ChangeBlog  •  Archiwum  •  Kategorie  •  Artykuły  •  Galeria  •  Czytelnicy  •  Rupieciarnia
RSS wpisów  |  RSS komentarzy
Kategoria: Sny
Lili, popatrz, rączki mi świecą!

Miałem miły, ciepły sen niedawno.

Śniło mi się, że wewnętrzna strona moich dłoni zaczęła świecić przyjemnym, dość jasnym, zielonkawo-fluorescencyjnym światłem.

Nie bolało, prawdę mówiąc nie miało to żadnych efektów ubocznych. Pomijając posiadanie "pseudolatarek" wbudowanych w rączki.

Mój Aniołek mówił, że to pewnie jakaś straszna choroba i powinienem dać to jakiemuś lekarzowi do obejrzenia. Przytakiwałem, ale nie chciałem iść do lekarza i się wyleczyć, bo świecące dłonie to bardzo fajna sprawa. A światło mi nie przeszkadzało, bo świeciła tylko wewnętrzna strona - wystarczyło zacisnąć dłonie w pięści lub położyć je płasko na czymś i już nie było nic widać. Czułem się bardzo wyjątkowy.

Niestety po paru dniach świecenia blask zaczął przygasać. Próbowałem go podładować naświetlając dłonie pod pod biurkową lampką, tak jak "podładowuje" się np. cyferblaty zegarków. Niestety, nic nie dało. Może baterie mi się wyczerpały... a ja nie miałem pojęcia na jakich bateriach działam i gdzie je mam wsadzone, o ile w ogóle to była kwestia baterii.

Koniec końców moje dłonie przestały świecić. Jeśli się je nacisnęło, albo przejechało po nich palcem, to jeszcze na moment w uciśniętych miejscach pojawiały się smugi światła. Ale to już nie było to co wcześniej.

Było mi bardzo smutno...

Warto zapamiętywać sny?

Mój Osobisty Aniołek przypomniał mi, że praktycznie nigdy nie zapamiętuje swoich snów, za wyjątkiem koszmarów. To dotyczy chyba większości ludzi; być może jestem jakimś wyjątkiem...

Ja zapamiętuję na ogół, choć nie wiem czy jest warto :)

Bo np. mój sen z Wielkim Murzynem z Włoskim Akcentem po dziś dzień mi czasem ktoś wytyka. Te bardziej pieprzne/rozerotyzowane wolę od razu przemilczeć. A czasem trafiają się sny które są po prostu "plain weird".

O, na przykład dzisiaj. Śniło mi się, że w jakiejś większej grupie (chyba trzech facetów i dwie czy trzy kobiety) pojechaliśmy gdzieś daleko oglądać zawody w skokach narciarskich. Tak gdzieś na tydzień pojechaliśmy. To jeszcze nic dziwnego, prawda? AAALE:

...po zajechaniu na miejsce rozdzieliliśmy się. Tzn. faceci poszli pić, a ja z babkami poszedłem oglądać miasto. Wtedy jedna z babek nas przeprosiła zgrabnym "muszę iść zwymiotować" (ok, trochę eufemistycznie to ująłem - ona była bardziej dosadna) i poszła skorzystać z autokarowej toalety. No i wtedy się wszystko zaczęło udziwniać, jak to u mnie. Jedna z babeczek z którymi zostałem, nazwijmy ją dla ułatwienia I., zaczęła opowiadać o Sztuce Wymiotowania (znowu eufemizm ;). I o tym jak to ona by NIGDY nie mogła w autokarowej toalecie. "Bo wiecie, raz w życiu to zrobiłam w autokarze i było OKROPNIE! Bo to było we Wrocławiu, i stałam sama, a dookoła mnie były te figurki i patrzyły na mnie, i to było takie krępujące (...)", w tym momencie wciąłem się jej w słowo: "A próbowałaś wdrapać się którejś na głowę i wymiotować [euf. - dop. mój] jej pod nogi?", na co I. po chwili zastanowienia "Nie, w sumie to nie pomyślałam o tym... w każdym razie NIE MOGŁABYM w autokarze. Od tej pory po prostu popuszczam gdzie stoję, o." (i poparła to natychmiastową demonstracją). Po czym poszliśmy dalej zwiedzać, bo do pierwszych zjazdów narciarskich mieliśmy jeszcze sporo czasu. (...)

Czytaj dalej...
Senne majaki

Nie mogłem wczoraj zasnąć. Próbowałem leżeć na plecach - nie wychodzi. Na brzuchu - niewygodnie, bo mi twarz płaszczy, a nie lubię spać z przekręconą głową. Na boku też się nie da uleżeć, bo sobie zawsze którąś rękę przyciskałem. No nie szło i tyle. Po jakimś czasie w końcu zasnąłem. Nie pamiętam by cokolwiek mi się śniło aż do rana.

Ale przed zaśnięciem, gdy tak tłukłem się z boku na bok, jeszcze zobaczyłem parę rzeczy, tych które czekają między jawą a snem. Na początku cyrk i trupę przygotowującą się do występu. To nie byli ludzie... mieli z grubsza ludzkie kształty, ale głowy, kończyny były zwierzęco-demoniczne. Wielkie, grube śmiejące się baby z nietoperzymi skrzydłami, wchłaniające wszystko co podeszło zbyt blisko. Klaun z twarzą przypominającą pomięte, zasuszone skórzane jabłko. Dyrektor o twarzy i rękach demona, ubrany w cudownie gładki, jedwabny kostium z fioletowego jedwabiu, promieniujący wręcz kolorami...

Mówili coś do mnie, ale nie słyszałem słów. Widziałem tylko ruch ust. Myślę, że powinienem był się ich bać, ale... ale czułem się tam tak dobrze, tak jakoś... "na swoim miejscu". Tak beziecznie.

Chyba prosiłem ich żeby zmienili język, bo nie mogę ich usłyszeć, nie rozumiem o czym rozmawiają...

