ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kategoria: Opowiadania
Gmła

Mamy w Polsce mgłę. A raczej "mamy w Polsce MGŁĘ". Nie wiem ile miast jest dotkniętych i jakie rejony, ale Poznań jest trwale zamglony. Już drugą dobę. Nieustająca, bardzo gęsta i mokra mgła.

Z okna mieszkanka ledwo widzę drugą stronę ulicy. O polu które jest za nią mogę zapomnieć, kompleks M1 i browar Lecha też są, oczywiście, niewidoczne. Kierowcy autków są biedni strasznie.

Lubię mgłę. Mgła jest fajna, bo we mgle kurczy się świat. Cały krajobraz zawęża się do niedużego okręgu i tak naprawdę istnieje tylko to, co jestem w stanie dostrzec. Idąc "tworzę" (bo wyciągam z mgły) nowe kawałki świata, chowając przy tym w białych obłoczkach mgły stare fragmenty. Idąc we mgle mogę wyobrażać sobie co też za chwilę się z niej wyłoni. Nawet znajome okolice są zaskakujące, bo nagle okazuje się, że rzeczy nie są do końca takie jak je pamiętam. Więc spacer przez mgłę to odkrywanie świata na nowo. Dodawanie i odejmowanie elementów z rzeczywistości. Mocno przypomina mi to podróżowanie przez Cienie (swoją drogą pora znowu przeczytać Amber, lubię ten cykl).

Wczoraj musiałem kupić sobie nową sieciówkę. Tzn. bilet miesięczny na komunikację miejską, a nie kartę sieciową. Po pracy przeszedłem się więc wzdłuż Malty, chcąc dotrzeć na Rondo Rataje (tam zwykle przedłużam elektroniczną kartę biletu). Specjalnie ułożyłem sobie taką pokrętną trasę by we mgle przejść się wzdłuż wody. Było super :) Godzina 17, ciemno że oko wykol, mgła, widać tylko różnokolorowe kulki latarni. Orientacja w terenie minimalna. Nad Maltą ptactwo wodne daje koncert. Mgła tak gęsta, że oddycham wilgocią, a nie powietrzem. Bardzo fajnie.

...wiadomość z ostatniej chwili: mgła się nadal trzyma.

Myślę, że to zwykłe prawo wyporu. Jak wiadomo dzięki słusznym posunięciom władz państwowych przestawiamy produkcję krajową na eksport siły roboczej do (m.in.) UK. Ale w UK nie ma próżni. Jeśli coś tam wrzucamy, to coś się wychlupie. Musi.

Wydaje mi się, że z każdym wyeksportowanym do Londynu kilogramem polskiego obywatela wylewa się stamtąd kilogram mgły. I trafia do nas. To taka wymiana kulturalno-gospodarcza: my wysyłamy kilogramy fachowców, oni w zamian wysyłają nam kilogramy mgły. No i mamy państwo pogrążone w oparach. Mgły, nie absurdu. (OK, absurdu też, ale jego nie musimy importować, mamy wystarczająco aktywną fabrykę na Wiejskiej. Pokrywa 320% naszego zapotrzebowania). Swoją drogą kraina spowita mgłą kojarzy mi się od razu z Nibelungami, tymi złowieszczymi karłami w niej mieszkającymi. Ale nie mówmy o polityce, jest tyle przyjemniejszych tematów...

Lili, popatrz, rączki mi świecą!

Miałem miły, ciepły sen niedawno.

Śniło mi się, że wewnętrzna strona moich dłoni zaczęła świecić przyjemnym, dość jasnym, zielonkawo-fluorescencyjnym światłem.

Nie bolało, prawdę mówiąc nie miało to żadnych efektów ubocznych. Pomijając posiadanie "pseudolatarek" wbudowanych w rączki.

Mój Aniołek mówił, że to pewnie jakaś straszna choroba i powinienem dać to jakiemuś lekarzowi do obejrzenia. Przytakiwałem, ale nie chciałem iść do lekarza i się wyleczyć, bo świecące dłonie to bardzo fajna sprawa. A światło mi nie przeszkadzało, bo świeciła tylko wewnętrzna strona - wystarczyło zacisnąć dłonie w pięści lub położyć je płasko na czymś i już nie było nic widać. Czułem się bardzo wyjątkowy.

Niestety po paru dniach świecenia blask zaczął przygasać. Próbowałem go podładować naświetlając dłonie pod pod biurkową lampką, tak jak "podładowuje" się np. cyferblaty zegarków. Niestety, nic nie dało. Może baterie mi się wyczerpały... a ja nie miałem pojęcia na jakich bateriach działam i gdzie je mam wsadzone, o ile w ogóle to była kwestia baterii.

Koniec końców moje dłonie przestały świecić. Jeśli się je nacisnęło, albo przejechało po nich palcem, to jeszcze na moment w uciśniętych miejscach pojawiały się smugi światła. Ale to już nie było to co wcześniej.

Było mi bardzo smutno...

Mord w oczach

Kupiłem sobie dziś nową obudowę do komputera (Modecom Nice II 6060 Black) i wyrwałem się z pracy by ją odebrać. Jadę tramwajem. Upał 50 stopni, połowa tramwaju śmierdzi, kobietom sukienki przylepiają się do spoconych piersi, facetom przyklejają się gdziekolwiek, jednym słowem koszmar i mało brakuje, a ludzie zaczną się nawzajem mordować (tacy wszyscy rozdrażnieni, ja zresztą też).

Jadę po obudowę. Trafił mi się tramwaj pełen krasnali, tzn. jakichś przedszkolaków wczesnoszkolnych. I dawaj jeden z drugim się chwalić sygnałami komórek. Przedszkolanka ich uspokaja, prosi, grozi - bez rezultatu. Ja bym najchętniej ze dwóch dla przykładu wepchnął pod koła tramwaju na najbliższym przystanku, może to by do nich przemówiło. Ale ona ogranicza się do słów, więc dzieciaki mają ją gdzieś. I raczą cały tramwaj takimi hiciorami jak np. theme z "Mission Impossible", w wersji na polifoniczny dzwonek. Mord w oczach mam. Na szczęście jestem w ciemnych okularach, więc go nie widać.

Robię przesiadkę. A co robią krasnale? Krasnale oczywiście TEŻ się przesiadają, i akurat TEŻ do mojego tramwaju. Ech :( Tym razem nie bawią się już komórkami (no, przynajmniej nie wszystkie równocześnie), za to walczą o miejsca siedzące. Mało który ustąpił miejsca "starszym".

