ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kategoria: Prywatne
Katar

Po raz kolejny w tym roku dorobiłem się kataru. Dzięki katarowi mój angielski znacznie się poprawił.

Mikroklimat

Kiedy zaczynałem moją obecną pracę byłem jedynym Polakiem w firmie (zatrudniającej jakieś 30-40 osób). Czułem się wyjątkowy z tego powodu, chociaż firma i tak miała mocny miks kulturowy -- połowa załogi to Brytyjczycy (o różnych korzeniach), reszta to imigranci z różnych państw -- Austria, Holandia, Francja, Hiszpania, Indie, ba, mamy nawet chłopaka z Kosowa, jednego Ukraińca, kobietę urodzoną chyba gdzieś w bloku wschodnim, mieliśmy też Australijczyka (ale postanowił rzucić IT i poświęcić się aktorstwu w ojczyźnie).

Odkąd tu pracuję szefowie zatrudnili 30+ osób, w tym kolejnych 3 Polaków. Jak widać w ostatnich rekrutacjach udział Polaków się zwiększył. Ciekawe czemu?

Wiewiórczo
Wziąłem moje nowe makro na świeże powietrze. Myślałem o kwiatkach, żuczkach i innych sztampowych modelach, ale koniec końców padło na londyńskie wiewiórki.
click shopping #2

Moje ostatnie zakupy spłynęły już prawie w całości. Czekam jeszcze na małe paczuszki ze Stanów i Hong Kongu.

Moim osobistym faworytem jest zakup szkiełka do makro. Kupiłem je w niedzielę na eBayu, zapłaciłem zaraz po zakupie, sprzedawca oddalony o ponad 9500km (Hong Kong) wysłał je w poniedziałek, a do rąk własnych (Londyn) dostałem parę godzin temu. Nawet licząc różnicę stref czasowych między Hong Kongiem a Londynem całkowity czas przesyłki (z kontrolą celną itp.) wyniósł nieco ponad dobę (chyba mniej niż 30h), a jeśli FedEx automatycznie koryguje różnice stref w swoim monitorze przesyłek, to uwinęli się nawet w niecałą dobę. Wow. Jestem naprawdę pod wrażeniem.

click shopping

...to moja słabość.

Uwielbiam zakupy internetowe. Są tak wygodne... Szukam czegoś, w ciągu paru minut przeglądam ofertę kilkunastu sprzedawców, wyszukuję w Internecie opinie i dokładniejsze opisy towaru na który mam chęć. Klikam. Paroma kliknięciami zlecam PayPalowi zapłatę. Bajka.

Teraz wystarczy odczekać parę dni aż w pracy zaczną pojawiać się kurierzy przywożący mi paczuszki z UK, Chin i USA :) Uwielbiam to. O wiele wygodniejsze od łażenia po zatłoczonych sklepach. No i przy okazji oszczędzam sporo pieniędzy. Niech żyją zakupy przez Internet!

Zima się zaczyna?

Dzisiejszej nocy balkonowy termometr zanotował mi 0,5 stopnia poniżej zera. To jak na razie najniższa temperatura jaką udało mi się zaobserwować tej zimy w Londynie. I zarazem pierwszy raz, gdy temperatury spadły poniżej zera. Ciekawe, czy jeszcze bardziej poleci?

Teraz jest pewnie jakieś 0-2 stopnia w plusie...

Na śnieg nie mam raczej co liczyć, ale chwilowy przymrozek wystarczył, by londyńska mgła skropliła się na chodnikach i zamarzła w niewidzialną warstewkę lodu. Mało się nie wywróciłem w drodze do pracy gdy kawałek znajomego chodnika zaskoczył mnie śliskością. Inni ludzie też mieli problemy. To nienormalne, żeby się tak ślizgać gdy nigdzie nie widać ani krzty śniegu... moje dotychczasowe zimowe doświadczenia nie mają tu większej wartości.

Londyn jest ładny

Tytułowa myśl przyszła mi do głowy gdy spacerowałem sobie w okolicach stacji metra Holborn.

Wyszedłem sobie na przerwie lunchowej z zamiarem kupna jakiejś zabawki (padło na obiektyw do aparatu, taki malutki). Do wyboru miałem kilka sklepów w okolicy, UK-owskie sklepy wysyłkowe oraz oczywiście prawie bezkonkurencyjny import z Hongkongu (trzeba się tylko modlić, żeby cła nie przywalili po drodze).

Ale oprócz tego znalazłem też Microglobe, w którym wiele towarów jest tylko odrobinkę droższa niż najtańsze ebayowe przesyłki z Chin.

Microglobe znajduje się niedaleko stacji Holborn. Pracuję niedaleko stacji Chancery Lane. Holborn i Chancery Lane to sąsiednie stacje jednej z linii londyńskiego metra.

Więc postanowiłem skoczyć na Holborn. Wydrukowałem mapkę okolic Holborn i Microglobe (jak dobrze mieć Google Maps!) i poszedłem na przerwę.

Piękna pogoda. Naprawdę całkiem ciepło, bardzo słonecznie, aż chce się żyć.

Londyn jest niesamowity - ciągle zadzieram głowę, bo budynki ciągną się dziesiątkami metrów w górę. I są to nie tylko nowoczesne drapacze chmur, ale i tradycyjne puby, kamienne kaplice, ceglane domy i sklepy... A wszystko pocięte londyńskimi, chaotycznymi, przewężonymi ulicami, przez które ludzie przechodzą nie zwracając większej uwagi na ruch samochodowy (w Londynie piesi skutecznie wymuszają sobie pierwszeństwo zawsze i wszędzie, a zebry są tylko po to, żeby było lepiej widać granice ulic ;)

Masa ludzi - niektórzy się spieszą, inni idą gdzieś powoli. Wszystkie możliwe mieszanki kolorów, ras, styli. Rozbawiło mnie np. dwóch młodych facetów w garniturach -- przez jakiś czas szli równo ze mną, a jeden "prowadził" piłkę. Taką zwykłą piłkę do nogi. Tłum ludzi, faceci odpicowani w garniturkach jak bankierzy czy inni finansiści, a on sobie spokojnie kopie piłkę. W centrum miasta, przechodząc przez ulicę itp. Dobry był -- ani razu mu nigdzie nie uciekła, nikogo nie uderzyła. Wyglądało to jak jakaś reklama TV. (...)

Czytaj dalej...
Dlaczego faceci nie powinni pracować dla kobiecych pisemek

Z firmowej poczty. Rubryka z listami od czytelników szukających porad życiowych. Przepraszam że nie po polsku, ale nie chciało mi się tłumaczyć :)

Dear Walter:

I hope you can help me here. The other day I set off for work leaving my husband in the house watching the TV as usual. I hadn't gone more than a few hundred yards down the road when my engine conked out and the car shuddered to a halt. I walked back home to get my husband's help.

When I got home I couldn't believe my eyes. He was parading in front of the wardrobe mirror dressed in my underwear and high-heel shoes, and he was wearing my make up. I am 32, my husband is 34 and we have been married for twelve years. When I confronted him, he tried to make out that he had dressed in my lingerie because he couldn't find his own underwear. But when I asked him about the make up, he broke down and admitted that he'd been wearing my clothes for six months. I told him to stop or I would leave him.

He was let go from his job six months ago and he says he has been feeling increasingly depressed and worthless. I love him very much, but ever since I gave him the ultimatum he has become increasingly distant. I don't feel I can get through to him anymore. Can you please help?

Sincerely,
Sheila

Dear Sheila:

A car stalling after being driven a short distance can be caused by a variety of faults with the engine. Start by checking that there is no debris in the fuel line. If it is clear, check the jubilee clips holding the vacuum pipes onto the inlet manifold. If none of these approaches solves the problem, it could be that the fuel pump itself is faulty, causing low delivery pressure to the injector chamber.

Walter

Zaskoczenie!

Zima zaskoczyła drogowców. Frekwencja zaskoczyła komisje.

PS. Wybory w konsulacie w Londynie.. Trzeba było odstać trzy godziny żeby spełnić swój "obywatelski obowiązek".

Klasowe wyjazdy

W trakcie mojej edukacji przeszedłem podstawówkę, drugą podstawówkę, liceum ogólnokształcące i studia wyższe.

Na każdym etapie poznawałem jakichś ludzi, z którymi prędzej czy później kontakt mi się zrywał.

Najdłużej wytrzymały relacje z paroma osobami z drugiej podstawówki, bo przeżyły czas ogólniaka i parę lat studiów. Niestety, urwało się. Mój rok na studiach też nie należał do specjalnie zgranych, więc wystarczył rok bym i ze współstudentami stracił kontakt.

c'est la vie.

Nie jestem specjalnie aktywny społecznościowo (choć mam konta na Spinaczu, last.fm i paru innych takich), pewnie dlatego, że kiedyś dałem się namówić na Grono. Mimo tego postanowiłem zobaczyć co takiego jest w naszej-klasie.

Nie będę opisywał samego serwisu czy funkcjonalności, powiem tylko, że udało mi się dzięki niemu odnaleźć ładnych parę osób z mojej przeszłości. Fajno :)

Ludzie często podają w swoich wizytówkach miasto, w którym przebywają. Przeglądając listy swoich znajomych, i znajomych znajomych, zauważyłem coś niezbyt fajnego.

Może po prostu pokażę listę moich znajomych:

-- edit --

15 osób, z czego 5 (33%) na emigracji. U innych osób procentowy wskaźnik "wyjechanych za granicę" znajomych wynosi od kilku do ~40%.

Jeśli nic się nie zmieni, to Polska niedługo bardzo boleśnie to odczuje...

Dzisiaj jadę po mojego D80

Właśnie dostałem sms-a potwierdzającego, że mogę odebrać swoje zamówienie na Canary Wharf, W14 5AB, za jedyne 669,88 funtów.

Oznacza to, że wieczorem powinienem trzymać w łapkach mojego własnego D80, na razie z kitowym obiektywem 18-70mm.

:)) coś czuję, że dzień w pracy będzie mi się dłużył dzisiaj...

Aha, zamówienie złożyłem niecałe 2h temu. Szybka obsługa, nie ma co.

Z przypadłości komputerowych

Zdarza mi się sporo pisywać przy użyciu klawikordu komputera. I idzie mi to całkiem nieźle - bezwzrokowo, w szybkim tempie i w ogóle. Zauważyłem jednak ciekawe literówki które zaczynam robić gdy jestem już naprawdę zmęczony. Oddźwięczniam litery. Zamiast "b" piszę "p", zamiast "g" piszę "k" itp. I np. zamiast "starego" wychodzi mi "stareko". A z "wychodzi" robi się "wychoci".

Fascynujące.

Nie jest to taka typowa literówka ani palcówka, bo trafiam w klawisze bezproblemowo. Coś się psuje za to w sposobie w jaki myślę o słowach (gdy piszę, to tak naprawdę mówię do siebie w myślach).

Przypuszczam, że pod koniec długiego i pracowitego dnia część mózgu zaczyna się odłączać i na powierzchnię wyłazi coś, co normalnie by było wytłumione. Coś, co każe mi pisać przy użyciu jak najmniejszej liczby dźwięcznych dźwięków.

Robię takie błędy bardzo konsekwentnie (i strasznie mnie to irytuje), ale nie jestem w stanie nad tym zapanować. Te pomyłki są znakiem, że pora już iść spać, bo bez odpoczynku będą się tylko nasilać.

Zastanawia mnie czy to coś częstszego? Nie mogę uwierzyć, że pod wpływem zmęczenia tylko ja zaczynam mieć takie specyficzne problemy z ortografią. No i musi być jakieś naukowe wytłumaczenie. Powód, dla którego zmęczony Hoppke woli mniej dźwięczne literki. Czyżbym gdzieś głęboko w środku myślał wyłącznie przy użyciu twardszych, suchych literek? Czy jestem kryptodźwięcznofobem?

Moja przyszła nowa zabawka

Od przyjazdu do UK jestem pozbawiony własnego aparatu, bo swojego znakomitego, acz nieco wysłużonego i nienajnowocześniejszego Olympusa zostawiłem siostrze w Polsce.

Mam więc powód (pretekst? ;) by kupić sobie coś nowego.

Dla ułatwienia zawęziłem sobie już na starcie wybór do Canonów i Nikonów, a po pewnym researchu do duetu Nikon D40X i Nikon D80.

Ech, udręka wyborów... to przez nią nie kupiłem sobie laptopa -- nie umiałem sprecyzować swoich potrzeb (a raczej precyzowałem je przez "ma być lekki, mały, szybki, z dużym ekranem, mocną kartą graficzną, i długo trzymać na akumulatorze").

Z aparatami na szczęście jest ciut inaczej, więc przedwczoraj udało mi się podjąć decyzję: kupię sobie Nikona D80 :)

Nie wiem jeszcze kiedy i gdzie, ale najważniejsza część - wybór modelu - już, mam nadzieję, za mną :)

Inne 10 dni

Minęło 10 dni od mojego przylotu do Londynu. Jutro, jeśli nie wyskoczy coś nieoczekiwanego, wprowadzam się do prywatnie wynajmowanego mieszkanka :)

Praca została oficjalnie przyklepana w tydzień od przylotu, w poniedziałek zacznę i podpiszę papierki. Na początek kontrakt próbny na 3 m-ce, z tygodniowym wypowiedzeniem (nie będzie potrzeby z niego korzystać... :) i 25-ma dniami urlopu w roku. Stawka to 30k brutto rocznie, dopasowywana co rok w kwietniu. Nie miałem ochoty czytać jeszcze całego kontraktu, ale jest chyba dość standardowy. Wydaje mi się, że bardzo dobrze trafiłem z firmą - no ale to wyjdzie w praniu.

