ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kategoria: Praca
Z pamiętnika developera

Spędziłem pół dnia tropiąc przykrą usterkę w kodzie. Ścigając go przemierzyłem dżunglę logiki zaszytej w XSL-u, rozległe stepy triggerów Oracle, ba, musiałem nawet przekopać się przez megabajty kryptycznych logów i uruchomić kilka eksperymentalnych konstrukcji SQL, przy okazji podglądając transmisję HTTP między serwerem a Firefoksem.

By naprawić błąd musiałem usunąć jedno "and $deleted = 1" oraz jedno "or not($reinsurer-syndicate-id)"

Najgorsze błędy są zawsze powodowane przez malutkie detale. Wiem o tym, przyzwyczaiłem się dawno temu. Miło jest naprawić poważny błąd malutkim, ledwo widocznym cięciem, lecz mimo tego odczuwam dziś pewną... nieadekwatność. Ech.

Mikroklimat #2

Do tej pory siedziałem obok "chińskiego muru" -- ściany zbudowanej z kartonów, monitorów, starych komputerów i bliżej niesprecyzowanych gratów, które gromadzą się z czasem w każdej firmie. Wszystko lądowało w jednym miejscu i w końcu wybudowano z tego "mur", niechcący oddzielając developerów od testerów.

Dzisiaj od rana trwał demontaż muru, połączony ze sprzątaniem szafki z zapasami biurowymi (notatnikami, ołówkami, długopisami itp.). Gdzieś wśród zapasów biurowych, za paczkami z tonerem odnalazł się niespodziewany bonusik -- kilkadziesiąt pudełek z męskimi slipami CK. Na dodatek z małym logo firmy (ha, "company branding" :) Oczywiście jak zawsze w takich sytuacjach wszystko zostało błyskawicznie rozgrabione przez załogę (w tym i mnie).

Zastanawialiśmy się czym firma zajmowała się nim weszła w software development ;)

PS: Żeńska część załogi właśnie zaczęła się domagać kontyngentu damskiej bielizny.

Mikroklimat

Kiedy zaczynałem moją obecną pracę byłem jedynym Polakiem w firmie (zatrudniającej jakieś 30-40 osób). Czułem się wyjątkowy z tego powodu, chociaż firma i tak miała mocny miks kulturowy -- połowa załogi to Brytyjczycy (o różnych korzeniach), reszta to imigranci z różnych państw -- Austria, Holandia, Francja, Hiszpania, Indie, ba, mamy nawet chłopaka z Kosowa, jednego Ukraińca, kobietę urodzoną chyba gdzieś w bloku wschodnim, mieliśmy też Australijczyka (ale postanowił rzucić IT i poświęcić się aktorstwu w ojczyźnie).

Odkąd tu pracuję szefowie zatrudnili 30+ osób, w tym kolejnych 3 Polaków. Jak widać w ostatnich rekrutacjach udział Polaków się zwiększył. Ciekawe czemu?

Refleksja poranna

Potrzebuję trzeciego monitora do pracy. Dwa przestają mi wystarczać.

Idealny byłby chyba jakiś widescreen i dwie standardowe 17" po bokach. Tylko jaką kartę graficzną trzeba mieć żeby to uciągnąć?

Dlaczego faceci nie powinni pracować dla kobiecych pisemek

Z firmowej poczty. Rubryka z listami od czytelników szukających porad życiowych. Przepraszam że nie po polsku, ale nie chciało mi się tłumaczyć :)

Dear Walter:

I hope you can help me here. The other day I set off for work leaving my husband in the house watching the TV as usual. I hadn't gone more than a few hundred yards down the road when my engine conked out and the car shuddered to a halt. I walked back home to get my husband's help.

When I got home I couldn't believe my eyes. He was parading in front of the wardrobe mirror dressed in my underwear and high-heel shoes, and he was wearing my make up. I am 32, my husband is 34 and we have been married for twelve years. When I confronted him, he tried to make out that he had dressed in my lingerie because he couldn't find his own underwear. But when I asked him about the make up, he broke down and admitted that he'd been wearing my clothes for six months. I told him to stop or I would leave him.