Wycinamy półtora godziny z życiorysu. Grześ kupił obudowę, odstawił ją do domu, wraca do pracy. Jedzie tramwajem. Upał 60 stopni, kobiety przyklejają się do foteli, faceci fermentują drożdżowo (a przynajmniej tak to "pachnie"). A co jest atrakcją tramwaju? Mała dziewczynka w sukieneczce. Przykłada sobie do nosa pasek torebki, zaciska całość palcami i prezentuje mantrę o treści "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A potem "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". A na refren - "TELETUBISIE? TELETUBISIE! TELETUBISIE? TELETUBISIE!!". Jakby jej ktoś while (true) zrobił. (...)

Czytaj dalej...
FPR: Gingers Cinnamon
[GINGERS]

Ze środków FPR (dziękuję mojemu imiennikowi :) zafundowałem sobie cynamonowego Gingersa.

Lubię cynamon. Lubię go w cieście, na ryżu z powidłami, w gumie do żucia, grzanym mleku... Ba, lubię nawet podgryzać kawałki kory cynamonowej (choć nie jestem z tego dumny i nie chwalę się tym w towarzystwie, bo wzbudzam wtedy niezdrowe zainteresowanie).

No a teraz miałem okazję spróbować cynamonowego piwa. OK, OK, nie wiem jaką opinię masz o Gingersie, może nie uważasz tego nawet za "prawdziwe" piwo... Ale ja go lubię. Gingersy które do tej pory piłem bardzo mi smakowały - orzeźwiające, charakterystyczne, nietypowe, po prostu smaczne. W zasadzie wolę te piwa "nietypowe" bardziej od "typowych". Stąd też pewnie mój pociąg do Karmi Poema (chociaż ono z klasycznym piwem ma już baaardzo mało wspólnego) - zwykłe piwo szybko mi się nudzi i tak naprawdę dopicie półlitrowego kufla rzadko kiedy przynosi mi tyle radości co napoczęcie go. No ale z piwami "smakowymi" jest inaczej, a Gingersy zaliczam ogólnie do "smakowych".

Teraz padło na wariant cynamonowy, którego wcześniej nie próbowałem. Wyjąłem uprzednio przygotowaną butelkę z lodówki i napełniłem szklankę. Obecna upalna pogoda tylko dodaje smaku napojom z lodówki, więc dokumentalne zdjęcie po przelaniu wykonywałem walcząc z pokusą wypicia wszystkiego jednym haustem.

Piwo zachowuje się jak klasyczny Gingers - dość jasne, piana o strukturze przypominającej mi od razu gąbkę łazienkową, bąbelki osadzające się na ściankach jak w każdym popularnym piwie... nie ma co się rozwodzić. W tej wersji Gingersa cynamonowy aromat jest wyczuwalny już przy zbliżaniu szklanki do ust, ale nie jest nachalny po przelaniu piwa do ust. To mnie ciekawiło od chwili gdy kupiłem to piwo... Bo cynamon to przyprawa z którą trzeba uważać - jeśli się jej da zbyt wiele, to może zacząć nieprzyjemnie irytować, a nawet palić w gardle. Nie tak jak imbir, ale mimo wszystko... (...)

Czytaj dalej...
Sansa e130 512MB + SD 1GB

Motywowany paroma drobnymi przelewami jakie udało mi się niedawno wyrwać moim dłużnikom z gardziołek, wziąłem byłem i postanowiłem kupić sobie w końcu kartę SD do swojego odtwarzacza MP3 (o którym już pisałem).

W normalnych warunkach kupiłbym coś na Allegro, ale przy moim obecnym trybie życia przesyłki to straszna komplikacja. Dlatego rozejrzałem się po sklepach (sztuk dwie, bo nie znam innych w Poznaniu). Komputronik odpadł, bo akurat nie mieli niczego ciekawego na stanie. Zaszedłem więc do znak.pl, bo mieszczą się akurat przy mojej trasie dom-praca, no i parę dni temu kupowałem tam pendrajwa (dla siostry). A ja lubię sklepy które już znam :)

Tam również nie mieli zbyt ciekawej oferty dostępnej "na sklepie", ale wyszedłem z Kingstonem 1GB. Kingstony są względnie tanie i mają dożywotnią gwarancję, ale w swoim segmencie cenowym są powolne jak jasna cholera. Gdyby to miała być karta do aparatu, to pewnie bym jej nie kupił. Ale odtwarzacz MP3 nie potrzebuje dużej wydajności, więc ją wziąłem.

Zamontowałem w Sansie, podłączyłem do linuksa... i pierwszy problem - system widzi playerka, ale nie widzi karty (powinien widzieć je jako dwa osobne napędy). Sprawdziłem szybko czy WinXP zobaczy drugi napęd - zobaczył. Czyli sprzętowo jest OK, a problem tkwi w moim linuksie. Podejrzewałem, że to konfiguracja mojego kernela (mocno okrojona i dostosowana do sprzętu), więc wypaliłem szybko Ubuntu Live na CD-RW i sprawdziłem, czy sobie poradzi. Ubuntu dało radę (przy okazji przypisując playerkowi słitaśne ikonki pokazujące, że wpiąłem wymienne napędy USB o przeznaczeniu muzycznym - Ubu ma naprawdę dopracowane GUI, może dać mu szansę na dysku?). (...)

Czytaj dalej...
Warto zapamiętywać sny?

Mój Osobisty Aniołek przypomniał mi, że praktycznie nigdy nie zapamiętuje swoich snów, za wyjątkiem koszmarów. To dotyczy chyba większości ludzi; być może jestem jakimś wyjątkiem...

Ja zapamiętuję na ogół, choć nie wiem czy jest warto :)

Bo np. mój sen z Wielkim Murzynem z Włoskim Akcentem po dziś dzień mi czasem ktoś wytyka. Te bardziej pieprzne/rozerotyzowane wolę od razu przemilczeć. A czasem trafiają się sny które są po prostu "plain weird".

