze względu na przemęczenie zmieniłem sobie też filesystem. Z ext3 na jfs. To było proste - popakować katalogi w paczki TAR, zgzipować, wrzucić na dwie płytki DVD+RW Philipsa, potem posiłkując się knoppiksem założyć nowy FS i przywrócić dane z backupu. No i odzyskać Gruba. Dlaczego to zrobiłem? Bo mogłem :) No, to był podstawowy powód. Ale poza tym chcę trochę podbić wydajność dysku, więc zmiana ext3 na cokolwiek innego powinna dać przyspieszenie...

PS. Kobiety to zło wcielone. Serio.

FPR Neutrogena, gtk+ i BÔA
[KREM]

Punkt pierwszy porządku obrad: FPR. Z funduszy FPR miałem zakupić krem do rąk, Neutrogeny najlepiej. Ech...

I żeby nie było podejrzeń że fundusze przepiłem, przejadłem, wydałem na Playboya etc. niniejszym się rozliczam.

Krem ten okazał się siedzieć w niemieckojęzycznym opakowaniu z plastiku o interesującej fakturze (ani gładki, ani szorstki), zakrętka jest nieco chropowata co ułatwia odkręcanie i wyróżnia ją in plus wśród łazienkowych akcesoriów.

Po odkręceniu ukazuje się niewielki otworek z którego da radę wyniuchać bukiet starych farb plakatowych przełamanych kapsułką antybiotyku. Czyli mówiąc po chłopsku pachnie jak mokry plakat w szpitalu. Osobiście zapach oceniam jako "interesujący" i jak najbardziej możliwy do zaakceptowania, zwłaszcza że znika w kontakcie ze skórą.

Krem ma kolor i konsystencję przypominającą jako żywo neomycynę w żelu - z tubki wyciska się taki mętny, białawy robaczek :) Wsmarowywanie przebiega bez kłopotów, krem szybko się wchłania a pozostałość nie nosi znamion typowych dla, jakże znienawidzonych, low-endowych kremów "tłustych". Dłonie wysmarowane Neutrogeną nie powodują dyskomfortu przy korzystaniu z klawiatury, stosowanie kremu nie upośledza też aktywności socjalnej (podawanie rąk, głaskanie kobiecych twarzy etc.).

Niestety, z braku czasu nie mogłem przeprowadzić solidnych benchmarków, więc element leczniczy pozostaje nieudokumentowany. No. To tyle :) (...)

Czytaj dalej...
Panoramy

A dzisiaj będzie Blog Konkretny(TM). Temat odcinka: pa-no-ra-my.

[LUNA]

Byłem dzisiaj u kuzyna - ma kota! A w zasadzie kocicę, Luna się zwie. Śliiiiczny nieduży kotek, rozmiauczony i w ogóle... No i mnie zaakceptowała, a ponoć nie wszystkich lubi.

Ale ja nie o tym miałem... Będąc tam wyszedłem sobie na balkon, a że jest to dziesiąte piętro, praktycznie peryferia miasta i widoki szersze niż ja mogę zobaczyć przez okno... to i cyknąłem sobie trochę różniastych fotek. A po powrocie do domu przyszło mi do głowy, że w sumie to te zdjęcia się tak na siebie nakładają i dałoby się je trochę posklejać w panoramę...

Widziałem też sporo komercyjnego softu do lepienia panoram pod Windows... Niestety, soft koszmarnie wymagający jeśli chodzi o stronę techniczną fotek. Np. bardzo często wymaga używania specjalnego statywu do panoram.

Pod linuksem, nieco ku memu zaskoczeniu, znalazłem jakiś czas temu satysfakcjonujące rozwiązanie... żadnego cudowania z Wine, emulowaniem etc. Natywne rozwiązania. Na dodatek z solidnym "powerem". Więc dzisiaj postanowiłem odświeżyć bazę oprogramowania...

Niestety, potrzebne mi programy nie są najpopularniejsze. Nie są też utrzymywane w idealny sposób. A to oznacza, że skompilowanie ich i zmuszenie do działania oznacza sporo zachodu. Oszczędzę opisów moich kłopotów, zainteresowani pewnie i tak mogą sobie wpisać "urpmi" czy "apt-get" i dostać gotowe pakieciki...

Podstawą jest zestaw panorama-tools. To narzędzia CLI, często podzielone na biblioteki i same programy narzędziowe. One mają jakiś myk w licencji, zdaje się że biblioteka jest open source ale programy już nie i dostępne tylko jako binarki... czy jakoś tak. Nie pamiętam dokładnie, bo panorama-tools mam w systemie już od jakiegoś czasu. (...)

Czytaj dalej...
Opera? Jestem na "tak"!