He was let go from his job six months ago and he says he has been feeling increasingly depressed and worthless. I love him very much, but ever since I gave him the ultimatum he has become increasingly distant. I don't feel I can get through to him anymore. Can you please help?

Sincerely,
Sheila

Dear Sheila:

A car stalling after being driven a short distance can be caused by a variety of faults with the engine. Start by checking that there is no debris in the fuel line. If it is clear, check the jubilee clips holding the vacuum pipes onto the inlet manifold. If none of these approaches solves the problem, it could be that the fuel pump itself is faulty, causing low delivery pressure to the injector chamber.

Walter

Auć

Przedwczoraj pod koniec dnia jeden z firmowych adminów zapytał mnie, czy nie chciałbym dostać nowej maszyny. Po chwili wahania zgodziłem się, bo czemu by nie. I następnego dnia ją dostałem. Troszkę lepsza moc (2x2.16GHz zamiast 1x2.8GHz), tyle samo ramu, nieco większy i nieco szybszy dysk, no i przy okazji odświeżony WinXP. Wszystko opakowane w sympatycznej wieży Della Dimension 9200 (poprzednio korzystałem z Dimension 3100). Do tego montowany w szufladce 5,25" czytnik kart pamięci (SM, CF, SD, xD, ...). Sprawdzę jakie ma transfery i może kupię sobie taki do domu?

Ale są też dwa minusy. Przenoszenie środowiska itp. zabrało trochę czasu (głównie przerzucenie przez sieć projektów z którymi pracuję ze starego komputera na nowy), ale z tym się liczyłem. Dużo gorzej wypadła sprawa monitorów. Do tej pory pracowałem na dwóch 17" LCD z kablami D-SUB. A nowy komputer ma kartę z jednym złączem DSUB i jednym DVI, więc chwilowo mam podłączony tylko jeden monitor i czekam na przelotkę DVI/D-SUB do drugiego.

I... ech. Szybko się przyzwyczaiłem do wygody pracy z dualscreenem. Teraz, gdy tak siedzę i jeden z monitorów pokazuje tylko czerń czuję się jakbym oślepł na jedno oko.

Człowiek za szybko przyzwyczaja się do wygody. I cierpi gdy się mu ją potem odbierze. Gdzie moja przelotka?!

Inne 10 dni

Minęło 10 dni od mojego przylotu do Londynu. Jutro, jeśli nie wyskoczy coś nieoczekiwanego, wprowadzam się do prywatnie wynajmowanego mieszkanka :)

Praca została oficjalnie przyklepana w tydzień od przylotu, w poniedziałek zacznę i podpiszę papierki. Na początek kontrakt próbny na 3 m-ce, z tygodniowym wypowiedzeniem (nie będzie potrzeby z niego korzystać... :) i 25-ma dniami urlopu w roku. Stawka to 30k brutto rocznie, dopasowywana co rok w kwietniu. Nie miałem ochoty czytać jeszcze całego kontraktu, ale jest chyba dość standardowy. Wydaje mi się, że bardzo dobrze trafiłem z firmą - no ale to wyjdzie w praniu.

Firma znajduje się w odległości może 500 metrów od biura, w którym pracuje Aniołek. Więc jeździć będziemy tą samą trasą, wysiadać na tej samej stacji metra. Wygodne.

Trasa z domu do pracy będzie wyglądała jakoś tak. Strona Transport For London mówi, że jadąc ścieżkami rowerowymi będzie to 8km z hakiem, a gdyby ścinać mało uczęszczanymi uliczkami, to może jeszcze mniej wyjść. Więc może w końcu będę rowerkował do pracy?

Hmm, czy powinienem o czymś jeszcze wspomnieć? Na razie mi nic do głowy nie przychodzi.

Aha, równolegle prowadzimy z Aniołkiem też mały blog emigracyjny, London Geeks, trochę mniej osobisty, ale bardziej aktywny ostatnio.