O, na przykład dzisiaj. Śniło mi się, że w jakiejś większej grupie (chyba trzech facetów i dwie czy trzy kobiety) pojechaliśmy gdzieś daleko oglądać zawody w skokach narciarskich. Tak gdzieś na tydzień pojechaliśmy. To jeszcze nic dziwnego, prawda? AAALE:

...po zajechaniu na miejsce rozdzieliliśmy się. Tzn. faceci poszli pić, a ja z babkami poszedłem oglądać miasto. Wtedy jedna z babek nas przeprosiła zgrabnym "muszę iść zwymiotować" (ok, trochę eufemistycznie to ująłem - ona była bardziej dosadna) i poszła skorzystać z autokarowej toalety. No i wtedy się wszystko zaczęło udziwniać, jak to u mnie. Jedna z babeczek z którymi zostałem, nazwijmy ją dla ułatwienia I., zaczęła opowiadać o Sztuce Wymiotowania (znowu eufemizm ;). I o tym jak to ona by NIGDY nie mogła w autokarowej toalecie. "Bo wiecie, raz w życiu to zrobiłam w autokarze i było OKROPNIE! Bo to było we Wrocławiu, i stałam sama, a dookoła mnie były te figurki i patrzyły na mnie, i to było takie krępujące (...)", w tym momencie wciąłem się jej w słowo: "A próbowałaś wdrapać się którejś na głowę i wymiotować [euf. - dop. mój] jej pod nogi?", na co I. po chwili zastanowienia "Nie, w sumie to nie pomyślałam o tym... w każdym razie NIE MOGŁABYM w autokarze. Od tej pory po prostu popuszczam gdzie stoję, o." (i poparła to natychmiastową demonstracją). Po czym poszliśmy dalej zwiedzać, bo do pierwszych zjazdów narciarskich mieliśmy jeszcze sporo czasu. (...)

Czytaj dalej...
Senne majaki

Nie mogłem wczoraj zasnąć. Próbowałem leżeć na plecach - nie wychodzi. Na brzuchu - niewygodnie, bo mi twarz płaszczy, a nie lubię spać z przekręconą głową. Na boku też się nie da uleżeć, bo sobie zawsze którąś rękę przyciskałem. No nie szło i tyle. Po jakimś czasie w końcu zasnąłem. Nie pamiętam by cokolwiek mi się śniło aż do rana.

Ale przed zaśnięciem, gdy tak tłukłem się z boku na bok, jeszcze zobaczyłem parę rzeczy, tych które czekają między jawą a snem. Na początku cyrk i trupę przygotowującą się do występu. To nie byli ludzie... mieli z grubsza ludzkie kształty, ale głowy, kończyny były zwierzęco-demoniczne. Wielkie, grube śmiejące się baby z nietoperzymi skrzydłami, wchłaniające wszystko co podeszło zbyt blisko. Klaun z twarzą przypominającą pomięte, zasuszone skórzane jabłko. Dyrektor o twarzy i rękach demona, ubrany w cudownie gładki, jedwabny kostium z fioletowego jedwabiu, promieniujący wręcz kolorami...

Mówili coś do mnie, ale nie słyszałem słów. Widziałem tylko ruch ust. Myślę, że powinienem był się ich bać, ale... ale czułem się tam tak dobrze, tak jakoś... "na swoim miejscu". Tak beziecznie.

Chyba prosiłem ich żeby zmienili język, bo nie mogę ich usłyszeć, nie rozumiem o czym rozmawiają...

I chwilę potem pojawiła się Ona. Nazwijmy ją... Panią. Tak po prostu. Wyglądała jak kobieta - wysoka, normalnie zbudowana, ale pozbawiona szczegółów (nosa, sutków, dłoni), bez ostrych konturów, rozmywająca się na krawędziach w światło. I bez włosów, ale mimo wszystko wydawała mi się niewiarygodnie piękna. Jej skóra mieniła się wszystkimi odcieniami zieleni, granatu i błękitu, a oczy i usta od czasu do czasu rozświetlało zielono-niebieskie światło, zacierające cały obraz. (...)

Czytaj dalej...
"A mogliście skurwiela zabić..."

Niedawno moja ciocia opowiedziała jak z wujkiem załatwili sprawę pewnej kradzieży. Oczywiście to nie oni kradli... :)

Otóż parę lat temu ktoś im się włamał do garażu, coś tam ukradł. A że mieszkają w malutkiej wiosce to i dość szybko doszli kto był sprawcą. Okazało się, że to jakiś młody złodziejaszek z wioski odległej o kilkanaście kilometrów. Sądy nie sądy, "sprawiedliwość musi być po naszej stronie", więc kuzyn wziął paru znajomych, pojechali tam i gostka po prostu... porwali.

Przywieźli go, zamknęli w garażu i jak to ciocia ujęła "trzymali go tam parę dni, codziennie spuszczając manto". Złodziej dosyć szybko pękł, zaczął przepraszać, płakać, obiecywać że "już nigdy więcej" itp. Wtedy pojechali po jego ojca, coby odebrał synalka.

Ten przyjechał, zabrał zakałę rodziny i skwitował całe zajście słowami "a mogliście skurwiela zabić, wiecznie coś kradnie...".

Chciałbym, żeby nasze prawo działało tak skutecznie...

Trzynastkowy miks

[LAS] Ciamk, ciamk. Rzodkiewki, pomidory, sałata, papryka... moje ulubione jedzenie. Preferuję taką dietę, ale nie mogę na niej jechać przez cały rok... poza sezonem ciężko kupić sensowne pomidory (owszem, w każdym markecie bez problemu dostanie się jakieś pomidoropodobne, twarde jak kamień i pozbawione soku i aromatu kulki, ale ja ich nie lubię) czy rzodkiewki. Ogórki też są fajne.

A, dzisiaj trzynasty! Nic pechowego się mi nie przydarzyło, wręcz przeciwnie - dzień upłynął bardzo miło. Jakiś czas temu nawaliły mi ostatecznie głośniczki komputerowe (kupione daaawno temu) więc wymieniłem je na używane 4.1 i osłuchuję się w śpiewie Alanis Morissette. Używam ich i tak tylko w trybie stereo, ale dwie dodatkowe satelitki za plecami znakomicie polepszają wrażenia (jestem w końcu przyzwyczajony do słuchawek, więc lubię dźwięk dookólny). No a osobny subwoofer (szkoda że w plastiku, ale nie charczy i nie psuje, więc obleci) poszerza dół pasma. Tak że sobie osłuchuję audio, jeszcze grzebię trochę w ustawieniach miksera (chyba już mam moje idealne ustawienia) i w ogóle się cieszę całkiem fajnym jak na głośniki dźwiękiem.

Ostatnio pojawiło się sporo nowego oprogramowania - glibc-2.3.5, gimp-2.2.6, gtk+-2.6.6 i parę innych... Napisałem sobie kilka prostych skryptów porównujących moje domowe oprogramowanie z tym dostępnym w Archu i uzupełniłem zaległości. Wyrzuciłem z systemu pppd i wvdial, pozbyłem się też ostatecznie pakietu rpm. Tym samym nie mam już ani jednego pakietu który by nie był instalowany za pomocą HBS. Ostatnim, najstarszym pakietem z ery pre-hbs był wvdial, z datą instalacji 20020825. (...)