I chwilę potem pojawiła się Ona. Nazwijmy ją... Panią. Tak po prostu. Wyglądała jak kobieta - wysoka, normalnie zbudowana, ale pozbawiona szczegółów (nosa, sutków, dłoni), bez ostrych konturów, rozmywająca się na krawędziach w światło. I bez włosów, ale mimo wszystko wydawała mi się niewiarygodnie piękna. Jej skóra mieniła się wszystkimi odcieniami zieleni, granatu i błękitu, a oczy i usta od czasu do czasu rozświetlało zielono-niebieskie światło, zacierające cały obraz. (...)

Czytaj dalej...
Sen egipski ;)

Zawsze przed zaśnięciem przechodzę przez fazę pewnego oderwania od rzeczywistości. Mogę myśleć jeszcze w miarę swobodnie, ale zmysły już się odczepiają od tego co mnie otacza. To może trwać tylko ułamek sekundy, ale może też rozciągać się na całe minuty, jeśli tylko skupię uwagę na tyle, by nie zasnąć "do końca". Na pewno każdy to zna - czy leżąc w łóżku nie poczułeś/aś nagle, że łóżko się rusza? Że zaczynasz spadać? To o tę fazę mi chodzi.

Ja często słyszę wtedy głosy ;) Serio. Dźwięki. Czasem może to być jakiś ostry hałas, huk, coś co mnie od razu wybudza. Czasem szmery. A czasem ludzkie głosy. I czasem łączy się to z obrazami.

Wczorajszego wieczoru zasypiałem dosyć skołowany. Dlatego dosyć późno zwróciłem uwagę na głos. Spokojny, męski głos lektora opowiadającego jakąś historię. W języku którego nie znam - ale niektóre dźwięki kojarzyły mi się z Arabią, albo Egiptem. No, piasek pustyni, palące słońce, te rzeczy. Jestem słaby z geografii :)

Głos był, o dziwo, jeden. Jeden pojedynczy głos wśród absolutnej ciszy. Ale i tak trudno mi było się na nim skoncentrować. Nie umiałem powiedzieć gdzie jedno zdanie się kończyło a drugie zaczynało, miałem też problemy w ogóle z rozpoznaniem pojedynczych słów. Tak to już jest z obcymi językami. Ale, koncentrując się na słuchaniu, zacząłem rozumieć co ten głos mówi. Nadal nie rozumiałem słów i zdań, ale równolegle z dźwiękiem zacząłem widzieć i... wiedzieć. Tak, to chyba najlepsze określenie.

Głos opowiadał starą historię - mit, legendę, a może po prostu bardzo dawne wydarzenia. O mężczyźnie który z jakichś powodów poświęcił swoje oko. Obraz pokazał mi twarz w słabym, ciepłym świetle (świetle świec?) - ledwo widoczną twarz mężczyzny o trudnym do sprecyzowania wieku - ale bez zmarszczek, szram... gładka skóra o ciemniejszym odcieniu. Mężczyzna ten namalował(?) sobie pod prawym okiem coś w rodzaju łuku, i jeszcze jakieś symbole - nie potrafię ich odtworzyć, bo światło cały czas migotało i momentami nie widziałem niczego w ogóle. (...)

Czytaj dalej...
Vedju latdat!

"Vedju latdat du eti lad.". Przy czym "latdat" czytać należy jako "lad-dat", najwidoczniej zbitki samogłosek podlegają wstecznemu udźwięcznieniu.

To ostatnie zdanie jakie zapamiętałem (z wieeeelkim trudem) z mojego ostatniego snu dzisiaj. A sny mam ostatnio bardzo żywe, kolorowe i kompletne. Przytłaczające - po każdej nocy czuję się jak po jakimś wielogodzinnym maratonie filmowym. Natłok scenerii, fabuł, postaci... i czasem nawet języków. I budzę się zmęczony. Trzy długie wczoraj, dzisiaj całonocny koszmar...

Więc kładę się jako wrak a rano budzę w jeszcze gorszym stanie. Dzisiaj trochę pomaga mi słuchanie The Cranberries. Słuchawki na uszach, muzyka podkręcona głośno... Czasem wtóruję Dolores, najlepiej "nam" wychodzi Forever Yellow Skies :) Ale to tylko zajmowanie myśli, mała pauza w postępującym wyniszczeniu. I nie mam pomysłu jak to przerwać.

PS. Oczywiście ja WIEM co znaczy "Vedju latdat (...)" - a mówią, że trzeba być opętanym by "mówić językami"... no to chyba byłbym świetnym materiałem na opętanego. Takich jak ja pewnie się w średniowieczu posyłało na stos. Skłania do refleksji, czyż nie?

Przegrywając z supportem

Francuski maintainer Mandrivy (ten od aspell-pl) mnie chyba olał. W mailu nakreśliłem mu obrazowo zyski z redukcji wielkości pakietu z 60MB do niecałych 5MB, opisałem relacje między słownikiem jakiego używają a tym kurnikowym, wspomniałem też że słownik ten szybciej się ładuje i sprawniej działa, z racji bycia mniejszym objętościowo (ale obejmuje wcale nie mniejszy zasób słów - coś ponad 3 miliony). I że polscy userzy Mandrivy by docenili i w ogóle.

I zostałem zignorowany. Nie otrzymałem nawet odpowiedzi.

Przy czym wiem, że pan developer mojego maila przeczytał. Bo w post scriptum napisałem również o tym, że mają nieporządek w pakietach słowników - część jest określona jako "i586", a część (np. aspell-de) jako "noarch". Noarch jest słuszniejsze, bo faktycznie słownik to tylko lista słów, bez binarek, więc sugerowanie iż wymaga i586 jest dosyć, no, niefortunne. I właśnie dzięki temu wiem, że mój mail dotarł i został przeczytany. Bo na drugi dzień w repo MDV pojawiła się nowa wersja pakietu aspell-de, z nowym wpisem w changelogu:

* pon paź 03 2005 Thierry Vignaud <tvignaud@mandriva.com> 20030222.1-2mdk
- should not be a noarch packag

Tak, pan Thierry to ten który odpowiada za aspell-pl. Ten do którego pisałem. Normalnie nie dotyka on też aspell-de, to pierwszy raz gdy coś przy nim zrobił.