10 dni

10 dni.

Zostało mi 10 dni w kraju, 5 dni w pracy. Staram się o tym nie myśleć za bardzo, żeby skala wyzwania i wszystkie możliwe komplikacje do mnie nie dotarły. I żeby mnie nerwy nie zjadły.

Przeprowadzka. Emigracja. Iiik!

Bu :(

Właśnie rozmawiałem z moim pracodawcą i zakomunikowałem mu, że od lipca planuję być w Londynie, i będzie to pobyt raczej długoterminowy (trzymać kciuki! :), i że w ogóle się przeprowadzać będę.

W związku z czym nasza współpraca... no wiadomo.

Dzielnie to przyjął.

Czeka mnie teraz sporo dodatkowej roboty z pisaniem dokumentacji i instrukcji, bo jest parę projektów które tylko ja znam na wylot (głównie to, co sam pisałem), a mam zamiar wszystko udokumentować. Bo generalnie miły jestem i zawsze myślę o bliźnich.

Ech. Szkoda będzie to zostawić, bo miejsce i ludzie fajni. I płaca też. Tym bardziej szkoda, że w niedalekiej przyszłości kroi się tu jeszcze kilka zarąbistych projektów dla kogoś takiego jak ja.

Smutno mi. Ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować, żeby dłuższą perspektywę mieć lepszą. Co nie? Prawda? Tak trzeba, no nie?

O przyzwyczajeniach

Prawda, że przyzwyczajenia są drugą naturą?

Siedzę dziennie po kilkanaście godzin przed monitorem komputera/komputerów, jest to więc spora część mojej aktywności. I w pewnym momencie spostrzegasz, że dorobiłeś się już nawyków, małych przyzwyczajeń. Rzeczy, bez których nie możesz/nie chcesz pracować (a jak musisz, to cierpisz za miliony).

Moje nawyki/preferencje to:

A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zaczynają mi się dodatkowo podobać monitory widescreen. Aczkolwiek to może dlatego, że sam posiadam monitor 17" i bardzo podoba mi się Eclipse mający w poziomie więcej niż 1280 pikseli. Gdybym miał kupować sobie nowy monitor, to pewnie i zwykły 4:3 by mi się bardzo podobał, o ile by miał ze 20" :)

PS: Innym moim nawykiem jest Linux jako system operacyjny, ale oczywiście nie wszędzie mam ten komfort :(

A jakie Ty masz nawyki? Jakieś konkretne elementy wyglądu, marki, programy? A może napoje "do picia przed monitorem"?

Jedno z najgroźniejszych stworzeń świata

Jednym z najgroźniejszych stworzeń świata jest regexp pospolity (lat. regexpus vulgaris). Błędnie zastosowany znacząco wpływa na przyrost naturalny populacji tzw. bugów.

Od rana próbowałem dojść, czemu z wynikowych dokumentów znikają mi pierwsze dwie linijki na stronie tytułowej. Powodem była nadmiarowa gwiazdka w regexpie. Do regexpów trzeba z szacunkiem...

Hoppke.sync();

Czas na kolejny update. Najpierw sprawy zawodowe. Dzisiaj mija mi pierwszy miesiąc w nowej firmie, chcą mnie zatrzymać sobie. A ja nie mam nic przeciwko :) Powinno być fajnie, zwłaszcza gdy wyrwę się z Saxona/XSLT/odrobiny PHP (BRRRR!) i będę mógł więcej javować. Bo chwilowo javowanie ograniczało mi się do pisania antowego taska i tworzenia w javie XML-a. Aha, jak dostanę w końcu pierwszy przelew, to będę jeszcze bardziej zadowolony. W końcu rachunki trzeba z czegoś opłacać :)

Inna sprawa -- sklep o nazwie Znak. Będę ich unikał, i innym też radzę. Mają chyba ambicje bycia konkurencją dla Komputronika, ale... ech. Opowiem.