Sweet tour. Tak na razie wygląda moje używanie nowej Opery. Jest naprawdę OK. Bardzo responsywny interfejs... bannery przyblokowałem sobie kawałkiem CSS-a, który ustawia im display:invisible, więc efekt końcowy jest zbliżony do adblocka z ognioliska. Teraz przeszkadzają mi już w sumie tylko dwie rzeczy - popupy (Opera coś za dużo ich przepuszcza) oraz RSS. Z popupami może dojdę do ładu, te najbardziej irytujące spróbuję zablokować w filter.ini, ale na RSS nie mam pomysłu. Chodzi mi mianowicie o funkcję odświeżenia stanu monitorowanych RSS on-demand. No nie ma takiej opcji! Albo ja jestem ślepy. Bo widzę tylko opcje "refresh every X hours/minutes" (fajne, bo ustawialne każdemu RSS z osobna), ale nie ma żadnego "reload all". Bu.

No i znowu mam internet...

[GOLIZNA] Uuuu, przydałoby mi się trochę słońca. I opalania. Może bym coś zrobił z moimi bladymi nóziami... A, moment. Zapomniałem. Przecież ja się nie opalam. Ja się na słońcu praktycznie od razu spalam. No taką mam skórę, trudno. Owszem, można mnie próbować ciągać po słońcu, ale potem będę klął przez tydzień że mnie wszystko swędzi, że nie mogę spać, że mam poparzenia i w ogóle. A nogi i tak nie złapią koloru, jak wszystko od pępka w dół... Może gdybym je wydepilował... i wystawił same tylko nogi na światło... Eeee, to już pewnie lepiej na solarium się przejść, ale... NIEEE, TAM SAME ZBOCZEŃCE SIEDZOM. I tylko czyhają... i mają małe kamerki w tych kabinach pomontowane... i to potem do internetu idzie i wszyscy mogą sobie moje nogi obejrzeć... hmm, moooment... to może zmieńmy temat ;)...

Trochę powalczyłem z gcc4. Oraz nowymi binutils-2.16.90.0.1. Udało mi się skompilować praktycznie wszystko czego się tknąłem. Kernel, X-y, glibc, mplayera... aczkolwiek patchowanie było wymagane. Więc się da. Ale wycofuję się do starego, dobrego gcc-3.4.3. I z gcc4 dam sobie spokój przynajmniej do wersji 4.1. Widzę że wsparcie jest na razie dosyć kiepskie, więc sobie odpuszczę (chociaż potrzebne patche są banalnie proste do wyszukania). Tak że odkręcam aktualizacje wykonane niedawno. Nie ma tego zbyt wiele, zaraz zrestartuję ze "starym" kernelem, glibc i X-ami. O, pakiety gotowe, mogę restartować. Zaraz wracam.

OK, wróciłem. Przy okazji downgrade-u gcc spróbuję dodać do 3.4.3 trochę patchy. Przede wszystkim visibility... (...)

Czytaj dalej...
GCC 4.0.0

Mamy nowe gcc4!. Już zbudowałem i wykonałem parę testowych kompilatów. Objętość samego GCC trochę wzrosła, pakiet 3.4.3 zajmował mi 48.63MB. 4.0.0 zajmuje już 51.39MB. Sam upgrade poszedł gładko, Hierophant nie narzekał na niespełnione zależności, więc chyba nie muszę się martwić o rekompilowanie programów używających libstdc++ ani inne takie...

Dwa szybkie testowe kompilaty dają interesujące wyniki. Paczka z ROX-Filerem po rekompilacji zmieniła rozmiar, z 980KB przeszła do 956KB. Albo to ogólna poprawa, albo flaga -Os znowu zwiększyła skuteczność (w serii gcc3 -Os z wydania na wydanie generowało coraz mniejszy kod :). IceWM podobnie, z 1.33MB zeszło do 1.27MB. Teraz leci mi kompilat gimpa, ciekawe czy on też się zmniejszy (i o ile...). Aha, MPlayer nie daje się skompilować. Po pierwsze trzeba mu wymuszać opcją ./configure uznanie w ogóle gcc4, po drugie chyba coś asemblerowego się wykłada przy kompilacji. Ale skoro gcc4 jest już oficjalny, to chłopaki z mplayera pewnie poprawią to w CVS "na dniach" (poprawią albo i nie, cholera ich wie). No miel-że się gimpie... ileż można...

Popełniłem błąd. Nie zbenchmarkowałem starego gcc przed upgradem. Szkoda, bo mógłbym ocenić czy "compilation time" się skrócił. Mam tylko taki jeden zapis z budowania kernela:

make all  282.29s user 19.01s system 92% cpu 5:25.26 total

Ale zweryfikowanie tego może być trudne, bo przy objętości kernela spore różnice może powodować choćby buforowanie plików na dysku...