Firma znajduje się w odległości może 500 metrów od biura, w którym pracuje Aniołek. Więc jeździć będziemy tą samą trasą, wysiadać na tej samej stacji metra. Wygodne.

Trasa z domu do pracy będzie wyglądała jakoś tak. Strona Transport For London mówi, że jadąc ścieżkami rowerowymi będzie to 8km z hakiem, a gdyby ścinać mało uczęszczanymi uliczkami, to może jeszcze mniej wyjść. Więc może w końcu będę rowerkował do pracy?

Hmm, czy powinienem o czymś jeszcze wspomnieć? Na razie mi nic do głowy nie przychodzi.

Aha, równolegle prowadzimy z Aniołkiem też mały blog emigracyjny, London Geeks, trochę mniej osobisty, ale bardziej aktywny ostatnio.

10 dni

10 dni.

Zostało mi 10 dni w kraju, 5 dni w pracy. Staram się o tym nie myśleć za bardzo, żeby skala wyzwania i wszystkie możliwe komplikacje do mnie nie dotarły. I żeby mnie nerwy nie zjadły.

Przeprowadzka. Emigracja. Iiik!

500

Madness? This is SpaPoland!

Telefon

Zadzwonił dziś mój telefon. Patrzę na wyświetlacz - numer zastrzeżony. Odbieram.

- Halo?
- (jakiś kobiecy głos) Halo. (chwila milczenia)
- Tak? (dociekam)
- (jakieś stłumione śmiechy w tle, po czym ten sam kobiecy głos) Czy widział pan kiedyś końskie gówno?
- (zatkało mnie, więc milczę. Po paru przemilczanych sekundach kobieta się rozłącza)

Aniołek pyta "Kto dzwonił?". I jak tu powiedzieć prawdę?

Bu :(

Właśnie rozmawiałem z moim pracodawcą i zakomunikowałem mu, że od lipca planuję być w Londynie, i będzie to pobyt raczej długoterminowy (trzymać kciuki! :), i że w ogóle się przeprowadzać będę.

W związku z czym nasza współpraca... no wiadomo.

Dzielnie to przyjął.

Czeka mnie teraz sporo dodatkowej roboty z pisaniem dokumentacji i instrukcji, bo jest parę projektów które tylko ja znam na wylot (głównie to, co sam pisałem), a mam zamiar wszystko udokumentować. Bo generalnie miły jestem i zawsze myślę o bliźnich.

Ech. Szkoda będzie to zostawić, bo miejsce i ludzie fajni. I płaca też. Tym bardziej szkoda, że w niedalekiej przyszłości kroi się tu jeszcze kilka zarąbistych projektów dla kogoś takiego jak ja.

Smutno mi. Ale czasem trzeba z czegoś zrezygnować, żeby dłuższą perspektywę mieć lepszą. Co nie? Prawda? Tak trzeba, no nie?

Fakty z życia

Dzisiaj przytoczę trzy fakty:

  1. Można stworzyć 100% sztuczny rendering, który będzie wyglądał jak żywy człowiek z gumowymi uszami (jak hobbit z gumowymi stopami w ekranizacji Władcy Pierścieni).
  2. Charlie Chaplin wziął kiedyś potajemnie udział w konkursie na swojego sobowtóra. Zajął siódme miejsce, nie dotarł do rundy finałowej.
  3. W życiu mężczyzny wszystko kręci się dookoła jedzenia, cycków i budowania cywilizacji.
Sklep lepszy od urzędu

Mam ja sobie dowód osobisty. Taki zwykły, zielony, "książeczkowy". Chciałbym go sobie wymienić na nowomodną plastikową kartę. Zresztą niedługo i tak bym musiał.

Muszę złożyć wniosek o wydanie nowego dowodu, dowód wpłaty na konto urzędu oraz odpowiednie zdjęcia. Dowód zostanie wydany w przeciągu miesiąca.

Problem polega na tym, że muszę to zrobić w Urzędzie Miejskim w Zielonej Górze, a przebywam w Poznaniu.

Wychodzi więc na to, że muszę przejechać się do Zielonej Góry by złożyć papiery, a potem powtórzyć wycieczkę by dowód odebrać.

Doinformowałem się w urzędzie i wychodzi na to, że nie mogę wysłać wniosku, zdjęć i dowodu wpłaty listem poleconym. Muszę to zrobić osobiście, bo jeśli dobrze zrozumiałem, to na wniosku znajdzie się mój podpis, który zostanie zeskanowany i umieszczony na dowodzie. I podpis ten musi zostać "poświadczony" przez urzędnika.

Nie znam procedury składania wniosku, ale jestem prawie pewny, że mógłbym zanieść podpisany już wniosek i urzędnik by go przyjął bez zmuszania mnie do podpisywania papierków na jego oczach. Ale nie mogę tego wysłać pocztą.

Oczywiście urząd w soboty jest zamknięty, a gdy jest otwarty, to tylko do 15:30.

To pewna komplikacja dla kogoś, kto w trakcie tygodnia wychodzi z pracy około czwartej-piątej.

Nie załatwię tego w weekend, więc będę pewnie dwa piątki musiał wziąć wolne i jechać do Zielonej Góry.

Najgłupsze jest to, że nie mogę tego załatwić przez urząd w Poznaniu, bo on mógłby mi pomóc tylko gdybym miał tu meldunek na przynajmniej trzy miesiące. A przynajmniej przyjąć dokumenty, bo nie wiem jak z wydaniem nowego dowodu.

Jednym słowem - kicha. Rozumiem jeszcze to, że dowód muszę odebrać osobiście. OK. Ale żeby wniosku nie móc złożyć korespondencyjnie? Albo żeby nie móc załatwić tego przez najbliższy mi urząd miejski? W dobie informatyzacji?

...kupiłem sobie w zielonogórskim Deichmannie buty. Przechodziłem w nich zimę, pod koniec sezonu na jednym bucie pękła skóra. Zaniosłem do najbliższego poznańskiego Deichmanna. Przyjęli. Jeszcze nie wiem jak rozpatrzyli reklamację, ale przynajmniej nie odsyłali mnie do miejsca zakupu.

Webtest wyznaniowy

Za "which religion is the right one for you".

You scored as agnosticism.

You are an agnostic. Though it is generally taken that agnostics neither believe nor disbelieve in God, it is possible to be a theist or atheist in addition to an agnostic. Agnostics don't believe it is possible to prove the existence of God (nor lack thereof). Agnosticism is a philosophy that God's existence cannot be proven. Some say it is possible to be agnostic and follow a religion; however, one cannot be a devout believer if he or she does not truly believe.

agnosticism 96%
Paganism 79%
Satanism 75%
Buddhism 71%
Islam 67%
atheism 67%
Christianity 50%
Judaism 42%
Hinduism 33%

A co TY zrobiłeś dla polskiej edukacji?

Nie mam sił, więc tylko podlinkuję:

Sam news oraz tło społeczne wyróżnionego człowieka. No brawo, brawo.

A najlepszy w tym wszystkim jest ten cytat z Gazety:

Prezes ZNP przypomina, że kilka miesięcy temu minister Giertych odrzucił wszystkie 285 rekomendowanych przez ZNP kandydatur do Medalu KEN.
- W tej grupie były osoby naprawdę zasłużone dla polskiej oświaty - mówi Broniarz. - Co ciekawe, wszyscy oni zostali pozytywnie zweryfikowani przez komisję powołaną przez ministra Giertycha. On jednak wyrzucił te kandydatury do kosza, bo rekomendował je ZNP.

I tu moje parę słów własnego komentarza: My wszyscy, niestety, ponosimy odpowiedzialność. Ci, którzy nie poszli do wyborów (bo pozwolili innym decydować). Ci, którzy głosowali na PiS (bo to on przecież wypromował Wysokiego Ministra Edukacji byle tylko utrzymać się przy korycie). Ci, którzy głosowali "za mniejszym złem" lub oddali "antygłosy" też ponoszą odpowiedzialność, bo najwidoczniej trzeba się było bardziej uaktywnić społecznie i zaciągnąć do lokalu swoich znajomych. Cóż, takie czasy.

Wychodzi na to, że nie można mieć do nikogo pretensji, bo wszyscy jesteśmy winni w jakiś sposób.

Na szczęście granice są jeszcze otwarte. I to naprawdę dobra myśl.

PS: Czy tylko ja czuję się coraz bardziej wyalienowany w Polsce, ojczystym kraju?

Smark, smark

Choroba jakaś mnie wzięła. Mam katar, gardło drapie, nos pali... na szczęście już przeszły mi zawroty głowy oraz ból w okolicach brzucha i nerek, więc może osiągnę dziś w pracy jakieś 70% wydajności.

To pewnie ta zdradliwa, prawie wiosenna pogoda. Niby ciepło, niby słonecznie, ale mój układ odpornościowy jest tak rozmiękczony po zimie, że już coś złapałem.

No ale przynajmniej nie powinno przejść w grypę. Bo się przezornie zaszczepiłem swego czasu, więc większość prognozowanych w tym sezonie szczepów nie powinna się mnie imać.

Aaaa-psik.

Bez sensu. Takie ładne słońce za oknem, a ja kicham i smarkam...

A najdziwniejsze jest to, że kiedy jestem na zewnątrz, to czuję się całkiem nieźle. Gorzej mi się robi gdy wejdę pod dach. Pewnie organizm wychodzi z "trybu survival" :)

5-Łańcuch

Nooo więc zostałem załańcuszkowany przez Lili (a może i przez kogoś jeszcze, ale tylko ona mi dała o tym znać).

Hmm. Co by tu...

  1. Nie mogę jeść rosołu z kury. Takiego prawdziwego. Grożą mi po nim straszne migreny. Trapi mnie to już od dziecka i zdaje się być dziedziczne, bo dotyka sporej liczby mężczyzn w mojej rodzinie (co drugie pokolenie od strony matki, widać odziedziczyłem to po dziadku, a on po swoim dziadku itp.)
  2. Jako mały żłobkowicz i przedszkolak upierałem się, żeby nosić wstążki i spinki we włosach. Bardzo trudno było mnie też oduczyć mówienia "chciałam, poszłam, zrobiłam". Widać brałam przykład ze starszych sióstr ;)
  3. Mam dość pomieszaną edukację: na początku podstawówki miałem średnie zwykle koło 5,0, potem mocno spadłu, ósmą klasę skończyłem ze średnią ~3,9. Nie mogłem być na balu pożegnalnym, bo skręciłem nogę. Poszedłem do LO na profil mat-inf (przekształcony mat-fiz). Na maturze z polaka wybrałem interpretację poezji, średnia z egzaminów maturalnych to 5,4. Nie byłem na studniówce, bo akurat miałem wstawiany metalowy bolec w szczękę. Studiowałem filologię germańską (specjalizacja: językoznawstwo, magisterka z frazeologii) i dorabiałem malowaniem, spawaniem, kryciem dachów etc. Nigdy nie dawałem korepetycji. Pracuję czasem jako tłumacz jęz. angielskiego. Etatowo jestem programistą Javy.
  4. Około trzeciej-piątej klasy podstawówki uprawiałem z moim klasowym kolegą Irkiem "kreatywny" recycling. By mieć pieniądze na drobne wydatki (jak np. lizaki "HIT" na kartonowych patyczkach, albo ponoć rakotwórcze gumy "Turbo") sprzedawaliśmy złom na złomowisku. Złom pozyskiwaliśmy z tegoż samego złomowiska (kreatywne, czyż nie? :) Przełaziliśmy w niestrzeżonym miejscu przez ogrodzenie na tyłach złomowiska i przerzucaliśmy na zewnątrz co ciekawsze kawałki złomu. Potem pakowaliśmy je do jakiegoś worka i targaliśmy na front złomowiska celem odsprzedaży. Aha, pewnego znalezionego kawałka nie sprzedałem, lecz zabrałem do domku -- było to wyprodukowane przed '39 urządzonko do odpalania ładunków wybuchowych. Z niemieckim wojskowym adlerkiem Wehrmachtu. Odrestaurowałem, wymieniłem okablowanie, naoliwiłem, odmalowałem, szpanowałem przed wszystkimi w klasie i na osiedlu. Działało!
  5. Jako bardzo młode pacholęcie zrobiłem kupę do popielniczki, wbiłem w to świeczkę, ustawiłem na ławie w pokoju gościnnym, a rodzicom starałem się ponoć wytłumaczyć, że zrobiłem torcik. Ja wolę nie pamiętać tego epizodu, ale rodzice mi czasem dokuczają tą opowieścią.