Czytaj dalej...
Nowe zakupy, nowe obserwacje

[CITY WEBCAM] Tym razem zdjęcie jest pożyczone :) To webcam zamontowany za szybą któregoś z pokoików w Zielonej Górze. Powinien udostępniać nowe zdjęcie co dwie sekundy, więc w chwili gdy czytasz te słowa Zielona Góra pewnie wygląda właśnie tak jak to zdjęcie. Tylko że jest mniej rozmyta (mogliby na tym webcamie ostrość lepiej ustawić albo co...)

Następny punkt dzisiaj - moja klawiatura. Sprawuje się bardzo dobrze. Przyzwyczaiłem się już do ułożenia klawiszy, do niskiego entera, także wyżej położony Home/End nie sprawiają mi problemów. Zacząłem używać tego wypustka na "F" do rozpoznawania położenia klawiszy (wcześniej macałem raczej za krawędzią tyldy, teraz się okazało - złapałem swoje palce na głaskaniu plastiku obudowy w tamtych rejonach :) Doceniam wykończenie klawiszy - jest naprawdę porządne, a na dodatek nie-gładkie. Tzn. to nie jest błyszczący, gładki jak lustro lany plastik. Ma nieco chropowatą fakturę. Jakoś przyjemniej się go muska opuszkami, no i nie widać na nim odcisków palców i "nie brudzi się" tak jak gładkie klawisze. Klawiszy multimedialnych nie wykorzystuję - po pierwsze jeszcze ich nie obindowałem (jedynie play/pause podpiąłem pod xmms), po drugie nie jestem do nich nawykły jeszcze.

Dzisiaj wreszcie sprawdziłem czy stary, zdezelowany mikrofon jeszcze działa... działa, ale szumi okropnie. Może da się jednak użyć do nagrania kiedyś jakiejś burzy... albo deszczu. Uwielbiam muzykę deszczu. A dzisiaj sobie na próbę nagrywałem moje stukanie w klawiaturę. Używałem audacity do nagrania i usunięcia szumu (niestety deformuje to nieco dźwięk). Potem podbiłem głośność (ale nie przez normalizację, więc znowu zakłóciłem balans dźwięku - ale bez tego nie było słychać w ogóle części naciśnięć klawiszy). A potem zakodowałem do Ogg Vorbis, ze średnią bitrate == 32kbps. W rezultacie zachowało to może 70% oryginalnego dźwięku klawiszy (z tych 30% jakieś 25 zeżarł fatalny mikrofon). Do nagrania próbek głosu nie mogę tego jednak użyć, to by nie miało już sensu. A dla ciekawskich to ta próbka z mojej klawiatury (440KB, 85 sekund). Aha, nagranie zostało wykonane w tempie 1:1 - mówię to, bo już mi Enleth zwracał uwagę na nieco "dziwne" brzmienie momentami. Faktycznie, gdy pisałem to jakoś nie zwróciłem na to uwagi. (...)

Czytaj dalej...
Mój nowy komputerek :)

No dobra, to teraz dokończę opisywanie mojego nowego nabytku...

Kupowałem w Magiku - mają fajne ceny jak na zielonogórski rynek (to nie Wrocław czy Poznań, u nas komputery zawsze były trochę droższe - po każdy większy zakup znajomi tłukli się np. do Wrocławia, bo względnie blisko jest). Wybrałem sobie płytę asus a7n8x-x, semprona 2200+ box oraz 512MB ramu "Elixir". Potem wydrukowałem sobie ten zestawik i w piątek podreptałem szukać sklepu - ul. Przy Gazowni 28 IIRC. Ha, względnie łatwo znalazłem bo mniej więcej pamiętałem gdzie to jest, bo kiedyś po długim wieczorze w pobliskim Kawonie... ale to teraz nieistotne ;) No w każdym razie dotarłem, przedstawiłem sprzedawcom wydruk, fajno, mają wszystko na składzie, z tym że odradzili mi model box - więc ostatecznie trochę skorygowałem tam zamówienie i wziąłem osobny cooler.

...towar miał być do odbioru na drugi dzień (w sobotę)... ale nie chciałem weekendu marnować, więc powiedziałem że wpadnę w poniedziałek. Co też zrobiłem. Oczywiście idąc tam w poniedziałek zastanawiałem się czy nie usłyszę "Wie pan, okazało się że nie mamy, powinni w czwartek dowieźć..." czy czegoś podobnego, ale nie - wchodzę i widzę w tle za sprzedawcą pudełko z tym asusem, na nim moja kartka z zamówieniem itp. Super. Poprosiłem go jeszcze żeby mi włożył procesor w płytę i założył chłodzenie... ponoć łatwo ukruszyć to maleństwo przy zakładaniu radiatora, a że ja nigdy tego nie robiłem to i miałbym większe szanse. Co też zrobił. Po założeniu procesora z wieżyczką chłodniczą na wierzchu płyta nie chciała się zmieścić zbytnio w pudełku, ale ostatecznie jakoś wziąłem wszystko pod pachę i wróciłem do domu. A tu zacząłem operację "Upgrade". (...)

Czytaj dalej...
Sen o blokowisku

Poniższy sen nie jest może zbyt ciekawy, zaskakujący czy... eee... No, w sumie to jest głupi i nudny, jedyne ciekawe w nim to kompozycja i niektóre irracjonalne wnioski jakie wyciągałem w trakcie jego śnienia. Ale może kogoś to zainteresuje. Zapraszam do lektury. Tekst w wersji surowej - napisałem, nie czytałem, nie korygowałem. Więc stylistyka itp. może być do niczego. I pewnie jest. Ale mniej więcej tak bym ten sen opowiadał komuś w żywej rozmowie.

Akcja rozpoczyna się na szerokim i długim pasie trawnika. Piękna słoneczna pogoda, a ja nie marnuję czasu i kogoś ścigam. W pewnej odległości przed sobą widzę ścianę dłuugiego wieżowca, klasyczna "wielka płyta", a za plecami mam koszary z których wybiegłem. Nie muszę się odwracać, wiem że tam są.