...o, HBS z gimpem wszedł w fazę tworzenia pakietu końcowego. No to za chwilkę poznam wielkość nowej paczki. Gimp zbudowany przez gcc-3.4.3 miał 14.12MB (po wycięciu plików nagłówkowych itp.). A ten nowy ma... 13.76MB. No proszę. Czyżby nowe GCC wszędzie skutecznie generowało mi ciut mniejszy kod?

OK, to może jeszcze spróbuję ten kernel... benchmark był robiony po kompilacji, "make clean" i powtórnej kompilacji IIRC... a, nie, nic z tego: (...)

Czytaj dalej...
RSS na Repo, wiosna na działce i Flash

[roślinka] Byłem na działce, fajnie się zaczyna robić. Tulipany jeszcze nie kwitną, ale to już niedługo. Więc wyżywałem się na bratkach i innych takich. Hmm, od jakiegoś czasu używam na pulpicie tylko tych tapet które samemu złożyłem. Tak jest i z tym tutaj... ponieważ to moje "dzieło", to i się napatrzyłem i trudno mi powiedzieć, czy to ładne czy nie... więc mile widziane opinie z zewnątrz :) Podobnie zresztą z tą tutaj tapetą. Może to zbyt banalne?

Swoją drogą to mogę tu pokazać jeden z tych powodów w których fajnie jest mieć w aparacie trochę więcej megapikseli niż się ostatecznie wymaga. Dzięki temu mogę z oryginalnego zdjęcia wykadrować sobie tylko interesujący mnie fragment (oznaczony ramką)...

A, ostatnia nowina - RSS ruszyło. To całe przechodzenie na CGI itp. miało na celu uporządkowanie bajzlu jaki mi z czasem narósł w Repo, a gdy się coś ułoży z głową to i potem łatwiej jest to obrabiać itp. Więc po przekształceniu danych w ChangeBlogu na osobne wpisy przetwarzane w locie bardzo łatwo było napisać generator RSS (72 wiersze kodu w pythonie, licząc razem z pustymi wierszami, szablonem XML w jaki feed jest oprawiany itp.). Więc teraz dostępne są dwa feedy, jeden okrojony (lekki) zawierający tylko nagłówki wpisów (normalnie byłyby to tytuły, ale ja nie tytułuję wpisów więc pokazuję zamiast tego pierwszych parę słów - to tak samo dobre) i jeden full-wypas (ciężki jak cholera) zawierający całą treść wpisów z ostatnich 40 dni. Ten drugi może być dobry dla samodzielnych czytników RSS, jeśli ktoś nie lubi korzystać z przeglądarki WWW. Na samym dole strony doszły odpowiednie linki jeśli ktoś by potrzebował (razem z linkami do walidatorów css/xhtml, jak szaleć to szaleć ;) (...)

Czytaj dalej...
Trzynastkowy miks

[LAS] Ciamk, ciamk. Rzodkiewki, pomidory, sałata, papryka... moje ulubione jedzenie. Preferuję taką dietę, ale nie mogę na niej jechać przez cały rok... poza sezonem ciężko kupić sensowne pomidory (owszem, w każdym markecie bez problemu dostanie się jakieś pomidoropodobne, twarde jak kamień i pozbawione soku i aromatu kulki, ale ja ich nie lubię) czy rzodkiewki. Ogórki też są fajne.

A, dzisiaj trzynasty! Nic pechowego się mi nie przydarzyło, wręcz przeciwnie - dzień upłynął bardzo miło. Jakiś czas temu nawaliły mi ostatecznie głośniczki komputerowe (kupione daaawno temu) więc wymieniłem je na używane 4.1 i osłuchuję się w śpiewie Alanis Morissette. Używam ich i tak tylko w trybie stereo, ale dwie dodatkowe satelitki za plecami znakomicie polepszają wrażenia (jestem w końcu przyzwyczajony do słuchawek, więc lubię dźwięk dookólny). No a osobny subwoofer (szkoda że w plastiku, ale nie charczy i nie psuje, więc obleci) poszerza dół pasma. Tak że sobie osłuchuję audio, jeszcze grzebię trochę w ustawieniach miksera (chyba już mam moje idealne ustawienia) i w ogóle się cieszę całkiem fajnym jak na głośniki dźwiękiem.