Podsumowując: polski słownik pan Thierry ma najwidoczniej gdzieś, jest też zdania że do słownika lepiej pasuje i586 niż noarch. Może napiszę mu, że man-pages też jest oznaczone jako noarch? Może niech coś z tym zrobi... ;)

Ot, i support. Zniechęcające prawdę mówiąc. Jako user czuję się tak, jakbym mówił do ściany. Mam nadzieję, że maintainer f-spota (Niemiec, IIRC) będzie bardziej kontaktowy (bo do niego też wysłałem drobnego maila w pewnej sprawie). Jeśli i on mnie oleje to zacznę myśleć, że Mandriva ma support gorszy niż PLD. W PLD developer przynajmniej odpowie. Powie, że go to nie obchodzi albo że masz samemu poprawić, ale odpowie. A tutaj? Ech, smutna sprawa. Aż chce się to zostawić i przejść na jakieś distro w którym wysyłanie bugreportów ma sens. (...)

Czytaj dalej...
Jak wahadło bujam się, od euforii w de-pres-ję

No i znowu trochę czasu przeciekło przez palce. I chyba czuję kolejną nadchodzącą depresję. I mam już serdecznie dosyć użerania się z ludźmi o należne mi pieniądze. I bardzo chciałbym teraz zjeść pączka i się do kogoś przytulić, ale nie mam żadnego pączką pod ręką i wszystkie cukiernie już pozamykane... a przytulić też nie ma się do kogo i nikogo też nie widzę na horyzoncie.

No i buty nowe na jesień by mi się przydały jakieś... czuję, że znowu dwa tygodnie będę łaził po obuwniczych zanim coś sobie znajdę. Tylko dlatego, że mam normalnie zbudowaną stopę. I nie wbiję jej w większość tych nowoczesnych "bucików", bo tzw. "tęgość" nie ta. Gdybym miał płaskostopie, to może, może... ale nie mam. Więc będę łaził, przebierał, przymierzał i narzekał.

A wczoraj po raz pierwszy od daaaawna wypiłem sobie trochę wina. Gdzieś z kubek. Słodkiego, wiśniowego... takiego w którym "czuje się pestkę". Mmmm :) Jest ponoć tylko kilka takich prawdziwych przyjemności w życiu - a należą do nich palenie dobrego cygara, picie dobrego wina i inne takie tam. Więc to z winem mogę potwierdzić - szalenie przyjemne potrafi być. Na cygarach się nie znam, nie palę - ale może kiedyś wypróbuję. Chociaż nigdy nie widziałem niczego fajnego we wciąganiu ciepłego dymu do ust. I nie rozumiem w ogóle palaczy - co oni takiego widzą w tym nałogu? Fuj!

A, ciekawy sen miałem wczoraj. Jeden z gatunku tych nadmiernie rozbudowanych. Niestety natłok zajęć zrobił swoje i większość mi wyparowała z głowy, a szkoda. Akcja snu toczyła się w Muzeum Piratów. Muzeum było zbudowane na bazie okręgu, wielki kolisty korytarz z którego rozchodziły się odnogi do poszczególnych pokoi wystawowych. Wszystko wykończone drewnem pociemniałym ze starości, na ścianach porozwieszane koła sternicze, te szklane okienka w mosiężnych okuciach (bulaje, tak to się nazywa?), kawałki lin itp. I pachniało drewnianym strychem w środku lata. Czyli w skrócie: było ciepło, miękko i baaardzo interesująco. I co najlepsze - żadnych innych zwiedzających, żadnych oprowadzających... byłem tylko ja i muzeum. I tak coś czułem, że jestem tu pierwszą osobą od długiego, długiego czasu. (...)

Czytaj dalej...
Nawet we śnie nie ucieknę od elektroniki

NP: Placebo - Ion

Mam chwilę czasu... ale nie mam o czym pisać, więc... może mały raport z obozu snów? Coś sprzed paru dni, w telegraficznym skrócie...

Akcja zaczęła się na ulicy, gdzieś w moim mieście. Spotykam całkowicie obcą i jak najbardziej milutką dziewczynę, trochę młodszą ode mnie, ale hej - to sen, więc chrzanić tabu. "Się nada" :P. Więęęęc idę z nią do jej domu. Dużego, w stylu willowym. Wewnątrz zastaję coś w rodzaju sporego centrum obliczeniowego, z paroma stanowiskami operacyjnymi. Przy każdym siedzi jakiś facet, jednym z nich jest nawet mój ojciec.

We śnie dochodzą nowe informacje - ojcem dziewczyny jest jakiś znajomy mojego ojca, razem prowadzą sobie koleżeńsko jakąś małą operację terrorystyczną, nic wielkiego. Spędzam trochę czasu z tą młodą kobietką, pijemy coś czerwonego i zimnego (z lodem) w kuchni, trochę rozmawiamy. Poznaję też jej młodszą siostrę (ale to jeszcze dziecko, więc nie przykuwa mojej uwagi).

Nawiązuję też przelotną rozmowę z jej ojcem - proponuje mi dorobienie na boku paru stów, potrzebuje kogoś do złożenia kolejnego terminala ze złomu leżącego na szafce w korytarzyku obok kuchni. Zgadzam się, w końcu ile można podrywać jego córkę?

...faktycznie, złom. Jakiś leżący luzem hardware, nawet monitor jest w kawałkach. Trudno, biorę się za składanie. Skręcam, składam, lutuję oderwane kable. W pewnym momencie zauważam ciekawie wyglądający korytarzyk nieopodal. A co mi tam, pomyszkuję trochę - na składanie złomu znajdzie się jeszcze czas.

Korytarz jest bardzo niski, prawie kwadratowy w przekroju. Wygląda na ułożony z wielkich, jasnoszarych bloków gładkiego kamienia i kojarzy mi się jednoznacznie z piramidami. Prowadzi mnie przez parę metrów, potem skręca w lewo. Natrafiam tam na coś w rodzaju pułapki - bloki kamienia rytmicznie opuszczają się z sufitu i znowu podnoszą... a w oddali, za nimi, coś się porusza. Jest bliżej i bliżej... dociera tu mało światła, więc nie widzę zbyt dobrze, muszę czekać aż podejdzie bliżej... słyszę jakieś dodatkowe rytmiczne łupanie przebijające się przez hałas ruchomych kamieni... w końcu to podchodzi na wyciągnięcie ręki...