OK, to moje ogniwo w tym łańcuszku. Na kolejnych załańcuszkowanych typuję da.killę, Dentharga i harnira. Wiem, że to nie piątka, ale przy tych osobach mam pewność, że się nie obrażą. No :)

Hoppke.sync();

Czas na kolejny update. Najpierw sprawy zawodowe. Dzisiaj mija mi pierwszy miesiąc w nowej firmie, chcą mnie zatrzymać sobie. A ja nie mam nic przeciwko :) Powinno być fajnie, zwłaszcza gdy wyrwę się z Saxona/XSLT/odrobiny PHP (BRRRR!) i będę mógł więcej javować. Bo chwilowo javowanie ograniczało mi się do pisania antowego taska i tworzenia w javie XML-a. Aha, jak dostanę w końcu pierwszy przelew, to będę jeszcze bardziej zadowolony. W końcu rachunki trzeba z czegoś opłacać :)

Inna sprawa -- sklep o nazwie Znak. Będę ich unikał, i innym też radzę. Mają chyba ambicje bycia konkurencją dla Komputronika, ale... ech. Opowiem.

Szukałem sobie kolejnej karty SD do mojej Sansy (odtwarzacza MP3). Mam kartę SD 1GB (czyli 1,5GB miejsca na muzykę jeśli wliczy się wbudowane w plejer 512MB), ale trochę mnie to ograniczało, więc pomyślałem o dokupieniu sobie kolejnej karty -- tym razem 2GB. Upatrzyłem sobie taniego i chyba niezłego Goodrama x100. Niestety, w Komputroniku nie mieli takich. A w Znaku były, i to w całkiem fajnej cenie (chyba 89zł). Więc zamówiłem, pojechałem po pracy, zapłaciłem, wróciłem do domu.

I tu się zaczęły schody. Sansa nowej karty SD nie uznawała (wieszała się). Laptop i pocket Aniołka też nie widziały karty. Cyfrówka Canona twierdziła, że karta ma 3,8MB, ale i tak nie da się na niej ani bajta zapisać.

Zacząłem podejrzewać, że karta może być uszkodzona.

No to następnego dnia wybrałem się do Znaku, wymienić kartę. I co? I wielki obciach dla sklepu, bo sprzedawca zażyczył sobie, bym udał się z kartą do ich serwisu (oczywiście położonego poza sklepem), a oni to tam zbadają. No to go zapytałem co ma do tego gwarancja, skoro kupiłem wczoraj wieczorem, przyszedłem do domu, karta w ogóle nie zadziałała na czterech różnych urządzeniach i odnoszę ją od razu? Przecież to chyba podpada pod rękojmię? A on mi na to, że nie ma pewności, czy karta była uszkodzona już w momencie sprzedaży. (...)

Czytaj dalej...
Mój przyjaciel elektron

Właśnie wróciłem do Poznania.

Pierwsza uwaga: pociąg osobowy którym jechałem do Zielonej był prawdziwie osobowy. Dwa przedziały na wagon, kupa ludzi, totalny brak ogrzewania(!)... na szczęście szybko przysnąłem i jakoś przeleciało.

Druga uwaga: w mojej rodzimej Zielonej Górze pojawiły się na niektórych przystankach tablice wyświetlające numer, czas pozostały do przyjazdu oraz przystanek końcowy najbliższych linii. Fajne, bo podchodząc z bagażem do przystanku widziałem od razu, że za 4 minuty będę miał "0" pod sam dom :) Ładnie.

Trzecia uwaga: w Zielonej jest mniej śniegu niż w Poznaniu.

Czwarta uwaga: TLK którym wracałem do Poznania jechało prawie o 30 minut dłużej niż osobowy, ale za to miało bardzo przyzwoite grzanie.

Poprawka do czwartej uwagi: TLK mają obowiązkowe miejscówki, ale ludzie i tak nie umieją usiąść na swoim miejscu. W moim przedziale dwie osoby się próbowały wepchnąć na siłę. Jedna pomyliła numer (na bilecie miała numer 61, a próbowała usiąść na miejscu 41), a druga numer wagonu. Oh well.

Luźna uwaga: kolejny raz (czwarty? piąty?) kupując bilet na TLK z Zielonej Góry do Poznania dostałem miejscówkę na wagon 7, miejsce 46 (niepalący, przy oknie). Serio.

No i ostatnia rzecz, związana z tytułem wpisu. Osiągnąłem kolejny poziom wtajemniczenia w byciu przekaźnikiem elektronów. Dzisiaj odkryłem, że nie potrzebuję wcale metalu, wody ani ciała Aniołka żeby posłać iskrę elektryczną. Aha. Jestem już tak dobry, że pruję iskrami w... drewniany regał, którego część zaadoptowałem sobie na stanowisko komputerowe. Iskierki sobie wesoło skaczą z moich palców na okleinę płyt wiórowych, z których jest zbity regał. Odkryłem to, gdy się oparłem o półkę i iskra wyszła mi z nadgarstka.

...zaczynam się czuć jak w pierwszych minutach jakiegoś odcinka X-Files. Brakuje jeszcze tylko, żeby mnie piorun trzepnął (co oczywiście bym przeżył). Oczywiście piorun by musiał rypnąć z jasnego nieba. Kilka razy, żeby nie wyglądało na przypadek. A potem bym zaczął nadużywać mojej mocy i dzielny agent Duchovny by mnie musiał zastrzelić. Moje 10 minut sławy :)

...a żeby było jeszcze bardziej tajemniczo, literacko-kafkowsko wręcz, to przyznam się, że każdego ósmego dnia miesiąca otrzymuję od tajemniczego darczyńcy przelew na kwotę 10 zł 81 gr (za każdym razem dokładnie ta sama kwota). Od ponad pół roku. Każdego ósmego dnia miesiąca. To nie żart.

Jestem blogerem, który nie musi blagować, bo własne życie ma już wystarczająco dziwne.

Jakim cudem ja się w ogóle uchowałem tak normalny do tej pory? :)

Powrót Człowieka-Kondensatora

Znowu strzelam. Ale tak źle chyba jeszcze nie było. Trzy kroki, dotknięcie czegoś metalowego i trzzzzask. A jeśli nie chwycę metalu mocno, to mogę pukając palcem w przedmiot nawet kilka razy pod rząd produkować iskierki jak elektryczna zapalniczka. I chyba o podobnej mocy.

Aniołkowi dwa razy przyłożyłem dziś iskrą przez bluzkę. Raz tak mocno, że mnie paznokieć palca rozbolał. Teraz trzymam się na dystans i staram się nie ruszać...

...pięć minut później...

Zagadka rozwiązana!

To moje krzesło! W połączeniu z moim tyłkiem!

Tzn. jasne, że mój tyłek działa elektryzująco na otoczenie. Ładny jest w końcu. Jest awatarem grupy "For Porn" na Spinaczu, a to coś znaczy. Ale nie przypuszczałem, że oprócz seksu ocieka też elektronami. A ocieka.

Wystarczy że wstanę z krzesła i strzelam. Siądę i znowu mogę strzelić. Wstanę i strzelam. Siądę i strzelam.

Welcome to Hoppke Repo, where normal things don't happen very often.

Radości Kolei Żelaznej

Właśnie szukam sobie pociągu do Zielonej Góry na piątek. W grę wchodzą pociągi jadące jakoś między 16 a 17. Wchodzę więc na rozkład PKP i wklepuję Poznań-Zielona Góra. I ok, mam jeden pociąg startujący o 16:56 (ok, może być), ale ciekawe jest jego otoczenie. Otóż o 15:55 startuje pospieszny do Zielonej Góry. O 16:56 odjeżdża pospieszny, którym mam zamiar pojechać. O 20:43 odjeżdża ekspres (tym nawet kiedyś jechałem, gdy się spóźniłem na wcześniejsze).

Ale ad rem. Czas podróży tymi pociągami i ceny biletów to:

Cudnie, ekspres szybszy o całe 6 minut od osobowego. Ba, pospieszny wolniejszy niż osobowy :) Ceny całkowicie bez umocowania w rzeczywistości...

Ałć!

Strzelam. Elektrycznością.

Jestem jak samobieżny ładunek elektrostatyczny. Przed dotknięciem Aniołka muszę najpierw uziemić się z czymś metalowym, inaczej kłuję ją przeskakującą iskrą. Iskra przebija się nawet przez ubrania. Raz nawet niefortunnie oberwaliśmy po ustach, bo to była pierwsza część ciała jaka się nam zetknęła. Można powiedzieć, że intensywnie iskrzy między nami. Ałć.

Strzelam też chwytając za (częściowo metalowe) krzesełko przedkomputerowe. Strzelam do klamek w drzwiach. Strzelam do futryn. A już absolutnie najpaskudniejsze jest rozładowanie się w strumień wody z kranu. Parę razy udało mi się odkręcić wodę bez dotknięcia metalowych części kranu i iskra poszła dopiero gdy strumień wody spadł mi na dłonie. Z wodą jest wyjątkowo nieprzyjemnie :(

Podejrzewam trochę moje włosy (strzelam intensywniej odkąd mam dłuższe), trochę ubrania (ciepłe, zimowe), i dość mocno dywan w pokoju. Z moich obserwacji wynika, że mogę się uziemić z czymś, przejść dwa kroki, i dotykając czegoś metalowego już powoduję odczuwalną, słyszalną, a przede wszystkim WIDZIALNĄ iskrę. Boję się dotykać skrzynki komputera, bo wiadomo co elektrostatyka może zrobić elektronice.

A jakiś kwadrans temu iskra poszła ładnym, pewnie pięciocentymetrowym(!) łukiem między moją dłonią a oparciem krzesła, obok którego tylko przechodziłem.. Już nawet nie muszę dotykać, zaczynam razić na odległość.

Już sam nie wiem co robić. Rozebrać się do naga? Głupie, głupie, głupie luźne elektrony. Obłażą mnie jak mrówki. A paszoł won!

-- to mówiłem ja, Hoppke, Człowiek-Kondensator.

Kogut domowy

I kolejny udany obiad upichcony. Może rozmijam się z powołaniem, może powinienem być kurą domową (kogutem)? Piorę (tzn. programuję pralkę :), gotuję, pilnuję terminów rachunków, odkurzam, zmywam podłogi... Psiamać, baba ze mnie.

No i jestem zaje... w łóżku. Jakbym był kobietą, to sam bym się w sobie z miejsca zakochał.

Tak mnie naszło na refleksję wieczorową porą. Over and out :)

O opiece medycznej

Od jakiegoś czasu latam sobie w wolnym czasie do Medicover. Jakaś plomba, obserwacja, usuwanie osadu z paru zębów etc. Mam tam ulubioną dentystkę z którą lubię pogadać i która się mną naprawdę dobrze opiekuje.

Aż się okazało, że muszą mi dolną szóstkę usunąć. A tak naprawdę to wyciąć częściowo, bo z jednej strony korzenie się zrosły razem i zrobiły bardzo długie, z drugiej jakoś zawinęły, i w ogóle zaczęły zrastać z przegrodą i kością szczęki. Przykra sprawa, genetycznie uwarunkowana (akurat okolice tej szóstki to w mojej rodzinie dość częsty problem, zrasta się z innymi zębami, szczęką i w ogóle jest taka bardzo zaborcza). Na szczęście u mnie wyszło to na jaw zanim zacząłem cierpieć z tego powodu.

Oh well. Skoro trzeba dłutować, to trzeba.

Dostałem podwójne znieczulenie na początek, w trakcie musiałem jeszcze trzecią działkę dostać, bo zaczęło popuszczać i ból dłubania w tkankach miękkich stał się odczuwalny.

Do zabiegu potrzebne było równo 10 różnych narzędzi (tyle pasków sprawdzających sterylność musiałem potem podpisać). Przeleżałem na fotelu swoją wizytę i większą część czasu przeznaczonego na wizytę następnego pacjenta. Miałem ząb podważany, podcinany, obracany i wyciągany. Chrupanie kości było bardzo nieprzyjemne. Bardzo dużo krwi. Ech. Po prostu zabieg chirurgiczny. I szwy na dziąśle. I antybiotyk na parę dni po. Pierwszej nocy potrzebowałem proszków przeciwbólowych żeby jakoś przewiercić się do rana. Ale potem było już lepiej, chociaż jedzenie było trudne przez parę kolejnych dni.

Umówiłem się na zdjęcie szwów/kontrolę. Szwy rozwiązały się nieco wcześniej i sam je sobie wyciągnąłem, ale byłem na to przygotowany, lekarka też.

Poszedłem na kontrolę -- wszystko ślicznie. Prawdopodobnie jestem mutantem. Goję się zarąbiście, żadna infekcja się nie wdała, organizm nic sobie nie zrobił z rozprucia mięcha i odsłonięcia sporego kawałka kości, ani pokruszenia przegrody. Wszystko się ślicznie zrasta, nie boli, nie puchnie. Ba, nawet mnie "zawiasy szczęki" nie bolały, nie miałem też siniaków, nie spuchłem nic a nic. Dobrze wiedzieć, że nadal regeneruję się w ładnym tempie. (...)

Czytaj dalej...
Praca++

Dzisiaj miałem pierwszy dzień w nowej pracy. Denerwowałem się bardzo, denerwuję się nadal. Chciałbym móc za miesiąc, gdy okrzepnę, spokojnie napisać "Level up!" :)

Nowy rok

No i kolejny rok się zaczął. Ostro. Jestem niewyspany, głodny, kicham, w pracy zastój totalny i korporacyjny nieład, strasznie deprymująca atmosfera. A na Repo baza mysql odmawiała współpracy z Repo (grr, pod Linuksem nie było takich problemów z mysqlem...), mam nadzieję, że ponaprawiałem co trzeba.