W pogoni za moją ofiarą dobiegłem aż do wieżowców. Niestety, osoba którą ścigałem gdzieś mi zniknęła. Argh. Nie wiem dlaczego w ogóle mam go złapać, wiem tylko że zacząłem go gonić w koszarach, on (ona?) potem wybiegł poza teren, uciekał przez ten trawnik w kierunku pobliskiego osiedla, a ja byłem pierwszym który zareagował i zaczął go gonić. Może to jakiś złodziej? Nie jestem też pewien czy jestem żołnierzem... chyba nie, po prostu z jakiegoś powodu należę do koszar. Może tam pracuję? Nieważne, teraz gonię tego zbiega i ponieważ jestem najbliżej, to muszę to dokończyć. Wiem, że z koszar wybiegły już posiłki żołnierzy w brązowych mundurach, ale zanim oni tu dobiegną tamten facet może się już całkiem ulotnić...

Patrzę w górę, wzdłuż ściany wieżowca. Niezliczone balkony... O, na jednym ktoś zamontował aparat fotograficzny... Obok ktoś zamontował nawet dwa obok siebie... A na jednym nawet wystawione jest coś w stylu kamery wideo... Hmm, skierowana prosto na mnie... biegnę kawałek w bok, oko kamery podąża za mną. Wracam a ona mnie ciągle śledzi. Interesujące, detektor ruchu... Ciekawe czy ona nagrywa wszystko co widzi? Bo jeśli tak, to pewnie złapała też na taśmie tamtego złodzieja gdy tędy przebiegał. Może udałoby się zobaczyć jego twarz? Albo w jaki sposób udało mu się tak nagle zniknąć? Muszę pogadać z właścicielem kamery. O, stoi obok niej, dziwne że go nie zauważyłem wcześniej... Może krzyknąć? Ale nie, pewnie nie usłyszy, stoi tak wysoko - poza tym nienawidzę drzeć się w miejscach publicznych, to niegrzeczne - na ulicy też nie wołam nigdy gdy zobaczę gdzieś jakiegoś znajomego... (...)

Czytaj dalej...
Wszędzie widzę wzory

Wrzesień. O sobie nie mam teraz co pisać, bo nic się nie dzieje - czasu brak. Repo przeżyło istny najazd jeśli idzie o "tradycyjną" liczbę odwiedziń - w czerwcu było 6054 odwiedziń, a w lipcu już 10413. To prawie dwa razy więcej. Średnia liczba "odwiedziń dziennie" skoczyła z 195 na 335. I pomyśleć, że kiedyś patrzyłem na 200 odwiedzin jak na magiczną granicę powyżej której nie wskoczę. Teraz granica ta zręcznie przesunęła mi się na 400 odwiedzin. Przeskakując w ogóle trzysetkę. Nagle poczułem się bardzo nieswojo.

Zmiana tematu. Powtórzenia. Pary. Zwielokrotnienia. Dużo tego dzisiaj widziałem. Na przykład idąc ulicą obok szpitala widziałem jak kierowca jakiegoś auta dłubał w nosie. Gdy zwróciłem wzrok na chodnik, zauważyłem że jakiś idący z naprzeciwka chłopak też dłubie w nosie. Spojrzałem na drugą stronę ulicy a tam jakaś babka popycha wózek i, oczywiście, również dłubie w nosie.
Na ul. Kupieckiej to samo dotyczyło ziewania - znowu w swoim otoczeniu i tym samym czasie dostrzegłem trzy ziewające osoby. Zupełnie jakbym swoim wzrokiem przenosił to ziewanie z osoby na osobę. Aż ciarki przechodzą.
Na Wzgórzach Piastowskich spotkałem dwie idące razem, bardzo podobne panie w wieku ~40+ lat, a każda z nich prowadziła psa obronnego. Oczywiście psy były tej samej rasy i wielkości, choć różniły się umaszczeniem.
Wczesnym wieczorem znowu przechodziłem Kupiecką, tym razem gdzie nie spojrzałem widziałem tzw. "zniszczone kobiety" (znane również jako "menelice") - nieduże, brzuchate, zapuszczone blondyny. Cztery sztuki jeśli się nie mylę. (...)

Czytaj dalej...
Jacek, Robert i Ja (relacja ze Strefy Snów)

Rany, ależ miałem pokręcony sen wczoraj. Na początku chciałem go spisać w formie opowiadania, ale niestety brakuje mi czasu itp. Więc popsuję wszystko i przedstawię go "luzem". Bardzo chaotycznie. Aha, to będzie bardzo głupie streszczenie, ostrzegam.
We śnie występowałem ja jako ja, Grzegorz, fizyczna osoba prywatna. Oprócz mnie Grzegorza występował też Michał i Jacek, obydwie te osoby były mi kiedyś przyjaciółmi - lecz "life is life", żona Michała mnie nigdy nie znosiła, a z Jackiem mi się po prostu jakoś drogi rozeszły. Krótko mówiąc o tych dwóch osobach mogę bez krępacji mówić w czystym czasie przeszłym.
Oprócz w/w trzech osób we śnie występował też Adam, aczkolwiek jedynie epizodycznie i jako postać wspominana, lecz nie występująca fizycznie na scenie snu. Adam to jakiś mój stary znajomy.
Ale rdzeń snu stanowił tajemniczy mężczyzna który istniał ot, tak sobie. Nie wiem jak się nazywał ani jak wyglądał, aczkolwiek jestem pewien, że we śnie musiałem go osobiście spotkać i zapewne się z nim zaznajomić. Nazwijmy go może Robertem. W zasadzie takich ludzi nazywa się zwykle "Pan X" albo "Monsieur Enigma", ale to nadaje kreacjom niepotrzebnej tajemniczości. Tymczasem w Robercie nic tajemniczego nie było, ot, człowiek jak człowiek. Tyle że bez twarzy i imienia.

Wszystko zaczęło się gdy z Jackiem odwiedziłem kiedyś Roberta. Zwykła, towarzyska wizyta. Ale od tego czasu Jacek zaczął się zmieniać. Stał się małomówny. Zaczął się w ogóle dziwnie zachowywać. Gdyby był psem, to stałby się osowiały i całymi dniami nie zaglądałby do swojej miski. Ale psem nie był, więc stał się po prostu "inny" i zacząłem podejrzewać u niego jakąś chorobę psychiczną. To "coś" było nieuchwytne i sprowadziło się do tego, że nagle zacząłem się bardzo niezręcznie czuć w jego towarzystwie. Czułem się tak, jakbym jechał pociągiem, późną nocą, sam jeden w przedziale z wielkim, umięśnionym i sapiącym facetem który właśnie powiedział mi, że bierze leki bo inaczej napada na mężczyzn i ich gwałci. Tak, czułem się niezręcznie. (...)