O! To... wielki, naprawdę wielki, sięgający mi spokojnie do pasa SZCZUR W METALOWYCH BUTACH! Z wielkim metalowym wisiorem na szyi i wielkimi, czerwonymi, lekko świecącymi oczkami. O dziwo, wcale się go nie boję. Zdaje się być inteligentny więc nic nie mówię, czekam aż pierwszy się odezwie...

...no i wtedy budzi mnie pieprzony telefon. Wrrr. Trudno, nie każdy sen opowiada się do końca.

NP: Placebo - English Summer Rain

Hoppkizm praktyczny, czyli sen o Wielkim Murzynie

Hoppkizm praktyczny, czyli jak być mną. Dzisiaj na przykładzie typowego snu.

Nad ranem przyśniło mi się, że wynająłem sobie męską dziwkę, takiego wielkiego Murzyna mówiącego z włoskim akcentem... potem pojechaliśmy jego autem do jego willi... jechał bardzo nieostrożnie, po drodze skosił barierki na zakręcie i mało nas nie pozabijał... no i potem przyjechał jakiś durny komisarz policji... a ja dzięki magii naprawiłem barierkę (robiąc z komisarza durnia), zmusiłem czereśnię rosnącą przed willą murzyna żeby zakwitła ponownie i weszła w drugi cykl owocowania oraz wyjąłem z dziupli w tym drzewie jakiegoś zagubionego kota który hamował przepływ soków.

Właśnie obejrzeli Państwo hoppkizm praktyczny. Dziękuję za uwagę, zapraszam ponownie.

Trzynastkowy miks

[LAS] Ciamk, ciamk. Rzodkiewki, pomidory, sałata, papryka... moje ulubione jedzenie. Preferuję taką dietę, ale nie mogę na niej jechać przez cały rok... poza sezonem ciężko kupić sensowne pomidory (owszem, w każdym markecie bez problemu dostanie się jakieś pomidoropodobne, twarde jak kamień i pozbawione soku i aromatu kulki, ale ja ich nie lubię) czy rzodkiewki. Ogórki też są fajne.

A, dzisiaj trzynasty! Nic pechowego się mi nie przydarzyło, wręcz przeciwnie - dzień upłynął bardzo miło. Jakiś czas temu nawaliły mi ostatecznie głośniczki komputerowe (kupione daaawno temu) więc wymieniłem je na używane 4.1 i osłuchuję się w śpiewie Alanis Morissette. Używam ich i tak tylko w trybie stereo, ale dwie dodatkowe satelitki za plecami znakomicie polepszają wrażenia (jestem w końcu przyzwyczajony do słuchawek, więc lubię dźwięk dookólny). No a osobny subwoofer (szkoda że w plastiku, ale nie charczy i nie psuje, więc obleci) poszerza dół pasma. Tak że sobie osłuchuję audio, jeszcze grzebię trochę w ustawieniach miksera (chyba już mam moje idealne ustawienia) i w ogóle się cieszę całkiem fajnym jak na głośniki dźwiękiem.

Ostatnio pojawiło się sporo nowego oprogramowania - glibc-2.3.5, gimp-2.2.6, gtk+-2.6.6 i parę innych... Napisałem sobie kilka prostych skryptów porównujących moje domowe oprogramowanie z tym dostępnym w Archu i uzupełniłem zaległości. Wyrzuciłem z systemu pppd i wvdial, pozbyłem się też ostatecznie pakietu rpm. Tym samym nie mam już ani jednego pakietu który by nie był instalowany za pomocą HBS. Ostatnim, najstarszym pakietem z ery pre-hbs był wvdial, z datą instalacji 20020825. (...)

Czytaj dalej...
Teoria seksualności, krytyka Lain, Wielkanoc i Husk

Wiosna się rozpoczęła, śniegi puściły, mogę ganiać bez czapki i szalika... a Repo zarosło kurzem. To nawet nie jest brak czasu, bo tę godzinkę zawsze bym dał wyskrobać - to raczej jakaś taka, hmm, "niemoc twórcza". Nie chce mi się robić niczego do czego mnie się nie zagna solidnym skórzanym pasem. Śpię więcej niż zwykle. Energia mi się kończy koło czwartej po południu i do północy najnormalniej w świecie sobie wegetuję. I tak dzień za dniem... A od wiosennego słońca łeb mi pęka, zwampirzyłem się już chyba do reszty.

Aha, miewam nawet tzw. "sny erotyczne", chociaż akurat tej kategorii praktycznie nigdy nie miewałem. Przez jakiś czas po przebudzeniu z takich snów czuję się jeszcze bardzo "nastrojowo", hyhy, a na kobiety patrzę wyjątkowo łaskawie. Na tyle, że w "porannym amoku" spodobały mi się ze dwie z kasjerek z pobliskiego marketu (tak, każda kobieta która się wtedy na mnie nadzieje ma prze-rą-ba-ne, bo w stanie rozerotyzowanym wszystkie kobiety nagle wydają mi się atrakcyjniejsze).