Szukałem sobie kolejnej karty SD do mojej Sansy (odtwarzacza MP3). Mam kartę SD 1GB (czyli 1,5GB miejsca na muzykę jeśli wliczy się wbudowane w plejer 512MB), ale trochę mnie to ograniczało, więc pomyślałem o dokupieniu sobie kolejnej karty -- tym razem 2GB. Upatrzyłem sobie taniego i chyba niezłego Goodrama x100. Niestety, w Komputroniku nie mieli takich. A w Znaku były, i to w całkiem fajnej cenie (chyba 89zł). Więc zamówiłem, pojechałem po pracy, zapłaciłem, wróciłem do domu.

I tu się zaczęły schody. Sansa nowej karty SD nie uznawała (wieszała się). Laptop i pocket Aniołka też nie widziały karty. Cyfrówka Canona twierdziła, że karta ma 3,8MB, ale i tak nie da się na niej ani bajta zapisać.

Zacząłem podejrzewać, że karta może być uszkodzona.

No to następnego dnia wybrałem się do Znaku, wymienić kartę. I co? I wielki obciach dla sklepu, bo sprzedawca zażyczył sobie, bym udał się z kartą do ich serwisu (oczywiście położonego poza sklepem), a oni to tam zbadają. No to go zapytałem co ma do tego gwarancja, skoro kupiłem wczoraj wieczorem, przyszedłem do domu, karta w ogóle nie zadziałała na czterech różnych urządzeniach i odnoszę ją od razu? Przecież to chyba podpada pod rękojmię? A on mi na to, że nie ma pewności, czy karta była uszkodzona już w momencie sprzedaży. (...)

Czytaj dalej...
Praca++

Dzisiaj miałem pierwszy dzień w nowej pracy. Denerwowałem się bardzo, denerwuję się nadal. Chciałbym móc za miesiąc, gdy okrzepnę, spokojnie napisać "Level up!" :)

Jest giczo

Wyjazd na urlop pociągnął za sobą komplikacje. Do pracy wróciłem w zeszły piątek, tylko po to by odkryć, że manager poznańskiego oddziału omyłkowo uznał, że mam urlop aż do poniedziałku, więc można "zagospodarować" mojego laptopa. No i zabrali mi laptopa, ugrzązł na jakimś szkoleniu jako front-end do Oracla. I przesadzono mnie do innego pomieszczenia, bo moje biurko zarosło w trakcie mojej nieobecności jakimiś komputerami i monitorami.

Dostałem wtedy jakiegoś zastępczego Compaqa, ale nie nadawał się do niczego poza przeczytaniem korporacyjnej poczty. O dwunastej zrobiłem sobie wolne, bo skończyły mi się zajęcia jakie mogłem z tym "cudem techniki" robić.

Dzisiaj rano się wkurzyłem i zacząłem szukać mojego laptopa. W końcu go znalazłem zabunkrowanego w salce konferencyjnej. Okazało się, że w tzw. "międzyczasie" zgubił mu się kabelek łączący zasilacz z życiodajnym gniazdkiem 220V. Podprowadziłem stosowny element z jakiegoś innego laptopa. Wyciąłem sobie też przestrzeń roboczą wśród obudów big tower i monitorów, odzyskując jakieś 80% mojego biurka. Siedzę w plątaninie kabli, ekranów i elektroniki, ale mi to zwisa.

Na moim ulubionym stanowisku okazało się, że nie mam już jak podłączyć się do sieci, bo wykorzystywany przeze mnie do tej pory kabelek ethernetowy jest teraz zajęty przez jakąś nową maszynę, która znienacka usadowiła się na moim biurku. Nie wiem czyj to pecet, nie wiem do czego służy, ale ssał MÓJ kabelek sieciowy! Skandal!