Nowy rok powitałem w Rosnówku, u harnira, razem z resztą ekipy. Było fajnie. Za dużo wypiłem. Brzuch mnie potwornie bolał przez następne dwa dni. Potem pokażę parę fotek. No i muszę w końcu sobie jakąś wizytę u fryzjerki umówić, tylko kiedy...?

Poza tym jest OK, ale marzę o dotrwaniu do piątku i solidnym wyspaniu się. Mmmm... :)

Trochę przerobiłem stronę z zapytaniami z wyszukiwarek. Odfiltrowałem wieeelką część, zmniejszyłem ilość logowanych danych, przerobiłem trochę. Niektóre są fajniutkie. Bardzo podoba mi się "przelicznik metrów na kilogramy" :) Przypuszczam, że ktoś mógł szukać jakiegoś wskaźnika "ile powinnam ważyć przy moim wzroście", ale zapytanie jest fajne :) "opuchnięty chomik" mnie rozbawił, chociaż potem zrobiło mi się żal zwierzaka. "kichnięcie orgazm" tyż fajne. Ciekawe tylko jaki jest łańcuch przyczynowo-skutkowy. Orgazm przy kichnięciu, czy kichanie przy orgazmach? Ostatnio miewam napady kichania (chyba podziębiony jestem) i powiem szczerze, że ten pierwszy wariant by mi się bardzo podobał. "Aaa-psik!" :)

Wracając do tematu: Jak by nie patrzeć, mamy rok 2007. Ciekawe kiedy to w końcu poczuję? Bo na razie praktycznie tego nie zauważam. Oby ten rok był lepszy od poprzedniego, czego sobie i Wam życzę. I orgazmów przy kichaniu! (oraz nieopuchniętych chomików)

Prima aprilis! :)

Nie lubię pisać o tematach "politycznych", AAAALE czasem trudno mi się powstrzymać.

Nasz kwiat narodu, śmietanka intelektualna, słoneczka naszych istnień, a więc politykierzy rezydujący na ogół w okolicach Wiejskiej (w Warsaw, DC) po raz kolejny mnie zafrapowali i skłonili do przemyśleń. A przemyślenia te, jak zwykle, sprowadziły się do moooment, ale przecież dzisiaj nie jest pierwszy kwietnia?!

Aby skrócić wodolejstwo do minimum: Jezus na Króla Polski!. Tak tak. Nie tylko wznowimy monarchię (to akurat mi się podoba, wolałbym żyć w państwie które ma króla i dwór niż tych ćwoków), ale jako Honorowego Króla wybierzemy sobie najpopularniejszego od dwóch tysięcy lat syna cieśli.

To ja jeszcze parę pomysłów zgłoszę: proponuję, by ministrem edukacji powołać Buddę. Ministerstwo finansów niech przypadnie Midasowi. A obronnością niech się zajmie Atylla. A gazety będą wtedy mogły z czystym sumieniem pisać "Polska RP v4.0 (Beta) rzondzi rulezem!!!11"

Uch.

Gmła

Mamy w Polsce mgłę. A raczej "mamy w Polsce MGŁĘ". Nie wiem ile miast jest dotkniętych i jakie rejony, ale Poznań jest trwale zamglony. Już drugą dobę. Nieustająca, bardzo gęsta i mokra mgła.

Z okna mieszkanka ledwo widzę drugą stronę ulicy. O polu które jest za nią mogę zapomnieć, kompleks M1 i browar Lecha też są, oczywiście, niewidoczne. Kierowcy autków są biedni strasznie.

Lubię mgłę. Mgła jest fajna, bo we mgle kurczy się świat. Cały krajobraz zawęża się do niedużego okręgu i tak naprawdę istnieje tylko to, co jestem w stanie dostrzec. Idąc "tworzę" (bo wyciągam z mgły) nowe kawałki świata, chowając przy tym w białych obłoczkach mgły stare fragmenty. Idąc we mgle mogę wyobrażać sobie co też za chwilę się z niej wyłoni. Nawet znajome okolice są zaskakujące, bo nagle okazuje się, że rzeczy nie są do końca takie jak je pamiętam. Więc spacer przez mgłę to odkrywanie świata na nowo. Dodawanie i odejmowanie elementów z rzeczywistości. Mocno przypomina mi to podróżowanie przez Cienie (swoją drogą pora znowu przeczytać Amber, lubię ten cykl).

Wczoraj musiałem kupić sobie nową sieciówkę. Tzn. bilet miesięczny na komunikację miejską, a nie kartę sieciową. Po pracy przeszedłem się więc wzdłuż Malty, chcąc dotrzeć na Rondo Rataje (tam zwykle przedłużam elektroniczną kartę biletu). Specjalnie ułożyłem sobie taką pokrętną trasę by we mgle przejść się wzdłuż wody. Było super :) Godzina 17, ciemno że oko wykol, mgła, widać tylko różnokolorowe kulki latarni. Orientacja w terenie minimalna. Nad Maltą ptactwo wodne daje koncert. Mgła tak gęsta, że oddycham wilgocią, a nie powietrzem. Bardzo fajnie.

...wiadomość z ostatniej chwili: mgła się nadal trzyma.

Myślę, że to zwykłe prawo wyporu. Jak wiadomo dzięki słusznym posunięciom władz państwowych przestawiamy produkcję krajową na eksport siły roboczej do (m.in.) UK. Ale w UK nie ma próżni. Jeśli coś tam wrzucamy, to coś się wychlupie. Musi.

Wydaje mi się, że z każdym wyeksportowanym do Londynu kilogramem polskiego obywatela wylewa się stamtąd kilogram mgły. I trafia do nas. To taka wymiana kulturalno-gospodarcza: my wysyłamy kilogramy fachowców, oni w zamian wysyłają nam kilogramy mgły. No i mamy państwo pogrążone w oparach. Mgły, nie absurdu. (OK, absurdu też, ale jego nie musimy importować, mamy wystarczająco aktywną fabrykę na Wiejskiej. Pokrywa 320% naszego zapotrzebowania). Swoją drogą kraina spowita mgłą kojarzy mi się od razu z Nibelungami, tymi złowieszczymi karłami w niej mieszkającymi. Ale nie mówmy o polityce, jest tyle przyjemniejszych tematów...

Przekąska w Poznaniu

Jakiś czas temu fugasi pytał o czekoladę itp. w Poznaniu. Nie zdążyłem wtedy odpowiedzieć, ale może teraz nadrobię. Nie wiem czy fugasi jeszcze na tym skorzysta, ale jeśli nie on, to może kto inny. A może ktoś mi podrzuci tu też jakieś miejsca które warto samemu sprawdzić?

No to które miejsca lubię w Pyrlandii?

Zapiekanki tak jak podał Aniołek - w bistro przy Starym Browarze. Trzeba stanąć zaraz za drzwiami Browaru, ustawić się twarzą w stronę skrzyżowania przy Multikinie (tego z przystankami tramwajowymi) i przejść parę metrów. Po lewej stronie będzie wejście do niedużego bistro, takiego z oldskoolowym czerwonym zadaszeniem. Na ogół kupuję tam zapiekankę z warzywami, przez zieleninę jest nieco mniej "junkfoodowa". W chwili pisania tych słów kosztuje 5zł i jest naprawdę dłuuuga, nieprzyzwyczajeni mogą poprosić obsługę o przekrojenie na pół, ciut wygodniej się wtedy je. Mają tam też sympatyczne wyglądające kebaby i inne takie. W lokalu jest strasznie mało miejsca i daleko mu do luksusu, ale warto zajść, bo żarełko mniam mniam. Bardzo dobry biały sos czosnkowy (standardowo leją ten sos i ketchup).

Inne niezłe miejsce to zapiekankarnia na Matejki (idąc od Grunwaldzkiej jest po prawej stronie, od ulicy schodzi się po schodach do takiej jakby piwnicy), tam polecam zapiekankę szwedzką (czy jakoś tak).

A czekoladę najbaaardziej lubię w "Czekoladzie" na Żydowskiej. Żydowska to jedna z ulic odchodzących od rynku. Trzeba iść nią prawie do samego końca, wejście do Czekolady jest po prawej stronie (idąc od rynku). Trzeba uważać, bo front lokalu jest wąski, drzwi też, łatwo przeoczyć jeśli idzie się szybszym krokiem. Polecam czekoladę z marcepanem i bitą śmietaną... ale pyszna jest też z piernikiem... w ogóle wszystkie czekolady mają tam pyszne. I takie prawdziwe, gęste, aż krzepną przy stygnięciu. IMO najlepsza czekolada w Poznaniu. I praktycznie zawsze mają wolne miejsca. Można usiąść w środku i na wewnętrznym podwórku (trzeba przejść przez cały lokal), chociaż podwórko jest otwierane chyba tylko latem. (...)

Czytaj dalej...
Mrauk!

Mam świetną dziewczynę. Wystarczy, że o niej pomyślę i już się czuję szczęśliwszy.

"Czyli wszystko jest w jak najlepszym porządku." uznał Hoppke.
"Mru mru...". Zamruczał wewnętrznie, wysłał ten bardzo pozytywny wpis na Repo i wrócił do pożerania z apetytem swojego drugiego śniadania.

Marud

Dzisiaj jest jeden z tych dni... nic mi się nie chce, absolutnie. Czuję podejrzaną niechęć do wszelkiej aktywności. Nie mogę skoncentrować myśli. Kiedy chodzę czuję się dziwnie, tak jakbym miał za chwilę się przewrócić. Cały czas czuję coś pomiędzy oszołomieniem a bólem głowy. Najchętniej wyrwałbym się z pracy i wyciągnął na tapczanie. Pogoda jest paskudna, może to jakieś osłabienie organizmu przy przeziębieniu? A może po prostu poniedziałek?

PS. Nie, nie jestem hipochondrykiem jak każdy facet. Ale czuję się tak marudnie i słabo. I smutno. Tak szaro jest dzisiaj, i ciemno za oknem... fuj.

Chcę długopis, ale taki piszący

Parę dni temu w skrzynce znalazłem awizo - przyszła paczka z prezentem-niespodzianką dla mojej najulubieńszej dziewczyny. Oczywiście uparła się zepsuć niespodziankę i gdy koło dziewiętnastej poszedłem na pocztę odebrać przesyłkę, to postanowiła mi towarzyszyć.

Gdy wracaliśmy do domu, to tak ją zżerała ciekawość, że w połowie drogi musiałem jej powiedzieć co też takiego niosę w sporej, dość ciężkiej paczce. Jak mała dziewczynka...

Ale ja nie o tym chciałem.

Na poczcie zastaliśmy dwa czynne okienka (to malutka poczta osiedlowa, a liczba_wszystkich_okienek = 3) i pewną kolejkę. Ze dwie osoby przy okienkach i dwie przed nami, czy jakoś tak.

W pewnym momencie jedno okienko robi sobie przerwę, więc zostaje tylko jedno czynne. Jedna osoba przy okienku, my w kolejce, przed nami jeszcze jakaś starsza pani.

Na pocztę wchodzi Babcia Anonimowa. W okularach, szarym płaszczu, z laską, nogi silne i nieżylakowe. Stoi chwilkę przy drzwiach, patrzy na okienka, na kolejkę i ostatecznie zajmuje miejsce równoległe z moim. Na przestrzeni kilkudziesięciu sekund nieznacznymi ruchami przesuwa się do przodu (jak wydma niepostrzeżenie prąca do przodu), tak że w końcu jest na mojej dziesiątej godzinie, a może i nieco później nawet.

Przy okienku zwalnia się miejsce. I co się dzieje? Oczywiście, Babcia Anonimowa sprintem rzuca się do lady. Patrzymy z Aniołkiem z niedowierzaniem, starsza pani stojąca przed nami (Aniołek mówi, że była w wieku jeszcze bardziej zaawansowanym niż Babcia Anonimowa) też jest jakby zdziwiona.

Nic nie mówimy, zatkało nas. Tzn. nie zatkało Aniołka, bo zaczął teatralnym szeptem mówić coś o braku kultury, niewychowaniu etc. Mi z niedowierzaniem wymsknęło się tylko "super partia" (link dla nieobznajomionych z najnowszym slangiem), ale poza tym zachowałem wstrzemięźliwość. (...)

Czytaj dalej...
Śnieg!

Dzisiaj w nocy padał pierwszy śnieg, uznaję więc sezon zimowy za otwarty. Bo zimno jest, psiakrew. A ja tu w Poznaniu żadnej zimowej kurtki nie mam...

Aaale jakoś przeżyję, twardy jestem i mrozoodporny w dużym stopniu.

Aha, dla zainteresowanych przygotowałem ciągi z wyszukiwarek, czyli świeżutką porcyjkę zapytanek z enginków indeksujących internecik. Generowane na bieżąco, sortowane chronologicznie, na razie wszystko hurtem, bez wybierania najfajniejszych kąsków (chciałbym, żeby było to jakoś automatycznie filtrowane, może na podstawie słów kluczowych, liczby wystąpień czy czegoś w tym stylu?). Wydaje mi się, że te najzabawniejsze zapytania pojawiają się zawsze tylko raz...

Strona startowa?

Jestem tym typem użytkownika, który zawsze ustawiał sobie stronę startową przeglądarki na "about:blank". Ale parę dni temu podkusiło mnie i spróbowałem strony startowej Google.