Na szczęście znam takie stany z czasów nastolatkowania i jestem uodporniony - mam nawet taką prywatną teorię dotyczącą radzenia sobie z instynktami seksualnymi, zgodnie z którą mężczyźni są o wiele bardziej opanowani niż kobiety, jeśli idzie o seks. Wynikałoby to z hormonalnych szałów jakie przechodzi się dorastając. Ponoć u chłopaków wewnętrzna presja jest o wiele silniejsza niż u dziewczyn, więc albo popada się w obsesyjny onanizm, albo zaczyna zaliczać wszystkie "chętne" laski, albo wypracowuje się solidne mechanizmy samokontroli. Najczęściej dorastający chłopak próbuje jakoś zrównoważyć sobie te trzy sposoby, ale uważam, że ponieważ w tak ciężkim stanie przychodziło nam dorastać, to i potem łatwiej jest nam nad sobą zapanować i generalnie na pokusy ciała możemy być odporniejsi niż kobiety z którymi się potem stykamy. I odczuwam za każdym razem satysfakcję gdy widzę jak kobieta pod wpływem pożądania kobieta przestaje myśleć/zachowywać się racjonalnie. A mówi się, że "faceci myślą fiutem"... Akurat. W moim świecie to babki są opętane seksem... ale może przenoszę subiektywne wnioski na ogół populacji, nie każdy musi spotykać tak namiętne (czy to odpowiednie słowo?) kobiety jak ja, choć sądzę że to całkiem reprezentatywna część żeńskiej populacji jest. Możliwe też, że nie mogę służyć jako model dla męskiej części ludzkości, ale wydaje mi się, że aż tak bardzo nie odstaję od reszty naszych? (...)

Czytaj dalej...
Nowa klawiatura, nowa taryfa sieciowa, nowy HBS

Doobra. Znowu się nie wyrabiam z czasem, niestety. Może jutro nadgonię... taki mam zamiar przynajmniej. OK, więc o czym by tu... a, wiem. Hierophant. Nieduży update. Zobaczmy co też się zmieniło... a, część regexpów rozpoznająca źródła itp. jest teraz case-insensitive, to powinno zwiększyć skuteczność automatycznych procedur w niektórych okolicznościach. Void dodał ściąganie patchy z internetu (tzn. teraz można chyba również patche podawać jako URL-e w [files]) i poprawił jakiś błąd z zapętlaniem się HBS-a na symlinkach przy budowaniu pakietu źródłowego. Cthulhu dodał generowanie skryptów postinstalacyjnych dla gnomowych plików *.schemas, a Hoppke po bugreporcie Cthulhu załatał problem ze ścieżkami dłuższymi niż 100 znaków. Ten release nie jest jakimś przełomem, ale to dobrze - to znak, że hbs działa w sumie całkiem poprawnie. Największym kłopotem był ten drobny feler w tarfile.py - ominięcie go wymagału paru minimalnych zmian w kodzie, o wiele mniej inwazyjnych niż początkowo myślałem. Zajęło mi to tyle czasu, bo chciałem mieć pewność że dobrze wszystko zdiagnozowałem i że obrałem właściwą ścieżkę by to załatać. Kiedy Void spythonizuje kompresowanie manuali i stripowanie binarek/generowanie zależności, to kod ulegnie dużo drastyczniejszej rearanżacji. Albo i nie :) No dobra, nowa wersja Hierophanta w Rupieciarni.

Problemy z siecią zażegnane. Przesiadłem się na droższy abonament który zdaje się mieć lepiej dostrojone regułki dzielenia ruchu. Sieć działa o wiele lepiej (60-90KB/s nie jest przeszkodą, przy dobrym partnerze na drugim końcu połączenia i niedużym ruchu w lanie wykręcam i 150KB/s), na dodatek admin poprawił mi regułki firewalla na mniej restryktywne. Ha, znowu mogę słuchać smoothjazz.com :) Ale będę musiał płacić o 10 zł więcej miesięcznie. Trudno, przeżyję to jakoś. Na dodatek admin planuje kupić porządniejsze radio, więc możliwe, że jakość usługi pójdzie jeszcze bardziej w górę. (...)

Czytaj dalej...
Hoppke. Głupota zredefiniowana.

Zdrastwujtie and witajta w mojem freak shoł. Gwiazdką wieczoru budziet Hoppke :)
Hoppke Dzisiejszy epizod sponsorowany jest przez całkowitą kołowaciznę. Czy słyszysz ten szelest? Nie? Wsłuchaj się uważniej... ciii... teraz słyszysz? Tak, ten szelest... jak rozwijanie cukierka... to moje zwoje mózgowe się prostują.

Jestem głupi. Niestety, nie jestem głupi "tak po prostu". Jestem głupi głupotą tego rodzaju który czai się niezauważony przez wiele lat by w końcu przyjść i dziabnąć w tyłek. Odgryzając z rozpędu obydwie nogi. To taka głupota którą ludzie często mylą z wyrachowaniem, przebiegłością, planowaniem czy inteligencją. Albo pewnością siebie - tak, tego mam malutko. Gdy słyszę "zazdroszczę Ci pewności siebie" to od razu gorączkowo zastanawiam się, jaką też nieprzemyślaną głupotę właśnie zrobiłem i jakie straszne konsekwencje przyjdzie mi ponosić. Najgorsze jednak, że moja głupota zdaje się postępować z wiekiem. Uch, ten szelest cukierków...

Siedzę sobie właśnie jak wampiszcz w ciemnościach... Tyle rzeczy do zrobienia, tylu ludzi z którymi chcę jeszcze zamienić słowo, tyle niedokończonych myśli odłożonych "na później"... ostatnio całe moje życie toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości, w owym "później"... To takie magiczne słowo - "później"... Nie musisz tego teraz robić, zrobisz to później... Nie wyjaśniaj tej sprawy, zrobisz to później... Nie umiesz podjąć decyzji? Nie szkodzi, zrobisz to później! A teraźniejszość mi przecieka między palcami. Buu. (...)

Czytaj dalej...
Sen o blokowisku

Poniższy sen nie jest może zbyt ciekawy, zaskakujący czy... eee... No, w sumie to jest głupi i nudny, jedyne ciekawe w nim to kompozycja i niektóre irracjonalne wnioski jakie wyciągałem w trakcie jego śnienia. Ale może kogoś to zainteresuje. Zapraszam do lektury. Tekst w wersji surowej - napisałem, nie czytałem, nie korygowałem. Więc stylistyka itp. może być do niczego. I pewnie jest. Ale mniej więcej tak bym ten sen opowiadał komuś w żywej rozmowie.