Czytaj dalej...
Problem z Operą rozwiązany, nowe pakiety HBS, wizyta w świecie snów

Wrzuciłem kilkadziesiąt nowych pakietów HBS. To głównie aktualizacje softu który już miałem zainstalowany, ale dodałem też parę zupełnie nowych - tetex, xfce, waimea, trochę KDE... Większej części tych pakietów nie mam już wcale zainstalowanych, ale że kadłubki są zrobione, to...

A, używam teraz Opery i jestem ogólnie zadowolony. Problemy ze zżeraniem gigantycznych ilości problemów ustąpiły po tym jak Rober Błaut podpowiedział, że być może pomoże włączenie "Enable Core X Fonts=0" w ~/.opera/opera6.ini. Nagle wszystkie operacje związane z fontami przyspieszyły, a sama Opera już nie próbuje zajmować setek megabajtów pamięci.

Jabber okazuje się być niesamowicie przydatny. Używam Psi które by było idealne - gdyby tylko posiadało jeszcze możliwość skryptowania. Gaim niby to posiada, ale ja nigdy nie byłem zadowolony ze stabilności Gaima - a obecna wersja segfaultuje mi przy byle próbie zalogowania, nawet na mój numerek ICQ (bo posiadam "z dawnych czasów" jeszcze konto ICQ) (...)

Czytaj dalej...
Brrr, przemokłem...

Burza mnie zaskoczyła. Właśnie wracałem z miasta do domu gdy zaczęło grzmieć, a krótko potem lunęło. Okropnie dużo wody. Mając na względzie nowe buty zacząłem szybko szukać jakiegoś schronienia i znalazłem malutki tunelik przebity przez taki wysoki na kilka metrów wał ziemny po którego szczycie biegnie jezdnia. Niedaleko Mrowiska i tych starych pomników Matki Polki z Mężem i Dzieckiem (tych samych pomników między którymi młodzież zawsze pije wino wieczorami :). No i jakoś zdążyłem, zamoczyłem w sumie tylko czubki butów. Za to całą resztę miałem całkowicie przemoczoną. Włosy mi się od razu zlepiły w igiełki, zrobiły całkiem czarne i stanęły na sztorc. T-shirt zrobił się ciężki, zimny i postanowił jak najdokładniej do mnie przylepić. Strasznie zmarzłem czekając w tym tunelu aż deszcz zelży, cały mokry na lodowatym wietrze. Mam nadzieję, że nie złapię żadnego przeziębienia. A potem, gdy już przestało padać na tyle bym mógł zaryzykować przedzieranie się do domu, nadziałem się jeszcze na grupkę jakichś małolat które gwizdały na mój widok. To było upokarzające.

A teraz sobie schnę i próbuję odrobić stracone ciepło. Zjadłem kawałek murzynka zagryzając go dżemem truskawkowym. Od razu mi cieplej :)

Generowanie statystyk Repo chyba będzie już działać poprawnie, taką mam nadzieję przynajmniej. BTW, obejrzałem sobie "search strings" przez jakie ludzie trafiają na Repo, tzn. są to zapytania jakie wrzucili na jakąś wyszukiwarkę i wśród wyników wyskoczyło również Repo, a oni kliknęli na link i... wiadomo. Moje ulubione w tym miesiącu to "blue cafe midi" :) Niezłe jest też "zdjęcie legitymacyjne" - ktoś się chyba bardzo rozczarował. A już zupełnie nie mam pojęcia jak gdziekolwiek mógł wyskoczyć odnośnik do Repo po wpisaniu "śmiechowe fotki".

Statystyki słów na Repo, HBS i czereśnie

Hurra, jutro mam cały dzień wolny i tylko dla siebie :) Rany, jak fajnie.

Jakiś czas temu przepuściłem materiał Repo przez maszynkę zliczającą słowa. Teraz sobie przypomniałem, że wyniki leżą cały czas na dysku... Najczęściej używane jest słowo "to" - 2732 wystąpienia. Po zliczeniu razem z formami pochodnymi ("tego", "tej" itp.) jest tego prawie 4000. Drugie miejsce zajmuje "nie" - blisko 2500 wystąpień. Co ciekawe, przeciwstawne słówko "tak" wystąpiło tylko 655 razy. Jak widać dużo częściej mówię "nie" niż "tak" :)
"Top 20" wygląda tak:

1-5 6-10 11-15 16-20
2732 to
2414 nie
2332 się
1933 na
1380 do
1275 jest
1143 ale
1028 że
823 po
655 tak
640 jak
562 można
526 co
509 też
492 sobie
470 od
469 już
460 bo
449 tylko
439 mi

A, wczoraj próbowałem zbudować pakiety vim, mplayer oraz elinks przez "hbs -bb mplayer vim elinks" czy jakoś tak. I zauważyłem jakiś poważny błąd - przy drugim pakiecie HBS próbował użyć opcji ./configure z pakietu poprzedniego. Gdzieś się mu mieszają "środowiska" przy łańcuchowym budowaniu pakietów. Nic dziwnego, w sumie nigdy tego nie testowałem. Muszę pamiętać by to poprawić kiedyś. Oprócz tego jest jeden znany błąd w funkcji --compare-versions (pewnie trywialny, ale jakoś nie mam chęci teraz grzebać w kodzi). No i zamiast realpath() powinienem chyba używać czegoś innego, bo realpath() robi od razu "symlink resolving" co skutecznie uniemożliwia używanie tej funkcji na samych symlinkach. Co jeszcze... no, muszę poprawić hbshelpera na tyle, by znowu nadawał się do wyławiania obiektów z plików PROVIDES/REQUIRES, dodać wsparcie dla tych funkcji do hieroq, powinienem też przejrzeć hbs i zrozumieć dlaczego nie są wyświetlane nazwy źródeł jeśli są one sztywno wpisane w [files] (tzn. rozumiem "dlaczego", ale powinienem zmienić ten aspekt działania HBS). A hbsremove przy wykryciu zrywania zależności powinien wyświetlać, oprócz nazwy samej zależności, również nazwy pakietów które tej zależności potrzebują (czyli nie "libgtk.so jest potrzebne", a "pakiet gkrellm wymaga libgtk.so"). Do tego dochodzi jeszcze upierdliwe portowanie /etc/hbs/prep bezpośrednio do skryptu hbs. I pewnie inne rzeczy które trzeba zrobić. Jednym słowem sporo rzeczy do zrobienia, a jak przypuszczam "w trakcie" pojawi się jeszcze trzy razy tyle innych "drobnostek" do zrobienia. No nic, może teraz będę miał parę dni wolnego, to i siądę od czasu do czasu do edytora i pogrzebię w kodzie. (...)