I jestem całkiem zadowolony. Mam na razie cztery karty - "Home", "Pogoda", "Polskie wiadomości" i "Tasks". W "Tasks" mam moduły Google Calendar i Remember The Milk (na razie nie korzystam z tych zabawek specjalnie, dlatego umieściłem je na osobnej karcie - ale to się może zmienić). W "Polskie wiadomości" mam parę strumieni RSS z takich portali jak gazeta.pl. W "Pogoda" mam parę modułów MSN Weather pokazujących prognozy w miastach które mnie interesują. A w "Home" mam podgląd skrzynki na gmailu, okienko Google Readera, moduł Babelfisha, pole wyszukiwania Wikipedii, ładny widok aktualnych faz księżyca, oraz oczywiście Google Notebook, moją ulubioną zabawkę ostatnich dni. Nie wiem czemu dopiero teraz zacząłem jej używać, bo jest bardzo przydatna. Notebook to takie miejsce do przechowywania wycinków tekstu. Teksty można wpisywać, wycinać ze stron WWW etc. Wcześniej do takich rzeczy używałem folderu "Drafts" gmaila, ale Notebook jest o wiele wygodniejszy. M.in. dlatego, że Google oferuje rozszerzenie do Firefoksa, dodające m.in. ikonkę szybkiego dostępu do Notebooka w pasku statusu przeglądarki. I dodawanie zaznaczonego tekstu strony WWW przez menu kontekstowe.

Idealne do zbierania linków i wycinków informacji. Szukam czegoś w sieci, znajduję interesujące mnie dane, zaznaczam kawałki tekstu, wrzucam do notebooka. Z każdym wycinkiem automatycznie zapamiętywany jest adres strony, tak że mogę w razie czego szybko do niej wrócić. A wycinki mogę dodatkowo grupować na osobnych kartach Notebooka, tak że np. oddzielam sobie rzeczy związane z muzyką od rzeczy programistycznych. (...)

Czytaj dalej...
Takie tam...

Ciekawie się dzieje. Hans Reiser (ten od systemu plików ReiserFS) został aresztowany, bo jest podejrzany o zabicie swojej żony. Ciekawe jak się to zakończy. Policja wydaje się być bardzo pewna siebie, więc czyżby Hans miał wypaść z obiegu?

Ja coraz bardziej przyrastam do Windowsa (bo jestem zmuszony do używania go w pracy, poza tym Eclipse wygląda pod Windows o nieeebo lepiej niż pod Linuksem - nie ma takich wielkich, rozdmuchanych pasków narzędzi i zakładek; to pewnie kwestia toolkitu SWT). Coraz częściej odczuwam chęć zainstalowania sobie jakiegoś Win2k3... i ciarki mnie przechodzą, bo dobrze wiem jak kapryśny ten system być potrafi...

Politycznie

Moja wishlist w polityce:

Unormowanie sytuacji podatkowej. Płacenie po parę razy tego samego podatku (np. VAT) naprawdę nie jest miłe. Podobnie należałoby się przyjrzeć akcyzom - zabijają handel przecież. Nic dziwnego, że maleją wpływy do skarbu państwa.

Likwidacja obowiązkowych ubezpieczeń zdrowotnych w naszej państwowej służbie zdrowia. Wolałbym płacić tylko prywatnemu ubezpieczycielowi. No i należy stanowczo uznać ZUS za instytucję łamiącą prawa konsumenta i rzucić go w ręce jakichś komisarzy.

Wywalenie religii ze szkół. Od religii są kościoły/synagogi/meczety/domy. OK, państwo jest katolickie, wierzące. Ale niepraktykujące.

Redukcja płac i stołków na Wiejskiej. Po cholerę nam tylu posłów? I niech zarabiają najwyżej 2-3 razy średnią krajową, ze sztywnym limitem na dodatki funkcyjne, premie i inne takie. A, no i w zeznaniu majątkowym powinni mieć jakiś minimalny wymagany majątek. Skoro jest wymóg ukończenia iluś-tam lat (ponad ogólnopaństwową "dojrzałą osiemnastką"), to czemu nie wymagać posiadania jakiejś tam kasy?

Sejm i senat powinny być "prowadzone" podobnie do firm. Czyli po pierwsze kwestia wykształcenia. Polityk (jak choćby szeregowy poseł) bez języków obcych i wyższego wykształcenia powinien nie mieć racji bytu, tak jak to jest na normalnym rynku pracy. Wchodząc do sejmu na kadencję każdy poseł powinien podpisywać kontrakt, najlepiej z klauzulą o zakazie prowadzenia konkurencyjnej działalności przez X lat (albo przynajmniej do końca kadencji). To by powstrzymało szczury przed zmienianiem klubów i partii. (...)

Czytaj dalej...
O kobietach

Na studiach, w trakcie wykładów filozofii, poznałem pewnego niemieckiego profesora, filozofa, radykała. Mimo wieku już, nie owijajmy w bawełnę, "tatusiowego" zapraszał do siebie niektóre studentki na "wieczorki z winem i poezją". I niektóre faktycznie odwiedzały go w jego mieszkanku. Mimo iż bywał w stosunku do kobiet dość dwuznaczny, rozerotyzowany i definitywnie nie uznawał równouprawnienia. Czasem był po prostu niesmaczny i obleśny. A może to właśnie je pociągało? Aha, był też bardzo antypolski i antypapieski. Ponoć wiecznie składano na niego skargi.

Chcę być taki sam jak dorosnę.

:) Nie, żartuję. Pan profesor był okropny i nie chcę być taki jak on. Ale jego poglądy, chociaż niekompatybilne z moimi, były w paru miejscach ciekawe i mądre. Taką straszną, "amoralną" mądrością.

Całkiem spora część tego czym żył pokrywała się z myślami A. Schopenhauera (który do mnie wtedy za bardzo nie przemawiał, byłem zdecydowanie typem Fichte, z całym tym dysonansem poznawczym i subiektywizmem). Taaak, pan profesor był bardzo interesującą personą. Nie zaaranżuję spotkania między Tobą, mój Czytelniku, a nim, ale mogę podsunąć lekturę, która wywiera wrażenie bardzo zbliżone do obcowania z tym panem.

Lektura ta to angielska wersja "O kobietach" pana Schopenhauera. By najpełniej zrozumieć tekst potrzebna będzie znajomość angielskiego, minimalna chociaż umiejętność wczucia się w "tamte czasy", no i oczywiście otwarty umysł. Miłego czytania i ciekawych refleksji!

Test test ;)

Blogowanie łączy się z wypełnianiem tych wszystkich śmiesznych testów, więc...

Dzisiaj, buszując po sieci, wyskoczył mi link do jednego z popularniejszych testów IQ (tego z gatunku bardziej popkulturowych niż poważnych). Wydaje mi się, że widziałem go już kiedyś, ale pewnie zabrakło mi cierpliwości do wypełniania kolejnych stron.

W testach na inteligencję nie lubię dwóch rzeczy: liczby pytań, na które należy odpowiedzieć (te naprawdę profesjonalne testy potrafią być cholernie długie) oraz mierzenia czasu jaki potrzebny mi był na odpowiedź (po prostu robienie czegokolwiek "na czas" strasznie mnie irytuje). Ten konkretny test był średnio męczący, bo pytania zgrupowano na 11 dość krótkich stronach, i chyba nie liczono czasu (a może liczono, ale "po cichu" - nie wiem).

A oto fragmenty wyniku:

Whatever you decide to do in life, you've got a powerful mix of skills and insight that can be applied in a wide variety of ways. You can expand your mind to understand a situation. Your strong balance of math and verbal skills will help you explain things to others. For example, if you were on an archaeological dig and discovered an object, you could probably use your deductive powers to figure out not only what the object was but also how it was used. Given your ability to put things together, you are more than capable of inventing a life plan that is in synch with your perspective on how things were, how they are, and how they might be one day.

Your mind's strengths allow you to think ahead of the game — to imagine or anticipate what should come next in just about any situation. Because you're equally skilled in the numerical and verbal universes of the brain, you can draw from multiple sources of information to come up with great ideas. The timelessness of your vision and the balance between your various skills are what make you a Visionary Philosopher. In addition to your strengths in math and linguistics, you have a knack for matching and anticipating patterns. These skills and your uncanny ability to detect the underlying blueprint of most of life's situations add to your Visionary Philosopher mind. (...)

Czytaj dalej...
Jest giczo

Wyjazd na urlop pociągnął za sobą komplikacje. Do pracy wróciłem w zeszły piątek, tylko po to by odkryć, że manager poznańskiego oddziału omyłkowo uznał, że mam urlop aż do poniedziałku, więc można "zagospodarować" mojego laptopa. No i zabrali mi laptopa, ugrzązł na jakimś szkoleniu jako front-end do Oracla. I przesadzono mnie do innego pomieszczenia, bo moje biurko zarosło w trakcie mojej nieobecności jakimiś komputerami i monitorami.

Dostałem wtedy jakiegoś zastępczego Compaqa, ale nie nadawał się do niczego poza przeczytaniem korporacyjnej poczty. O dwunastej zrobiłem sobie wolne, bo skończyły mi się zajęcia jakie mogłem z tym "cudem techniki" robić.

Dzisiaj rano się wkurzyłem i zacząłem szukać mojego laptopa. W końcu go znalazłem zabunkrowanego w salce konferencyjnej. Okazało się, że w tzw. "międzyczasie" zgubił mu się kabelek łączący zasilacz z życiodajnym gniazdkiem 220V. Podprowadziłem stosowny element z jakiegoś innego laptopa. Wyciąłem sobie też przestrzeń roboczą wśród obudów big tower i monitorów, odzyskując jakieś 80% mojego biurka. Siedzę w plątaninie kabli, ekranów i elektroniki, ale mi to zwisa.

Na moim ulubionym stanowisku okazało się, że nie mam już jak podłączyć się do sieci, bo wykorzystywany przeze mnie do tej pory kabelek ethernetowy jest teraz zajęty przez jakąś nową maszynę, która znienacka usadowiła się na moim biurku. Nie wiem czyj to pecet, nie wiem do czego służy, ale ssał MÓJ kabelek sieciowy! Skandal!

Namierzyłem w ścianie inne, wolne jeszcze gniazdko RJ-45, ale brakowało mi kabla. Ruszyłem na szaber po biurze, wracając po jakimś czasie z odpowiednim kabelkiem :) Po uruchomieniu laptopa zauważyłem, że ktoś podprowadził mi moje krzesło gdy mnie nie było. Niestety, nie udało mi się znaleźć wolnego krzesła w biurze (a przynajmniej nie takiego modelu jaki miałem do tej pory). Ostatecznie podkradłem krzesło z innego stanowiska. Jego użytkownik jest teraz chyba na delegacji w Londynie, więc nie będzie go potrzebował. A jak wróci, to będę udawał, że o niczym nie wiem. (...)

Czytaj dalej...
I po urlopie

Właśnie wróciłem z urlopu. Plaża, morze, basen hotelowy, góry Atlasu, Sahara, gekony łażące po ścianach, wszechobecne muchy i meczety. Czyli 2 tyg. w Tunezji.

Tak opalonych nóg nie miałem od 1987.

Miło być znowu w cywilizowanej Europie :)

Skromność i lans :)

Chciałem odpowiedzieć na komentarz lanrata pod poprzednim wpisem i nawiązać do mojej skromności. Ale uznałem, że lepiej zrobić z tego osobny temat. Czyli nowy wpis.

Skromność? Oj. Ja naprawdę jestem skromny. I muszę baaardzo mocno się starać i walczyć ze swoją naturą żeby ta zaleta skutecznie nie przesłoniła moich pozostałych zalet.

I mówię to śmiertelnie poważnie. Jeszcze pół roku temu nie umiałbym tak bezczelnie mówić o sobie, czy krytykować innych. I, choć może trudno w to uwierzyć, bardzo często miewam okropne poczucie niższości. Ale dobrze (precyzyjnie i przemyślnie) zastosowana bezczelność wychodzi mi na dobre i pozwala rozwijać skrzydła, pozbywać się kompleksu niższości, i innych kompleksów też.

Widzę to choćby w pracy, gdzie początkowo dostawałem malutkie zadanka których wykonanie zajmowało 1-2 dni, i byłem przy tym skrupulatnie kontrolowany, a obecnie sam kontroluję już pracę innych (ha!), często lepiej (przynajmniej na papierze) wykształconych niż ja. Równolegle ciągnę (jakiś miesiąc już) spore zmiany w kodzie, mając całkowicie wolną rękę. Gdybym pozwolił wrodzonej skromności brać cały czas górę, to byłbym może w połowie tej drogi i nie cieszyłbym się takim zaufaniem ani managera, ani architekta projektu.

A poza tym to ma dobry wpływ na moją samoocenę. Gdy mówię sobie "jestem naprawdę dobry", to poprawia mi się humor. A gdy Hoppke ma dobry humor, to jest NAPRAWDĘ dobry. (Gdy Hoppke jest euforyczny, to dokonuje cudów, leczy ślepych, przenosi góry, zwalcza czerwoną zarazę komunizmu i rozdaje orgazmy samym dotykiem. Obojgu płciom, taki jest zarąbisty. Euforia zdarza się co prawda dość rzadko (i jest zwykle męcząca dla otoczenia, bo Hoppke tryskający dobrym humorem i energią po prostu męczy), ale poczucie bycia dobrym mam już prawie permanentne :) (...)