Akcja rozpoczyna się na szerokim i długim pasie trawnika. Piękna słoneczna pogoda, a ja nie marnuję czasu i kogoś ścigam. W pewnej odległości przed sobą widzę ścianę dłuugiego wieżowca, klasyczna "wielka płyta", a za plecami mam koszary z których wybiegłem. Nie muszę się odwracać, wiem że tam są.

W pogoni za moją ofiarą dobiegłem aż do wieżowców. Niestety, osoba którą ścigałem gdzieś mi zniknęła. Argh. Nie wiem dlaczego w ogóle mam go złapać, wiem tylko że zacząłem go gonić w koszarach, on (ona?) potem wybiegł poza teren, uciekał przez ten trawnik w kierunku pobliskiego osiedla, a ja byłem pierwszym który zareagował i zaczął go gonić. Może to jakiś złodziej? Nie jestem też pewien czy jestem żołnierzem... chyba nie, po prostu z jakiegoś powodu należę do koszar. Może tam pracuję? Nieważne, teraz gonię tego zbiega i ponieważ jestem najbliżej, to muszę to dokończyć. Wiem, że z koszar wybiegły już posiłki żołnierzy w brązowych mundurach, ale zanim oni tu dobiegną tamten facet może się już całkiem ulotnić...

Patrzę w górę, wzdłuż ściany wieżowca. Niezliczone balkony... O, na jednym ktoś zamontował aparat fotograficzny... Obok ktoś zamontował nawet dwa obok siebie... A na jednym nawet wystawione jest coś w stylu kamery wideo... Hmm, skierowana prosto na mnie... biegnę kawałek w bok, oko kamery podąża za mną. Wracam a ona mnie ciągle śledzi. Interesujące, detektor ruchu... Ciekawe czy ona nagrywa wszystko co widzi? Bo jeśli tak, to pewnie złapała też na taśmie tamtego złodzieja gdy tędy przebiegał. Może udałoby się zobaczyć jego twarz? Albo w jaki sposób udało mu się tak nagle zniknąć? Muszę pogadać z właścicielem kamery. O, stoi obok niej, dziwne że go nie zauważyłem wcześniej... Może krzyknąć? Ale nie, pewnie nie usłyszy, stoi tak wysoko - poza tym nienawidzę drzeć się w miejscach publicznych, to niegrzeczne - na ulicy też nie wołam nigdy gdy zobaczę gdzieś jakiegoś znajomego... (...)

Czytaj dalej...
Jacek, Robert i Ja (relacja ze Strefy Snów)

Rany, ależ miałem pokręcony sen wczoraj. Na początku chciałem go spisać w formie opowiadania, ale niestety brakuje mi czasu itp. Więc popsuję wszystko i przedstawię go "luzem". Bardzo chaotycznie. Aha, to będzie bardzo głupie streszczenie, ostrzegam.
We śnie występowałem ja jako ja, Grzegorz, fizyczna osoba prywatna. Oprócz mnie Grzegorza występował też Michał i Jacek, obydwie te osoby były mi kiedyś przyjaciółmi - lecz "life is life", żona Michała mnie nigdy nie znosiła, a z Jackiem mi się po prostu jakoś drogi rozeszły. Krótko mówiąc o tych dwóch osobach mogę bez krępacji mówić w czystym czasie przeszłym.
Oprócz w/w trzech osób we śnie występował też Adam, aczkolwiek jedynie epizodycznie i jako postać wspominana, lecz nie występująca fizycznie na scenie snu. Adam to jakiś mój stary znajomy.
Ale rdzeń snu stanowił tajemniczy mężczyzna który istniał ot, tak sobie. Nie wiem jak się nazywał ani jak wyglądał, aczkolwiek jestem pewien, że we śnie musiałem go osobiście spotkać i zapewne się z nim zaznajomić. Nazwijmy go może Robertem. W zasadzie takich ludzi nazywa się zwykle "Pan X" albo "Monsieur Enigma", ale to nadaje kreacjom niepotrzebnej tajemniczości. Tymczasem w Robercie nic tajemniczego nie było, ot, człowiek jak człowiek. Tyle że bez twarzy i imienia.

Wszystko zaczęło się gdy z Jackiem odwiedziłem kiedyś Roberta. Zwykła, towarzyska wizyta. Ale od tego czasu Jacek zaczął się zmieniać. Stał się małomówny. Zaczął się w ogóle dziwnie zachowywać. Gdyby był psem, to stałby się osowiały i całymi dniami nie zaglądałby do swojej miski. Ale psem nie był, więc stał się po prostu "inny" i zacząłem podejrzewać u niego jakąś chorobę psychiczną. To "coś" było nieuchwytne i sprowadziło się do tego, że nagle zacząłem się bardzo niezręcznie czuć w jego towarzystwie. Czułem się tak, jakbym jechał pociągiem, późną nocą, sam jeden w przedziale z wielkim, umięśnionym i sapiącym facetem który właśnie powiedział mi, że bierze leki bo inaczej napada na mężczyzn i ich gwałci. Tak, czułem się niezręcznie. (...)

Czytaj dalej...
Problem z Operą rozwiązany, nowe pakiety HBS, wizyta w świecie snów

Wrzuciłem kilkadziesiąt nowych pakietów HBS. To głównie aktualizacje softu który już miałem zainstalowany, ale dodałem też parę zupełnie nowych - tetex, xfce, waimea, trochę KDE... Większej części tych pakietów nie mam już wcale zainstalowanych, ale że kadłubki są zrobione, to...

A, używam teraz Opery i jestem ogólnie zadowolony. Problemy ze zżeraniem gigantycznych ilości problemów ustąpiły po tym jak Rober Błaut podpowiedział, że być może pomoże włączenie "Enable Core X Fonts=0" w ~/.opera/opera6.ini. Nagle wszystkie operacje związane z fontami przyspieszyły, a sama Opera już nie próbuje zajmować setek megabajtów pamięci.

Jabber okazuje się być niesamowicie przydatny. Używam Psi które by było idealne - gdyby tylko posiadało jeszcze możliwość skryptowania. Gaim niby to posiada, ale ja nigdy nie byłem zadowolony ze stabilności Gaima - a obecna wersja segfaultuje mi przy byle próbie zalogowania, nawet na mój numerek ICQ (bo posiadam "z dawnych czasów" jeszcze konto ICQ) (...)