Czytaj dalej...
Relacja z dzisiejszego dnia

Padnięty jestem. I mam zimny nos :) Zaraz położę się na moim niewielkim, płaskim, bezpoduszkowym łóżku, ale najpierw wyrzucę z siebie najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia.

Pokłóciłem się dzisiaj z jednym takim irytującym facetem. Zasłużył sobie. To znaczy on poirytował mnie już wcześniej przy paru okazjach, ale pechowo dzisiaj trafił na mój zły humor. I podczas gdy w 90% przypadków unikam pyskówek i większość drobnych nieprzyjemności spływa po mnie jak po dobrze odżywionej kaczuszce, to akurat teraz lepiej nie próbować robić ze mną pewnych rzeczy. Np. lepiej nie próbować wciskać nosa w moje życie prywatne. Lepiej nie próbować się ze mną spoufalać. I na bank lepiej nie próbować traktować mnie z góry. Nigdy nie patrzę na to przychylnie, ale gdy jestem rozdrażniony to zrobienie dowolnej z tych trzech rzeczy budzi we mnie furię. I nie mam problemów z okazywaniem tego uczucia.

Przypadkowo nadziałem się dziś na Kaśkę. Podążaliśmy w przeciwnych kierunkach, żadne z nas nie miało raczej czasu więc uznaliśmy, że pięć minut rozmowy wystarczy. Taaak. Te pięć minut w efekcie rozrosło się do, eee, tak jakby czterech godzin. Kaśka zrezygnowała z większości rzeczy które miała robić tego dnia, a ja zrezygnowałem z paru godzin wylegiwania się na swoim tapczanie i słuchania muzyki. Więc można powiedzieć, że spontanicznie olaliśmy wszystko żeby spędzić odrobinkę czasu razem. Wrażeń żadnych nie mam. No, oprócz jednego - zdaje się, że przesunąłem sobie Kaśkę do szufladki z etykietką "zwykli ludzie, których pełno wszędzie i którymi się raczej nie zajmujesz zbytnio". I to nie dlatego że jestem znudzony. To też nie dlatego, że mam podły nastrój i generalnie nic mnie jakoś nie "kręci". I to też nie dlatego, że Kaśka się jakoś zmieniła (bo nie zmieniła). Prosta analiza faktów daje mi dwie możliwe przyczyny - pierwsza to to, że znowu mi się poprzesuwało coś w guście. A oczekiwałbym, że mam już w miarę ustalone preferencje co do ludzi. Druga możliwa przyczyna to to, że... aaalbo nie będę o tym pisał. Tajemnica ;) (...)

Czytaj dalej...
Ból i ironia losu

Ała. Głowa mnie boli. A jeśli chcę być bardziej precyzyjnym, to jakaś niewidzialna siła rytmicznie stuka niewidzialnym młotkiem w moją lewą skroń. I to tak przez większą część dnia. Nie chce mi się uśmiechać, nie chce mi się rozmawiać. Biedni są ludzie, którzy dzisiaj próbowali ze mną porozmawiać... zwykle warczałem. Po prostu nie mam nastroju do rozmowy. No i jeszcze muszę przygotować kilka dokumentów na jutro... zaraz wracam... ...TRZY GODZINY PÓŹNIEJ... No, zrobione. Jednak laserowa drukarka to nieoceniona wygoda gdy ktoś musi drukować sporo tekstu, i to regularnie. Działa cichutko, więc mogę spokojnie drukować dokumenty w samym środku nocy. Drukuje też szybko (no, niektóre ekspresowe plujki Lexmarka są szybsze, ale one palą tusz jak ruski czołg paliwo). Jest tania w eksploatacji (toner kosztuje co prawda 2-3 razy tyle co zasobnik z tuszem do plujki, lekko licząc, ale ja na jednym zasobniku wydrukuję spokojnie półtora tysiąca stron, podczas gdy atramentówka... no, lepiej nie mówić). Wydrukowany tekst jest po prostu śliczny, używanie LaTeX-a nagle stało się niesamowicie przyjemne ;) No i nie ma problemu ze wsparciem pod Linuksem. A co najważniejsze, przy dłuższych wydrukach mogę się do woli sztachać zapachem tonera wtapianego w papier pod wysoką temperaturą i doprawiać to sobie wizualnym efektem migoczących żarówek (roztapianie pigmentu ciągnie tyle watów, że zaczyna mi światło w pokoju mrugać). W sumie to chyba ten zapach tonera jest dla mnie największą zaletą. No i to, że kartki po wydrukowaniu są takie cieplutkie ;)

Ech, nic nie zrobiłem przy Hiero. Brak czasu. Chociaż nie, zrobiłem tę obsługę wielu pakietów w skrypcie instalującym, nawet udało mi się przy tym uprościć kod. Zacząłem robić skrypt usuwający, w zasadzie napisałem go już (część załatwiająca upgrade-y w skrypcie instalacyjnym to prawie identyczna funkcjonalność), teraz tylko muszę kawałki kodu oprawić w nowy skrypt. (...)

Czytaj dalej...
Hiero i mój zawieszony sąsiad

Kolejny wpis spod znaku Hiero. Po namyśle zdecydowałem się na tego zagnieżdżonego tar-a. Posprzątałem, dokręciłem parę śrubek... Hiero generuje już ładne binarne pakiety. Teraz czas zrobić prosty skrypt który by umiał zainstalować pakiet i zarejestrować go w bazie. Potem muszę się zająć plikami konfiguracyjnymi instalowanymi np. w /etc - nie mogą przecież być tak po prostu nadpisywane. Udumałem sobie jak można obsługiwać takie pliki, ale samą procedurę będę mógł zrobić dopiero po stworzeniu podstawowych skryptów instalujących pakiety. Potem właśnie obsługa plików w /etc, to pociągnie za sobą zrobienie systemu skryptów (post|pre)(un|in)stall, wtedy dokończę obsługę patchy i w tym momencie Hiero będzie już ogólnie zdatny do normalnych zastosowań. Nie mam pojęcia jak teraz mi się będzie pisało, do tej pory grzebałem głównie w pythonowym kodzie, z pewną domieszką shella. Teraz muszę skrobać tylko skrypty shellowe, ewentualnie posiłkując się jakimiś drobnymi binarkami (które, jeśli będą potrzebne, będę musiał sam sobie napisać w C... a ja jestem przecież grafomanem, a nie koderem :) Więc może tempo moich prac spadnie. Ale jestem optymistycznie nastawiony, w końcu do tej pory szło mi niesamowicie gładko, praktycznie żadnego poważniejszego problemu nie napotkałem. Na razie nie zamieszczam nowszej wersji w Repo, zrobię to gdy jeszcze trochę dozbroję ten mój Pomysł.