Czytaj dalej...
Miły początek dnia. KUBEK!!!1

Wczoraj przez większą część dnia firma miała wyłączoną hydraulikę, bo coś tam trzeba było z rurami robić. Wydaje mi się, że to dlatego, że parę miesięcy temu w budynku w którym mieści się biuro (taki kwadratowy klocek, jest w nim jakaś cukiernia, moja firma, malutki oddział poczty polskiej itp.) eksplodował piecyk gazowy (w jakiejś kwiaciarni na parterze) i wyrwał oraz wypalił solidną część budynku, a jeszcze większą trzeba było wyburzyć i czeka na odbudowę. Od tamtej pory wszystko znajduje się tu w stanie permanentnego remontu.

No bo przecież JA nie mogę pracować w przeciętnych warunkach, prawda? To by było niestosowne, obrazek podobny do gwiazdki porno która w życiu prywatnym nie chce "brać do buzi", albo Romana Giertycha biorącego udział w Paradzie Równości. Czego się nie tknę to musi okazać się dziwne, nietypowe, "po przejściach", wyalienowane, undergroundowe albo po prostu EKSCENTRYCZNE. Nie dla mnie mainstream.

Więc nie było wody. Szczęśliwie składa się, że jako jedyna chyba osoba w firmie posiadam kubeczek o pojemności 0,5l (a może nawet ciut większej), więc w porę zrobiłem sobie solidny zapas herbaty "Lychee" Dilmaha. Zastanawiałem się, czy nie wykorzystać niecnie jeszcze paru firmowych naczynek i nie zrobić sobie na biurku małego rezerwuaru wody. Oczami wyobraźni widziałem, jak około godziny czternastej spragnieni wody współpracownicy wiją się dookoła mojego biurka, a ja przyciskam ich buciorem do ziemi w akcie całkowitej dominacji. Bwahahahaha!!!!!11 :)

Ale pomyślałem, że pewnie następnego dnia by mi się oberwało, więc sobie odpuściłem.

Aaale ze względu na brak wody (i hydraulików którzy się wyroili w kuchni... hmm, czy czasownik "wyroili" jest prawidłowy? Analogia do "wylęgli"...) nie mogłem po wszystkim umyć swojego kubeczka i talerzyka pochodzącego z zapasów kuchennych. Nie mogłem też wyrzucić torebek po herbacie. Całość zostawiłem więc na swoim biurku. Wychodząc do domu zauważyłem, że kuchnia już jest sprawna, więc w zasadzie mógłbym wszystko pomyć, ale już mi się nie chciało. (...)

Czytaj dalej...
Kłamstwo z półki w markecie

Czy zdarzyło Ci się, drogi Czytelniku/Czytelniczko, kupić jedzenie przeznaczone wg. producenta na "X" porcji/osób i faktycznie się wyrobić w zaplanowanej normie?

Bo mi nie. Nigdy. Nie wiem jak oni to robią, mnożą wszystko razy dwa? Jakby żywcem wyjęci z montypythonowskiego skeczu, tego z "We want to buy a bed, please" i świeżo zaślubioną parą. O, tego: "buying a bed".

Pudełko opisane jako "wystarcza na 6 porcji"? Zejdzie na obiad dla 2,5 osób. Sos dla czterech osób? Wystarczy mi na obiad i porcję odgrzewaną na śniadanie następnego dnia. Torebka "na dwie porcje"? Zjem w jednym podejściu.

I nie dlatego, że jem dużo, duże porcje. Nie. To tylko łże-elity świata żywnościowego spiskują i próbują mi wcisnąć, że "porcja" dowolnego produktu ma zmieścić się w szklance, a nie w misce. "Wystarcza dla 6 osób"? Może i tak, ale tylko jeśli te 6 osób to Pigmeje. Karłowaci. Z anoreksją. Bo jeśli te osoby to normalni, zdrowi, dorośli ludzie, to NIE MA MOWY by najedli się trzymając się zaleceń producentów żywności.

PiS powinien coś z tym zrobić. Rozbić układ, powołać komisję śledczą, oskarżyć kogoś o współpracę ze służbami (mogą być nawet służby sanitarne). Niech ktoś coś z tym zrobi, no. Bo czuję dyskomfort zjadając za jednym z razem coś, co miałoby mi niby wystarczyć na dwa posiłki. Kłamstwa, wszędzie kłamstwa. Grrrrr. ;)

Samopoczucie--

Zły dzień. Tak źle nie czułem się przynajmniej od paru miesięcy. Mam całkiem popieprzony system wartości i powinienem chyba zostać pustelnikiem, bo nie umiem się zachowywać tak jak inni. Zawsze coś zrobię nie tak, przesadzę w którąś stronę, żyję w wiecznych skrajnościach i przeciwieństwach. Na okrągłej planszy otoczonej magnesami, gdzie "normalni ludzie" są z solidnego plastiku, ja zachowuję się wiecznie jak stalowa kulka i ganiam tylko po obrzeżach. A przynajmniej tak to dziś odczuwam.

Bez sensu. Wszystko. I nie ma co liczyć na czyjeś zrozumienie; jedyne wyjście to przymknąć się i udawać, że jest się plastikową kuleczką.

Bez sensu.

I to chyba jest najgorsze, że jedyna szansa na w miarę wygodną egzystencję to ukrywanie tego kim naprawdę jestem, co czuję, jak myślę. Inaczej prędzej czy później się będę frustrował, że ktoś mnie nie rozumie, albo że kogoś przyłożę do swojej miary i się na tym pięknie przejadę.

Mój anioł stróż powinien mi zasadzać solidnego kopa w tyłek za każdym razem gdy ubzdura mi się, że...

A zresztą, kogo to obchodzi tak naprawdę.

Zwykły dzień

Kolejny zwykły dzień się kończy. Jest już po dziesiątej wieczorem, a ja siedzę w zaciemnionym mieszkanku przed ekranem komputera, zajadając pyszne jabłka (papierówki importowane do Poznania z Zielonej Góry) i zapijając jakimś Tyskim z puszki. No i próbuję coś zablogować. Siedząc w satynowych, podejrzanie kolorywych bokserkach i wiśniowym podkoszulku. Rozczochrany jak rosomak, bo u fryzjera już dawno nie byłem - jeszcze trochę i zacznę wyglądać jak te dziwaki z Dragon Balla. Ale taka ekscentryczna szopa na głowie pasuje idealnie do image młodego programisty, więc mi to nie przeszkadza. No i będzie jak znalazł jeśli zechcę kiedyś zostać tzw. Szalonym Naukowcem :)

Dzień zacząłem bardzo dobrze, budząc się w miękkiej, ciepłej pościeli po spokojnie prześnionej nocy (to już druga noc z rzędu podczas której mam bardzo przyjemne, relaksujące sny i budzę się naprawdę wypoczęty - nie wiem czy nie ma to związku z tym, że przestawiłem tapczan i śpię głową na wschód). Śniadanie sztampowe - muesli z mlekiem, połówka rogalika z dżemem. Sprawdzić pocztę, rss-y, obejrzeć dzienną porcję komiksów (oprócz UserFriendly, bo ten jest aktualizowany punktualnie o dziewiątej). I do pracy.

W pracy oglądam UserFriendly, czytam korporacyjną pocztę (włączając outlooka powtarzam sobie zawsze "byle nic do mnie, byle nic do mnie" - maile kierowane do mnie zwykle oznaczają jakieś nieprzyjemne rzeczy do wykonania ;), zaglądam do firmowego bugtrackera i biorę się do pracy. Ostatnio siedzę po uszy w kobyle - refactoring wyjątków. W projekcie jest masa wyjątków (setki klas), część z nich bardzo obciąża VM i ma różne dziwne efekty uboczne, bo dziedziczy po jednym dość paskudnym wyjątku. Zadanie polega więc na przerobieniu hierarchii wyjątków, dostosowaniu kodu, przeczyszczeniu klauzul throws pod kątem wyjątków dziedziczących po RuntimeException, sprawdzeniu czy pewien konkretny wyjątek nie jest używany w miejscach gdzie potrzebne by były rollbacki transakcji, a przy okazji generalnych poprawkach wszystkiego co tylko rzuci się nam w oczy. Nam. Bo dostałem pomocnika :) I wolną rękę w refactorowaniu kodu według mojego widzimisię. Więc wreszcie mogę zmieniać co tylko zapragnę. (...)

Czytaj dalej...
Nowa norka (ale nie taka z łapkami)

Repo ostatnio doświadcza zastoju, a wszystko przez moją przeprowadzkę. Zmieniłem mieszkanie, musiałem dopilnować podłączenia internetu (łącze 512/96kbps z kablówki), skompletować podstawowe wyposażenie kuchenne, zwieźć z Zielonej Góry trochę rzeczy (bardziej jesienne ciuchy, drukarka itp.)... W połączeniu z pracą pożera to dużo czasu i energii (oraz pieniędzy, ale to bez związku akurat), więc Repo siłą rzeczy przyhamowało.

Ale to stan przejściowy. Tak że bez obaw - nie umarłem, nie porzucam Repo, moszczę sobie tylko norkę na jesień i zimę ;) No. Będzie dobrze.

I po pierwszej delegacji

A dzisiaj napiszę "co u mnie".

Więc tak - delegacja do Warszawy minęła pomyślnie. Mieszkanie służbowe było bardzo OK, hotel już mniej, biuro przypominało labirynt (faktycznie można było w nim biegać w kółko), na dodatek co krok drzwi otwierane kartami magnetycznymi, zero "szerokiej, otwartej przestrzeni". Za to fotele genialne, obejrzałem bardzo skrupulatnie ale niestety, nie znalazłem info o producencie. I komputery Della też bardzo dobrze zrobione, wielkie radiatory, wielkie ciche wiatraki...

Bez wdawania się w zbędne szczegóły, kod który przez ponad 8h był w stanie przetworzyć koło 90k jednostek danych (po czym wykładał się z braku pamięci) udało mi się doprowadzić do stanu, w którym mieli coś koło 11mln jednostek w czasie ok. 0,5h. Dałoby się jeszcze bardziej to wyśrubować, ale tylko po aktualizacji paru frameworków używanych w projekcie, a to było wykluczone.

Oprócz poprawionego kodu zostawiłem też bardzo ładny anglojęzyczny raport, opisujący zastany problem, diagnozę, podjęte czynności naprawcze, zakres modyfikacji istniejącego kodu ze wskazaniem błędów popełnionych przez jego pierwszego autora, możliwości dalszej optymalizacji, wyliczenie wypróbowanych przeze mnie optymalizacji łącznie z tymi, z które nic nie dały i z nich zrezygnowałem, zyski i zagrożenia jakie niesie ew. aktualizacja frameworków, rozpiskę zmodyfikowanych klas z krótkimi streszczeniami do każdej, etc. Taki ładny transfer wiedzy w skondensowanej formie. Dokument który powinno się IMO zawsze przekazywać razem z kodem... napisanie go zajmuje trochę czasu, ale ostatecznie oszczędza czas i mój, i innych.

Podziękowali mi za przyjazd i naprawienie kodu (to było miłe, to podziękowanie). A potem wyrwałem się z powrotem do Poznania, bo

Czyli wszystko poszło tak jak miało pójść, chociaż po pierwszym dniu byłem pesymistycznie nastawiony. Za to drugiego wyszedłem na prostą, a trzeciego nawet niespodziewane aktualizacje specyfikacji nie zrobiły na mnie wrażenia i zaimplementowałem je od ręki. (...)

Czytaj dalej...
Prywatny update

Powoli, powoli przyzwyczajam się do Poznania. Najlepszym dowodem jest to, że nie boję się już tak zagubienia w mieście. Jasne, nadal nie znam większości ulic i miejsc, ale rozpoznaję kilka istotnych punktów, wiem jaka jest różnica między Kaponierą a Rondem Rataje, jak dotrzeć na Serbską, Cytadelę czy w inne okolice. Mogę też krążyć uliczkami dookoła Rynku i się nie pogubię... zbytnio... ;)

Coraz łatwiej też przychodzi mi wprowadzanie zmian w trasach jakimi jeżdżę na miasto, do pracy czy do domu. Na początku kurczowo trzymałem się konkretnych linii, o których wiedziałem, że odwiozą mnie np. spod domu do firmy. Dzisiaj w drodze do pracy skorzystałem (bo akurat podjechał) z tramwaju 7, który nie jest optymalny, ale dowozi mnie na dworzec PKP. Na którym to dworcu mógłbym łapać tramwaje 1 albo 11, dowożące mnie do pracy, lub jakiekolwiek inne dowożące mnie na Rondo Rataje, gdzie mogę złapać 5 lub 11. Po drodze jednak zmieniłem plany, wysiadłem przy Bałtyku, przedarłem się szybko przez ulicę, przejściem podziemnym wyskoczyłem na Kaponierze, a tam akurat stała gotowa do odjazdu piątka. Niby nic, ale ostatnio coraz częściej układam sobie trasę przejazdu ad hoc - zupełnie jak w swoim własnym mieście - co mnie cieszy.

A pod koniec miesiąca czeka mnie przeprowadzka do nowego mieszkanka. Wczoraj podpisaliśmy z Aniołkiem umowę i będziemy wynajmować je od 01.08. Będzie faaaajnie, bo to mieszkanie jest nieporównywalne z warunkami w jakich muszę teraz "mieszkać". No i ma naprawdę wysoki standard, zwłaszcza w porównaniu z innymi lokalami na rynku To mieszkanie dla par, a nie studentów, dlatego jest dobrze wyposażone i zadbane (mieszkania studenckie to niestety całkiem inny standard, np. w mieszkaniu które poprzednio oglądaliśmy studentki (poprzednie lokatorki) wyłamały drzwiczki zamrażarki i połamały szafę). (...)