Ostatnio pojawiło się sporo nowego oprogramowania - glibc-2.3.5, gimp-2.2.6, gtk+-2.6.6 i parę innych... Napisałem sobie kilka prostych skryptów porównujących moje domowe oprogramowanie z tym dostępnym w Archu i uzupełniłem zaległości. Wyrzuciłem z systemu pppd i wvdial, pozbyłem się też ostatecznie pakietu rpm. Tym samym nie mam już ani jednego pakietu który by nie był instalowany za pomocą HBS. Ostatnim, najstarszym pakietem z ery pre-hbs był wvdial, z datą instalacji 20020825. (...)

Czytaj dalej...
Terminal Junkie! :)

[TERMINAL JUNKIE] Ciepły poranek, szereg "publicznych" komputerów, rażące słońce. Grupka ludzi którzy bez internetu żyć nie mogą. Jedna profesjonalistka na horyzoncie. Jeden Hoppke pałętający się nieopodal bez celu, ale za to z aparatem w torbie. Jedno zdjęcie, jeden wpis w ChangeBlogu ;)

A swoją drogą to zabawne obserwować ludzi przy komputerach. Nawet nie mówię już o takich sytuacjach jak ta... Gdy nie wiedzą że są obserwowani i pochłonie ich ekran...

A teraz hurtem: zrzuciłem na Repo trochę nowych i uaktualnionych pakietów HBS... wróciłem do IceWM, bo xfwm4 potrafił robić różne dziwne rzeczy (np. przechwytywać całkiem klawiaturę, tak że nic nie docierało już do aplikacji - tylko skróty WM-a działały)... naciąłem się na libexif-0.6.12 (nie współpracuje z gimpem - nie daje rady wczytać JPEG-a z danymi EXIF. Błąd znany i zgłaszany, patcha nie znalazłem, więc wróciłem do 0.6.10).
Wywaliłem wreszcie xmms z systemu, zastępując go Quod Libet. To sympatyczny playerek pisany w pygtk, na razie we wczesnej wersji 0.10.1, ale używalny. Zaskakująco używalny. Dokowanie do traya, pokazywanie okładek albumow, OSD, fajny nawigator (taki jak lubię), magazynowanie playlist itp. A, no i ma jeszcze zdaje się niezły edytor tagów, którego jednak bliżej nie oglądałem - przyrosłem do EasyTag już. No ale przede wszystkim to Python, więc jeśli mnie przyciśnie to sobie sam coś zmienię/dodam. Po wyrzuceniu xmms-a mogłem też wywalić gtk1 oraz glib1. Wreszcie! No, jeszcze mtr trzymał mnie przy gtk1, ale jego nowe wersje pozwalają już użyć gtk2, więc problem sam się rozwiązał. A, jeśli kogoś interesuje - oto mój screenshot z Quod Libet. (...)

Czytaj dalej...
Teoria seksualności, krytyka Lain, Wielkanoc i Husk

Wiosna się rozpoczęła, śniegi puściły, mogę ganiać bez czapki i szalika... a Repo zarosło kurzem. To nawet nie jest brak czasu, bo tę godzinkę zawsze bym dał wyskrobać - to raczej jakaś taka, hmm, "niemoc twórcza". Nie chce mi się robić niczego do czego mnie się nie zagna solidnym skórzanym pasem. Śpię więcej niż zwykle. Energia mi się kończy koło czwartej po południu i do północy najnormalniej w świecie sobie wegetuję. I tak dzień za dniem... A od wiosennego słońca łeb mi pęka, zwampirzyłem się już chyba do reszty.

Aha, miewam nawet tzw. "sny erotyczne", chociaż akurat tej kategorii praktycznie nigdy nie miewałem. Przez jakiś czas po przebudzeniu z takich snów czuję się jeszcze bardzo "nastrojowo", hyhy, a na kobiety patrzę wyjątkowo łaskawie. Na tyle, że w "porannym amoku" spodobały mi się ze dwie z kasjerek z pobliskiego marketu (tak, każda kobieta która się wtedy na mnie nadzieje ma prze-rą-ba-ne, bo w stanie rozerotyzowanym wszystkie kobiety nagle wydają mi się atrakcyjniejsze).

Na szczęście znam takie stany z czasów nastolatkowania i jestem uodporniony - mam nawet taką prywatną teorię dotyczącą radzenia sobie z instynktami seksualnymi, zgodnie z którą mężczyźni są o wiele bardziej opanowani niż kobiety, jeśli idzie o seks. Wynikałoby to z hormonalnych szałów jakie przechodzi się dorastając. Ponoć u chłopaków wewnętrzna presja jest o wiele silniejsza niż u dziewczyn, więc albo popada się w obsesyjny onanizm, albo zaczyna zaliczać wszystkie "chętne" laski, albo wypracowuje się solidne mechanizmy samokontroli. Najczęściej dorastający chłopak próbuje jakoś zró