Widziałem dzisiaj wieeelką chmarę małych ptaszków. Miały takie stalowo-grafitowe łebki, szyjki, ogonki i podbrzuszki ;), brązowe skrzydełka i nóżki, a dzioby brązowe albo żółtawe (to było pewnie warunkowane płcią). Nie były duże... gdyby wziąć trzy dorosłe wróble i zmiażdżyć je w jedną kulkę, to dałoby się z nich ulepić jednego takiego ptaka. Nie mam pojęcia co to był za gatunek. Nie znam się zbyt dobrze na ptakach. Przyleciały w naprawdę pokaźnej liczbie, odstawiły mi piękny pokaz akrobacji lotniczych przed oknem, po czym przypuściły atak na bezlistną, przemarzniętą jarzębinę która rośnie nieopodal. Oskubały co tam jeszcze było do oskubania i odfrunęły w kierunku południowym. Trudno opisać jak wdzięczny był ich "atak" na jarzębinę - tak trudno to opisać, że nawet nie spróbuję :) Muszę chyba sprawić sobie jakiś Atlas Ptaków Polskich. Ale to pewnie koszmarnie droga pozycja. Wszystko z kolorowymi obrazkami jest drogie :( (...)

Czytaj dalej...
Nowy dział "Sny" i relacja ze spaceru po mieście

Mam zamiar zaraz kłaść się spać (pół godziny temu zaczęła mi się środa :), więc się streszczę. Po pierwsze, wprowadziłem nowy dział - Sny. Ale nie idź tam jeszcze, najpierw doczytaj co mam tu do powiedzenia. Dział ten jest odbiciem od tej cholernej "techniczności" Repo. Gdy Repo zaczynało, to zaklinałem się, że nie zrobię kolejnej "stronki o komputerach". Ale widać co z tego wyszło :( W każdym razie Sny powinny być czymś co chociaż pokazuje mi inny kierunek. Może to dopiero początek większych zmian, mam siły, ale nie mam weny. Aha, ja wiem że to może oznaczać (i pewnie oznacza) powolną degenerację Repo. Tylko że w moich założeniach Repo miało zawsze być właśnie takie trochę zdegenerowane. Oczywiście chętnie widzę każdy emailowy feedback, opinie na ten temat, uwagi, próby nawrócenia mnie na słuszną drogę itp. Ostatnio coś mało listów dostaję odnośnie Repo, więc każdy pretekst do napisania mi paru słów jest dobry.
Ok, co do Snów to mogę powiedzieć, że strzeliłem tam dosyć długi wstępniak. Wyszedł mocno, hmm, intymny, choć może nie w sensie jakiego teraz się spodziewasz. Może inaczej - wyszedł prawdziwy. Wymknął mi się spod kontroli, gdy go potem pobieżnie przejrzałem, to pierwsze co mi przyszło do głowy to "Chryste! Przecież tego nie mogę pokazać w sieci! Przecież ktoś to może przeczytać! Trzeba to skasować, albo przynajmniej ocenzurować!" - i z taką myślą się parę razy gryzłem. Blisko byłem pomysłu odpuszczenia sobie Snów, ale powstrzymało mnie to, że Repo musi znaleźć sobie nowy profil, bardziej osobisty. I Sny mogą być właśnie tym czego się mam trzymać. Dlatego zostają. Jeśli szukasz tutaj tylko "technicznych" informacji, to nawet tam nie zaglądaj. No, to tyle miałem do powiedzenia, dlatego cię prosiłem żebyś tam jeszcze nie zaglądał(a). Jeśli się zastosowałeś/zastosowałaś do mojej prośby, to teraz wiesz pewnie czy chcesz tam zaglądać, czy też może raczej zignorować Sny. OK, to teraz przejdę do tradycyjnego zrzędzenia :) (...)

Czytaj dalej...
Głupie telefony, głupi dzień

Obudziłem się rano. No, w sumie to nie dobrowolnie - obudził mnie telefon. Zanim do niego podbiegłem już przestał dzwonić. Grrr. Ale chcąc-niechcąc byłem już na nogach i nie mogłem już wracać do łóżka. Goły jak mnie matka natura stworzyła opuściłem żaluzje na okno (daję ludziom mieszkającym naprzeciwko darmowe przedstawienia ;) i poczłapałem do kuchni żeby coś zjeść. Otwieram lodówkę - pełna po brzegi, ale nie widzę w niej nic do jedzenia. To jak z telewizją - 60 kanałów w kablówce, a i tak nie ma co oglądać. Ale się przemogłem, wziąłem sobie dwie kromki chleba, pociąłem na niego plasterki masła (oczywiście było tak twarde, że rozsmarować się nie dało - nie chce mi się nigdy czekać aż się ogrzeje, więc po prostu tnę je na cieniuuutkie plasterki i układam równiutko na chlebie lekko dociskając do kanapki). Na to rzuciłem sobie trochę sera (uwielbiam sery, nawet te francuskie pleśniowe "wynalazki" lubię). No i zjadłem. Potem łazienkowa rutyna, akurat skończyłem się oporządzać gdy wodę wyłączyli. Susza jak diabli. Myślę sobie - trudno, i tak muszę już wychodzić do miasta, więc brak wody mnie nie dotknie.

Na mieście nic ciekawego, zimno, pełno ludzi w sklepach. Trzech kolesi na deptaku sprzedawało jakieś figurki i inne bożki. Mi podobał się taki brązowy, skrzydlaty demon. Wysoki na trzydzieści centymetrów, rozpiętość skrzydeł tak gdzieś 20cm. Wyglądał jak mały, zdechły, wysuszony, zmumifikowany a następnie uwędzony skrzydlaty demonik. Ładnie by się prezentował u mnie w pokoju, tak okropieniecznie złowieszczo. Unfortunately, mam już zamrożone wydatki i obiecałem sobie nie kupować żadnych pierdół w stylu demonicznych truchełek, zmumifikowanych noworodków czy serc młodych kobiet w słojach z formaliną. Szkoooda. Jest tyle fajnych rzeczy do kupienia, a ja nie mogę sobie pozwolić na nie. Życie jest nie fair. (...)

Czytaj dalej...