Namierzyłem w ścianie inne, wolne jeszcze gniazdko RJ-45, ale brakowało mi kabla. Ruszyłem na szaber po biurze, wracając po jakimś czasie z odpowiednim kabelkiem :) Po uruchomieniu laptopa zauważyłem, że ktoś podprowadził mi moje krzesło gdy mnie nie było. Niestety, nie udało mi się znaleźć wolnego krzesła w biurze (a przynajmniej nie takiego modelu jaki miałem do tej pory). Ostatecznie podkradłem krzesło z innego stanowiska. Jego użytkownik jest teraz chyba na delegacji w Londynie, więc nie będzie go potrzebował. A jak wróci, to będę udawał, że o niczym nie wiem. (...)

Czytaj dalej...
Miły początek dnia. KUBEK!!!1

Wczoraj przez większą część dnia firma miała wyłączoną hydraulikę, bo coś tam trzeba było z rurami robić. Wydaje mi się, że to dlatego, że parę miesięcy temu w budynku w którym mieści się biuro (taki kwadratowy klocek, jest w nim jakaś cukiernia, moja firma, malutki oddział poczty polskiej itp.) eksplodował piecyk gazowy (w jakiejś kwiaciarni na parterze) i wyrwał oraz wypalił solidną część budynku, a jeszcze większą trzeba było wyburzyć i czeka na odbudowę. Od tamtej pory wszystko znajduje się tu w stanie permanentnego remontu.

No bo przecież JA nie mogę pracować w przeciętnych warunkach, prawda? To by było niestosowne, obrazek podobny do gwiazdki porno która w życiu prywatnym nie chce "brać do buzi", albo Romana Giertycha biorącego udział w Paradzie Równości. Czego się nie tknę to musi okazać się dziwne, nietypowe, "po przejściach", wyalienowane, undergroundowe albo po prostu EKSCENTRYCZNE. Nie dla mnie mainstream.

Więc nie było wody. Szczęśliwie składa się, że jako jedyna chyba osoba w firmie posiadam kubeczek o pojemności 0,5l (a może nawet ciut większej), więc w porę zrobiłem sobie solidny zapas herbaty "Lychee" Dilmaha. Zastanawiałem się, czy nie wykorzystać niecnie jeszcze paru firmowych naczynek i nie zrobić sobie na biurku małego rezerwuaru wody. Oczami wyobraźni widziałem, jak około godziny czternastej spragnieni wody współpracownicy wiją się dookoła mojego biurka, a ja przyciskam ich buciorem do ziemi w akcie całkowitej dominacji. Bwahahahaha!!!!!11 :)

Ale pomyślałem, że pewnie następnego dnia by mi się oberwało, więc sobie odpuściłem.

Aaale ze względu na brak wody (i hydraulików którzy się wyroili w kuchni... hmm, czy czasownik "wyroili" jest prawidłowy? Analogia do "wylęgli"...) nie mogłem po wszystkim umyć swojego kubeczka i talerzyka pochodzącego z zapasów kuchennych. Nie mogłem też wyrzucić torebek po herbacie. Całość zostawiłem więc na swoim biurku. Wychodząc do domu zauważyłem, że kuchnia już jest sprawna, więc w zasadzie mógłbym wszystko pomyć, ale już mi się nie chciało. (...)

Czytaj dalej...
Zwykły dzień

Kolejny zwykły dzień się kończy. Jest już po dziesiątej wieczorem, a ja siedzę w zaciemnionym mieszkanku przed ekranem komputera, zajadając pyszne jabłka (papierówki importowane do Poznania z Zielonej Góry) i zapijając jakimś Tyskim z puszki. No i próbuję coś zablogować. Siedząc w satynowych, podejrzanie kolorywych bokserkach i wiśniowym podkoszulku. Rozczochrany jak rosomak, bo u fryzjera już dawno nie byłem - jeszcze trochę i zacznę wyglądać jak te dziwaki z Dragon Balla. Ale taka ekscentryczna szopa na głowie pasuje idealnie do image młodego programisty, więc mi to nie przeszkadza. No i będzie jak znalazł jeśli zechcę kiedyś zostać tzw. Szalonym Naukowcem :)

Dzień zacząłem bardzo dobrze, budząc się w miękkiej, ciepłej pościeli po spokojnie prześnionej nocy (to już druga noc z rzędu podczas której mam bardzo przyjemne, relaksujące sny i budzę się naprawdę wypoczęty - nie wiem czy nie ma to związku z tym, że przestawiłem tapczan i śpię głową na wschód). Śniadanie sztampowe - muesli z mlekiem, połówka rogalika z dżemem. Sprawdzić pocztę, rss-y, obejrzeć dzienną porcję komiksów (oprócz UserFriendly, bo ten jest aktualizowany punktualnie o dziewiątej). I do pracy.