Czytaj dalej...
Azjatka i podręczna atomówka

Hello. Co by tu napisać...
Aha. Dzisiaj już zaliczyłem awarię sieci. Lokalny DNS wysiadł. Jednak zapasowe dns-y po coś się deklaruje, nieprawdaż? ;) No.
Poza tym odwiedziła mnie siostra. Powiedziała, że schudłem. Biedactwo, tak rzadko mnie widuje że już zapomina jak naprawdę wyglądam :)

Ale za to jakie sny dzisiaj miałem... o rany. Pamiętam dwa, bardzo złożone i zazębiające się. Wszystko krążyło wokół trójkąta zbudowanego ze mnie, mojej kumpeli i córki jakiegoś azjatyckiego dyplomaty. W śnie tym było wiele przepięknej przyrody, rozległe krajobrazy, lasy, jezioro, kilometry drogi pokonywane samochodem... Nie było w ogóle przemocy, za to było trochę strachu (bo we śnie w kluczowej roli występowała też foliowa torba pełna ładunków wybuchowych, zawierająca m.in. małą głowicę taktyczną o promieniu rażenia ~20km). Ale sen był genialny. Dzisiaj śniłem z wyjątkowym, nawet jak na mnie, rozmachem - mnóstwo plenerów, dialogów, akcji, a wszystko dokładne w najmniejszych nawet szczegółach.

Wampiszcz na dobranoc

Grrrr... Zły dzień, zły. Deszcz, zimno, sennie. Na dworze złapała mnie przelotna ulewa, potem oblałem sobie dłoń świeżo zaparzoną herbatą (na szczęście niegroźnie), a tak poza tym to nie mam ani trochę energii. Skończyła mi się dzisiaj koło trzynastej, potem przeszedłem w tryb "wegetacji" w którym tkwię do tej pory. Jedyny powód dla którego teraz piszę te słowa to wiszące nad moją głową dwa teksty do przeredagowania - po prostu mi się nie chce i odwlekam :(

Ja i Void dłubiemy ciągle przy HBS. Tzn. on dłubie, a ja wydziwiam. Kurczę, zaczyna mi się podobać ta "praca grupowa" ;)

Ach, coś dziwnego się dzieje - w ostatnich paru dniach byłem już wielokrotnie (znaczy się trzy razy) pytany o to "jaki mam iloraz inteligencji". Otóż zaczęło mnie owo proste z pozoru pytanie frapować. Frapowało, frapowało, a potem się znudziło i sobie poszło. Ale kwestia IQ pozostaje otwarta... Więc jakie posiadam? Oficjalnie bardzo ładne, takie lekko niebieskawe, z szarymi smugami. Przepraszam, ale nigdy nie traktowałem takich spraw poważnie :) Osobiście najlepsza definicja mojej "jenteligiencji" jaką umiałem wypracować to "zbyt mała, by naprawdę coś osiągnąć - ale wystarczająco duża, by sprawiać mi przykrości". W każdym razie radzę wszystkim znajomym zawsze by oceniali mnie równając moooocno w dół.

O, o, - chcesz wiedzieć co mi się wczoraj śniło? Proszę, usiądź wygodnie a ja przedstawię Ci moją małą fantasmagorię. Muszę ją przekładać w locie na język polski, bo zdaje się że wszystkie dialogi śniłem anglojęzyczne... więc resztki stylu pewnie wyparują bez śladu po translacji... albo po prostu pominę dialogi, tak będzie najlepiej. A więc nie uciekaj, a ja pokażę Ci co też płynie w mojej głowie gdy śnię... Czytaj! (...)

Czytaj dalej...
Sen o jedzeniu

Miałem dzisiaj bardzo przyjemny sen. W śnie tym byłem z grupą bliżej niesprecyzowanych przyjaciół w jakimś drewnianym domku. To znaczy oni byli w domku, a ja na werandzie. Lał deszcz i wszędzie dookoła kapała woda, a ja sobie siedziałem późnowieczorową porą na jakimś wygodnym fotelu na werandzie. Pod nogami miałem jakiś podnóżek czy taboret, tak że mogłem się w fotelu nisko opuścić i przejść do pozycji prawie poziomej. Po lewej i po prawej stronie miałem jeszcze po jednym takim taboreciku, a każdy zastawiony był miskami i miseczkami z pysznym jedzeniem. Ba, aby mieć więcej jedzenia przy sobie poustawiałem nawet część miseczek na sobie - na brzuchu, nogach, piersiach itp. Po kolei brałem do rąk każdą z miseczek i wyjadałem zawartość, leżąc sobie błogo na drewnianej werandzie, podczas gdy deszcz jednostajnie szmerał po dachu a światło z okien domku rozpływało się w nieprzeniknionych ciemnościach na zewnątrz. Niesamowicie relaksujący sen, bo dokładnie tak wyobrażam sobie idealne szczęście. Do tej pory świetnie się czuję.

Wracając do jawy: ściąłem na działce jeden z tulipanów i postawiłem na biurku. Ładny jest, czerwony i pachnie bardzo tulipanowato :) Stoi w kruczoczarnym, smukłym wazoniku. Idealny byłby co prawda żółty tulipan, ale żółte sobie tak wesoło rosły w grupce, że nie miałem serca ich ścinać. Choć żółty by dużo lepiej wyglądał w tym wazoniku. Lubię tulipany. Najbardziej z wszystkich kwiatów. Naprawdę, żaden kwiat nie może się równać z tulipanem. One mają w sobie to "coś". Oszczędność formy, zdecydowane rozgraniczenia barw, geometryczna doskonałość płatków/pręcików/liści... Piękne, po prostu. Na dodatek wyglądają "solidnie", nie są to kwiaty które by się rozpadały pod dotykiem palców. Zapach też nie jest zbyt silny czy irytujący (dla kontrastu pomyśl np. o konwaliach...). Kocham tulipany. To jedna z niewielu rzeczy która mi się zawsze i niezmiennie podoba. Świat za oknem może wyglądać lepiej lub gorzej w zależności od pogody, sposób w jaki odbieram malarstwo czy muzykę jest uzależniony od mojego aktualnego nastroju, naga kobieta też raczej nudzi niż pociąga, ale tulipany zawsze są po prostu piękne. Naprawdę mam dużo lepszy humor tylko dlatego, że mogę sobie w każdej chwili popatrzeć na ten czerwony kielich sterczący na moim biurku. BTW, czy tulipan to tzw. "motyw falliczny"? ;) (...)