Czytaj dalej...
FPR: Gingers Cinnamon
[GINGERS]

Ze środków FPR (dziękuję mojemu imiennikowi :) zafundowałem sobie cynamonowego Gingersa.

Lubię cynamon. Lubię go w cieście, na ryżu z powidłami, w gumie do żucia, grzanym mleku... Ba, lubię nawet podgryzać kawałki kory cynamonowej (choć nie jestem z tego dumny i nie chwalę się tym w towarzystwie, bo wzbudzam wtedy niezdrowe zainteresowanie).

No a teraz miałem okazję spróbować cynamonowego piwa. OK, OK, nie wiem jaką opinię masz o Gingersie, może nie uważasz tego nawet za "prawdziwe" piwo... Ale ja go lubię. Gingersy które do tej pory piłem bardzo mi smakowały - orzeźwiające, charakterystyczne, nietypowe, po prostu smaczne. W zasadzie wolę te piwa "nietypowe" bardziej od "typowych". Stąd też pewnie mój pociąg do Karmi Poema (chociaż ono z klasycznym piwem ma już baaardzo mało wspólnego) - zwykłe piwo szybko mi się nudzi i tak naprawdę dopicie półlitrowego kufla rzadko kiedy przynosi mi tyle radości co napoczęcie go. No ale z piwami "smakowymi" jest inaczej, a Gingersy zaliczam ogólnie do "smakowych".

Teraz padło na wariant cynamonowy, którego wcześniej nie próbowałem. Wyjąłem uprzednio przygotowaną butelkę z lodówki i napełniłem szklankę. Obecna upalna pogoda tylko dodaje smaku napojom z lodówki, więc dokumentalne zdjęcie po przelaniu wykonywałem walcząc z pokusą wypicia wszystkiego jednym haustem.

Piwo zachowuje się jak klasyczny Gingers - dość jasne, piana o strukturze przypominającej mi od razu gąbkę łazienkową, bąbelki osadzające się na ściankach jak w każdym popularnym piwie... nie ma co się rozwodzić. W tej wersji Gingersa cynamonowy aromat jest wyczuwalny już przy zbliżaniu szklanki do ust, ale nie jest nachalny po przelaniu piwa do ust. To mnie ciekawiło od chwili gdy kupiłem to piwo... Bo cynamon to przyprawa z którą trzeba uważać - jeśli się jej da zbyt wiele, to może zacząć nieprzyjemnie irytować, a nawet palić w gardle. Nie tak jak imbir, ale mimo wszystko... (...)

Czytaj dalej...
Złe, paskudne Słońce

Co się dzieje, kiedy ktoś taki jak ja ląduje prawie-goły na ostrym słońcu?

Proste. Ten ktoś zamienia się w prosiaczka. Nie chodzi o charakter, maniery stołowe czy "guzik" na końcu ryjka. O kolor chodzi.

Wczoraj spędziłem z Aniołkiem prawie cały dzień na świeżym powietrzu. I słońcu. I nabrałem ładnego, różowo-czerwonego kolorku. Wszędzie, nawet w zgięciach kolan.

Jak większość "komputerowców" mam na ogół taki klasyczny, biały odcień skóry. I zapominam jak wrażliwy jestem (tak ogólnie, niekoniecznie ze względu na młynarską biel) na promienie naszego kochanego słoneczka.

Nie boli tak naprawdę. No, w każdym razie niezbyt. Ale zastanawiam się po ilu dniach różowa skóra zblednie/zbrązowieje?

"cvs commit Hoppke" :)

(Dla nietechnicznych: tytył wpisu oznacza synchronizację zmian wprowadzonych u mnie ze stanem znanym "światu".)

Podzielę może wszystko na trzy części - zawodowe, prywatne i repo. I streszczę po kolei.

Zawodowo jest OK. Odebrałem pierwszą wypłatę, nie słyszałem też by ktoś chciał mnie zwolnić, nikt na mnie nie krzyczy, nie opieprza za niewykonanie czegoś na czas etc. Czyli fajno jest. Jestem częścią zespołu szlifującego pewien olbrzymi projekt robiony w kooperacji z paroma innymi firmami. Projekt jest generalnie skończony, teraz przechodzi testy (wykonywane przez klientów biznesowych i partnerów) - więc jedyne co jest do roboty, to naprawianie zgłaszanych błędów. Zadanie to jest takie, hmm... mało przewidywalne. Bywają dni, gdy nic nie spływa do bugtrackera (o, dzisiaj jest jeden z takich dni, dlatego piszę na Repo :). Ale bywają też dni, w których spływa masa błędów, z czego parę oznaczonych jest jako "urgent", "critical", albo przynajmniej "high priority". I wtedy w pośpiechu trzeba łatać, przy okazji poznając logikę biznesową aplikacji. To jest to, czego mi brakuje. Nie umiejętności tak naprawdę (a tego się bałem najbardziej), a znajomości produktu. Bestia jest DUŻA, naprawdę duża. Przechowuje dokumenty, polisy, certyfikaty, nadzoruje ich workflow, obsługuje transakcje, tworzy pliki RTF, komunikuje się z inną, zewnętrzną aplikacją, a do tego ma swój cały interfejs www. Bardzo kompleksowe rozwiązanie. Duży "technology stack". I, co ciekawe, to nie technologie sprawiają mi problem. OK, wiadomo, Java. Do tego struts, jsp, servlets, xml, xsl, castor, toplink, jakieś własne DAO, websphere, oracle, PL/SQL, MQ services, pewnie jeszcze sporo innych o których nie pamiętam, albo nawet nie wiem, że są wykorzystywane w projekcie. (...)

Czytaj dalej...
SanDisk Sansa E130 512MB

Po zakupieniu sobie tytułowego odtwarzacza MP3 mogę pokusić się o pierwszą recenzję. Playerka nabyłem w Agito.pl, bo ten sklep internetowy miał najlepszą cenę (199zł).

Obsługa klienta była bezproblemowa - musiałem się zarejestrować, wysłałem zamówienie, po przygotowaniu przez nich sprzętu do wysyłki poprosili o przelew. Przelałem, zaksięgowali, wysłali. Fakturę wystawili mi na adres zielonogórski, paczkę przesłali do Aniołka (niestety, w moim obecnym lokum nie jestem za bardzo w stanie odbierać poczty, a odbieranie paczek pod adresem firmy w której pracuję też nie jest takie do końca wygodne).

Sam playerek ma wbudowane 512MB pamięci i slot na kartę SD o pojemności maks. 2GB. Czyli można go rozbudować do 2,5GB, co jest już bardzo rozsądną wielkością. Gdy doda się do tego fakt, że karty SD można przecież wymieniać w trakcie korzystania z playera, to zabaweczka tylko zyskuje. Bo to przecież podstawowa bolączka takich odtwarzaczy - nigdy nie mają dość pamięci, by pomieścić wszystkie potrzebne dane. W przypadku tego wystarczy zorganizować sobie dostatecznie dużo kart pamięci ;)

Nie mam jeszcze żadnej karty SD, ale "zamiaruję" kupić sobie jakąś 1GB (pewnie na Allegro, bo tam naprawdę przyzwoitą kartę mogę znaleźć za ~80-90zł). Niestety, 512MB to nie jest zbyt dużo. Oczywiście jest to, patrząc technicznie, sporo miejsca, bo AŻ parę albumów się zmieści - ostatnim przenośnym odtwarzaczem muzyki jakiego używałem był kasetowy walkman Sony (i było to w czasach liceum). Więc zrobiłem przeskok z technologii kasetowej do pamięci flash, omijając erę discmanów, tak więc powinienem doceniać fakt, że zamiast jednej kasety mam przy sobie kilka albumów. No właśnie, powinienem doceniać. Ale coś nie doceniam. Więcej nawet, już teraz widzę, że nigdy nie będę tak do końca zadowolony, bo oczekuję od przenośnego playera, że będzie czymś w stylu małego Amaroka. Niestety, rozpuszczony jestem ;) (...)

Czytaj dalej...
Refleksja technologiczna.

Niewiarygodne jak ten nasz świat pędzi do przodu.

Gdy półtora roku temu kupowałem sobie aparat cyfrowy (przestarzały już wtedy o rok), dość szybko kupiłem też dodatkową kartę pamięci. 128MB. Czemu tak mało? Bo to karta SmartMedia, a one po prostu nie są produkowane w większych pojemnościach. Aparat ma też prawdopodobnie dodatkowy limit 128MB w swoim oprogramowaniu.

Zazdrościłem wtedy trochę posiadaczom zabawek na karty CF, bo po pierwsze mieli dostęp do kart o pojemnościach 256MB, 512MB, a nawet porażających (acz dość drogich) 1GB. No i za te prawie 100zł, które wydałem na kartę SM 128MB, mógłbym bez problemów kupić CF 256MB.

Mam dużo styczności z komputerami. Te wszystkie elektroniczne, oprogramowane zabawki jakoś mnie pociągają, być może za parę lat wykształcę nawet jakiś paskudny nawyk gadżeciarstwa. Dodatkowo próbuję właśnie powiązać swoją przyszłość z branżą IT, co również bardzo mi pasuje - lubię te wszystkie urządzonka, technologie, zmiany. Lubię tempo w jakim wszystko się rozwija, i lubię to z konsumencko/filologikowego punktu widzenia. Jako konsumenta cieszy mnie pojawianie się coraz to nowych komputerów, akcesoriów, gadżetów. A filologik lubi mieć nowe urządzonka w których może podłubać. Mobilne rzeczy (aparaty, odtwarzacze, nośniki danych, narzędzia komunikacyjne/PIM) mnie szczególnie pociągają, bo są miłą odskocznią od huczących pecetów. Nie jestem wizjonerem, ale myślę, że w nie tak znowu dalekiej przyszłości laptopy i pecety zostaną zastąpione urządzeniami bazującymi na technologiach mobile - żadnej mechaniki precyzyjnej, wirujących elementów, minimum aktywnego chłodzenia...

W końcu już teraz, gdybym miał kupić telewizor, to zapewne szukałbym jakiegoś LCD/plazmy (a może OLED?). Inna sprawa, że telewizora specjalnie nie potrzebuję, bo został w moim życiu wyparty przez internet. (...)

Czytaj dalej...
Suma

Albo mówiąc plaintekstem: po trzech tygodniach poznaniowania, lekkomyślnym jedzeniu obiadów na mieście, opłaceniu stancji za czerwiec i innych takich, jestem DO PRZODU o dwieście złotych z hakiem :) A właściwa wypłata dopiero za dwa tygodnie. To znaczy, że nie umrę z głodu i powinienem wykazywać generalnie tzw. plusy dodatnie na koncie. UFFF.

Oznacza to też, że zacznę sobie szukać nowych butków, z zamszu. I sandałków. Pierwszy raz w życiu chcę mieć sandały. Myślę, że dojrzałem do tej decyzji. Czuję się mężczyzną i chcę mieć sandały. O. Tak właśnie. Męskie sandały dla prawdziwego mena. Bo prawdziwy men to ja. Jestem o 200zł do przodu w końcu, co jest bardzo słusznym stanem dla każdego mena ;)

I coś jeszcze zanotuję. Czwartego maja kupiłem sobie ładowarkę GP Traveler. Nową, razem z akumulatorkami, bo stara ładowarka (MW9168, czy jakoś tak) się popsuła i na dodatek zabiła akumulatorki. Nowe akumulatorki naładowałem w tym samym dniu jeszcze. A aparat wyczerpał je dopiero wczoraj. Dzisiaj ładuję je więc po raz drugi. Daje to 38 dni odstępu między ładowaniami, co jest moim zdaniem bardzo ładnym wynikiem. Pewnie mógłbym spokojnie jeszcze z tydzień na nich pociągnąć i pstrykać zdjęcia, ale parę dni temu przez ponad godzinę pokazywałem fotki z aparatu na telewizorze, a dostarczanie sygnału composite zżera pewnie sporo prądu. Założyłem sobie arkusz w OpenCalcu, będę w nim notował datę każdego ładowania. Tak z ciekawości.

Liberał jeden!

Po pracowitym dniu zwisania nad klawiaturą zapragnąłem się przejść. Więc pojechałem sobie na Cytadelę. A raczej podjechałem tramwajem i podszedłem kawałek pieszo. Była świetna, ciepła pogoda i spacer na świeżym powietrzu dobrze mi zrobił.

Przy okazji zgłodniałem, bo mój obiad dzisiaj składał się z ćwiartki arbuza. Na dodatek mało smacznego. Punkt dwudziesta byłem więc już w bistro przy Starym Browarze i zamawiałem zapiekankę. Jadłem ją patrząc na ciepły zachód słońca. I było wiele radości :)

Obejrzałem sobie też zasoby sklepików z mydłami w Browarze (tego na parterze i tego na pierwszym piętrze). Na piętrze mieli takie fajne mydło pomarańczowo-cynamonowe. W przekroju wyglądało jak czarny kot otoczony pomarańczową masą :) Koło 40-50zł za sporą kostkę, albo 25zł za taką "wersję próbną"... Ostatecznie nie kupiłem, bo tak samo kusiły mnie też mydła "trawa cytrynowa" i jakieś inne, którego nazwy już nie pamiętam. Osiołkowi w żłoby dano...

