Cierpię ostatnio na chroniczny brak czasu powodowany pracą, dodatkowymi zleceniami, lenistwem oraz zarywaniem wolnych godzinek przed Neverwinter Nights (Lilka sobie kupiła NWN razem z dwoma dodatkami, a ja jej podebrałem i pogrywam sobie. Fajnie jest mieć geek girlfriend :)
Ale ad rem. Jako że w mandrivie znowu się trochę rzeczy rozjechało (m.in. devpts przestał się poprawnie montować na niedystrybucyjnych kernelach, a skrypty startowe zaczęły pluć dziwnymi błędami - wiem wiem, jakbym nie wyłączył bootsplasha, to bym tego nie widział) a mnie znowu naszła ochota na przemeblowanie, to i posadziłem sobie Ubuntu.
Podchodziłem do tego systemu już wcześniej, ale ze względu na masę niedoróbek i braki pakietów postanowiłem jeszcze odczekać jedno-dwa wydania.
No i właśnie minęło to jedno-dwa wydania, a że akurat wyszło Ubuntu Feisty, to i skorzystałem.
I... jest OK. Od jakiegoś już czasu korzystam z Gnome (ale przeglądarką jest Opera, odtwarzaczem Amarok, przeglądarką procesów qps, a gdyby Brasero nie dawał rady, to mam zawsze K3b w odwodzie), więc Ubuntowa koncentracja na Gnome mi bardzo pasuje.
System jest ładny i estetyczny, bardzo profesjonalnie wykończony (mówiąc "profesjonalnie" mam na myśli taki profesjonalizm pokroju Apple). Kolorki są OK, o ile lubi się brąz, kolory ziemi i ostry pomarańcz. Ikonki bardzo ładne. Całość schludnie opakowana.
Instalator bardzo sprawny i szybki, minimum pytań, minimum ingerencji usera (to częściowo i wada). Aha, wykrył moją instalację Windowsa i zaproponował import windowsowych kont na Linuksa :) Pierwszy raz widziałem coś takiego, bardzo miły akcent. Nie skorzystałem, bo moje windowsowe konta są czyste i służą tylko do odpalania egzotycznego softu windows-only, ale wielu userów pewnie doceni możliwość zaimportowania sobie dokumentów czy tapety.
System jest z definicji single-user (bo każdy może zrobić "sudo su", a rasowe konto roota jest początkowo bezużyteczne), ale o dziwo bez autologowania. (...)
Czytaj dalej...