Czytaj dalej...
Tresowane hardlinki i żyletki w ustach

Lada dzień muszę się wziąć za dokumentowanie Hiero. Zbudowałem sobie nim już chyba kilkanaście pakietów, w tym takie "drobiazgi" jak gcc czy glibc. Skrypt instalujący działa już zadowalająco, miałem okazję popatrzeć parukrotnie jak sobie radzi z instalowaniem glibc, uruchamianiem skryptów okołoinstalacyjnych, usuwaniem osieroconych plików itp. Zacząłem wyłączać niektóre "prośby o potwierdzenie", bo uznałem je za godne zaufania.

Budując glibc natknąłem się na bardzo kłopotliwego buga dotyczącego hardlinków. Jeśli miałem np. pięć hardlinków wskazujących na jeden inode, a używając sekcji [ban] wyłączyłem jeden z tych plików, to w paczce lądowały czasem cztery hardlinki wskazujące właśnie na ten piąty, wyłączony i nieobecny. O dziwo, nie było to zbyt destruktywne (prawdę mówiąc paczka się rozpakowywała zupełnie normalnie), ale nie dawało mi to spokoju. No i pojawiały się warningi przy instalowaniu paczki. Więc spędziłem pół godziny na analizowaniu mojego kodu oraz kodu tarfile.py. Zrozumiałem problem i zacząłem modyfikować swój kod, tworząc dosyć złożoną klamrę warunkową rozciągającą się na spory kawałek kodu. Gdy ją skończyłem zauważyłem możliwość optymalizacji. Spodobało mi się to, więc zauważyłem jeszcze raz ;) Okazało się, że zamiast marnować pięć minut na stukanie tej cholernej klamry mogłem po prostu wyjać z różnych kawałków kodu pięć wierszy, zredukować je do jednego i umieścić u szczytu pewnej funkcji. Ironia losu. Więc zrobiłem tak, po czym okazało się że tylko pogorszyłem sprawę. Teraz bowiem hardlinki generowane były bardzo fantazyjnie, mianowicie pierwszy w paczce wskazywał na samego siebie (takie tam zawiłości formatu tar), a pozostałe hardlinki wskazywały na niego. Odniosłem nieodparte wrażenie, że te małe hardlinki świetnie się bawią przy tym "spychaniu odpowiedzialności". W tym momencie byłem już pewien, że jeśli będę dalej modyfikował kod to szybko uzyskam hardlinki tworzące struktury pierścieniowe albo wskazujące na nieistniejące inody. Więc zacząłem dogłębnie analizować wszystko, po raz kolejny. I wtedy mnie olśniło. Prawidłowe rozwiązanie sprowadzało się w sumie do odkręcenia wszystkich zmian jakie porobiłem próbując "naprawić" całość i przesunięciu jednego wiersza o parę pozycji w górę. Oczywiście rozwaliłem przy okazji parsowanie sekcji [ban], ale to zauważyłem parę zbudowanych pakietów później; na szczęście poprawka była trywialna. (...)

Czytaj dalej...
Aktualizacja kadłubków, sen o Lindzie

Cała masa spraw na głowie... Tak mało czasu... I na dodatek ta cholerna sesja...

Szybki update: dorzucam nowe kadłubki i stare kadłubki (dużo rzeczy związanych z XServerem z freedesktop.org, a przynajmniej wszystkie pakiety potrzebne do uruchomienia samego serwera)... Spis kadłubków jest strasznie chaotyczny, po sesji coś wymyślę.

Wziąłem się za używanie IceWM. Trochę nie pasuje mi obsługa myszy, ale albo się przyzwyczaję, albo jakoś zapatchuję. Ale to też nie teraz. Wrzucam dwa zaktualizowane screenshoty, pierwszy pokazuje "gimp frenzy" na moim pulpicie, a drugi to stan gdy już wszystko zrobiłem. Tapetę sobie zmajstrowałem własnołapkowo jeszcze pod Sawfisha (miałem go ostatnio w odcieniach czerwieni, więc nieco nie pasuje teraz do wystroju IceCrack IceWM). Tapeta oczywiście inspirowana jest najnowszym kernelem 2.6.2 aka "Feisty Dunnart" ;) Myślę, że takie zwierzątka by były o niebo lepszymi maskotkami kernela niż ten obrzydliwy pingwin Tux. Nigdy nie lubiłem pingwina. Maskotką powinien być ssak i basta. Pingwin, też mi coś. Przecież pingwina nie da się lubić. Widziałem na Discovery, więc wiem ;)

No to na razie. Aha, wiecie co mi się dzisiaj śniło? Boguś Linda wdrażający komputery Apple w jakimś okropnym szpitalu. Szpital składał się z długich, szaro-brunatnych, klaustrofobicznie wąskich korytarzy, zdezelowanych i zakurzonych sprzętów medycznych stojących pod ścianami i połamanych krzeseł. Ja musiałem być bardzo poważnie uszkodzony, bo poruszałem się na wózku (chyba miałem rozwalony kręgosłup i paraliż dolnych kończyn, może będę w tym tygodniu bardziej ostrożny na przejściach dla pieszych, just in case...). No i od czasu do czasu widziałem Lindę jak grzebał w tych maszynkach i rzucał mięchem bo coś mu nie wychodziło. Aha, nie lubię Lindy. Nie jest moim idolem. Byłem poirytowany że muszę go oglądać będąc w stanie chorobowym, gdzie należy mi się przecież jakaś troska i opieka... A tu Linda... Grrr. (...)

Czytaj dalej...