Mają też fajne płyny do kąpieli. Dość drogie (~60zł za średnią butelkę, ~90zł za dużą). Mógłbym sobie pozwolić, w końcu kąpiele to ważny element regenerowania psychiki, ale jestem jak najbardziej zadowolony z posiadanego obecnie pomarańczowego olejku do kąpieli. Jest mniej snobistyczny (plastikowa butelka zamiast szklanej "idealnej na prezent"), ale i dużo tańszy. Pewnie gdybym szukał jakiegoś bardzo konkretnego, niezbyt typowego zapachu, to tylko w mydlarni bym go znalazł. Na szczęście to mnie nie dotyczy.
...ale tak coś czuję, że to mydło z kotem sobie kupię kiedyś. Mrrrau ;)

Ałć. Głowa mnie boli. Pora na łóżko. (...)

Czytaj dalej...
Osmoza oraz ciężki los. Mój.

Mój gospodarz już wcześniej przejawiał pewne zainteresowanie moim komputerkiem. Dzisiaj się to nasiliło.

Zaczęło się niewinnie - jako że jego park pecetów jest obecnie w stanie pewnej rozsypki, to i pożyczył mi swoje głośniki - sam z nich nie będzie teraz korzystał. Jakieś Creative 5.1, podłączyłem do swojej karty 4.1. Bo głośników swoich nie zwiozłem do Poznania, nie chciało mi się; myślałem, że wystarczą mi słuchawki. Ale fakt, głośniki są przydatne, więc podłączyłem sobie.

Słuchałem akurat jakiegoś miękkiego żeńskiego wokalu, gdy zapytał, czy aby nie mam czegoś mocniejszego. No to zaserwowałem mu trochę Therapy. Po paru kawałkach uznał, że liczył na coś nieco słabszego.

No i jakoś zainteresował się tym, czego używałem do przeszukiwania kolekcji muzyki. A używałem Amaroka.

Najpierw stał mi trochę za plecami, pytając o zakładkę "Collection". Spodobało mu się grupowanie utworów według artystów, albumów według lat itp. Zakładki z tekstami piosenek i wikipedią też przypadły do gustu, jak zresztą całość programu. Parę razy wyrwało mu się "fajny ten linux!". Podsumowując - w najbliższym czasie będziemy musieli mu zainstalować gdzieś jakiegoś Linuksa. Szlaaag :(

Już wcześniej mi mówił, że chętnie by wypróbował ten system i czy nie mógłbym go trochę poduczyć, ale udawało mi się wykręcać. Niestety dzisiaj zobaczył tego cholernego Amaroka :( OpenSource krzewi się samoczynnie, przez osmozę :(

A jakby tego było mało - w kuchni stanie zapewne domowy serwer samby. Zgaduj-zgadula, kto ma go postawić? No właśnie.

No nic, pewnie muszę się pogodzić z losem. Będę skazany na życie w mieszkaniu gdzie każdy pokój ma wtyczkę RJ-45 i jakiegoś blaszaka do niej przyczepionego. A, poza tym kąpiemy się w falach wifi, bo oczywiście obok kabli jest tu też aktywny Access Point. Obok mojego łóżka.

Od dawna uciekałem przed tak skrajnym nasyceniem elektroniką. Ale widać przeznaczenie dorwie każdego. Trudno. Może uda mi się sprząc przyszły serwer kuchenny z (równie kuchenną) wieżą. I zrobić taki kuchenny jukebox, sterowalny z innych komputerów w mieszkaniu. Bo na razie, żeby posłuchać czegoś sympatycznego stojąc przy garach albo jedząc śniadanie, muszę wypalać AudioCD...

Ale uczyć kogoś linuksa? Stawiać serwer W KUCHNI? Buuu :( Na co mi przyszło... to takie... takie...

(ale po cichu już zastanawiam się, jakie usługi mogę sobie hostować w kuchni ;)

Na froncie prywatnym

Od czego zacząć...

Zacznę może od rzeczy najważniejszej dla mnie - uczuciowo (czy, jak mówi moja znajoma Kaśka, "w sprawach serduszka") jest po prostu rewelacyjnie. Tzn. tak po prostu dobrze, i to właśnie jest w tym wszystkim tak cudne :) Biorąc pod uwagę, że znalazłem dziewczynę która strrrasznie mnie pociąga na każdej możliwej płaszczyźnie - i fizycznie, i emocjonalnie, i intelektualnie, którą mogę kochać i mieć w niej jednocześnie najlepszą przyjaciółkę jaką kiedykolwiek miałem, cóż, czego więcej chcieć?

Przeszkoda była jedna - lokacja. OK, przeszkód było więcej, i ta może nawet nie była najtrudniejsza do pokonania, ale... Tak się złożyło, że dzieliło nas trochę kilometrów. Ja jestem chłopakiem z Zielonej Góry, ona dziewczyną z Poznania. Romansowanie w takim układzie jest nieco utrudnione ;)

Ale dla chcącego nic trudnego, więc od tygodnia mieszkam w Poznaniu. I jestem, ech, jak to powiedzieć... nie wiem czy mi to przejdzie przez usta... p r o g r a m i s t ą. Co miłość może z człowiekiem zrobić... ;)

Ale nie jest źle. W zasadzie to jest bardzo dobrze :)

Mój obecny plan życia obejmuje kilka miesięcy, w których mam zamiar zrealizować następujące punkty:

A potem ułożę nowy, równie pozytywny. :) (...)

Czytaj dalej...
Philologeek

Odnalazłem swoje własne cliché! W końcu!

Jak wiadomo (bo wiadomo, prawda? ;) nie jestem geekiem. Z drugiej strony takie wykluczenie to za mało, by mnie jakoś opisać.

Nie chodzi mi o to, by się określić, zdefiniować. Nie. Wiem dokładnie kim jestem, jaki jestem. Umiem to wyrazić w ~30KB tekstu ;) Cały czas jednak szukałem pojęcia, które wyrazi to w skondensowany sposób. Jakieś pojedyncze słowo...

No i całkiem niedawno w rozmowie z moim prywatnym Aniołkiem doszliśmy (całkowicie przypadkiem) do określenia, które najtrafniej ujmuje moją skromną osóbkę. A magiczne słówko to FILOLOGIK. To czyni Repo blogiem FiloloGicznym ;)

Majówka - podsumowanie
[JEZIORO]

Majowy długi weekend miałem bardzo udany. Zarezerwowaliśmy sobie z Aniołkiem miejsce w Powidzu, nad jednym z najczystszych polskich jezior. Dojechaliśmy tam bez większych problemów, choć automapa sprzężona z GPS-em wpuściła nas w jakąś boczną drogę... która potem przeszła w polną drogę... a potem w koleiny... a potem w jakąś antydrogę... by na końcu zamienić się w doły zasypane częściowo błockiem, kamieniami i potłuczonym szkłem. Było tego chyba tylko kilometr z hakiem, ale wlekliśmy się straaasznie długo. Modliłem się tylko żeby nam koła nie urwało. Albo opony czy miski olejowej nie przebiło. Ale przebrnęliśmy, uff. W drodze powrotnej asekuracyjnie trzymaliśmy się głównych dróg.

A na miejscu: żadnej prasy, telewizji, internetu... jak zwierzęta ;) Nareszcie była okazja by po prostu odpocząć. Chociaż aura była przeciwko nam - pierwsze parę dni było zimno i kapało, bez przerwy praktycznie. Przed rozpaleniem grilla musieliśmy butelkę z rozpałką wymoczyć w miednicy z ciepłą wodą, bo przez noc zamarzła. Pływał w niej lodowy klocek. Brrr. Potem na wszelki wypadek nie zostawialiśmy już rozpałki na noc na dworze. Swoją drogą jakim cudem to zamarzło? Przecież to jakoś na bazie nafty jest niby robione...

Na szczęście pod koniec pogoda się zaczęła poprawiać, więc mogliśmy dużo więcej czasu spędzać na tarasiku (wędząc sąsiadów z pobliskich tarasów dymem grilla ;), łażąc po okolicy czy leżąc nad wodą. A, straszyliśmy też dzieci pozostałych urlopowiczów. Uciekały na sam nasz widok. Za moich czasów dzieci nie były takie nieśmiałe...

Na wyjeździe dorwały mnie też moje urodzinki, które po raz pierwszy w życiu miałem okazję obejść w tak małym gronie (1 Hoppke + 1 Aniołek). Było fajnie :) (...)

Czytaj dalej...
Smoooth :)

Właśnie wyszedłem z łazienki. Długa, leniwa kąpiel w cieplutkiej wodzie, z masą piany, zakończona ceremonialnym goleniem. Z użyciem mojego nowego pędzla. Z borsuka. Któren to pędzel dostałem jako prezent urodzinowy :)

Efekt: boski! Wprost niewiarygodnie gładziutko, bez ani jednego zacięcia, mimo użycia jakiegoś low-endowego ostrza. No i miałem masę frajdy z pienienia kremu do golenia w miseczce. Pienimy pienimy pienimy, smarujemy buźkę (Aniołek mówi, że wyglądam przy tym jak Święty Mikołaj), golimy. Smarujemy buźkę pianą jeszcze raz, bo to bardzo przyjemne jest, ściągamy pianę ostrzem. Zmywamy buźkę, pół godziny wypłukujemy pianę z lewego ucha. Presto - Hoppke gładki jak pupcia niemowlęcia. I nie stracił ani jednego pikolitra krwi. A na dodatek wziął udział w szlachetnej ceremonii pielęgnowania swojej męskości. Jak dziesiątki jego męskich przodków przed nim. Pędzel - taki mały, a tyle radości daje... :)

Od dziś moim drugim ulubionym zwierzęciem futerkowym jest borsuk. Zaraz po wiewiórce. I przed kucykiem.

Stooo laaat, stooo laaat...

Długi majowy weekend już za nami. Sama majówka była dla mnie baaardzo przyjemna (o tym następnym razem), a dodatkowo nałożyła się na moje urodziny. Jak co roku ;)

Miło jest mieć urodziny drugiego maja. Jedno święto z lewej, drugie święto z prawej, a moje urodziny pomiędzy nimi. Prawdziwie doborowe towarzystwo.

Urodziny obchodziłem poza domem, w towarzystwie mojego Aniołka (który podarował mi, uwaga uwaga, wymarzony (bo jak wiadomo łaziłem i miauczałem wszystkim dookoła jak bardzo go pragnę) pędzel z borsuka! :) Te urodziny będę baaaardzo dobrze wspominał.

Dziękuję wszystkim którzy pamiętali o moich skromnych urodzinkach, chlip. Jesteście kochani, naprawdę mnie rozczuliło. W trakcie majówki byłem offline, ale OJO i tak dał radę dotrzeć do mnie sms-kiem. Chlip #2 :) (no dobra, jemu było łatwiej, bo znał mój numer ;).

Tak więc oficjalnie mogę ogłosić, że stara dupa jestem :]

PS. Wpis ten został zamieszczony na Repo2.0 przy użyciu mechanizmów nowego silnika. To jego chrzest bojowy, mam nadzieję że nie zawali...

Angel-A

Wybraliśmy się z Aniołkiem na film "Angel-A" (opis na IMDb). O filmie nie wiedzieliśmy zbyt wiele - oprócz tego że ma w nim być anielica, ma to być kino francuskie, ostatni film Bessona, i ogólnie ma mieć bardzo pozytywny wydźwięk. Mi zapadł w pamięć dodatkowo ten plakat który wypatrzyłem kiedyś pod jakimś zielonogórskim kinem.

Znalezienie seansu było trochę kłopotliwe - wygląda na to, że film nie cieszy się zbyt wielkim powodzeniem i szybko schodzi z ekranów. Mieliśmy komfort oglądania w prawie pustej sali (10 osób, nas wliczając :)

Fabuły zdradzał nie będę - choć nie jest specjalnie złożona ani zaskakująca. Na pewno nie jest to kino akcji. Prawie w ogóle nie ma też efektów specjalnych (pomijając samą końcówkę). Humor jest na poziomie który określiłbym mianem "realistycznego" (tzn. real-life, naturalny). Nie ma też golizny ani "momentów". Jest za to sporo dialogów - akcja posuwa się do przodu głównie dzięki nim. Chwilami bardzo ciekawe prowadzenie kamery, ładne zdjęcia, w pierwszym kwadransie filmu zorientowałem się, że całość jest black&white (dobrze podkreślało nastrój filmu).

Film mi się podobał. Jest kilka momentów które zapadają w pamięć, jak np. scena przed lustrem - przy której naprawdę z ciekawością (i przyjemnością) śledziłem dialogi. Angel-A to jedna z tych produkcji, o których mówię po obejrzeniu "to był ładny film". Ciepła, trochę naiwna historia z happy endem. Parę razy miałem mokre oczy, co przemawia na korzyść filmu. Mojemu prywatnemu Aniołkowi też przypadł do gustu, więc nie jestem odosobniony w tym przekonaniu :)

Polecam, warto obejrzeć (o ile znajdziesz kino w którym to jeszcze grają... bo w Ye Olde Torrent Shoppe się ten film raczej nie pojawi na półkach, zbyt niszowy).

Chaos w głowie...