W pracy oglądam UserFriendly, czytam korporacyjną pocztę (włączając outlooka powtarzam sobie zawsze "byle nic do mnie, byle nic do mnie" - maile kierowane do mnie zwykle oznaczają jakieś nieprzyjemne rzeczy do wykonania ;), zaglądam do firmowego bugtrackera i biorę się do pracy. Ostatnio siedzę po uszy w kobyle - refactoring wyjątków. W projekcie jest masa wyjątków (setki klas), część z nich bardzo obciąża VM i ma różne dziwne efekty uboczne, bo dziedziczy po jednym dość paskudnym wyjątku. Zadanie polega więc na przerobieniu hierarchii wyjątków, dostosowaniu kodu, przeczyszczeniu klauzul throws pod kątem wyjątków dziedziczących po RuntimeException, sprawdzeniu czy pewien konkretny wyjątek nie jest używany w miejscach gdzie potrzebne by były rollbacki transakcji, a przy okazji generalnych poprawkach wszystkiego co tylko rzuci się nam w oczy. Nam. Bo dostałem pomocnika :) I wolną rękę w refactorowaniu kodu według mojego widzimisię. Więc wreszcie mogę zmieniać co tylko zapragnę. (...)

Czytaj dalej...
I po pierwszej delegacji

A dzisiaj napiszę "co u mnie".

Więc tak - delegacja do Warszawy minęła pomyślnie. Mieszkanie służbowe było bardzo OK, hotel już mniej, biuro przypominało labirynt (faktycznie można było w nim biegać w kółko), na dodatek co krok drzwi otwierane kartami magnetycznymi, zero "szerokiej, otwartej przestrzeni". Za to fotele genialne, obejrzałem bardzo skrupulatnie ale niestety, nie znalazłem info o producencie. I komputery Della też bardzo dobrze zrobione, wielkie radiatory, wielkie ciche wiatraki...

Bez wdawania się w zbędne szczegóły, kod który przez ponad 8h był w stanie przetworzyć koło 90k jednostek danych (po czym wykładał się z braku pamięci) udało mi się doprowadzić do stanu, w którym mieli coś koło 11mln jednostek w czasie ok. 0,5h. Dałoby się jeszcze bardziej to wyśrubować, ale tylko po aktualizacji paru frameworków używanych w projekcie, a to było wykluczone.

Oprócz poprawionego kodu zostawiłem też bardzo ładny anglojęzyczny raport, opisujący zastany problem, diagnozę, podjęte czynności naprawcze, zakres modyfikacji istniejącego kodu ze wskazaniem błędów popełnionych przez jego pierwszego autora, możliwości dalszej optymalizacji, wyliczenie wypróbowanych przeze mnie optymalizacji łącznie z tymi, z które nic nie dały i z nich zrezygnowałem, zyski i zagrożenia jakie niesie ew. aktualizacja frameworków, rozpiskę zmodyfikowanych klas z krótkimi streszczeniami do każdej, etc. Taki ładny transfer wiedzy w skondensowanej formie. Dokument który powinno się IMO zawsze przekazywać razem z kodem... napisanie go zajmuje trochę czasu, ale ostatecznie oszczędza czas i mój, i innych.

Podziękowali mi za przyjazd i naprawienie kodu (to było miłe, to podziękowanie). A potem wyrwałem się z powrotem do Poznania, bo

Czyli wszystko poszło tak jak miało pójść, chociaż po pierwszym dniu byłem pesymistycznie nastawiony. Za to drugiego wyszedłem na prostą, a trzeciego nawet niespodziewane aktualizacje specyfikacji nie zrobiły na mnie wrażenia i zaimplementowałem je od ręki. (...)

Czytaj dalej...
"cvs commit Hoppke" :)

(Dla nietechnicznych: tytył wpisu oznacza synchronizację zmian wprowadzonych u mnie ze stanem znanym "światu".)

Podzielę może wszystko na trzy części - zawodowe, prywatne i repo. I streszczę po kolei.

Zawodowo jest OK. Odebrałem pierwszą wypłatę, nie słyszałem też by ktoś chciał mnie zwolnić, nikt na mnie nie krzyczy, nie opieprza za niewykonanie czegoś na czas etc. Czyli fajno jest. Jestem częścią zespołu szlifującego pewien olbrzymi projekt robiony w kooperacji z paroma innymi firmami. Projekt jest generalnie skończony, teraz przechodzi testy (wykonywane przez klientów biznesowych i partnerów) - więc jedyne co jest do roboty, to naprawianie zgłaszanych błędów. Zadanie to jest takie, hmm... mało przewidywalne. Bywają dni, gdy nic nie spływa do bugtrackera (o, dzisiaj jest jeden z takich dni, dlatego piszę na Repo :). Ale bywają też dni, w których spływa masa błędów, z czego parę oznaczonych jest jako "urgent", "critical", albo przynajmniej "high priority". I wtedy w pośpiechu trzeba łatać, przy okazji poznając logikę biznesową aplikacji. To jest to, czego mi brakuje. Nie umiejętności tak naprawdę (a tego się bałem najbardziej), a znajomości produktu. Bestia jest DUŻA, naprawdę duża. Przechowuje dokumenty, polisy, certyfikaty, nadzoruje ich workflow, obsługuje transakcje, tworzy pliki RTF, komunikuje się z inną, zewnętrzną aplikacją, a do tego ma swój cały interfejs www. Bardzo kompleksowe rozwiązanie. Duży "technology stack". I, co ciekawe, to nie technologie sprawiają mi problem. OK, wiadomo, Java. Do tego struts, jsp, servlets, xml, xsl, castor, toplink, jakieś własne DAO, websphere, oracle, PL/SQL, MQ services, pewnie jeszcze sporo innych o których nie pamiętam, albo nawet nie wiem, że są wykorzystywane w projekcie. (...)

Czytaj dalej...
Na froncie prywatnym

Od czego zacząć...

Zacznę może od rzeczy najważniejszej dla mnie - uczuciowo (czy, jak mówi moja znajoma Kaśka, "w sprawach serduszka") jest po prostu rewelacyjnie. Tzn. tak po prostu dobrze, i to właśnie jest w tym wszystkim tak cudne :) Biorąc pod uwagę, że znalazłem dziewczynę która strrrasznie mnie pociąga na każdej możliwej płaszczyźnie - i fizycznie, i emocjonalnie, i intelektualnie, którą mogę kochać i mieć w niej jednocześnie najlepszą przyjaciółkę jaką kiedykolwiek miałem, cóż, czego więcej chcieć?

Przeszkoda była jedna - lokacja. OK, przeszkód było więcej, i ta może nawet nie była najtrudniejsza do pokonania, ale... Tak się złożyło, że dzieliło nas trochę kilometrów. Ja jestem chłopakiem z Zielonej Góry, ona dziewczyną z Poznania. Romansowanie w takim układzie jest nieco utrudnione ;)

Ale dla chcącego nic trudnego, więc od tygodnia mieszkam w Poznaniu. I jestem, ech, jak to powiedzieć... nie wiem czy mi to przejdzie przez usta... p r o g r a m i s t ą. Co miłość może z człowiekiem zrobić... ;)

Ale nie jest źle. W zasadzie to jest bardzo dobrze :)

Mój obecny plan życia obejmuje kilka miesięcy, w których mam zamiar zrealizować następujące punkty:

A potem ułożę nowy, równie pozytywny. :) (...)

Czytaj dalej...